Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French German Hungarian Spanish

Chile Wyróżniony

środa, 21 czerwiec 2017 05:32 Napisał 

Wieże z Błękitu


  

 

Dzień 1 – 17.03.2017

  

Na początku stycznia pojawiała się niesamowita promocja… i od tej pory wszystko potoczyło się z prędkością niespodziewanej nawałnicy. Czasu na organizację było niewiele, ale jak to w życiu bywa, czasami po prostu trzeba się nieźle sprężyć.

 Godzina 1:30 nad ranem. Ciemno, zimno i wilgotno. Jak to w Anglii. A Ja maszeruję na przystanek. Idę i cały czas zastanawiam się, dlaczego mam taki ciężki plecak. Nie przejmuję się całą masą innych problemów, które mogę spotkać po drodze. W jakiś sposób jest to teraz dla mnie mało istotne, jakieś takie odległe. Waga plecaka. Dziwne, jednak jedynie to zaprząta mi aktualnie głowę.

Na Heathrow jestem przed piątą. Szybka odprawa, chwila czekania i o 7:25 odlatuję do Rzymu. Ciekawie jak się zmienił od czasu ostatniej wizyty? Zobaczymy. Lot, podobnie jak do Polski. Dwie godziny, jedna z racji strefy czasowej i już w południe podziwiam Koloseum. Piękna pogoda, słonecznie i … prawdziwe espresso. Dziwne, ale dawno temu, takie to właśnie espresso pozbawiło mnie snu na wiele godzin. Teraz było po prostu mocne i dobre. Wdrożyłem się do mocnych kaw. Wg mnie Rzym to najpiękniejsza europejska stolica. Nic nie może się z nim równać. Jedynie Stambuł, ale tylko jego połowa jest w Europie, więc odpada. Rzym jest przepiękny i ma w sobie to specyficzne „coś”. Jakąś magię. Wilczyca z Romulusem i Remusem, Forum Romanum, Kolumna Marka Aureliusza, Panteon, Campo di Fiori, Hiszpańskie Schody... i wiele innych. Cały dzień spokojnie i bez pośpiechu chodzę po Wiecznym Mieście. Odwiedzam nawet Watykan. Szkoda tylko, że długość kolejki do wejścia nie pozwala mi wejść do środka. Innym razem.

 

 

Jeśli Włochy to oczywiście pizza. W Anglii istnieje jedyny i oczywiście słuszny rodzaj grzybów. Pieczarki. Wszystko inne to jakieś „dzikie egzotyczne pieczarki”, pojawiające się zresztą niezwykle rzadko. A tutaj pizza z kurkami. Po prostu pychota. Trzeba im to przyznać z ręką na sercu. Pizzę to Włosi potrafią zrobić.

Na koniec odwiedzam jeszcze Fontannę Di Trevi. Nie wiem czy zobaczę w życiu ładniejszą. Wiele jest przereklamowanych miejsc na świecie, ale nie można tego powiedzieć o Di Trevi. Tłum taki, że ciężko zrobić jakieś zdjęcie. Nie ma się jednak czemu dziwić, gdyż fontanna w każdym swoim calu jest przepiękna. Nawet woda jest jakaś taka inna.

Dojazd do lotniska Fiumicino, oddalonego o 35 km od Rzymu nie stanowi żadnego problemu. Komunikacja zorganizowana jest bardzo sprawnie. Chwila odpoczynku i o 22:15 startujemy.

15:15 godz., czyli mój najdłuższy lot w życiu. Ciężko będzie pobić ten rekord. W planach miałem wypocząć i przespać większość lotu. Jednak turbulencje nad Atlantykiem są dosyć specyficzne. Słyszałem o nich wcześniej, ale co innego słyszeć, a co innego doświadczyć na własnej skórze. Nigdy się do nich przyzwyczaję. Druga nieprzespana noc z rzędu. W sumie to chyba nie będę miał problemów związanych ze zmianą stref czasowych. Dwie godziny przed lądowaniem rozpoczął się wschód słońca. Andy są przepiękne. Koniec lata na południowej półkuli, a one całe w śniegu.

___________________________________   

 

 

Dzień 2 – 18.03.2017

 

– „Jesteś żonaty? Czy masz dzieci?”

No kurczę. A co Cię to obchodzi, myślę sobie w duchu, ale uśmiecham się i grzecznie odpowiadam zgodnie z prawdą.

Granica chilijska jest niesamowita. Podobnie jak irańska, a pod niektórymi aspektami nawet lepsza. Tam u obcokrajowców szukają przede wszystkim alkoholu, a tutaj … warzyw, owoców, roślin, nasion, produktów mlecznych i mięsnych. Kontrola w pełnym tego słowa znaczeniu, łącznie z prześwietlaniem bagaży. Kary są odstraszające. Jabłko to 200 US $. Kolejnym to pytania typu, gdzie jedziesz, co będziesz tam robił, i tak w ogóle, to po co tutaj przyjechałeś. Gdzie konkretnie się wybierasz i co będziesz tam robił? Czy byłeś tutaj wcześniej? Jak długo zostajesz tym razem, skąd i w jakiś sposób będziesz opuszczał nasz piękny kraj. Niesamowite. Jednak chwila cierpliwości i siup, kolejna pieczątka do paszportu. To już druga z Chile. Nawet całkiem ładna celniczka na koniec trzepocze rzęsami, uśmiecha się ślicznie i mówi: „Wellcome in Chile”. Całe szczęście, że Comodoro Arturo Merino Benítez to główny port lotniczy stolicy i z obsługą bez problemów można się porozumieć po angielsku. Na koniec jeszcze obwąchiwanie bagażu przez psa, następnie skanowanie bagażu, jakby przez przypadek pies miał coś z nosem i po wszystkim. 

Jadę do centrum, zostawiam graty w hostelu i w miasto. Nie mam konkretnego celu, więc skoro Ameryka Południowa to oczywiście Plaza de Armas. Kręcę się po mieście i podziwiam wszystko dookoła. Zaopatruję się w chilijską kartę sim i jestem szczęśliwym użytkownikiem internetu w telefonie. Kontakt z rodziną na bieżąco. Fajnie rozwinęła się telekomunikacja w ostatnich latach.

Koniec lata, więc pogoda jak na tę porę roku przystało, przepiękna. Słońce i żar lejący się z nieba. Po jesiennej i zimowej wilgoci w Anglii, aż miło wygrzać kości. Kupuję świeżą bułkę z różnymi, mięsno–warzywnymi dodatkami i spaceruję po mieście. Nagle jakiś facet przez przypadek wytrąca mi ją z ręki. Przeprosił i uciekł. Cholera, ale mnie poniosło. A taka była pyszna.

Wiele katedr już widziałem, duże, małe, zadbane i zapuszczone. Jednak ze wszystkich odwiedzonych do tej pory, jedynie Bazylika Watykańska ją przewyższa. To akurat jednak jest w pełni zrozumiałe. Katedra metropolitalna świętego Jakuba w Santiago jest jednym z ciekawszych zabytków w stolicy. Po wejściu do niej od razu człowiek odczuwa spokój i ukojenie. Przepięknie i gustownie zdobiona. Bez jakiegokolwiek zbytku i przepychu. Takie klasyczny połączenie baroku z neoklasycyzmem. Do czasów obecnych, kiedy to zagłębiono techniki budownictwa antysejsmicznego, Chilijczycy odbudowywali Ją aż pięć razy. Nie ma się więc czemu dziwić, że to ich perełka.

Mercado Cenral, pierwotnie był, lub miał być dworcem kolejowym. Jednak kolej w Chile raczej się nie przyjęła, więc obecnie jest to największy i najpopularniejszy targ. W jego wnętrzu jest masa najróżniejszych stoisk, jednak zdecydowanie królują ryby i owoce morza. Nigdy nie mogłem się nadziwić, jakie to gatunki ryb ludzie łowią i jakie to bogactwo. O innych darach morza, nie ma co wspominać, bo nie potrafię ich nawet nazwać. Ich różnorodność, aż kłuje w oczy. A najprzyjemniejsze jest to, iż między stoiskami znajdują się małe i przyjemnie restauracyjki, serwujące wszystkie te przysmaki. Jeśli ktoś lubi targi, to szczerze polecam, gdyż całość sprawia bardzo przyjemnie wrażenie. Mógłbym spędzić tam mnóstwo czasu spacerując i obserwując to wszystko. Targi to takie miniatury miast, zawsze przyciągają mnie jak magnes.

 

 

Okazuje się, że Chile do tanich krajów wcale nie należy. Wręcz przeciwnie, jest dosyć drogie. Kiedy przypomniałem sobie ceny z Peru i Boliwii, różnica okazała się znaczna. Nie bez znaczenia jest fakt, iż jest to najbogatszy kraj Ameryki Południowej. Pinochet, bez dwóch zdań kawał drania. Jednak, prawda jest taka, że gdyby nie On, to wielce prawdopodobne, że obecnie Chile przypominałoby raczej Kubę.

Dwie nieprzespane noce przypominają o sobie, więc wracam do hostelu. Trzypiętrowe łóżka widzę pierwszy raz w życiu. Ale ciekawostka, tylko dlaczego, muszę spać na samej górze? Jest naprawdę wysoko. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 3 – 19.03.2017

 

W nocy było strasznie gorąco a pobudka o 4:30. Zmęczony i niewyspany pakuję manatki. Zły na pewne Francuzki, które to za punkt honoru wybrały sobie imprezowanie do 4:20. Nikt się chyba nie wyspał. Idę na przystanek. 25 min i jestem na lotnisku. Nie mogę wyjść z podziwu, dlaczego niektórzy ludzie (np. pewni Anglicy, którzy wychodzili ze mną z hotelu) zamawiają taksówki za 5–krotną cenę, mając przystanek autobusowy niedaleko. Może ich na to stać? To dlaczego więc, śpią w hostelu? Nie zrozumiem tego nigdy.

Na lotnisku ludzi jak mrówek, dosłownie czarno. Przede mną w kolejce stoi ok. 200 osób. Nie wesoło myślę, i ustawiam się na końcu. Kolejka przesuwa się powoli, bardzo powoli. Powinienem zdążyć, ale będzie to raczej na styk. Jednak po odstaniu godziny, stewardesy oznajmiły miłym głosem: Kto leci do Punta Arenas lotem o 8:00, proszony jest o podejście do stanowiska priorytetowego. Super. Jakbym wcześniej wiedział o takim traktowaniu pasażerów, to usiadłbym po prostu na ławce a nie stał w kolejce.  Lot podobnie jak w Ryanair, mało miejsca i ciasno. Dają za to jakieś ciastko i nie próbują sprzedawać tych wszystkich pierdółek. Przez 3,5 godziny podziwiam Andy. 3000 km, a to przecież jedynie tylko ich część. Jakie one wielkie. Od czasu do czasu pojawia się jakiś wulkan. Dziwne, ale od razu można go poznać mimo wielu innych gór dookoła. Wszystkie mają taką specyficzną budowę. Im dalej na południe tym pojawia więcej się fiordów. Może wybiorę się kiedyś do Norwegii, wówczas porównam, które ładniejsze. Te są niesamowite. Wiją się jak wstążki i ciągną kilometrami. Jakieś osady czy miasteczka widać już coraz rzadziej. Totalne odludzie.

Punta Arenas. Tak powinna wyglądać odprawa. Nikt nikogo i nic nie sprawdza. Jak na dworcu kolejowym. Odbieram jedynie bagaż i po prostu wychodzę z lotniska. Super. Nie ma autobusów, a jedynie taksówki. Szczęście, że autoryzowane, więc i cena przystępna. Są i prywatne, ale cena dwa razy wyższa. Ludzka chciwość nie zna granic. Autoryzowane taxi colectivo. Czekamy, aż zbierze się komplet pasażerów i wyjeżdżamy. Mimo południa jest dosyć zimno, jedynie kilka stopni. Jedziemy do miasta wzdłuż cieśniny Magellana. Pierwsze, co mnie uderza, to roślinność. Drzewa bardzo podobne do tych w Karkonoszach powyżej 1000 metrów. Takie niskie, karłowate i powykręcane. Reszta to coś w stylu kosodrzewiny. Tylko tutaj wysokość to praktycznie poziom morza. Ciekawe jak wygląda tutaj zima. Nie mogę uwierzyć, że jestem tak daleko. Kierowca podwozi mnie pod wskazany adres, zostawiam graty i idę na obchód miasta.

Dzień spędzam na kręceniu się po mieście. Na pierwszy strzał oczywiście cieśnina Magellana. Wciąż nie mogę uwierzyć gdzie jestem. W oddali majaczy Ziemia Ognista. Fajnie byłoby tam pojechać. Jednak pojechać jedynie po to, aby zaliczyć nie wchodzi w grę. Plan jest inny i trzeba się go trzymać. Jest słonecznie i wietrznie, ale wciąż dosyć zimno. Jedynie kilka stopni, a chilijskie dzieci kąpią się w oceanie. Spaceruję po plaży podziwiając krajobrazy. Szybkie zakupy utwierdzają mnie w przekonaniu, że im dalej na południe, tym drożej. Masakra, niektóre artykuły są droższe niż w Anglii.

Plaza de Armas z wielkim pomnikiem Magellana i skoro niedziela to idę na mszę. Jest dokładnie tak jak kiedyś słyszałem. W Ameryce Południowej, jeśli ktoś już przychodzi do Kościoła to przychodzi, aby się modlić. Każdy pięknie śpiewa i bierze aktywny udział we mszy. Pięknie to wygląda. Na koniec rozmawiam trochę z księdzem. Tzn. On po hiszpańsku, Ja po angielsku. Dogadujemy się jednak, co nieco, a na koniec pada sztandarowe, nie po raz pierwszy w tych rejonach: Jan Paweł II. W przeciągu najbliższych dni, niejednokrotnie przekonałem się, że jest to pewnego rodzaju łącznik. Kiedy tylko powiedziałem skąd jestem, prawie zawsze padało to nazwisko. Jeśli nie, to mówiono: Robert Lewandowski. Osoby, które od razu ułatwiały dyskusję i były w pewien sposób czarodziejskie. Ile to razy udały mi się targi, kiedy powiedziałem, że widziałem Papieża na własne oczy. A wiesz, że On tutaj był? Tutaj, w Punta Arenas. W tym Kościele. Nie mogę wręcz uwierzyć? Był, a po Jego wizycie unormowały się nasze stosunki z Argentyną. Wszyscy zgodnie twierdzą, że bez tej wizyty wybuchłaby wojna. 

Punta Arenas, jest dosyć dużym, ładnym i zadbanym miastem. Przez to odizolowanie, odczuwa się w nim pewną magię. Miasto na końcu świata. Tablica informacyjna pokazuje: Varsovia – 14.047 km. Mimo, że wygląda jak miasto duchów, bardzo mi się podoba. Na koniec wędrówek spotykam parę Polaków z Wrocławia, podróżujących po Chile. Ale ten świat jest mały. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 4 – 20.03.2017

  

Pobudka o 5:30. Mam nadzieję, że się rozpogodzi, bo w nocy nieźle popadało. Ciemno, zimno i deszczowo. Oby tylko pogoda się poprawiła. Płynę na Isla Magdalena zobaczyć kolonię pingwinów.

Jest nieziemsko. Malutka wysepka, o powierzchni jedynie 1,5 km2, a zamieszkuje ją ponad 100.000 pingwinów. Są wszędzie, są u siebie i praktycznie nie przejmują się turystami. Ścisłe restrykcje, jedna godzina i jedynie określona ilość osób, czynią wyjazd niezwykle atrakcyjnym. Jedyny tłum, to tubylcy. Chodzą gdzie chcą i na nikogo nie zwracają uwagi. Czasami pokrzykują. Jesteśmy tutaj gośćmi i nie raz musiałem się zatrzymywać, aby przepuścić wędrującą przodem parkę pingwinów. Od razu widać, że łączą się w pary. Wygrzebują sobie norki w ziemi i podkradają nawzajem puch i mech od sąsiadów. Komicznie to wygląda. Jeden pingwin swoi „na czatach”, a drugi puch w dziób i zasuwa ile wlezie. Ubaw pierwsza klasa. Wszyscy są pod wielkim wrażeniem.

 

 

Mieliśmy popłynąć na Isla Marta do kolonii Lwów Morski, ale wiatr pokrzyżował nam plany. Wracamy. Cóż zrobić? Przypominając sobie przygodę z zeszłego roku, ciarki mnie przechodzą. Fale na cieśninie może nie były takie duże, ale kilka razy rąbnęło w łódź z taką siłą, że nawet kapitan się wystraszył. Bezpieczeństwo ważniejsze. Jako jedyny poszedłem później do przewoźnika po zwrot części opłaty. Fajnie, bo wjazd kosztował mnie dużo taniej.

Resztę dnia spędzam na kompletowaniu prowiantu na jutro i dalszym zwiedzaniu miasta. Wczoraj miasto duchów, dzisiaj tętniące życiem. Pootwierane sklepy, stragany, dzieci wracające ze szkoły. Uniformy jak w Anglii, krawaty, emblematy szkół, pełna kultura, dodatkowo jeszcze w specjalnych płaszczach. Bardzo ładnie to wygląda. W centrum koncert na żywo lokalnej kapeli. Muzyka taka hiszpańsko – peruwiańsko – rockowo – balladowa. Przyjemnie się jej słucha. Ciężko uwierzyć gdzie człowiek się znajduje. Dzisiaj mają ostatni dzień lata, a pogoda jak w słoneczny listopadowy dzień w Polsce. Lokalizacja robi swoje. Zabudowa w Punta Arenas oczywiście jak na Amerykę Południową przystało. Wszędzie kolorowo i pstrokato. Na dachach króluje blacha falista, a budynki pomalowane tak jakby w sklepie w farbami nie było dwóch identycznych kolorów. W ogóle wszelka pomysłowość gospodarzy to podstawa. Mimo tego miasto jest czyste, schludne i zadbane. Dookoła panuje wzorowy porządek. Wszyscy kierowcy jeżdżą przepisowo, nikt nie trąbi i każdy zatrzymuję się, kiedy przechodzień tylko zbliży się do przejścia dla pieszych. Pełna kultura. Drogi szerokie, a jak jakaś mieści mniej niż trzy ustawione obok siebie samochody, to już jest jednokierunkowa. Chodniki szersze niż ulice w Polsce. Żadnych papierków, czy śmieci. Dobrze przemyślane i wzorowo zorganizowane i drogi ewakuacyjne w razie tsunami. Cywilizacja i kultura, w pełnej krasie.

Właścicielka hostelu dała mi rabat. 4 zł za to, że nie miałem okazji zjeść śniadania. Dzisiaj i nie zjem jutro. Cóż za wspaniałomyślność. Zresztą musiałem się oczywiście wykłócić o ten rabat. A chciwa taka, że aż jej oczy błyszczały. Trudno, poprosiłem, więc o rachunek. Zezłościła się trochę, ale tak to bywa, że chytry dwa razi traci.  

___________________________________ 

 

 

Dzień 5 – 21.03.2017

 

Pobudka o 5:00. Chińsko – chilijska zupka instant, coś ciepłego do termosu i idę na przystanek. Dookoła cicho i ciemno. Wszędzie pusto. Z drugiej strony jest wcześnie rano. Chociaż centrum miasta jest bardzo ładnie oświetlone. Koniec świata.

O godzinie 7:00, odjeżdżam do Puerto Natales. 250 km, ale tutaj takie odległości to praktycznie nic. Podziwiam patagońską prerię. Co za bezkres. Na brak miejsca to oni nie mogą narzekać. Masa drapieżnych ptaków, dzikich lam i strusi nandu. Ciekawe, co czuli Hiszpanie, podbijając te terytoria? Przecież to jedynie jej malutki obszar. Większość i tak znajduje się w Argentynie.

         Po trzech godzinach jestem na miejscu. Miasteczko położone jest nad fiordem i otoczone górami. Przepiękna sceneria. Posiedzę jednak tutaj w drodze powrotnej. Kolejny autobus dopiero o 14:30. Kupuję bilet i idę do centrum. Puerto Natales, to taka baza wypadowa do południowej Patagonii. Wszystko nastawione jest na turystykę. W centrum, praktycznie co drugi sklep to turystyka górska. Ceny także turystyczne. Dookoła masa agencji turystycznych oferujących wycieczki fakultatywne. Pani w CONAF utwierdziła mnie w przekonaniu, że we wszystkich obozach mają już komplet. Trudno, trzeba będzie coś wymyśleć na miejscu. A z drugiej strony. Nie mam rezerwacji jedynie na jeden nocleg. Pójdę więc na żywioł. 

         Jadę dalej. Krajobrazy coraz ładniejsze. Przypominają trochę Tatry, tyle, że dużo więcej śniegu jak na tę porę roku, a u podnóży preria. Po półtorej godzinie jestem na miejscu. Kupuję bilet, szczegółowo wcześniej wypełniając specjalną deklarację. Chilijczycy 6.000 pesos, obcokrajowcy 21.000. Co za złodziejstwo. Jeszcze tylko film instruktażowy, co wolno, a czego nie. Kary za rozpalanie ogniska poza obozami oscylują w okolicach 65 tys. US $ i max. 5 latami więzienia. Nieźle. Po tym, co nawywijał pewien Czech w 2005, a następnie Izraelczyk w 2012, musieli to wprowadzić. Wcale się nie dziwię. Głupota ludzka nie zna granic.

 

 

Torres del Paine

 

 

 

 

         Bus podwozi turystów do wejścia i o 17:00, rozpoczynam wędrówkę. Późno już trochę, ale co mi tam, do przejścia mam jedynie 12 km. Obym tylko nie zgubił szlaku a wszystko będzie dobrze. Idę więc, podziwiam i rozmyślam, jak to będzie. Po kilku kilometrach usłyszałem za sobą tupot i jakieś gwizdy. Przystanąłem, aby sprawdzić, co się dzieje. Pojawił się koń. Następnie, drugi, trzeci… a później to już cały tabun. Kilkadziesiąt galopujących koni. Biegły każdą możliwą i dostępną ścieżką. A między nimi troje młodych chłopaków, pogwizdujących i przeganiających ja na inne miejsce. Musiałem praktycznie zejść na strome zbocze, aby je przepuścić. Co za widok. Jak w westernach. Chłopaki wrócili za 5 min, a konie pobiegły sobie dalej. Spotkałem je później pasące się, to tu, to tam, na łące, w krzakach, czy w lesie. Kilka nieustanie szło za mną przez kilka kilometrów. Nawet kałuże omijały tak jak ja. Dziwne uczucie. 

         Zrobiło się zimniej i zaczęło kropić. Miejscami wiatr nie pozwalał zapomnieć na jak bardzo wysuniętym skrawku południowej półkuli się znajduję. Zimny i przeszywający. Mam nadzieję, że mimo wszystko będę miał ładną pogodę. Przystaję od czasu do czasu, aby zrobić jakieś zdjęcie i maszeruję dalej. Pojawiło się kilkoro maszerujących turystów, więc idę dobrze. Trzymamy się razem i zwiększamy trochę tempo, aby zdążyć przed zmrokiem.

 

         Camp Seron.

 

Docieramy do niego krótko po zmroku. W sumie wyszło 14 km w 4 godziny. Całkiem nieźle. Nikt nie sprawdza rezerwacji, chociaż pytają czy ją posiadam. Wierzą na słowo. Namiot rozbijam po ciemku. Otwieram butelkę wina i w samotności, świętuję swoje urodziny. Jest to zawsze pierwszy dzień wiosny. Tym razem, pierwszy raz w życiu, moje urodziny wypadły w pierwszy dzień jesieni. Dodatkowo obchodzę je razem w pewną koleżanką (oczywiście wirtualnie), która urodziła się dzień później. W Chile jest przed 22:00, a w Polsce przed 3:00 rano dnia następnego. Goniła mnie przez całe życie, i ten jeden, jedyny raz udało się Jej J. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 6 – 22.03.2017

 

Dzisiaj postanowiłem nieco odespać, pobudka o 8:00. W nocy było dosyć zimno, nad ranem ubrałem dodatkowo kurtkę. Chyba wziąłem za cienki śpiwór. Pierwsi spakowali się i wyruszyli w drogę Niemcy. Można nie pałać do nich sympatią, ale jedno trzeba im przyznać: Ordnung muss sein – to podstwa. Reszta krząta się bez sensu to w jedną, to w drugą stronę. O kurczę, pojawił się facet w spódnicy. Rozmawiam z nim chwilę, nie mogąc się nadziwić, co przyciągnęło tutaj Szkota. Góry, mówi i uśmiecha się od ucha, do ucha. Gotuję chińsko – chilijską zupkę instant, coś ciepłego do termosu i zabieram się powoli za pakowanie.

Dzisiejszy plan to 19 km, ale to góry, więc wszystko trzeba zakładać. No, może jeszcze nie dokładnie góry, ale jakiś ich tam zalążek. Pierwsze 2 – 3 km to istna sielanka po malowniczych pagórkach i łąkach. Widoki jak w starych westernach. Wysoka, kolorowa trawa, szeroka i kręta rzeka z bystrym nurtem i lekki, przyjemny wiaterek. Słonko delikatnie zaczyna przypiekać, a plecak wydaje się coraz cięższy. Za to widoki rekompensują z nawiązką cały wysiłek. Pojawiają się góry z ośnieżonymi wierzchołkami, rwące potoki i pierwsze jezioro, Paine. Droga zboczem wzgórza, wzdłuż jeziora jest tak malownicza, że przystają dosłownie co chwilę, aby zrobić kilka zdjęć. Podmuchy wiatru, w górnych partiach są tak silne, że od czasu do czasu zatrzymują mnie dosłownie w miejscu. Chwilami nie mogę wręcz zrobić ani jednego kroku. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego. Tutaj, ponoć nie jest to niczym niezwykłym.

 

 

Pierwszy punkt kontrolny i jak się później okazało, ostatni. Ranger bardzo skrupulatnie sprawdzał moją rezerwację na kolejny nocleg. Wpisałem się do wielkiej księgi kontrolnej i chwila wytchnienia. W między czasie poznałem dwoje Holendrów i Niemca. Użyczyłem im DIT, a Oni poczęstowali mnie yerba mate, parzoną na zimno. Smakuje podobnie jak ta z liści coca. Takie połączenie wysuszonej trawy i siana. Chyba później kupię taką do domu. 

Minąłem góry i wszedłem między pagórki. Pojawiły się jakieś bagna i trzęsawiska. Czasami są kładki, a innym razem nie. W zależności od rozmiaru i głębokości. No i poznałem smutną prawdę, że moje wodoodporne buty, tak naprawdę wodoodporne są jedynie w teorii. A to pech. Późnym popołudniem, zobaczyłem w oddali pierwszy lodowiec. Jest jeszcze bardzo, bardzo daleko. Prezentuje się jednak bardzo okazale.

Do campu, docieram pod wieczór. Jest zlokalizowany w przepięknej scenerii. Wielki łuk rzeki między górami, na łuku polana, a na polanie obóz. A w recepcji nawet na mnie czekają. Ku mojemu zdziwieniu, odnajdują moje nazwisko na liście i informują gdzie mogę rozbić namiot.

 

Camp Dickson.

 

Rozbijam szybko namiot i kuszę się nawet na piwko. Jego cenę, jak najszybciej będę chciał zapomnieć, ale po tylu godzinach marszu smakowało jak ambrozja. Fajnie, że mają mały sklepik. Chińsko – chilijsko zupka instant na kolację, herbata do dwóch termosów i idę spać. Chyba trochę przegiąłem z paliwem. Ciekawe czy mi wystarczy na cały pobyt?

Araña de rincón, bardzo niebezpieczny pająk występujący jedynie w Chile. Maksymalnie dwie godziny od jego ukąszenia należy otrzymać surowicę, w przeciwnym wypadku… nie dręczą nas już więcej, żadne zmartwienia i problemy. Nigdy już się nie dowiem, czy to właśnie on chodził mi po namiocie. Jeśli nie, to był do niego bardzo podobny. Nawet nie pomyślałem o jego zdjęciu, tylko szybciutko pofrunął w siną dal.

___________________________________ 

  

 

Dzień 7 – 23.03.2017

  

Pobudka skoro świt. Noc była zimna, więc idę nad rzekę, trochę rozprostować kości. Rozmawiam z pewnym Chilijczykiem, który jak tylko usłyszał skąd jestem to standardowo: Jan Paweł II i Podolski. Tłumaczę, że Podolski to teraz Niemiec. Ah tak. Mamy Lewandowskiego. A tak, faktycznie. Przecież gra w Bayern Monachium z naszym Vidalem. Od tej byliśmy już kumplami i w najbliższych dniach, kiedy tylko spotkaliśmy się kilka razy na szlaku. Zawsze krzyczał do mnie z daleka. Hej, Lewandowski! Hola! Arturo Vidal, odpowiadałem. No i później trochę gadaliśmy. On oczywiście po hiszpańsku, Ja po angielsku. Było wówczas bardzo wesoło.

Pakuję graty, na śniadanie baton energetyczny, herbatę mam z wczoraj, więc w drogę. Do przejścia, 12 km.

Droga od samego początku pnie się powoli w górę. Na początku przez las, wypierany później przez coraz to niższą roślinność. Im wyżej tym widoki coraz piękniejsze. Jednak droga, czasami połączona jest z wartkim strumieniem w jedno. Chwilami błoto sięga wyżej kostek. Boję się nawet myśleć jak to wszystko wygląda podczas deszczowych dni. Idę, i kolejny już raz powtarzam sobie w duchu, że mam zdecydowanie za ciężki plecak.

W pewnym momencie zauważam na drzewie przed sobą dziwnego ptaka. Jest wielki, jak dwa polskie. Czarny jak smoła, z krwiście czerwoną głową oraz śmiesznym czubem przypominającym irokeza na czubku. Fantastyczny ptak, jak z bajki dla dzieci. Uderza w pień z taki siłą, że echo roznosi się po całej okolicy. Jakby ktoś strzelał z karabinu. Carpintero Gigante – powiedział mi przechodzący akurat w pobliżu Chilijczyk.

Wychodzę wyżej, nad małe jeziorko. Na grani wiatr dosłownie ścina z nóg. Chwilami muszę wręcz zapierać się kijkami, aby mnie nie zwiało. Pierwszy raz widzę z bliska lodowiec. Co on takiego ma w sobie, że tak przyciąga wzrok? Nie można się napatrzeć.

 

 

 

Camp Los Perros.

 

Do campu u podnóża lodowca docieram w miarę wcześnie. Służbiści sprawdzają dokładnie moją rezerwację oraz dodatkowo, rezerwację na kolejnym campie. Musimy, bo to formalne wymogi bezpieczeństwa. Informują mnie jednocześnie, że muszę wyruszyć maksymalnie o 9 rano, gdyż droga jest trudna. To dopiero ciekawostka. Jednak to Ja tutaj przyjechałem, więc muszę respektować obowiązujące zasady. Mam więcej czasu, bez zbytniego pośpiechu rozbijam namiot, gotuję chińsko – chilijską zupkę instant, herbatę do termosu i oddaję się zasłużonemu relaksowi.

O cholera, ale zimna noc. Nad ranem założyłem na siebie prawie wszystko, co miałem i spałem opatulony jak bałwan. Za ciężki plecak i za cienki śpiwór. Dwa podstawowe błędy, które popełniłem. Człowiek uczy się całe życie, a Patagonia ze swoją zmienną i bardzo specyficzną pogodą, bardzo szybko wyłapuje wszystkie niedociągnięcia. Rano jak się okazało, wymiękł nawet Szkot i założył spodnie. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 8 – 24.03.2017

 

Pobudka i start. Zjem batona w trakcie marszu. Kilka minut po 8-mej, a większość obozowiska jest już pusta. Do kolejnego campu jest jedynie 8 km, coś mi się nie zgadza. Zobaczymy jak wszystko wyjdzie w trakcie dnia.

Droga od samego początku ostro pnie się w górę. Błoto sięga wyżej kostek, mnóstwo konarów, poprzewracanych drzew i kamieni. Małych, średnich i olbrzymich. Czasami wręcz ciężko uwierzyć, że jest to szlak. W przekonaniu jednak utwierdza mnie las po obu stronach. Nierzadko środkiem płynie strumień powstały z topniejącego gdzieś w górze lodowca. Kijki sprawują się wyśmienicie i nie jeden raz ratują mnie przed zapadnięciem się głęboko w błoto. Jak wygląda ten szlak podczas ulewy? Ciężko sobie to wyobrazić, ale podejrzewam, że jest bardzo trudny do przejścia.

Skończył się las i zaczęły kamienie. Tylko kamienie. Cały stok góry jak i szlak, pokryte są warstwą dziwnie wyglądających kamieni. Jedne podobne trochę do pewnego rodzaju łupka, inne przypominają tłuczeń spod podkładów kolejowych. Pewna odmiana po błocie. Idzie się w pewien sposób lżej, jednak jak się później okazało, było to jednak chwilowym złudzeniem.

Widoki przypominają mi Mordor, kiedy to Frodo z Samem wspinali się do Szczeliny Zagłady. Gdybym nie wiedział gdzie kręcono tamte sceny, byłbym święcie przekonany, że właśnie tutaj. Dookoła nagie i surowe góry, cała roślinność została dużo niżej. Za wyjątkiem specyficznego łupka i strumienia gdzieś w oddali, nie ma praktycznie nic. Pogoda jest tak fantastyczna, iż lepszej nie mogłem sobie wymarzyć. Delikatny, aczkolwiek zimny wiatr, trochę chmur dla urozmaicenia widoków i słońce. Mnóstwo słońca. Za mną szeroka dolina z Los Perros, gdzieś tam w dole, a przede mną wysoka przełęcz. Po bokach góry, z resztami osuwającego się śniegu. Od czasu do czasu odrywa się kawał tworząc lawinę. Huk wówczas przypomina burzę.

Wdrapałem się na przełęcz, Paso John Gardner. Wysokościomierz wskazuje 1241 m. (Bitwa pod Legnicą - Ah te cyfry i daty). Ponad 700 metrów powyżej obozu. W sumie nie tak wysoko, a jednak miejsce ma duże znaczenie. Za mną góry skaliste z mnóstwem kamieni na zboczach i roślinnością gdzieś tam w dole. Przede mną jak jęzor, gigantyczny lodowiec Grey, schodzący z wielkich, ośnieżonych gór, prosto do jeziora. Ma 17 km długości i 4 km szerokości. Nie mogę uwierzyć, że jest, aż tak wielki. Zajmuje jednak całą, wielką dolinę. Całość prezentuje się fantastycznie. Robię parę zdjęć, ale w żaden sposób nie mogę go objąć całego. Przydałby się obiektyw szerokokątny. Widok taki, jakby zderzały się dwa inne światy. Zimno zaczynam odczuwać, kiedy robię sobie przerwę. Trzy dni temu właśnie skończyło się lato, ciekawy jestem jak jest tutaj zimą. Przeszywający, wręcz lodowaty wiatr. Temperatura odczuwalna to -31ºC. Zdecydowanie najzimniejsze miejsce podczas mojej wyprawy.

 

 

Schodzę w dół nie mogąc oderwać wzroku od lodowca. Im jestem niżej, tym bardziej zdaję sobie sprawę z jego wielkości. Ten z wczorajszego dnia, przy Los Perros, okazał się taką malutką pchełką. Grey z jego umiejscowieniem i otaczającymi górami, przyciąga do siebie ludzi z całego świata. Dodatkowo, pogoda trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Wczoraj wiało przeraźliwie mocno na samym dole, co więc, działo się tutaj, ciężko sobie wyobrazić. Jak natomiast okazało się później. Dnia jutrzejszego niebo zasłoniły ciężkie i niskie chmury. Widoczność na przełęczy oscylowała w okolicach kilku metrów. 

Wielu powie, że strome górskie drogi w dół są cięższe do pokonania niż te pod górę. Może nie tyle cięższe, co w pewnym sensie trudniejsze. Coś w tym musi być. Nie wiem, co byłoby z moimi kolanami, gdyby nie kijki. Droga z przełęczy jest po prostu, bardzo stroma. W pierwszej kolejności schodzi się podobnie jak wchodzi z drugiej strony, szlakiem z masą płaskich, łupkowych kamieni. Niżej natomiast, jest bardzo stroma leśna ścieżka. Przepiękny, dziki las. Bardzo mroczny i tajemniczy. Fajnie musi wyglądać o zmroku lub o świcie, kiedy spowija go mgła. Wielkie, powykręcane drzewa, porośnięte mchem i gąszcz praktycznie nie do przebycia. Idąc samemu odczuwa się pewnego rodzaju dzikość tego miejsca. Tutaj to pierwszy raz w życiu, mam także nadzieję, że ostatni, zobaczyłem Czarną Wdowę. Wędrowała sobie ot tak, w poprzek ścieżki. I o ile dwa dni temu, tak do końca nie byłem pewien czy to właśnie Araña de rincón. Tym razem nie miałem żadnych wątpliwości. Z jednej strony niesamowite, takie maleństwo, a z drugiej takie niebezpieczne. Brrr….

 

Camp El Paso.

 

Po 16 – tej docieram na miejsce. Bardzo mały camp, zlokalizowany na zalesionym zboczu nad lodowcem. O mały włos nie przeoczyłbym go, maszerując przez las. Ma jedynie kilkanaście, ściśle określonych miejsc, gdzie można rozbić namiot. Tłumaczy to problemy z terminami rezerwacji. Dziwne, ale jest jedynie kilka osób. Gdzie więc reszta, która wyruszyła z Perros? Widocznie poszli dalej. Rezerwację mam na jutrzejszą noc, ale postanowiłem pójść na całość. Wcześniej już sobie postanowiłem, że w razie czego, będę wówczas czarował i świecił oczami. Jak to natomiast często w życiu bywa, krótkie i zwięzłe odpowiedzi na pytania, rozwiązują wiele problemów. Wyglądało to tak: Pewnym krokiem idę do Rangersa i mówię:

– Hola Amigo. Gdzie mogę rozbić namiot?

– Masz rezerwację?

– Oczywiście.

– No to w wolnych miejscach oznaczonych chorągiewkami. Wpisz się jeszcze do książki meldunkowej.

– Spoko, dzięki.

         Nie pytał o termin, więc i sumienie pozostało spokojne. Jak się później okazało, mimo tak niewielu miejsc i tak połowa była pusta. Ludzie nie chcą tutaj nocować chyba ze względu na pełen survival i wręcz spartańskie warunki. Z drugiej strony, po co więc w ogóle przyjeżdżać do Torres del Paine?

         Spotykam poznanego Niemca. Gotujemy sobie po chilijsko – chińskiej zupce instant i gawędzimy trochę. Mówi, że Holendrzy, podobnie jak cała reszta, poszli do kolejnego campu. On natomiast został tutaj, bo przyjechał podziwiać piękno natury, a nie na wyścigi. Szczera prawda. Jestem podobnego zdania. Kiedy trzeba to trzeba, ale nie zawsze i za wszelką cenę. Przeziębił się ostatniej nocy i nie wygląda zbyt dobrze.

         Komary tną jak oszalałe. Jakby widziały człowieka jeden raz w roku i musiały nadrobić cały ten stracony czas. Pakuję się więc do namiotu, ubieram co tylko mogę i zasypiam. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 9 – 25.03.2017

 

 

Noc jak poprzednia. Zimna i wilgotna. Bliskość lodowca oraz jeziora, z pewnością miały na to bardzo duży wpływ. Jest tak zimno i nieprzyjemnie, że nie mam ochoty tracić czasu na gotowanie. Baton energetyczny jest ekstra wynalazkiem. Należy jedynie pamiętać, aby solidnie go czymś popić. Mam jeszcze trochę ciepłej herbaty w termosie, pakuję więc namiot i w drogę. Szybciej się rozgrzeję. Plan na dziś, to ok. 18 km.

Droga podobna do wczorajszej. Stroma leśna ścieżka, z wielkimi korzeniami i kamieniami naniesionymi podczas ulew. Ciężko się idzie, jednak nigdzie mi się nie spieszy. Wędruję powoli i podziwiam ten dziki i tajemniczy las. Wielkie drzewa, mroczne wąwozy i gąszcz, nie rzadko do przebycia. Przez pięć godzin marszu spotykam jedynie kilka osób. Totalne odludzie, jednak w pewnym sensie ekscytujące. Ciekawe tylko, kiedy pojawią się jakieś elfy?

Ci, którzy dawno temu oglądali film Indiana Jones, dobrze pamiętają scenę na wiszącym moście. Długi, kołyszący się most linowy, zawieszony nad przepaścią. Jedyne na nim trwalsze elementy to deski w podstawie. Między campami El Paso a Gray są takie cztery. Nie mam lęku wysokości, a jednak na samym środku najdłuższego z nich, poczułem coś do niego podobnego. Rozbujany most, z którego w każdej chwili po prostu można wypaść. Wystarczy jedynie stawiać kroki odwrotnie do rytmu bujania. Niezły dreszczyk emocji i przeżycie pierwsza klasa.

 

 

Pogoda jest przepiękna, chociaż w oddali na przełęczy widać nisko wiszące chmury. Ci, co przekraczają ja dzisiaj, widoczność mają zerową. Tak to bywa, Patagonia. Cały czas idę zboczem góry, wzdłuż jeziora, w którym wcześniej kończył swoją drogę lodowiec. Tutaj pozostałością są jedynie jego pływające szczątki. Jest ich, co nie miara. Małe, średnie i nawet kilka dużych. Z wysokości bardzo dobrze widać, jak dużo lodu jest pod powierzchną wody i jak mały jej kawałek wystaje ponad nią. Prawdą jest także, że pływające góry lodowe mają niebieski poblask. Niesamowity widok. 

Na jednym ze wzgórz, spotkałem pewną grupę turystów.

Skąd jesteś? - pyta mnie dziewczyna.

– Z Polski.

– Wszystkiego Najlepszego z Okazji Urodzin –mówi z dziwnym akcentem, uśmiechając się szeroko.

– Ekstra, ale spóźniłaś się o kilka dni. A Wy skąd jesteście?

– Z Izraela.

         Niby kilka słów, ale jakie to miłe. Jeden z nich miał nawet podwójne obywatelstwo. Polskie - Izraelskie.

 

Camp Grey.

 

A więc to tutaj wszyscy wczoraj przywędrowali. Musieli mieć bardzo ciężki etap, skoro nawet Szkot ledwo chodzi. Rozglądając się dookoła w pełni rozumiem ich determinację. Hotel, sklep i restauracja, czyli pewien powrót do cywilizacji. Większość ma tutaj dzień postoju. Trochę dziwna organizacja, ale co mi tam. Ja robię sobie jedynie przerwę i wyruszam dalej.

Dalsza droga mija na spokojnej wędrówce połączonej, z krótkimi przerwami na zdjęcia. Fantastyczne widoki nie przemijają, a wręcz zaskakują za każdym wzgórzem, lasem czy zakrętem. Wysokie góry pozostały za mną, ale jezioro, które pojawiło się przy Grey’u nieustannie towarzyszy krajobrazowi. Z daleka widać wycieczki stateczkiem do ściany lodowca. Spotkani w Puenta Arenas Polacy twierdzili, że na jednym ze stateczków, od 14 już lat pracuje nasz rodak. Świat naprawdę jest mały.

 

Camp Paine Grande.

 

Do campu docieram wczesnym wieczorem. Zlokalizowany na wielkiej polanie nad jeziorem, jednocześnie osłonięty wysokimi górami z drugiej strony. Polana, a na niej drewniane pomosty między ważniejszymi punktami. Wszystko dobrze zorganizowane. Jest tutaj wielka restauracja z kucharzami i ekstra kuchnią oraz dobrze wyposażony sklep. Mają nawet płatny dostęp do internetu. Jest wielka hala, gdzie można przyrządzić coś do jedzenia. Camp ogólnie jest olbrzymi i jeśli porównamy go z poprzednimi, w pewnym sensie ekstrawagancki. Taki sztandarowy dla jednodniowych turystów. Tutaj to właśnie przywożą Ich promy spod Pudeto, drugiego wejścia do parku. Panuje wręcz tłok. Większość z nich spędza tutaj dzień, może dwa, robiąc jedynie krótki rekonesans. Takie zaliczenie, aby w przyszłości móc się pochwalić: Byłem w Torres del Paine. Ubrani jak manekiny lub modele z gazetek ze sklepu górskiego. Wszystko czyściuteńkie, nowiuteńkie i wręcz „nieśmigane”. Króluje oczywiście Nord Face. Co ciekawsi mogą się przepłynąć stateczkiem do ściany lodowca. Pełna komercja w sercu dzikiej Patagonii. Rezerwację miałem na dzień wczorajszy, ale stanowczo stwierdzam, że miałem pewne problemy i jestem dzisiaj. A jakie to już moja sprawa. Nie muszą wiedzieć, że były to problemy przy rezerwacji, gdzie jeden dzień po prostu mi umknął. W sumie panuje taki tłok, że nikt na nikogo nie zwraca uwagi. 

Mimo, że nie podoba mi się ten camp, kuszę się na zimne piwo i idę spać.

___________________________________ 

  

 

Dzień 10 – 26.03.2017

 

Noc zdecydowanie najzimniejsza ze wszystkich. I to nie tyle przez temperaturę bliską zera, co przez wilgotność. Lodowiec i jezioro zrobiły swoje. Rano wszystko jest mokre jak po deszczu. Gotuję chilijsko – chińską zupkę instant i w drogę. Nie mam ochoty siedzieć w tym ścisku i hałasie.

Trasa wiedzie zboczem wzgórza, wzdłuż jeziora Skӧttsberg. Słońce jest coraz wyżej i robi się coraz cieplej. Do tego lekki i przyjemny wiaterek. Oby tylko było mniej naniesionych podczas ulew, tych kamieni na szlaku, Ciężko się po nich idzie. Widoki jednak rekompensują wszystko, podobnie jak dnia poprzedniego. Przepiękne. Przyzwyczaiłem się już do nich. Każdego dnia krajobraz jest iście fantastyczny. Jednego dnia góry, innego lodowce, kolejnego fiordy czy rwące potoki. Pogody lepszej nie mogłem sobie wymarzyć. Nawet chmury dodają do całości pewnego uroku. Po drodze spotykam znajomych Holendrów.

 

 

Wiele jest mieszanych par na świecie. Biali, czarni, żółci, oliwkowi itd…. Najprzeróżniejsze opcje. Wszak miłość nie zna granic. Jednak kombinację: Ona Biała, On o Oliwkowej karnacji, spotkać można wyjątkowo rzadko. Amerykanka i Hindus. Taką to parę spotkałem wczoraj. Ona wymalowana, wypacykowana, weekendowa turystka. Istna laleczka barbie. On typowy człapiący „ciapak”. Nie potrafiący zrobić normalnego kroku, gdyż całe życie przyzwyczajony do szurania nogami, obutymi w klapki. Nawet znalezionego gdzieś po drodze kija do podpierania, wcale nie podnosił, tylko podobnie ciągnął za sobą. Z wiadomych względów, od razu przykuli moją uwagę. Dodatkowo, wyglądali jakby dopiero co, wyszli ze sklepu ze sprzętem trekkingowym, gdzie wybrali co tylko najlepsze. Jak modele z gazetki reklamowej, przyjechali zaliczyć Torres del Paine.

Dzisiaj minąłem Ich kilka razy. Modele już trochę się pobrudziły. Były trochę rumiane i spalone słońcem. Specyficzna para i specyficzne zachowanie. On Hindus cały czas gadał, Ona biała tylko słuchała, wtrącają od czasu do czasu kilka słów. Gadał i gadał. Do znudzenia. Idzie sobie człowiek spokojnie patagońskimi odludziami, ludzi spotyka od czasu do czasu i oddaje się relaksowi. Innymi słowy, medytuje obcując z dziką przyrodą. Wiadomo, że zamienić słowo z nieznajomym jest i w dobrym guście i po prostu wypada. Jednak Ona gderał cały czas. Bez przerwy. Przysłuchałem się kilka razy, o czym i w sumie przyznać muszę, że o niczym. Same głupoty i bzdury, oby tylko gadać. Jak jakaś cholerna zegarynka. Tak, po prostu mielił sobie jęzorem ile wlezie. Kiedy za bardzo się oddalili, to zaraz robili przerwę, aby ponownie mnie spotkać i męczyć tym nieustannym gadaniem. 

 

Camp Italiano.

 

Dzisiejszy etap był bardzo krótki. Po przejściu 8 km docieram do Italiano. Od razu komercja prysła jak bańka mydlana. Camp bardzo podobny do El Paso, choć trochę większy. Las, goła, ubita ziemia, a na niej masa korzeni, nieopodal rwąca, górska rzeka. Rozbitych jest jedynie kilka namiotów. Dookoła cisza i spokój. Rezerwację miałem na wczoraj, ale nikt mnie nie sprawdza. Rozbijam namiot, zostawiam plecak i wyruszam na punkt widokowy. Chyba nadwyrężyłem kostkę lub naciągnąłem ścięgno. Zaczyna mnie trochę boleć.

Po przejściu mniej więcej 1/3 szlaku docieram do Frances, pierwszego punktu widokowego. Wiele widziałem już w życiu, jednak to, co zobaczyłem tutaj wprawiło mnie w pewne osłupienie. Wręcz coś niezwykłego. Znalazłem się na częściowo niezalesionym wierzchołku wzgórza, oddzielonym doliną od wysokich i stromych gór. Najwyższa z nich, Cumbra Principal – 3.050 metrów, obok nieco niższe, Cumbra Norte i Central, na nich natomiast wielkie czapy śniegu i lodu. Niezwykłość miejsca polegała na tym, iż z gór tych, od czasu do czasu zsuwała się … lawina śnieżna. Chyba jest to trochę popularne miejsce, bo na wzgórzu rozsiadło się kilka osób. Kilka miało nawet aparaty na statywach. Bardzo głośny trzask, huk i donośne dudnienie, przypominające burzę z piorunami. Nigdy nie widziałem lawin śnieżnych, ale to, co powstaje z małych czap, daje wiele do myślenia. To jest moc. Jak wygląda duża? Jakie pozostawia po sobie zniszczenia? Nie do opisania. 

 

 

Mirrador Britanico.

 

2,5 godziny zajmuje mi dojście do punktu widokowego. Bez zbytniego obciążenia, więc pierwszy raz coś zgodnie z drogowskazami. Niedaleko szczytu spotykam Holendrów, później Izraelczyków. Znamy się ze szlaku i miło zamienić kilka słów. Jakoś jest tak swojsko i przyjemnie. Z Britanico rozciąga się przepiękny widok na całą dolinę. Wysokie, ośnieżone, dwu i pół tysięczniki z jednej strony i nieco niższe, dwu tysięczniki z drugiej. Nie znam się na skałach, ale jedne i drugie zbudowane są z całkowicie innych surowców czy minerałów.  Jedne bardzo ciemne, brązowe, drugie natomiast bardzo jasne, wręcz szare. Między nimi natomiast, wielka, zielona, kilkukilometrowa niecka, z bystrym potokiem pośrodku. Oprócz tego drzewa, których nie można spotkać nigdzie w Europie. Niby to śródziemnomorkie pinie, niby wyrośnięta kosodrzewina z Karkonoszy, niby wielkie Akacje z Savanny. Frances Valley. Fantastyczna dolina pośród gór.

 

 

Słyszałem ich już od pewnego czasu. Coraz głośniej i głośniej. W końcu przyszli. Hindus ze swoją „Białą” towarzyszką. Jak Go może nie boleć język. Gdera i gdera, a przerwę robi jedynie na to, aby przełknąć ślinę. Pół godziny podziwiam widok i pół godziny słucham jak gdera. Potrafi to strasznie wymęczyć. Spotkałem Ich później w drodze powrotnej do campu. Zgubili się, a zaczynało już zmierzchać. On chodził po krzakach, szukał szlaku i cały czas gderał. Chciałem szybko się oddalić, ale poprosili mnie o pomoc. Cóż zrobić? Szliśmy razem przez pewien czas.

Do campu wróciłem krótko po zapadnięciu zmroku. Standardowo chińsko – chilijsko zupka instant na kolację, herbata do termosu i idę spać.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 11 – 27.03.2017

 

Kolejna zimna i wilgotna noc. Chyba już się do tego przyzwyczaiłem. Który to już jednak raz pluję sobie w brodę, że nie wziąłem cieplejszego śpiwora? W nocy nawet trochę pokropiło, ale w sumie nie ma to większego znaczenia. Przy tej wilgotności powietrza, wszystko i tak jest mokre. Nieprzyjemnie mokre. Baton, ibuprom i w drogę. Chyba to jednak nie kostka, ale ścięgno. Zobaczymy jak trochę się rozchodzę.

Idąc leśną ścieżką, za około pół godziny docieram do campu Frances. Większy i bardziej ekskluzywniejszy. Mają nawet market. Po ilości namiotów widać, że to właśnie tutaj zatrzymała się większość wędrowców. Mijam go jedynie i idę dalej. Szlak wije się jak wstążka. Ostre podejścia i bardzo strome zejścia. Większość trasy wiedzie zboczem góry przez las. Kiedy trochę się przerzedzi to widoki jak i wcześniej, olśniewające. Jezioro Nordernskjӧld, podobnie jak mijane dwa dni wcześniej Grey, jest wielkie. Podobnie jak i Grey położone między szczelnie pokrytymi zielenią górami, wznoszącymi się stromo od samych brzegów. Jedynie, czego brakuje, to pływających gór lodowych, ale lodowiec został niestety daleko w tyle.

Po około 3 godzinach dochodzę do Los Cuernos. Camp, choć mniejszy od Paine Grande, jednak podobnie jak on w pełni skomercjalizowany. Piękny drewniany budynek pośród drzew, niedaleko jeziora. W nim hotel i restauracja. Dookoła spokój i sielanka. Pizza – 150 zł – chyba trochę ich poniosło. Ta część parku jest dużo częściej odwiedzana, więc jakby nie patrzeć, popyt kształtuje podaż. Jednak po tylu dniach marszu, dałem się skusić na kawałek ciasta i colę. Dosłownie „Niebo w Gębie”. Tak się nakręciłem, że walnąłem jeszcze Red Bull’a i wyruszyłem w dalszą drogę.

Dalsza część dnia mija na spokojnej wędrówce wzdłuż jeziora. Przyzwyczajony do bajkowych widoków przystaję od czasu do czasu, aby pstryknąć jakieś zdjęcie lub po prostu odpocząć. Popatrzeć i zapamiętać jak najwięcej. Pogoda jak i w dniach poprzednich, jest wręcz fantastyczna. Piękny i słoneczny dzień z delikatnym wiaterkiem. Na niebie trochę białych chmur. Przyzwyczaiłem się nawet do wszędobylskich, naniesionych przez wodę kamieni.

W pewnym momencie odbiłem z głównego szlaku w kierunku campu Chileno. Droga z początku pięła się ostro pod górę, jednak stopniowo zaczęła przechodzić w taką polną ścieżkę. Mimo dwóch wielkich trzęsawisk, gdzie jedynie dzięki kijkom zapadłem się tylko po kostki w bagnie, idzie się bardzo dobrze i przyjemnie.

Usłyszałem pumę. Musiała być w oddalonych nieco zaroślach. Pouczono nas jak należy się zachować na wypadek spotkania dzikich pum. Jednak, co innego teoria a co innego praktyka. Wędruję dalej i oglądam się za siebie. W razie czego, pomyślałem, kijki mają ostre czubki. Raz kozie śmierć.

Kilka kilometrów przed Chileno, szlak łączy się ze szlakiem głównym. Skończyła się samotność. Coraz więcej turystów. Pojawili się nawet tragarze z objuczonymi końmi. Droga wiedzie kilka kilometrów zboczem odkrytej góry z widokiem na całą dolinę, w głębi której, w dole, zlokalizowany jest camp Chilno. Podobnie jak we Frances Valey – środkiem płynie bystry potok. Przepiękny krajobraz, rozciągający się na wiele kilometrów.

Z racji tego, że jest już trochę późno, robię jedynie krótki postój w Chileno i wyruszam do ostatniego campu. Za mną Amerykanin, którego poznałem wcześniej. Ma chłop kondycję. Z drugiej strony to jego drugi dzień, więc, nie ma się czemu dziwić. Szlak wiedzie tym razem przez las. Ubite i wydeptane tysiącami nóg klepisko z masą wystających korzeni. Nie ma za dużo opcji podziwiania widoków, gdyż las jest dosyć gęsty. Idę i marzę jedynie o odpoczynku. GPS wskazał prawie 25 km. Zdecydowanie najdłuższy etap.

 

Camp Torres.

 

U podnóża gór, w gęstym lesie nad górskim strumieniem jest obóz. Podobnie jak inne z tej grupy, w swojej ofercie mają pełny survival. Rezerwacja na wczoraj, ale zaczyna zmierzchać i nawet nikt o nią nie pyta. Wpis do księgi i rozbijam namiot na pierwszym lepszym, w miarę równym gruncie, niedaleko strumienia. Idę na całość i tym razem pożyczam od Rangersów śpiwór. Nie było żadnego problemu i nawet nic za to nie chcieli. Bardzo mile z Ich strony. Podczas gotowania chińsko – chilijskiej zupki instant, przyszedł do mnie lis. Najprawdziwszy na świecie, lis. Przyszedł, usiadł dwa, może trzy metry obok i czekał. Łatwe jedzenie. Coś niesamowitego. Rozmawiam jeszcze chwilę z poznanym wcześniej na szlaku Amerykaninem i idę spać.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 12 – 28.03.2017

  

Pierwszy i ostatni raz wybrałem się gdzieś z nieodpowiednim śpiworem. Tej nocy było tak jak powinno. Przeszywająco zimno na zewnątrz a w środku cieplutko i milutko. Nawet wilgotność sięgająca blisko 100%, nie doskwierała tak bardzo. Gapowe trzeba płacić lub ponosić jego konsekwencje. Pobudka o 6:00 rano, pakuję najpotrzebniejsze rzeczy i mimo ciemności wyruszam. Droga wg znaków to 1 km i ok. 45 min. Zakładam troszeczkę więcej, co jak się później okazało było bardzo dobrym pomysłem. Ból w stopie to nadwyrężone ścięgno. Ciemny, gęsty las, więc ciężko się idzie pod górę, bardzo stromym, górskim podejściem. Ścieżką czasami płynie strumień, kamienie są wówczas bardzo śliskie. Innym razem powykręcane korzenie sięgają niemal do pasa i za każdym razem trzeba je jakoś obejść lub po prostu po nich przejść. Mniej więcej w połowie podejścia, las powoli ustępuje gołym skałom i wszędobylskim kamieniom. Jakże to łatwo osuwającym się spod nóg. Dodatkowo dookoła zaczyna robić się widno, więc i lepiej się maszeruje.  Zimno jest jednak bardzo. Mimo okolic zera, temperatura odczuwalna to -7ºC. Kiedy tylko zawieje wiatr, czuć przeszywające zimno.

Wieże Torres del Paine, ulokowane są nad brzegiem małego jeziorka, Ventisquero Torres, powstałego z topiącego się śniegu i lodu, jaki gromadzi się u ich podstawy. Wyglądają jak trzy gigantyczne, jasno szare menhiry, lub jak kto woli, „paluchy”. Trochę ponure i bezbarwne. Szare, jak na negatywach. Patrzę na nie i liczę w myślach. Torre Monzinio – 2.246 metrów, Torre Central – 2.800 metrów, Torre Deagostini – 2.860 metrów. Skoro jezioro jest na wysokości troszeczkę ponad 900 metrów, to po odliczeniu podstawy, wychodzi, że mają prawie 1 km wysokości. Dziwne, ale jak stoi się u ich podnóża, wcale tego nie widać. Dookoła zebrało się trochę rannych ptaszków. Każdy z nich ciekaw, czy opowieści o nich, nie są, co nie co, przesadzone.

 

 

         Zaczęło się kilkanaście minut przed ósmą. Jasno, jaśniej, coraz bardziej jaśniej. Gdzieś tam daleko, na wschodzie pojawiło się słońce. Powoli, bardzo powoli, niemalże jak w filmie „The Cathedral”, Tomasza Bagińskiego. Jedynie zamiast nastrojowej muzyki, cisza jak makiem zasiał. Kiedy pierwsze promienie dotknęły czubków, skały zaczęły zmieniać swoją barwę z jasno szarej na rdzawo – pomarańczową. Centymetr po centymetrze, metr po metrze i tak dalej. Każdy stał i z zachwytem obserwował ten cudowny widok. To już. Teraz. Tyle zachodu, tyle wyrzeczeń i zmęczenia. Dotarliśmy. Warto było. Pod każdym względem, warto było przejść cały szlak, aby to zobaczyć. Iglice Torres del Paine, nie dość, że naprawdę są pomarańczowe o wschodzie słońca, to jeszcze zdają się oddawać pewien poblask. Wręcz hipnotyzują obserwującego widza. Jak jakaś magia. 

 

 

         Po godzinie powoli, oglądając się jeszcze od czasu do czasu, za siebie, wracam do campu. Składam namiot, pakuję manatki i powoli wyruszam w drogę powrotną. Przeszywające zimno szybko ustępuje skwarowi lejącemu się z nieba. Dzień, jak co dzień. Po prostu Patagonia. W wielu miejscach widziałem informacje, typu: Nie pytaj nas o pogodę, to jest Patagonia. Tutaj możesz doświadczyć czterech pór roku jednego dnia.

         Mijam camp Chileno, gdzie rozmawiam chwilę z Izraelczykami. Odpuścili wschód słońca, bo trochę źle zaplanowali trasę. Nie tracąc zbytnio czasu, powoli, z mozołem, maszeruję kilku kilometrowym podejściem, aż do rozwidlenia, gdzie wyszedłem wczoraj. Na szczycie spotykam kilkoro rodaków. Jak miło. Gawędzimy chwilę. Pytają, co, jak i jak w ogóle wrażenia. Bo w sumie to Oni przyjechali tutaj tylko na dwa dni. Zaliczyć Torres i poimprezować. Ceny im nie straszne, bo jak mi wesoło oznajmili: „Mamy ze sobą cały plecak jedzenia, mamy piwko, a nawet i wódeczka się znajdzie. Jak chcesz to zawracaj i zostań z nami jeden dzień. Zapraszamy”. Rodacy.

         Od rozwidlenia droga zaczęła prowadzić w dół. Ciężko idzie się ostro w dół po kamieniach. Przerabiałem to wiele razy w górach, jednak te tutaj są jakieś takie specyficzne. Jakby ktoś celowo w nocy rozsypywał je z wielkiego wora. Większość luźna, osuwająca się spod butów, niektóre dodatkowo bardzo ostre. Czuję zmęczenie nagromadzone przez te kilka dni. Nieodzowne kijki, dzięki którym moje kolana są szczęśliwe. Za ciężki plecak, do którego wagi już się chyba przyzwyczaiłem, jest gdzieś tam z tyłu. Cały czas myślę, co zjem jak wrócę. Na co mam największą ochotę. Wygrywa zwykła bułka szynką i żółtym serem, uprzednio posmarowana oczywiście masłem. Później jakiś owoc. Obojętnie jaki, byle soczysty. Spotykam poznaną pierwszego dnia wędrówki, parę Argentyńczyków. Później starych znajomych z Holandii. Jedni i drudzy gratulują mi przejścia trasy, a następnie pytają o to samo. Czy naprawdę Wieże Torres del Paine o wschodzie są takie jak na zdjęciach? Brodaty Amerykanin, z którym tak miło mi się wczoraj rozmawiało, zmarkotniał, kiedy się spotkaliśmy. Wczoraj trochę przesadziłem i niestety musiałem odpuścić, mówi. Żal mi go bardzo. 

         Brudny, wymęczony, ale jednocześnie nad wyraz szczęśliwy, o 13:50, docieram do końca wędrówki. W 8 dni, przeszedłem 134 km, po górach, lasach, dolinach, wąwozach. Skrajami lodowców i zboczami, gdzie wiatr chwilami, zatrzymywał mnie w miejscu. Wiszących i rozhuśtanych mostach, nad przepaściami. Po trzęsawiskach, gdzie czasami zapadałem się głęboko w bagno. W skwarze za dnia i przeraźliwie zimnych nocach. Po spaleniu niezliczonej ilości kalorii i całej masie wyrzeczeń, ukończyłem pełne Circuito chilijskiego Parku Narodowego, Torres del Paine. 

 

 

Natomiast, Rodrigo Canuto Errazuriz, do którego należy, do tej pory, nie pobity rekord świata, przebiegł tę trasę w 17 godzin, 38 minut i 21 sekund J.

Jako nagrodę, kupiłem litrową coca – colę i powoli, bardzo powoli, wypiłem ją,  podczas drogi powrotnej w autobusie. Bajeczne Torres del Paine, podziwiam jeszcze przez wiele, wiele kilometrów, do czasu, aż znikło całkowicie za horyzontem.

Nocleg w Puerto Natales wynająłem naprzeciwko dworca autobusowego. Nie miałem już siły na inne poszukiwania. Warunki, jak się okazało, bardzo przyzwoite. Dopłaciłem nawet trochę do jedynki z wielkim łóżkiem i poszedłem na szybkie zakupy. Pozostał jedynie prysznic, kolacja i łóżko. O Matko, jak przyjemnie położyć się w łóżku.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 13 – 29.03.2017

 

Miałem pojechać do El Calafate, jednak postanowiłem zmienić trochę plan. Lodowiec już widziałem, co prawda mniejszy, ale tak naprawdę wcale do takich malutkich nie należał. Nadwyrężone ścięgno ważniejsze, a jeden dzień odpoczynku nie zaszkodzi. Podczas podróży, zawsze z czegoś trzeba zrezygnować. Plan, planem a rzeczywistość, zawsze toczy się swoim torem.

Powoli i niespiesznie wstaję z łóżka, jem śniadanie i idę w miasto. Wydaje mi się, że zamiast 8 dni, minęły miesiące odkąd byłem tutaj po raz ostatni. Kupuję jakąś maść przeciwbólową w aptece i spokojnie zwiedzam sobie okolicę. Ładne jest Puerto Natales. Taki mały górski kurort, nad jednym z fiordów. Fakt, nastawieni wyłącznie na turystykę, jednak, a może i właśnie przez to, jest tutaj bardzo ciekawie. Dzień mija bardzo leniwie. Wieczorem dochodzę do wniosku, że miałem odpocząć, a ponownie złaziłem się jak diabli.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 14 – 30.03.2017

 

Pobudka, szybkie śniadanie i o 7:00, wyjeżdżam na lotnisko. W autobusie pełna kultura, steward chodzi ze szmatką i wyciera każdemu pasażerowi szybę, kiedy tylko ta zaparuje. Nie do wyobrażenia w polskim PKS’ie. Równiny ciągną się w nieskończoność. Nie mogę sobie wyobrazić tego bezkresu. Bez dwóch zdań, Patagonia jest olbrzymia. Step, ponad 3 razy większy od Polski. Dziko wałęsające się lamy, alpaki czy strusie nandu. Szczególnie śmiesznie wyglądają te ostatnie. Jak jakaś krzyżówka strusia z kurą, czy raczej perliczką. W niespełna trzy godziny jazdy patagońską prerią, widzę więcej drapieżnych ptaków, niż przez całe dotychczasowe życie. Jest ich, co nie miara. Czasami, aż trudno je policzyć. Ogólnie jest więcej zwierząt niż na Sawannie.

Ogólnie, Chile jest drogim krajem, ale czasami przekracza to granice zdrowego rozsądku. 50 zł. Tyle kosztuje zwykła bułka i kubek kawy na lotnisku w Punta Arenas. Zwariowali. Oniemiałem dopiero, kiedy zobaczyłem cennik w samolocie. Trzy razy taniej. Nigdy i nigdzie nie spotkałem się z czymś takim. Cóż zrobić, życie jeszcze nie jeden raz mnie zaskoczy. Lecę i podziwiam Andy z okien samolotu. Oglądam je w ten sposób po raz trzeci i w dalszym ciągu nie mogę nasycić wzroku. Za mną siedzi, mistrz ukulele. Członek zespołu z Punta Arenas, którego występ oglądałem tak już dawno temu. Miło bardzo mu było, kiedy go rozpoznałem. Niestety wszelkie próby porozumienia spełzły na niczym, gdyż mój hiszpański jest mocno ograniczony.

 

 

Dwie godziny lotu i docieram do Puerto Montt. Miasta założonego przez Niemieckich emigrantów w 1852 roku. Pięknie zachowali się wówczas Chilijczycy, przyjmując ich do siebie. Wysłali ekspedycję na swoje południowe rubieże, celem znalezienia najbardziej przyjaznego miejsca do założenia miasta. Z miejscem oczywiście nie było żadnego problemu, i tak powstało miasto. Jak na jedynie 150 lat swojego istnienia, nieźle rozwinięte. Niemieckie miasto w Chile. A najfajniejsze jest to, że i jedni, i drudzy o tym pamiętają i nie żywią do siebie żadnej urazy. Stoją pomniki, tablice informacje. Są niemieckie knajpki, restauracyjki. Jest hotel. I nic się nie dzieje. Żadnej wrogości. Podobnie jak z emigrantami z Chorwacji w Punta Arenas.

Puerto Montt jednak, bardziej przypomina mi jakeś peruwiańskie czy boliwijskie miasto. Jest bardzo głośne i chaotyczne. Wszyscy wszędzie czymś handlują, każdy chce coś sprzedać. W bocznych uliczkach śmieci i pomyje. Niby nie jest brudno, ale wszędzie dookoła coś się wala. Coś poniewiera.

W jednej z takich bocznych uliczek znajduję nocleg. Cena tak niska, iż trudno wręcz w to uwierzyć. Bez rachunku, tax’u i jeszcze z rabatem. W cenie śniadanie i nawet jak będę chciał, przechowają mój plecak. Super. Gdzie jest haczyk, myślę? A zresztą, co mi tam. I tak zostawię graty i przełażę cały dzień po mieście lub jego okolicach.

Jak pomyślałem tak i zrobiłem. Całe popołudnie i wieczór spędziłem spacerując ulicami miasta. Odwiedzałem sklepy, bazary i targowiska. Podziwiałem wulkany znad brzegu zatoki. Dwa lata temu świat obiegły zdjęcia wybuchu Calbuco. Ciekawe jak wyglądało to w rzeczywistości, bo zdjęcia z tego wydarzenia są przerażające.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 15 – 31.03.2017

 

Jadę na największą chilijską wyspę, Chiloe. Rozległa i niezwykle malownicza wyspa, sprawia wrażenie wielkiego rezerwatu przyrody. Żyje tutaj na przykład, około 100 gatunków ptaków. Pierwszym odwiedzonym miejscem jest mały, drewniany kościółek, Iglesia San Antonio w Chacao. Jak dowiedziałem się w trakcie dnia, mają tych kościołów kilkadziesiąt. Mniejsze, większe, stare i nieco młodsze. Bogatsze i bardziej zdobione, oraz takie zwykłe i proste. Wszystkie mają jednak pewną wspólną cechę. Są drewniane (z drewna cyprysowego) i mają bardzo specyficzny wygląd. Osobiście przypominają mi Kościoły z westernowych małych miasteczek. Jedna lub dwie wieże na foncie, a za nią właściwy budynek. Niektóre z nich są bardzo pięknie zdobione na południowo – amerykańską modę oczywiście. Swoje powstanie zawdzięczają przybyłym na te ziemie w XVI wieku, Jezuitom. 

Castro. Niepisana stolica regionu, a tak naprawdę większe miasteczko. Standardowo odwiedzam Kościół San Francisco, jednak właśnie odbywa się ceremonia pogrzebowa. Głupio wówczas wędrować wewnątrz, podziwiać i robię zdjęcia. A wielka szkoda, bo jest bardzo ładny. Wnętrze, aż lśniło od wypolerowanego drewna. Za to, niedaleko można podziwiać słynne, kolorowe domy na palach. Usytuowane nad brzegiem zatoki, są nieodzownym elementem miejscowego krajobrazu. Zawsze kojarzone z Chiloe. Kilkadziesiąt i dosłownie każdy inny. 

 

 

Iglesia Nuestra Señora de Gracia de Nercón. Jadę tam jedynie dlatego, że jest blisko. Z drugiej strony patrząc, warto go zobaczyć, bo wpisany jest na listę UNESCO. Kolejny Kościół. Wielki, drewniany i specyficzny. Jak wszystkie tutaj.

 

 

Na koniec zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Dalcahue. Próbuję bardzo smacznej ryby, której nazwę zapomniałem. Mięso podobne do łososia, tyle, że białe. Ponoć jedna z lokalnych specjałów. Później spaceruję trochę po mieście, podziwiając rękodzieła lokalnej sztuki w małych pracowniach. Niektóre z nich są naprawdę bardzo piękne. Jednak cenią się niesamowicie. Solniczka i pieprzniczka z zębów rekina, to 150 zł. Przyznać jednak należy, że bardzo misternie i przepięknie wykonane. 

Na koniec lokalny przewodnik mówi mi coś dziwnego. „Wiesz, że widziałem w swoim życiu z bliska jedynie dwóch Polaków. Ciebie teraz i kiedyś papieża, jak nas odwiedził…” Ciekawe czy mówił prawdę?

Wracam do Puerto Montt i resztę czasu spędzam spacerując po mieście. Wyjeżdżam nocnym autobusem do Santiago.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 16 – 1.04.2017

 

W Santiago jestem rano. Autobus pierwsza klasa, więc jestem nawet wypoczęty. Przesiadam się od razu do drugiego i jadę do Valparaiso. Oddalone trochę ponad 100 km od stolicy, jest drugim największym miastem kraju. Największe miasto portowe na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej i w sumie chyba najbardziej znane w Chile. Pełne kontrastów, od zawsze przyciągało awanturników, artystów, poetów, czy piratów. Na początku XX wieku, dzięki ożywionemu handlowi międzynarodowego ważniejsze nawet od stolicy. Do czasu otwarcia Kanału panamskiego, Valparaiso znane było jak „Perła Pacyfiku”.

Z Puerto, głównego dworca w centrum, kieruję się na jedno z okolicznych wzgórz, gdzie wcześniej zarezerwowałem nocleg. Idąc krętymi i bardzo stromymi uliczkami podziwiam kolorowe domy, z przepięknymi graffiti na ścianach. Pewna kobieta zwraca mi uwagę, abym był ostrożny. Tak, wiem, będę. Dziękuję Jej i idę dalej. Uliczki czasami są tak strome, iż zastanawiam się na poważnie czy nie wyciągnąć kijków. Dodatkowo żar leje się z nieba niesamowity. Hej, Amigo, uważaj na portfel. Mówi napotkany starszy Pan. Coś mi zaczyna, gdzieś tam migotać. To już dwie osoby. Mimo, że okolica jest bardzo ciekawa i wręcz spokojna, postanowiłem nie wyciągać aparatu. Po co kusić los. Trzecia osoba, coś do mnie mówi. Oj. Nie dobrze.

 

 

Hej, Amigo! Stój! Nie idź tam! Zawróć! Tam jest niebezpiecznie! No to pięknie, skusiłem się na niska cenę i wyszło na to, że zarezerwowałem sobie nocleg w jakiejś bardzo nieciekawej dzielnicy. Cholera i co robić? Tłumacze im, że może pójdę dookoła, główną drogą, ale nie chcą mnie puścić. Zatrzymano specjalnie dla mnie taksówkę i poproszono, aby zawiozła mnie na miejsce. Jeden, może dwa kilometry krętymi, wąskimi uliczkami, pod same drzwi hostelu. Co za przemiła uczciwość miejscowych. Nawet jak sam zapłaciłem za przejazd, czterech ostrzeżeń nie można zignorować.

Hostel na jednym ze wzgórz otaczających miasto prowadzi dwoje Słoweńców. Dodatkowo pomaga im Węgierka. Potwierdzili, że dzielnica, przez którą trzeba przejść, aby tutaj dotrzeć jest trochę niebezpieczna. Zdarzają się rabunki i napady, ale tutaj jest już bezpiecznie. Zaopatrzyli mnie w mapę, gdzie zaznaczono miejsce, które należy omijać. Uf…. Będzie dobrze, nie przejmuj się. Jedź po prostu autobusem, a jak będziesz szedł, to po prostu idź dookoła. Wspaniała perspektywa.

Robię jakieś szybkie, podstawowe zakupy, po czym spędzam popołudnie i wieczór podziwiając przepiękną panoramę miasta. Jedno trzeba Słoweńcom przyznać, miejsce wybrali idealne. Nie dość, że hostel jest prześliczny, bardzo czysty i zadbany. Do tego jego umiejscowienie i widoki, jakie można stąd podziwiać, definitywnie przekonują mnie, aby zostać i odpocząć. Czas w sam raz na relaks, którego tak bardzo domaga się moja obolała stopa.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 17 – 2.04.2017

 

Bez dwóch zdań najlepszy hostel, w jakim gościłem. Za dodatkową opłatą, przyrządzają nawet przepyszne śniadanie. No i kawa, na którą zawsze tak bardzo jestem uczulony. Wyśmienita i dobrze zaparzona, czarna kaweczka. Dodatkowo w grubych, fajansowych filiżankach. Jak w domu.    

Jadę do miasta i spaceruję po centrum. Niedziela, niedzielą, ale to chyba jakiś dzień targowy. Na jednej z głównych ulic, rozłożonych są dziesiątki straganów, gdzie ludzie handlują czy tylko się da. Dookoła istne tłumy. Szybko zaczyna mnie nudzić plastikowo – szmaciany chiński kicz, skręcam w jedną z bocznych uliczek i podziwiam kolorowe domki. Daję się pochłonąć labiryntowi małych i krętych uliczek. Niezliczonych schodów, wąziutkich i krętych przejść. Tutaj trzeba się po prostu urodzić i wychować, aby bezbłędnie ogarnąć całą tę plątaninę i bezbłędnie odnaleźć drogę. Oglądam graffiti, którymi udekorowane są ściany lub wręcz całe domy. Niektóre z nich są naprawdę jak arcydzieła. Między budynkami, na przeciwko małego sklepiku, na jednym z murków, siedzi pewna dziewczyna. Siedzi i płacze. Druga natomiast, stara się już pocieszyć. Zauważam mimo chodem sytuację i idę dalej. Wciąż podziwiam graffiti.

 

 

Lift Tower, jest taką dziwną wieżą, przy bardzo stromym podejściu na jedno ze wzgórz. Opcje są dwie, wjeżdżamy windą na samą górę i wówczas jedynie przechodzimy pomostem, lub powoli pniemy się do góry stromymi, krętymi uliczkami. Jak dla mnie, druga opcja jest zdecydowanie ciekawsza. Życie prostych, zwykłych ludzie jest bardzo interesujące. Nawet jak miałoby to być jedynie obserwowanie ich domostw.

W drodze powrotnej widzę dwa radiowozy, policjantów i małe zbiegowisko. W środku ta sama, zapłakana dziewczyna. Co jest? Podchodzę do sklepikarza i próbuję się z nim dogadać. Napad z bronią w ręku. Przystawili Jej pistolet do głowy i okradli. W samo południe w środku miasta, coś takiego. Dziwne, ale pierwsze, o czym pomyślałem to aparat. Tyle przepięknych zdjęć poszłoby na marne. Bo w sumie przy nich, cała reszta jest mało ważna. Siedziała i płakała, kiedy wchodziłem na górę. A wówczas było jedynie kilkanaście minut po zajściu. Z jednej strony przykre, bo Ona, ale z drugiej szczęście, bo to nie Ja. Mimo, że przepięknie wyglądają kolorowe domy na zboczach gór Valparaiso, postanowiłem wrócić między ludzi. Lepiej nie drażnić losu.

Po zimnych patagońskich nocach, aż przyjemnie spaceruje się w tym skwarze. Wygrzewam kości ile tylko mogę. Jednak plaża nas Pacyfikiem jest chyba najlepszym do tego celu miejscem. Podobnie jak kiedyś nad Atlantykiem, tak i tutaj można zaobserwować jak inne są fale. Z pozoru niby małe i skromne, ale jak dotrą do brzegu to potrafią zwalić z nóg dorosłego człowieka. Chodzę gdzie tylko się da, chłonąc wzrokiem wszystko dookoła. Późnym popołudniem, coraz bardziej zaczyna przypominać o sobie kostka, więc wracam do Hostelu.

Słoweńcy postawili wszystko na jedną kartę i widocznie okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Fantastyczna lokalizacja i przemiła atmosfera przyciąga tutaj masę turystów. Tajwańczyk, dla którego tutaj jest zdecydowanie ciekawiej niż w Europie. Brytyjczyk, który zrobił prezent córce i zabrał Ją do Chile. Francuz, któremu ukradziono plecach od razu na dzień dobry w Buenos Aires. Zawsze fantastycznie zorganizowani Niemcy. Inni Słoweńcy. Amerykanin, ale Oni to się pchają wszędzie. Po prostu niesamowicie. Siedzimy wieczorem i podziwiamy fantastyczną magię świateł. Miasto tętniące własnym życiem. Z jednej strony bardzo jestem ciekaw jak wygląda teraz, ale mam przed oczami płaczącą dziewczynę.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 18 – 3.04.2017

 

Śniadanie, jakiego nie powstydziłby się nie jeden hotel. No i ta fantastyczna kawa. Mój ostatni dzień. Zmieniam plany i zamiast wracać do stolicy, postanawiam zostać tutaj. Dodatkowo dowiedziałem się, że dzisiaj w centrum jest targ rzemiosła, staroci i wystawa artystów. Zdecydowanie ciekawsza perspektywa.

Targ jak podczas września jeleniogórskiego. Masa kramów ze wszystkim, czego tylko dusza zapragnie. Wyroby mosiężne są wręcz fantastyczne. Jest ich taka obfitość i szeroka gama zastosowań, że nie mogę się nadziwić. Cenią się jednak bardzo. Chociaż jedno, trzeba przyznać – jest bardzo mało tandety. Wszędobylskich plastików czy podróbek Made in China, praktycznie nie widać. Znalazłem nawet specjalne urządzenie do brania kostek cukru z cukiernicy. Długo zastanawiam się, do czego służy. Cena trochę mnie odstraszyła, a w sumie i kostek za często już się nie używa.

 

 

Port rybacki z targiem rybnym i ocean. Mimo upału pływa w nim od zatrzęsienia fok i lwów morskich. Wygrzewają się nawet na kamieniach. Ciekawe musi być takie spotkanie tymi zwierzętami na wolności podczas kąpieli. Tylko czy jest to bezpieczne w przypadku lwów? Nie mam pojęcia. Patrzę w dal i uzmysławiam sobie, że najbliższy ląd, to oddalona o pięć godzin lotu samolotem, Wyspa Wielkanocna. Bezkres jak w przypadku Patagonii.

Ponoć w Argentynie i Chile są najlepsze na świecie steki. Daję się w końcu na jednego skusić i z ręką na sercu mogę stwierdzić, że to prawda. Wielkość to jedno, smak jednak to historia i jak to mawia Makłowicz, poezja.

Nie mam ochoty na odwiedziny w muzeach, a po sklepach chodzić nie lubię. Resztę wolnego czasu spędzam w mieście. Kręcąc się po prostu wszędzie. Nawet nie dociera do mnie jak daleko od domu jestem. Zaje mi się, że dom jest gdzieś tam niedaleko, tuż za horyzontem. Valparaiso – Najbardziej kolorowe miasto świata. Stwierdzenie to, według mnie nic a nic nie jest przesadzone.

W Hostelu spotykam pewnego, podobnie jak Ja, samotnie podróżującego Polaka. Z tą małą różnicą, że On wziął rok bezpłatnego urlopu i 2 miesiące temu wyruszył w świat. Ciekawe przeżycie. Podziwiając roztaczający się na całą zatokę widok miasta, trochę wspólnie gawędzimy. Opowiada trochę doświadczonych na własnej skórze ciekawostek o Ameryce Łacińskiej.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 19 – 4.04.2017

 

Pobudka o 5:30. Jaka szkoda, że jeszcze za wcześnie na śniadanie. Zabieram manatki i jadę na dworzec, skąd mam autobus do Santiago. Obserwuję bez ustanku przesuwające się za oknami Andy o świcie. Czasami niezliczone winnice i zastanawiam nad minionymi dniami. Próbuję jakoś to wszystko poukładać w całość. O 11:50, wylatuję do Rzymu.

 ___________________________________ 

 

 

Dzień 20 – 5.04.2017

 

Po uwzględnieniu stref czasowych, w Rzymie jestem po 7:00 rano. W samolocie chyba pomylili przełączniki, albo mieli coś nie tak z klimatyzacją. Przez cały czas było włączone ogrzewanie. Wymęczyło mnie to bardzo, bo trudno zasnąć w takim ukropie. Dwie godziny później kolejny lot do Londynu. A ten podobnie jak podobny w zeszłym roku, mija wyjątkowo szybko. Jeszcze tylko parę stacji metrem, następnie godzina pociągiem i w południe jestem w domu. Wszystko jak zwykle przeminęło tak szybko. Nawet mimo zdobytego doświadczenia, tego wszystkiego, czego zaznałem, co odczułem i co przeżyłem. To wszystko przez co przeszedłem – zdecydowanie za szybko.

 

 

 

                                                                                                                                                                                                  --- Mojemu dziadkowi, Piotrowi ---

 

 

Przejdź do galerii zdjęć

 

 

Ostatnio zmieniany sobota, 24 czerwiec 2017 19:13
Czytany 1680 razy
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Komentarze

Najczęściej czytane