Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish

2019, Birma Wyróżniony

Kraj serdeczności


 

 

Dzień 1 – 20.02.2019

 

Będąc jeszcze w autobusie otrzymuję na komórkę podstawowe informacje na temat odprawy, numerów wejść, godzin i przesiadek.

Stansted. Tak powinny wyglądać procedury odprawowe na lotnisku. Człowiek podchodzi do stanowiska przewoźnika, daje paszport i wszystko. Uśmiechnięta Pani po potwierdzeniu tożsamości grzecznie pyta czy nadajemy bagaż rejestrowany, informuje o ewentualnej przesiadce i wydaje nam bilet. Na mały plecak nawet nie zwraca uwagi. Żadnego ważenia czy mierzenia. Żadnych wydrukowanych wcześniej biletów czy czepiania się o cokolwiek byle tylko wyciągnąć z pasażera coś dodatkowego. Grzecznie informuje, do którego wyjścia powinniśmy się udać. A na koniec uśmiechnięta pyta czy może nam jeszcze w czymś pomóc. Koniec. Samolot oczywiście podstawiony dużo wcześniej, żadnej gonitwy czy nerwówki. Spokój na każdym wręcz kroku. A ile miejsca. Na przywitanie powiadomiono nas, iż podczas tego lotu, nasza obsługa porozumiewa się w … 14 językach. Zapowiada się fantastycznie.

O 20:15 startujemy. Zaraz potem kolacja i drzemka. 

___________________________________   

 

 

Dzień 2 – 21.02.2019

 

Lot istna bajka. Poduszeczka, kocyk. Rano kawka i śniadanie. 7 godzin mija szybko. Cztery z racji stref czasowych. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Krótka przerwa na zwiedzenie lotniska oraz kawka i o 9:00 odlatujemy dalej.

Airbus A380. Największy pasażerski samolot świata. Dwupiętrowy. Jest tak ogromy, że pasażerowie wpuszczani są do środka etapami. Ponad 800 pasażerów. Widziałem ten samolot kilkukrotnie, jednak w rzeczywistości sprawia niesamowite wrażenie. Kolos. Obsługa jak podczas poprzedniego lotu – fantastyczna. Lody? W klasie ekonomicznej? Dlaczego nie. Naprawdę nie ma czegokolwiek, do czego człowiek mógłby mieć pretensje. Szczerze polecam linie Emirates. Dla mnie bezapelacyjnie numer jeden.

Sześć godzin lotu mija mega szybko. Ponownie strefa czasowa zabiera kolejne 3 i po 18 lądujemy w Bangkoku. Wiza, kolejna pieczątka i metrem do centrum. Do hotelu docieram późnym wieczorem. A że tutaj o tej porze życie toczy się w najlepsze, idę jeszcze coś zjeść i przejść się po okolicy.

Miasto tętni życiem. Zapach od chodnikowych garkuchni dochodzi praktycznie z każdego zakątku. Niesamowite. Człowiek nie wie na co się zdecydować.

 

Erawan Shirne, Bangkok, Tajlandia

 

Erawan Shirne. Pierwsze zetknięcie z dalekowschodnią religia. Statua Boga stworzyciela. Wierni wypisują karteczki z intencjami, uiszczają opłatę i podczas modlitwy specjalna grupa tancerek tańczy, śpiewając coś dla mnie kompletnie niezrozumiałego. Dookoła masa wiernych układających dary w pobliżu Posągu.

___________________________________   

  

 

Dzień 3 – 22.02.2019

 

Bangkok.

Pierwsze co uderza, to temperatura. W Europie zima na całego a tutaj 30 stopni. Ciężko się przyzwyczaić. Drugim to życie. Gwar, tłum, wszędobylskie sklepy i stragany. Na każdym kroku ktoś chce coś sprzedać. Masa samochodów i skuterów. Zapach potraw przyrządzanych na chodnikach. Bangkok. Miasto, które nigdy nie zasypia. Mekka każdego turysty i idealna baza wypadowa w południowo – wschodniej Azji.

Kręcąc się po ulicach nie mogę wyjść z podziwu jak toczy się tutaj życie. Bez dwóch zdań, niemalże pod każdym względem inaczej niż w Europie.

 

Złoty Budda, Bangkok, Tajlandia

 

Skoro ta część świata to wypadałoby koniecznie odwiedzić buddyjską świątynię. Zatrzymuję się na chwilę w Coffin Temple, jednak to, co urzekło mnie najbardziej zobaczyłem w Wat Traimit. Skarb każdego buddysty. Jedyny i zarazem największy na świecie, 5,5 tonowy posąg Buddy wykonany z czystego złota. Robi wrażenie. Żadnych strażników, krat w oknach czy zabezpieczeń. Świątynia ogólnie dostępna dla wszystkich. To się nazywa zaufanie.

Robiąc krótką przerwę na zwiedzenie hinduskiego kompleksu w Wat Arun, płynę do Wat Pho. Wielki kompleks świątynny ze słynnym gigantycznym Leżącym Buddą. Całość jest bardzo interesująca i jakże inna od naszych, katolickich budowli sakralnych.

Wieczorem idę do China Town. Wśród całej masy najdziwniejszych smakołyków, pieczone skorpiony najbardziej przykuwają moja uwagę. Słowo daję, Chińczycy zjedzą wszystko.

___________________________________   

 

 

Dzień 4 – 23.02.2019

 

Skoro sobota to jadę na Chatuchak Market. Taki tradycyjny tajski weekendowy market na stadionie. Coś na zasadzie Stadiony Dziesięciolecia. Czasami można trafić na ciekawe artykuły, ale w większości dżem, mydło i powidło. Praktycznie wszystko, co tylko dusza zapragnie. Oczywiście stoisk z kuchnią tajską od groma. Lokalni mieszkańcy przychodzą tam całymi rodzinami. Mimo huku, wrzasku i wszędobylskiego harmidru, podoba mi się. Bardzo oryginalnie. Pierwszy raz w życiu jem Rambutana. W smaku przypomina trochę liczi.

 

Owoc rambutana, Bangkok, Tajlandia 

 

Po południu jadę do Wat Mai Thongsen gdzie znajduje się 9 metrowy posąg Wielkiego Buddy. Naprawdę imponujący. W międzyczasie mnisi zapraszają mnie na herbatę. Nie znają ani słowa po angielsku a ja za nic w świecie nie ogarniam tajskiego. Jednakże czas mija miło. Mam nawet przyjemność obserwacji ceremonii przyjęcia młodego chłopaka do grona mnichów buddyjskich. Trzymając pęk kwiatów, chyba lotosu, uroczyście obcinano mu włosy i golono brwi. Po czym kropiono wodą itd… Bardzo ważna uroczystość, gdyż w tej doniosłej chwili towarzyszyła mu w tym rodzina i znajomi.

W drodze powrotnej do promu rzecznego odwiedzam jeszcze Wat Kaew Fah Chulamanee. Następne miejsce kultu i kolejne posągi. Jednakże Szmaragdowy Budda, czyli kolejna wisienka na torcie pozostaje poza moim zasięgiem. Pałac królewski jest już zamknięty. Wielka szkoda.

Wieczorem ponownie odwiedzam China Town i Wat Mangkok Kamalawat. Chińską Świątynie Smoka. Tutaj zaproszono mnie na poczęstunek, a jak przekonałem się po chwili, była to … stypa. Głupio się wówczas poczułem, więc usiadłem chwilę.

___________________________________   

 

 

Dzień 5 – 24.02.2019

 

Pobudka, śniadanie i oczekiwanie na autobus na lotnisko. Standardowo, jak człowiek chce to akurat autobus nie dojeżdża. Po prawie godzinie czekania daje za wygraną. Za namową pewną Malezyjki dzielimy kosztu i jedziemy na lotnisko Don Mueang taksówką. Nie musieliśmy nawet czekać, bo cwaniak cały czas czekał na przystanku. Oczywiście, kiedy zaproponowaliśmy określoną kwotę to nic z tego – taksometr i koniec. Bez żadnej dyskusji. Jednak będzie to ok. 200 Baht. Niech mu będzie. I tutaj przestroga, bo takiej zagrywki bandy taksówkarskiej nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Tuż przy parkingu na lotnisku szybko wyłączył taksometr. Po czym oznajmił beznamiętnym wyrazem twarzy - 200 Baht za kurs. A ja do niego, że kilkanaście sekund przed wyłączeniem taksometr wskazywał 167, więc może dostać maksymalnie 170. Jak się uniósł i zaczął kłócić. Malezyjka odpuściła, Ja nie. Równowartość kawy, ale w końcu zasada to zasada i mam nadzieję, że to zapamięta.

Lotnisko Don Mueang jest wielkie. Rocznie korzysta z niego dwa razy więcej pasażerów niż z Londyńskiego Stansted. Główny hub Air Asia i kilku innych linii lotniczych. Można dolecieć z niego do większości miejsc w Azji.

Sprawdzono bilet, sprawdzono wizę i o godzinie 11:10 startujemy. Jak okiem sięgnąć wszędzie dookoła dżungla. Jednak lot mija szybko, 1:45 i lądujemy w Mandalay. Miła odmiana, bo lotnisko jeszcze mniejsze jak we Wrocławiu. Jesteśmy pasażerami jedynego samolotu. Odprawa przebiega dobrze i profesjonalnie. Jedynie dużo wolniej. Bardzo poważny celnik sprawdza paszporty, wydrukowane wcześniej wizy, robi zdjęcia, stawia pieczątki. Standard. Chyba jestem przyzwyczajony do europejskich standardów – jak człowiek stoi w kolejce 15 min to już zaczyna się niecierpliwić? Nagle powstało małe zamieszanie i zatrzymano 3 młode dziewczyny. Nikt nie wie, o co chodzi, ale wszystko wskazywało na to, że nie powinny się tutaj znaleźć. Nieletnie? A może wyjechały bez zgody? Nie wiem, ale szybko zajęły się Nimi służby mundurowe. A cisza, jaka po tam nastała, aż zaczęła kłuć w uszy.

Przyszła kolej na mnie. Bardzo poważny celnik zerknął na paszport. Sprawdził i zarejestrował wizę. Następnie pstryknął mi zdjęcie i siup, pieczątka do paszportu. Witamy w Birmie, chociaż tutaj nie lubią tej nazwy kraju. Od tej pory oficjalna nazwa to Myanmar. W sumie nie wiem dlaczego społeczność międzynarodowa nie chce tego uznać. W kraju gdzie mężczyźni naszą spódnice a kobiety malują policzki żółtą glinką. Kraju, gdzie niemal wszyscy żują betel. Kraju do niedawna jeszcze zamkniętym dla obcokrajowców.

Sprawdzam kurs i decyduję się na wymianę na lotnisku. Kurs 1£ = 1.800 Kyatów. A jak okazało się później, nie odbiegał on znacznie od normy. Trzeba się będzie jednak nagimnastykować przy przeliczaniu. Szkoda, że dofinansowałem wojskową juntę. Tak to jednak bywa jak człowiek wybiera się do takiego kraju i na pewno nie był to jedyny raz. Zaopatruję się dodatkowo na lotnisku z birmańską kartę SIM. Dwie miłe i sympatyczne dziewczyny zainstalowały ją i dodatkowo skonfigurowały to co trzeba. Cena 8.000 kyats. W sumie nieźle, gdyż jak się później przekonałem, sieć 4G jest bardzo dobrze rozwinięta.

8.000 kyats kurs do Centrum Mandalay. Drogo, ale co zrobić. Nie istnieje żadna komunikacja publiczna. A wyłącznie jedyne właściwe busy dla zagranicznych turystów. Z drugiej strony patrząc, do centrum jest prawie 40 km, więc do przeżycia.

Hotel Shwe Pyi Tan. Nawet nie musiałem się upewniać czy trafiłem pod dobry adres. Informacja na tablicy tuż przy wejściu dobitnie to potwierdzała. A co na to ochrona danych osobowych? A po co to komu.

Boy hotelowy otworzył drzwi samochodu, drugi drzwi a trzeci nie pozwolił mi wziąć plecaka. W recepcji tak jakby oczekiwano mojego przyjazdu. Wszyscy w pełnej gotowości. Zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie zostałem zapoznany z obsługą wszystkich sprzętów. Pełna kultura i wszystko absolutnie na najwyższym poziomie. Klasa w każdym calu. Niestety znając trochę realia, patrzę na to wszystko przez palce. Zagraniczni turyści mogą korzystać z konkretnych hotelów, a te z kolei muszą spełniać określone standardy. Taka wyższa klasa. Z jednej strony miło, z drugiej natomiast, nie do końca.

Zostawiam co niepotrzebne i wychodzę na zewnątrz. Kierując się w stronę centrum postanawiam przespacerować się bocznymi uliczkami. Wyobrażam sobie, że cofnąłem się w czasie. Coś podobnego widziałem dawno temu w głębi Afryki. Pierwsze, co rzuca się w oczy to bieda. Skoro tak jest w mieście to jak wygląda wieś? Wszystko jednak toczy się spokojnie, wręcz leniwie a dookoła kwitnie handel. Jestem jedynym cudzoziemcem a mimo to nie wzbudzam większego zainteresowania.

 

Zachód słońca, Most U Bein, Birma

 

3.000 Kyatów i pewien chłopak wiezie mnie motorem do pobliskiego U Bein Bridge. Najdłuższy tekowy most świata, 1,2 km. Niby zwykły most powie niejeden, jednak tak wielka konstrukcja naprawdę sprawia niesamowite wrażenie. W jego budowę musiano włożyć ogrom pracy. Jest to bardzo popularne miejsce, w szczególności o zachodzie słońca. Na miejscu przekonuję się, że nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Na miejscu jest bardzo dużo ludzi, czasami wręcz aż za dużo. Dookoła panuje wolna amerykanka. Bryczki, samochody, motorki, ryksze a nawet autobusy. Wszędobylski kurz nie unosi się jednak długo i szybko opada. Mimo gorąca jest w miarę przyjemnie od wody. Spaceruję mostem i podziwiam widoki. Szczerze należy przyznać rację, iż zachód słońca na tle widoków prezentuje się iście wspaniale. Ciekawie jak to wszystko wygląda w porze deszczowej.

Do hotelu wracam późnym wieczorem. Mimo to, ktoś zapukał do drzwi i ku mojemu zdziwieniu przyniósł misę świeżych owoców.

___________________________________   

 

 

Dzień 6 – 25.02.2019

 

Śniadanie serwowane jest na najwyższym piętrze hotelu. Jest miło, czysto i przytulnie. Dodatkowo dookoła fantastyczna panorama. Las budynków, dżungla, podnosząca się mgła a od czasu do czasu między tym wszystkim błyszczące pagody. Mimo, iż jestem jedynym gościem restauracji, wszystko jest idealnie przygotowane. Dodatkowo kucharz osobiście prezentuje dostępne opcje. Mój wybór pada na smażony ryż z warzywami, sok oraz kawa.

Schodząc na po schodach zostałem zauważony przez chłopaka wchodzącego do góry. Serwis sprzątający wnioskując po uniformie i sprzęcie, który niósł ze sobą. Cofnął się kilka schodków w dół na najbliższy podest, postawił wiadro na podłodze, oparł mop o ścianę i zastygł w pokornym pół ukłonie. Stał tak bez ruchu dopóki go nie minąłem. Nie drgnął ani na moment, mając jednocześnie wzrok wbity w podłogę. Nigdy w życiu nie spotkałem się z czymś takim. Smutno mi się zrobiło.

Idę zobaczyć jak wygląda pobliski targ. Warzywa i owoce jak wszędzie. Jedynie ich asortyment różnił się znacznie od tego, co widywałem w innych krajach. Jednak sekcja z rybami i drobiem przykuła moja uwagę. Sprzedawcy po wyborze towaru dopiero go patroszą, a wnętrzności ku uciesze zwierząt domowych, po prostu leżą obok stoiska. Po wkomponowaniu w ten widok stoisk z przygotowywanym od ręki jedzeniem, całość prezentowała się bardzo specyficznie. Kupuję z ciekawości jakieś  smakołyki smażone w gorącym oleju. Wszelkie dodatki w postaci mieszaniny warzyw i sosów mogę wcześniej spróbować. Przez chwilę jestem atrakcją straganów z jedzeniem. A kiedy pokazuję, że to ostre, które mi dali jest dobre i chciałbym więcej to wzbudzam nijaki szacunek wśród handlarek. Nawet nie wiem co dokładnie jadłem, jednak było pyszne. Z wyglądu takie chińsko-indyjsko-tajskie pierożki. 300 kyats za porcję zbliżoną do wcześniejszego śniadania. Takie miejsca są najlepsze.

Na zewnątrz zatrzymał się motorikszą pewien starszy Pan i zapytał czy gdzieś mnie podwieźć. Kiedyś był nauczycielem i całkiem nieźle rozmawiał po angielsku. I tak od słowa do słowa, za równowartość £14 zaproponował mi całodzienną wynajem. Czy przepłaciłem? Z całą pewnością, jednak nie żal mi było wcale. Zatankował za 5.000 i w drogę.

Pojechaliśmy na wyspę Inn Wa. Dosyć spory kawałek, ale przejazd okazał się fantastyczny. Omijając główne drogi miałem okazję oglądać boczne i słabiej uczęszczane drogi Mandalay. Podglądając jednocześnie codzienne życie mieszkańców.

Przeprawa przez rzekę praktycznie od ręki. Bilet wstępu 10.000 kyats okazał sie karnetem na wejściowym do 5 najważniejszych obiektów w Mandalay. Fajnie to rozwiązali, gorzej dla tych co to chcą odwiedzić wyłącznie jedno miejsce. Na wyspie od razu dopadli mnie miejscowi cwaniacy z mafii bryczkowej. Człowiek praktycznie nie może się od Nich opędzić. Zdając sobie sprawę, że wielkości wyspy czekają na brzegu i zgarniają turystów praktycznie na siłę. Króluje, zmowa oraz chciwość. 10.000 kyatów i żadnych odstępstw…

Trafiła jednak kosa na kamień. Zgarnęli wszystkich a ja stwierdziłem, że idę zwiedzać piechotą. Co mi tam? Pogoda piękna, widoki wspaniałe a poza tym, kto mnie goni? Jestem na urlopie. Dogadaliśmy się na 6.000 i zostałem obwieziony po najciekawszych miejscach. Klasztor Bagaya oraz Maha Aungmye Bonzan Monastery jednakże wywarły na mnie najlepsze wrażenie.

Przy jednej z wież widokowych, na małym kramiku kupuję stare birmańskie banknoty do kolekcji. Takich rarytasów nigdy nie widziałem. To, co mnie w nich urzeka to nominały: 15, 25, 35, 45, 75 i 90 kyats. Ponoć związane było ściśle z liczbami, w których to moc bardzo wierzono.

 

Świątynia Mahar Aung Mye Bon San, Inn Wa, Birma

 

Pierwszy wielki, czarny i niesamowicie zdobiony klasztor. W całości wykonany z drewna. Jakże inny od tego, który to widziałem wcześniej. Pierwsze skojarzenia to starodawne budynki skandynawskie.

Drugi jeszcze większy, kilku poziomowy, kamienny. Żółto-bura świątynia, jakie często widuje się w programach przyrodniczych o zaginionych głęboko w dżungli miejscach kultu. Trochę tajemnicza i ciekawa zarazem. Spędzam tutaj trochę czasu spacerując korytarzami wewnątrz i tarasami na zewnątrz.

Dużo lepszym rozwiązaniem jest wynajęcie skutera w mieście i zwiedzanie Inn Wy na własną rękę. Spotkałem pewnego Francuza, który zwiedzał wyspę na własną rękę wynajętym wcześniej skuterem.  Bardzo chwalił sobie taki rozwiązanie. Jak będzie mi dane odwiedzić to miejsce ponownie kiedyś w przyszłości zrobię podobnie.

Wróciliśmy do centrum, gdzie znajduje się Pałac Królewski. Mieli władcy rozmach, nie ma co. Wielki kwadrat o boku 2 km w całości otoczony wypełnioną po brzegi szeroką fosą. Następnie otoczony kilkumetrowym murem. Przerost formy nad treścią czy średniowieczne państwo był tak potężnym państwem?

Kierowca motorikszy zapytał z pewną nieśmiałością czy mógłbym dać mu część umówionej kwoty. Nie dużo, zapewnił od razu. Jedynie trochę, tyle abym mógł coś zjeść. Jeżdżę od rana a za wszystko, co miałem, kupiłem paliwo.

Pałac Królewski w Mandalay jest ogromny. Według mnie określenie kompleks pałacowy bardziej do niego pasuje. Serce średniowiecznego Imperium Pagan. Wielkie zielone ogrody, pośrodku których znajdują się budynki mieszkalne. Zamieszkiwali je najwyżsi dostojnicy Imperium. Całość obecnie została odrestaurowana i zamieniona na muzeum. Jakże wszystko inne od znanych w Europie stylów. Każdy budynek wykonany z drewna, dodatkowo misternie zdobiony.  Każdy wielki z tym specyficznym dalekowschodnim dachem. I pomyśleć, że rozkwit tego imperium przypadał mniej więcej na okres, kiedy u nas było rozbicie dzielnicowe. Jako dodatkową atrakcję, wszystko to można obserwować z wysokiej wieży widokowej.

Kolejnym punktem odwiedzin jest Kuthodaw Pagoda. Zbudowana w XIX wieku, jako część nowego królestwa. Wysoka i lśniąca złotem (lub żółta farbą) Pagoda, od której nie można oderwać wzroku. Dodatkowo otoczona małymi, śnieżnobiałymi stupami zawierającymi wszystkie nauki buddyjskie. Z racji, iż otaczając Pagodę w trzech równych rzędach, jest ich 730. Mimo, iż po obrabowana przez wojska brytyjskie z wszystkiego co wartościowe, w dalszym ciągu prezentuje się fantastycznie.

Shwenandaw Monastery, albo po naszemu Golden Palace Monastery.

To, co jest najdziwniejsze, to fakt, iż pierwotnie Shwenandaw był częścią oddalonego o kilkanaście kilometrów, pałacu królewskiego w Amarapurze. Tradycyjny birmański styl, ściany i dach klasztoru zdobione rzeźbami buddyjskich mitów. Ciekawostką jest fakt, iż obecnie jest to jedyna zachowana oryginalna budowla owego Pałacu Królewskiego.

A jak znalazł się tutaj? Pewien król twierdząc, że nawiedza go duch ojca postanowił zmienić mieszkanie. Kazał rozebrać klasztor i przenieść go w obecne miejsce. Nieźle, gdyż z całym przedsięwzięciem uwinięto się 3 tygodnie.

Ostatnim punkt programu to Shweyattaw Buddha w świątyni na pobliskim wzgórzu Mandalay. Wzgórzu, od którego nazwę wzięło wybudowane u jego podnóży miasto. Miejsce kultu tak ważne, iż ludzie przybywają tutaj z pielgrzymką. Według legendy, kiedyś ponoć odwiedził je wraz z jedym uczniem sam Budda. Przez tydzień wówczas nauczał i wygłaszał kazania dla okolicznych mieszkańców. Przewodnik chciał mnie odwieść od tego pomysłu, jednak nawet nie chciałem słuchać. Będziesz musiał wejść boso po prawie 1000 schodach. Zastanów się dobrze, mówił.

Stare birmańskie przysłowie brzmi:, „Jeśli pragniesz długiego życia wejdź na Wzgórze Mandalaj”. Schodów tak naprawdę było kilkaset mniej a mimo kilku pęcherzy i tak nie było tak źle. Co pewien czas oczom ukazywała się, nazwijmy to kapliczka z posągiem Buddy. Im zabrnąłem wyżej, tym posąg był większy. Bardzo ciekawe rozwiązanie. Na szczycie natomiast, w świątyni posąg Buddy, u stóp, którego klęczy uczeń. Ręką natomiast wskazuje na pałac królewski, miejsce, gdzie ma zostać wybudowana przyszła królewska stolica.

Obiecałem pewnemu artyście prezentującemu swoje prace, że kupię coś w drodze powrotnej. Po prostu w pierwszej kolejności chcę wejść na górę. Pewnie spotyka wiele podobnych zapewnień. Jednak słowo to słowo. Zatrzymałem się wracając i przeglądnąłem Jego prace. Stosował bardzo dziwną technikę, bo pokrytą węglem drzewnym kartkę zamalowywał czymś białym a następnie „wydrapywał” swoje dzieło. Wkładał w to wiele pracy a i sporo serca. Naprawdę ślicznie wyglądały Jego dzieła. 2.500 kyats za format A4. Wstydem byłoby się targować. Wybrałem motyw z U Bein Bridge. Artysta pełna klasa. Zwiniętą w rulon praca została zapakowana w specjalną plastikową tuleję. Nic się nie uszkodzi.

Dlaczego się tak zastanawiacie? U siebie płacicie 3 razy więcej za kawę. A ten człowiek wkłada w to tyle serca. Dwójka niezdecydowanych Francuzów otrząsnęła się z zadumy i także kupiła jakieś prace. Jak miło.

Zatrzymując się na krótką chwilę, aby coś zjeść, docieram do hotelu późnym wieczorem. Zadowolony z fantastycznie spędzonego dnia z poczuciem spełnienia dobrego uczynku.

___________________________________   

 

 

Dzień 7 – 26.02.2019

 

W hotelu zaoferowano mi transport do Monywa. 9.000 kyats i pewien chłopak zawiózł mnie do oddalonego o 130 km miasta. Prosto pod drzwi hotelu. Z jednej strony ekstrawagancja a z drugiej, dlaczego nie? Należy doświadczyć każdej z opcji.

Hotel Chindwin i ponownie wszystko dopięte na ostatni guzik. Jedynie gości dużo więcej. Szybkie formalności meldunkowe i idę zwiedzić miasto.

Dziwne, ale niedaleko zauważam Kościół Katolicki. Zamknięty niestety na cztery spusty. Idę więc poszukać jakiegoś środka transportu do pobliskiego kompleksu buddyjskiego.

 

Thanboddhay Pagoda, Monywa, Birma 

 

Thanboddhay Pagoda zlokalizowana niedaleko Monywa jest jedyna w swoim rodzaju. Otoczona wysokim murem a wejścia do niej zamiast lwów, strzegą gigantyczne białe słonie. Wieża Pagody jest starannie i całkowicie pokryta wizerunkami Buddy. Od posągów w pagodzie, po miniatury wspinające się po bokach samego budynku. W sumie jest ponad 500.000 posążków Buddy. Imponujące, podobnie jak gigantyczne posągi wewnątrz samego kompleksu.

Idąc główną ulicą w Monywa, zobaczyłem … galerię handlową. W środku był nawet wielki samoobsługowy market spożywczy. Coś niesamowitego jak na takie miejsce. Po brzegi wypełniona towarem, jednak klientów wewnątrz jak na lekarstwo. Mieli nawet aptekę i jakiś firmowy sklep obuwniczy. Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Kupiłem sobie nawet nowe sandały. Najdziwniejsze, że musiałem za nie zapłacić w tajskimi bahtami.

Popołudnie i wieczór spędzam zwiedzając miasto. A na koniec trafiam do rodzinnej ulicznej garkuchni, gdzie próbuję lokalnych specjałów. Rodzinny interes, matka i 3 córki uwijały się jak w ukropie między masą garnków, mis i patelni. Świeci się jedynie kilka słabych żarówek, a dookoła panuje półmrok. Jednak klientela dopisywała, to i dałem się skusić. Nikt nie znał słowa po angielsku, więc na chybił-trafił pokazałem, co chciałbym skosztować. Ominąłem jedynie pieczone głowy kurczaków.

W drodze powrotnej do hotelu miejscowi z pobliskiego kramu namówili mnie na betel. Czyli liść pieprzu betelowego, w który zawija się kawałki nasion palmy betelowej, sklejone mlekiem wapiennym i posypane mieszanką przypraw. Należy to żuć parę minut. Bardzo dziwne w smaku, trochę słodkie, trochę cierpkie a trochę przypomina smak piernika. To ostatnie zależy akurat od przypraw. Niby ma to pobudzać i orzeźwiać a dodatkowo odkażać przewód pokarmowy. Ciekawe, jednak takie zalety ma sam liść, nasiona natomiast są bardzo szkodliwe dla zdrowia. Oczywiście w regularnym i długim stosowaniu. Efektem ubocznym natomiast jest barwienie zębów na czarno a śliny na czerwono. Nawet nie zdawałem sobie wcześniej z tego sprawy, ale po kawie, nikotynie i alkoholu jest to czwarta najczęściej stosowana używka na świecie.

___________________________________   

 

 

Dzień 8 – 27.02.2019

 

Wystawne śniadanie, jakiego nie powstydziłby się egipski kurort. Wszystko pięknie i gustownie wystawione. Nie mogę wręcz w to uwierzyć. Część potraw przyrządzana jest na miejscu, specjalnie na życzenie klienta. Przy restauracji znajduje się taras widokowy, gdzie pod namiotem serwuje się kawę i ciasta. Dookoła roztacza się panorama miasta o pranku. Podobnie jak wczoraj, podnosząca się mgła, masa zieleni a między nią budynki i co kawałek błyszczące pagody.

Poprosiłem dziewczynę w recepcji, aby napisała mi na kartce krótką informację, iż szukam autobusu do Nyaung U, nr stanowiska, godzinę odjazdu i aktualną cenę biletu, czyli 3.000 kyats. Wszystko aktualne, gdyż przy mnie zadzwoniła na dworzec autobusowy.

Wśród tłumów podróżnych, na dworcu autobusowym odnalazłem stanowisko. Mundurowy przeczytał kartę i wypisał bilet. Odjazd za 30 godziny, więc jeśli chcesz to zaczekaj w poczekalni. Bez obaw, ktoś Cię zawoła. Wolałem jednak zwiedzić sobie Centralny Dworzec Autobusowy w Monywa.

Wielki utwardzony plac, przez środek, którego biegnie droga asfaltowa. Mające swoje lata świetności dawno, dawno temu. Dookoła, po obu stronach magazyny, gdzie wśród towaru i żywego inwentarza, cierpliwie czekają podróżni. W każdym z nich, umundurowany przedstawiciel prawa sprawował pieczę nad swoim małym królestwem. Na zewnątrz, garkuchnie i stragany, zgiełk, krzyk i huk. Dziesiątki busów, rozmaitych samochodów i innych pojazdów. Każdy coś chce od każdego. W środku cisza i spokój. Za wyjątkiem „azjatyckiego porządku”, panuje wzorowa dyscyplina.

Mister. Nyaung U, powiedział chłopak wskazując palcem na rozklekotanego busa. Wytłumaczył jeszcze na migi, że załadują jedynie towar i odjeżdżamy. Słomiane kosze z ryżem, kury w klatkach i inne większe na pakunki na dach. Mniejsze upchnięto do środka. Jedziemy, pasażerowie i cargo. A najfantastyczniejsze było to, że co pewien czas zatrzymywaliśmy się, aby oddać lub odebrać jakiś ładunek. Momentami bus wypchany był do granic możliwości. Przywiązane kosze stały nawet na schodach a drzwiami nikt się nie przejmował. W połowie drogi był nawet postój z przerwą na posiłek w przydrożnym barze. Nie mam pojęcia jak to wszystko było zorganizowane i jak nad tym panowano, ale działało fantastycznie.

Mijane mieścinki czy wioski uzmysławiają, w jakiej skrajnej biedzie niektórzy żyją. Bambusowe szałasy kryte liśćmi są czymś normalnym. Podobnie jak zwykły podest metr nad ziemią ocieniony liśćmi bananowca.  A w środku życie. Gotowanie, pranie i ogólnie mieszkanie. Smutno się robi jak człowiek się temu przygląda.

Cztery godziny jazdy minęły jak z bicza strzelił i dopadli mnie cwaniaki z mafii taksówkowej. Przystanek jest na obrzeżach a dookoła pustka. Przy wyjeździe szlaban i wieka informacja, że transport do centrum ma stałą cenę: 9.500 kyats. Trochę chłopaków poniosło, bo to niecałe 5 km. Kiedy mówię, że za przejechanie 150 zapłaciłem trzy razy mniej to wszyscy wspólnie nabierają wody w usta. Wyczytałem wcześniej o tych zagrywkach w internecie, więc wcześniej się przygotowałem. Ładny dzień, słonko świeci a cieplutko jak w lipcu w Polsce. Plecak na grzbiet, czapeczka na głowę a w wodę zaopatrzyłem się wcześniej. Poszedłem na piechotę. Jeden taksówkarz jechał powoli za mną przez około kilometr, po czym zaproponował 6.000. Po przeczytaniu w translatorze mojej opinii na ten temat zawrócił i odjechał. Jak ja nie cierpię takich cwaniaków. Nie musiałem długo czekać przy ruchliwej drodze. Za chwilę pewien chłopak na skuterze zaproponował mi podwózkę, prosto do hotelu. Kosztowało mnie to 1.500. Na rogatkach miasta obowiązkowa opłata wjazdowa dla wszystkich turystów: 25.000 kyats, trochę dużo, ale w jak się później przekonałem warto było pod każdym względem. Podobnie jak poprzednio jest to karnet do najważniejszych obietków.

Old Bagan. Starożytne miasto i księstwo. Na przestrzeni XI i XIV, pierwsza stolica Imperium. Miejsce znane z tysięcy buddyjskich pagód rozsianych na wielkim obszarze. Miejsce, dla którego wyłącznie można przyjechać do Birmy. Nie odzwierciedli nam to żadne zdjęcie.

W hotelu zaopatrzam się w mapę, wypożyczam skuter i w drogę. Można wiele pisać o świątyniach w Old Bagan. Źródła różnie podają, ale do obecnych czasów zachowało się ich ponad 2000. Prawie wszystkie to świątynie, stupy i klasztorów. Pośród czerwonawych piasków, nierzadkie drzewa a wśród nich zabytki. Całość rozsiana jest na obszarze ponad 100 km2, który można trochę porównać do afrykańskiej sawanny. Niektóre spośród nich małe, inne wręcz gigantyczne. Można byłoby napisać coś o każdej z nich, jednak nie o to chodzi.

 

Old Bagan, Birma

 

Pojechałem zobaczyć zachód słońca z wieży widokowej. Fakt, iż wstęp na nią jest ekstra płatny, 7.500 kyats, ale zorganizowane jest to pierwszorzędnie. Specjalnie wybudowana olbrzymia wieża widokowa, z barem na jej szczycie. Lokalna muzyka na żywo i bajkowy widok.

Do hotelu wracam późnym wieczorem.

___________________________________   

 

 

Dzień 9 – 28.02.2019

 

Nanda Garden, ponoć jest przeciętnym hotelem w Bagan, jednak uważam, że jest naprawdę przyzwoitym hotelem. Podobnie jak i poprzedni, tutaj także wszystko dopięte na ostatni guzik. Bezapelacyjnie najlepsze śniadanie, jakie zajadłem w Birmie. W przystosowanym na restaurację starym budynku wszystko dopięte na ostatni guzik. Na zewnątrz pod drzewami kucharki na bieżąco przygotowywały potrawy. Kelner przyniósł wielką tacę z masą naczyń. Rozstawił wszystko przede mną i dokładnie wyjaśnił co jest w każdym z nich. Po czym zastygł w bezpiecznej odległości jeśli czegokolwiek bym potrzebował.  Przepięknie podane, zaprezentowane i opisane. Najbardziej utkwiły mi w pamięci małe rybki suszone słońcu przyrządzone na ostro.

Znajdzie się zaraz jakiś mądrala i powie, że to na pewno hotel jakiegoś przedstawiciela władzy i wspierając juntę wojskową jestem taki zafascynowany. Jednakże to Birma to nie Korea Północna, gdzie każdy wydany przez turystę Won trafia do kieszeni Kima. Tutaj mimo wszystko jest trochę inaczej. Wiadomo, że poprzez przyjazd tutaj wspiera się finansowo reżim, ale normalnych ludzi także. Należy tylko normalnie i racjonalnie do tego podejść. Hotel na pewno ma powiązania z władzą, ale ktoś go zaopatrza, ktoś dba o to, aby funkcjonował na najwyższym poziomie. Ludzie po prostu maja pracę. Na pewno, żyło by się im dużo gorzej, jeśli nie byłoby turystyki.

Większość dnia poświęciłem na zwiedzanie Old Bagan. Wybierałem co ciekawsze obiekty i po prostu tam jechałem. Przy niektórych byłem sam, przy innych wręcz tłumy. Czasami mnisi buddyjscy pytali czy mogą zrobić sobie ze mną zdjęcie. Przy jednej z wielkich świątyń na targu kupuję fantastyczną pracę. Artysta, malował obrazy farbą i piaskiem. 10.000 kyats bez targowania nawet jak zobaczyłem jak to robi. Kiedy oddawałem skuter, okazało się, że przejechałem ponad 100 km.

 

 

Shwezigon Pagoda, Bagan, Birma

 

Idę zwiedzić Shwezigon Pagoda. Przepięknie mieniąca się złotem i wręcz gigantyczna. Według zapisków umieszczone są w niej kość czołowa i ząb Buddy. Na tarasach dookoła umieszczone są sceny z poprzednich wcieleń Buddy oraz początkach naszej ery. Dość ekscentryczne jest jednak to, iż jest to pierwsza pagoda w obrębie, której ustawione są posągi bóstw i duchów czczonych w Birmie. Niezależnie od buddyzmu. Ponoć bardzo sprawnie połączono te wierzenia, co ułatwiło wprowadzanie nowej religii. Kawał czasu. Kamienny plac jest tak rozgrzany, że nieprzyzwyczajone stopy mam wręcz poparzone. Wypatruję kawałka cienia, aby w spokoju stanąć i delektować się tym fantastycznym widokiem. Myślę, sobie jak to państwo wyglądało kiedyś. Pagodę wybudowano w 1087, więc nie tak dawno po Zjeździe Gnieźnieńskim. A w Europie za niedługo zaczną się wyprawy krzyżowe.

Późnym popołudniem pojechałem z małą grupką na Górę Popa. Buddyjski klasztor na czubku wysokiej góry. Podobnie jak w Mandalay i tutaj należy pokonać setki schodów, aby wejść na górę. Tak jak do wszystkich buddyjskich świątyń – boso. Dodatkowo jest cała masa małp, które czekają aż zostaną poczęstowane. Czasami nawet potrafią coś złapać i po prostu uciec. Szok, ale owijam rękę paskiem od aparatu. Na górze klasztor, jakich wiele już odwiedziłem, ale to lokalizacja robi wrażenie. Dookoła fantastyczny widok. Przeżyłem lekkie zdziwienie, kiedy na liście darczyńców przy pozycji ujrzałem: Donald Trump, USA, 18.12.15 - 25.000 kyats. Był tutaj czy kogoś wysłał?

Jadąc w obie strony widzę przy drodze ludzi starszych ludzi z wyciągniętą ręką. W zdecydowanej większości kobiety. Zniszczone życiem, smutne i ponure. Stoją samotnie na poboczu w odległościach ok. 100 od siebie. Najbardziej przygnębiające jest jednak to, że ciągnie się to kilometrami. Widok tak smutny, na zawsze odciskający się w sercu.

W nocy idę jeszcze raz zobaczyć Shew Zi Gone Pagoda. Tak jak w dzień błyszczała w blasku słońca, tak teraz jest przepięknie oświetlona. Nie można wręcz oderwać od niej wzroku. Posadzka jest tym razem chłodna, więc bez obaw mogę na dłużej przystanąć w miejscach, które ominąłem za dnia.

___________________________________   

 

 

Dzień 10 – 1.03.2019

 

Najlepsze śniadanie w Birmie po raz drugi i niestety czas pożegnać się z Bagan. Wielka szkoda, gdyż pozostając tutaj tydzień człowiek nie nudziłby się ani chwili. Jadę do Nyaungyan. Bus i to naprawdę dobrej klasy, bilet 22.000 kyats. Droga daleka, więc większą część dnia spędzam w podróży podziwiając widoki. Wszędobylska dżungla, nie wydaje się taka straszna jak w telewizji. Po prostu las.

Wysoko w górach, niedaleko bardzo popularnych szlaków trekkingowych Kalaw, zobaczyłem coś, co głęboko zapada głęboko w pamięć. Podobnie jak widok głodujących dzieci w Mali czy kilkuletnich chłopców ciężko pracujących w kuźniach Burkina Faso, to na zawsze odcisnęło piętno gdzieś tam w moim wnętrzu. Budowano drogę. Budowało ją dziesiątki dzieci. W większości kilkunastoletnich dziewczynek.

Były słonie noszące ciężkie belki. Ekstra widok, gdzie na stromym stoku wykarczowanej dżungli widzi się słonie noszące ciężkie przedmioty. Tak jak w jakiś starych filmach. Jednak dalej, we wszędobylskim kurzu i pyle tak dużym, że aż ciężko oddychać, maszerują dziesiątki dziewczynek. Z nieba leje się żar, więc na głowach mają kapelusze, dodatkowo ubrane tak, aby osłonić każdy kawałek ciała przed słońcem. Wszystkie bez wyjątku mają na twarzach zawiązane chustki chroniące przed pyłem. Na szyjach natomiast wielkie kosze, w których noszą kamienie potrzebne do utwardzenia drogi. I tak noszą to bez końca z wielkiego stosu gdzieś na uboczu. Kawałek wykarczowanej przestrzeni, po której przejechały jakieś tam buldożery a następnie dzieci noszące kamienie, aby to wszystko utwardzić. Co pewien czas przejeżdża walec a następnie wkracza dwóch chłopaków z 5 litrowymi podziurawionymi od spodu bańkami wypełnionymi smołą. Na karkach mają żerdź, dwie takie banieczki wiszą po obu stronach a oni chodzą powoli po tym odcinku. Krótka przerwa i powtórka całej procedury. Dziewczynki, walec, smoła. Trzy takie wielkie budowy widziałem. Nie gdzieś tam daleko na wzgórzach, ale tuż przy drodze, gdzie budowano po prostu drugi pas jezdni. Jeden używany i to dosyć ostro, gdyż droga czasami była wręcz zakorkowana a drugi tuż obok w budowie. Ciągnęło się to kilometrami.

 

Nayungshwe, Birma

 

Po południu dojeżdżam do Nayungshwe, gdzie zatrzymuję się w Immana Grand Inle Hotel. Mają nawet mały basen, ale szkoda mi czasu na pierdoły. Idę na zwiedzanie miasta. Trafiam na jakąś uroczystość, bo jedną z głównych ulic maszeruje orszak wystrojonych mieszkańców. Jak dowiedziałem się później, ponoć odbywa się to w każdy piątek.

Do wieczora zwiedzam miasteczko a w międzyczasie zorganizowałem sobie poranną wyprawę na jezioro.

___________________________________   

 

 

Dzień 11 – 2.03.2019

 

Pobudka o 5 rano i szybko na przystań. Ciemno jeszcze dookoła a o latatniach człowiek może jedynie pomarzyć. Co jakiś czas żarzy się jakaś słabiuteńka żarówka u kogoś przed domem. Jakby nie brzmiało jego imię, Pan Hui pojawia się za chwilę i płyniemy oglądać wschód słońca. Zimno jest jak cholera, jedynie kilka stopni a woda dodatkowo robi swoje. Mimo ciepłego polara, trzęsę się jak galareta.

Jezioro Inle to takie sztandarowe miejsce dla podróżujących po Birmie. I podobnie jak Titicaca, na głównej trasie przesiąknięte komercją. Jednak wschód słońca jest przepiękny. To trzeba przyznać. Następnie płyniemy do zaprzyjaźnionej z motorniczym wytwórni biżuterii. Nic na to nie poradzę, ale niestety tak jest zawsze. Dziewczyny pokazują jak wywarzają towary itd… Dosyć ciekawe, ale nie przepadam za takimi miejscami. Wybrałem jakieś pamiątki, bo wypada docenić i wspierać lokalne rzemiosło. Jednak razu widać, że wszystko przygotowane pod turystów. Niby dom na palach na jeziorze, ale bez problemu przyjmują płatności kartami kredytowymi.

Kolejny przystanek bardziej przypadł mi do gustu. Targ, trochę pamiątek, ale i dużo rękodzieła, warzywniak, ryby i lokalne jedzenie. Taki ogólny i bardzo przyjemny misz – masz, gdzie od czasu do czasu trafiały się perełki. Naszyjniki z zębów czy ręcznie robione z masy perłowej solniczki z pieprzniczkami. Jednak moim absolutnym numerem 1 była wielka korona. Nie wiem z ilu, ale na pierwszy rzut oka z kilkuset zębów. Ludzkich zębów…

Zdążyłem jeszcze wrócić na późne śniadanie do hotelu, po którym ponownie zwiedziałem miasto. Nayungshwe jednak jest zbyt duże, ale za to jego okolice są wręcz czarujące. Hotel do dyspozycji gości hotelowych miał rowery, więc w drogę i przyznam rację każdemu, kto polecał takie rozwiązanie. Było to strzał w przysłowiową dziesiątkę, bo objeździłem okolice podziwiając codzienność mieszkańców jak i przepiękne widoki. A na koniec odwiedziłem winiarnię, gdzie za cenę 5.000 kyatów dostaję cztery gatunki wina do degustacji. Na tarasie widokowym można odpocząć podziwiając winnice i krajobrazy. Bardzo przyjemnie to zorganizowali.

 

Zachód słońca, jezioro Inle, Birma

 

Późnym popołudniem płynę ponownie na jezioro, aby nacieszyć wzrok zachodzącym słońcem. Niestety dopada mnie komercja w postaci rybaka, który bardziej zainteresowany był pozowaniem do zdjęć niż łowieniem ryb. Chyba tak teraz wygląda jego praca, bo dokładnie wiedział jak się ustawiać. Kiedy i jak podnosić swoją specyficzną w kształcie dużego klosza sieć itd...

O ile wschód słońca był fantastyczny to zachód fantastyczny razy dwa. Wielkie pomarańczowe słońce chowające się za góry na tle wody. Trochę magiczne jak nad morzem.

___________________________________   

 

 

Dzień 12 – 3.03.2019

 

Śniadanie i pora się zbierać. Przede mną długa droga na południe. Komunikacja zorganizowana wzorcowo jak w azjatyckich krajach. Mała ciężarówka zbiera kilka osób z hoteli i wiezie do najbliższej miejscowości przy głównej drodze. Tam natomiast zatrzymuje się autobus kursowy i jedziemy do celu. We wcześniejszych planach było zatrzymanie się w Naypyidaw, czyli najdziwniejszej i najbardziej tajemniczej stolicy jednak czas brutalnie zweryfikował. Zatrzymujemy się jedynie na dłuższy postój na jej obrzeżach.

Wieczorem dojeżdżamy do Yangun. Wielkie ponad 7 mln miasto. Inne niż poprzednie, takie bardziej cywilizowane. Tym razem nocleg w China town i to był błąd, bo to Birma a nie Chiny. Family Treasure Yangon, nie był taki zły, ale smród papierosów był nie do wytrzymania. Praktycznie jak w palarni. Nie mogłem w to uwierzyć jak można do czegoś takiego dopuścić w hotelu.

 

Chińska dzielnica, Yangon, Birma 

 

Wieczorem zwiedzam jeszcze China town, ale jestem nim lekko rozczarowany. Jest szaro, ponuro i ogólnie nieprzyjemnie.

___________________________________   

 

 

Dzień 13 – 4.03.2019

 

Hotel został przewietrzony i rano prezentował się już całkiem przyzwoicie. Dodatkowo nadrobili śniadaniem. A i chińska dzielnica za dnia okazała się nie taka ponura. Daję się skusić na koktajl z Avocado. Od tej pory mój ulubiony.

 

Shwedagon Pagoda, Yangon, Birma 

 

Shwedagon Pagoda uważana za najświętsze miejsce w Birmie. A to, co czyni ją tak wyjątkową to fakt, iż zawiera 8 włosów Buddy. Przechowywane są wraz z niezliczoną ilością skarbów wewnątrz stupy. Wierzy się, że została wybudowana ok. 2500 lat temu. I jest naprawdę gigantyczna. Wznosi się na 99 metrów a sam jej obwód to ponad 400. Wszystko dookoła aż mieni się od złota. Każdy element jest bogato zdobiony a w zależności od części dodatkowo użyto drogocennych kamieni. Samych diamentów jest ponad 5000. Natomiast złota według różnych danych całkowita ilość sięga 9 ton. Szok, z niedowierzaniem. Każdy mężczyzna bez wyjątku musi przywdziać spódnicę. Nie ma odstępstw od reguły.

Odwiedzam jeszcze stację kolejową, gdzie zakup biletu na następny etap okazał się fiaskiem. Wszystkie informacje w rozkładzie jazdy po birmańsku. Nie do ogarnięcia dla Europejczyka. Po przejściu procedury znalezienia tej konkretnej kasy. Okazało się, że bilet można kupić jedynie w dniu odjazdu pociągu, ale cena to 900 kyats. No dobra, przydatna informacja, bo spławiłem taksówkarza, który uczepił się wcześniej, że mnie zawiezie za 20 dolców (1 USD = 1.500 kyats).

Sakura tower jest bardzo znanym wieżowcem, gdzie z dachu można podziwiać panoramę miasta. Miejsce tak bardzo popularne, iż zostało specjalnie do tego celu przystosowane. Jest bar i bardzo wygodne fotele. Zostaję tam do zachodu słońca i podziwiam widoki metropolii.

W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze Sri Kaali Amman Tamil Temple. Pierwszy raz w życiu jestem w hinduskiej świątyni. I to od razu w jakiej. Kto nie słyszał o Kaali.

___________________________________   

 

 

Dzień 14 – 5.03.2019

 

Śniadanie i podróż do Bago. Tym razem wybór padł na pociąg. Wiedziałem, która kasa więc wszystko poszło sprawnie. Stacja taka jak w Legnicy w 80tych latach. Jedynie skwar i zapach ciut inny. Pociąg natomiast był istnym mistrzostwem świata. Czysty i miarę możliwości zadbany, to trzeba przyznać. Jednak miał chyba ze 100 lat. Prędkość była optymalna do robienia zdjęć pejzażów i pól ryżowych, pośród których przebiegała trasa. Za wyjątkiem slumsów Yangon, wręcz urokliwa.

Stacja w Bago nie przypominała stacji a jedynie jakiś magazyn przeładunkowy. Nawet droga była jedynie utwardzana. Wszyscy mierzyli mnie przeszywającym wzrokiem, aż nie przyjemnie się robiło. Całe szczęście, że nie przyjechałem w nocy.

 

Posągi siedzących Buddów, Bago, Birma

 

Do Bago turyści przyjeżdżają jedynie na jedno popołudnie. Nie ma sensu zostawać tutaj na dłużej. Zaopatrzyłem się w multi-bilet i od razu udałem zobaczyć Kyaik Pun Pagoda. Czyli mały klasztor znany z czterech wielkich wizerunków Buddów, którzy dotarli do Nirwany. Wysokich na 27 metrów. Siedzą tyłem do siebie, twarzą do czterech głównych kierunków. Według lokalnej legendy cztery siostry, zaangażowane w budowę Kyaik Pun Paya zobowiązały się nigdy nie brać ślubu. Jedna wyłamała się jednak z obietnicy. Spowodowało to upadek jednego posągów.

Kolejnym odwiedzonym jest Leżącego Buddę. Ponoć drugi największy na świecie. 56 m długości i 18 szerokości. Ucho – 4,5 m, oko – 1,1 m, nos – 2,3 m a duży palec u nogi 1,8 m. Jest wielki, trzeba to przyznać. W żaden sposób nie udało mi się zrobić zdjęcia całości. Ciekawostką jest to, że odkryty został przypadkiem w 1881 roku przez Brytyjczyków budujących kolej.

Odwiedzam następnie pałac Kanbawzathadi. Przypomina stylem ten w Mandalay, jest jednak mniejszy. Jest to niestety rekonstrukcja, gdyż poprzedni został spalony. Mimo to, wykonanie mistrzowskie. Zastanawia mnie podejście do wielkości. Budynek obowiązkowo musi być strzelisty i bardzo wysoki. Obowiązkowo otoczony ogrodami.

Na koniec Pagoda Shwemawdaw. Kolejne z kolejnych najświętszych miejsc w Birmie. O ile, ta w Yangon uznawana jest za najświętszą, ta z kolei jest najwyższą w całym kraju. Szczyt stupy również jest wysadzany diamentami i pokryty złotem. Pierwotnie zbudowano ją w X wieku. Kilka razy niszczona podczas trzęsień ziemi i licznych wojen, jednak sukcesywnie odbudowywana i podwyższana. Obecnie wznosi się na 114 metrów. Fantastyczna. Podobnie jak Jej poprzedniczka, ta także zawiera relikwie Buddy: ząb i dwa włosy.

W Bago na rogatkach miasta pewien cwaniak zatrzymał mi autobus jadący do Mulmejn. Jednak zażyczył sobie za to ekstra kasę. No dobrze, ale to przecież jest autobus kursowy a my jesteśmy na przystanku. Wypluł betel i zaczął czarować, że się stąd nie wydostanę itd… Machnąłem ręką i poszedłem. Autobus jednak zatrzymał się za chwilę, dałem kierowcy w łapę 5.000 i pojechaliśmy. W środku było gorąco jak w piekarniku. W pewnym momencie mała dziewczynka strasznie zaczęła wymiotować. Bidula się męczyła strasznie długo. Cierpiałem kiedyś na tę chorobę, więc wiem jak się czuła. Dałem jej babci saszetkę elektrolitów i wytłumaczyłem na migi, aby po rozpuszczeniu w wodzie jej dała. Ciekawe czy pomogły.

W Mulmejn jestem późnym wieczorem. Wysiadam gdzieś w mieście, bo autobus jedzie dalej. Ciemno jak okiem wykol. Czasami nie widać wręcz pobocza. O jakimś normalnym oświetleniu można zapomnieć. Od czasu do czasu gdzieś tam żarzy się słabo pomarańczowa żarówka. Pierwszy hotel, 25 USD za noc. Cwaniak nawet nie chce słyszeć o jakimkolwiek opuście. Drugi cena 10, ale syf koszmarny a łóżko w jakimś składziku towarów bez okna. Trzeci, 12. Czysty, przyjemny i zadbany. Dodatkowo ze śniadaniem.

Mimo późnej pory idę jeszcze pokręcić się po okolicy. Dookoła panują cisza, spokój i ciemności.

___________________________________   

 

 

Dzień 15 – 6.03.2019

 

Śniadanie i zwiedzane. Na okolicznym wzgórzu odwiedzam Kyaikthanlan Pagoda. Kolejna na liście nie robi takiego wrażenia. Człowiek wie czego się spodziewać i mimo zachwytu, gdyż także jest bardzo interesująca, bardziej skupiam się na krajobrazie. Miasto, zieleń i wijąca się rzeka.

 

Shanmuganatha, Mulmejn, Birma

 

Większe wrażenie sprawia na mnie Shanmuganatha Swami Temple. Hinduska świątynia wybudowana 2016. Bardzo specyficzna i jakże różniąca się od tych buddyjskich. W odróżnieniu od nich, cała biała. Młody Hindus wpuścił mnie do środka i pozwolił przyglądać się odprawianym obrzędom.

Jadę lokalnym cargo – busem do Hpa-An. Podobnie jak kilka dni wcześniej, między nami kosze z ryżem i inne pakunki. Od czasu do czasu nawet żywy inwentarz. Co pewien czas towary są wymieniane w pobliskich sklepach. Fantastyczna przygoda.

Przypomniałem sobie, że nie odwiedziłem słynnych posągów ustawionych w długich rzędach. Smutno się zrobiło, ale tak to już w życiu bywa. Może nadarzy się kiedyś okazja aby przyjechać tutaj ponownie.

46 USD za noc oznajmiono mi w recepcji. Bez jaj. Trochę chyba przesadzili. Kilka razy drożej niż normalnie. Kiedy mówię, że sprawdzałem wcześniej na Booking.com to mieli 28 i to za dwie noce. Chwila konsternacji i zgoda, ale zrób tam rezerwację. Kiedy? No teraz i tutaj w recepcji. Tak teraz wygląda nowoczesna forma promocji i reklamy branży hotelarskiej. Glory Hotel usytuowany praktycznie w centrum mieścinki. Wielki moloch, ale bardzo przyjemny.

Miasteczko nie jest duże, ale podobnie jak przy jeziorze Inle. Okolice bardzo ciekawe. Idąc gdzieś na jego obrzeżach przy plantacji bananowców, zatrzymała się nagle wielka Toyota Land Cruiser. Zainteresowany kierowca zaczął wypytywać, co tutaj robię i czy potrzebuję jakiejś pomocy. Spaceruję jedynie i podziwiam widoki, ale bardzo dziękuję. Pojechali dalej a ja poszedłem swoją drogą, obserwując życie mieszkańców.

Wieczorem na wielkim placu nad pobliskim jeziorem rozstawiono stragany i kramy z jedzeniem. Są dosłownie setki ludzi. Ponoć tak wygląda tutaj każdy wieczór. Jest wręcz fantastycznie. Kupuję kawałek kija bambusowego z ugotowanym w środku ryżem. Obrywa się patyki i zjada zawartość środka. Bardzo ciekawa koncepcja. Podoba mi się tutaj dużo bardziej niż na podobnych marketach w sąsiedniej Tajlandii. Jest tak jakoś swojsko. Białych turystów jest może kilkoro, a mimo to wszyscy traktują człowieka normalnie. Nikt nie patrzy na mnie jak na przysłowiowego kosmitę.

___________________________________   

 

 

Dzień 16 – 7.03.2019

 

 

Plan na dzień dobry to widoczna znad jeziora wysoka Mount Kyar. U jej podnóża ciężko mi było na początku znaleźć właściwą drogę. Kilka razy cofając się już praktycznie z dżungli. Brak jakichkolwiek znaczeń robił swoje a gogle maps po prostu trochę zawodziła. Jednak dzięki temu przez przypadek znalazłem się w samym środku lasu kauczukowców. Dziwnie wyglądają zbiory tego surowca. Ponacinane drzewa i przywiązane poniżej pojemniki, do których powoli ścieka kauczuk. Innym miejscem skąd także musiałem zawrócić były drzewa z owocami Duriana. Jak coś tak dużego utrzymuje się na gałęziach na zawsze będzie dla mnie tajemnicą. Niektóre owoce były 2-3 krotnie większe od arbuzów. Dżungla nie różniła się zbytnio od naszych lasów. Było goręcej i z wiadomych przyczyn inne drzewa. Od czasu do czasu furorę robiły dziko rosnące w poszyciu ananasy.  Cała reszta jak w lesie. Szczęściem nie spotkałem żadnych węży i innych żyjątek.

Kto szuka, nie błądzi. W końcu znalazłem szeroką, betonową drogę i zaczęła się mozolna wędrówka w górę. Jako, że teren został właśnie pod nią wykarczowany, słońce niemiłosiernie dawało się we znaki. Gdzieś pod koniec wędrówki, nagle pojawił się samochód. Biała Toyota Land Cruiser zatrzymała się i ten sam kierowca, którego spotkałem wczoraj zaoferował podwózkę. Jak to mawiała moja babcia: góra z górą się nie zejdzie a człowiek z człowiekiem zawsze. Jechał z matką i córeczką na piknik. Może i był przedstawicielem władzy, a może i nie, ale co mi tam. Pogadaliśmy chwilę co i jak, wypiliśmy coca cole. Pooglądaliśmy nawet zdjęcia. Było naprawdę miło.

 

Krajobraz z góry Kyar, Hpa-An, Birma

 

Na samym czubku odwiedzam malutką Kyran Inn Pagodę. Zlokalizowana na malutkim i wąskim kamiennym szczycie góry buddyjska świątynia. Chyba turysta jest tutaj rzadkością, bo wzbudziłem lekką sensację wśród mnichów. Z góry roztaczał się fantastyczny widok na całą dolinę.  Dopiero do mnie dotarło, jak daleko poszedłem.

Późnym popołudniem wracam nad jezioro, gdzie kucharki i handlarze powoli zaczynają rozkładać swoje kramy. „Przepraszam że przeszkadzam, ale mogę z Tobą porozmawiać”. Zapytała mnie znienacka z nieśmiałym wyrazem twarzy pewna dziewczyna. Na mój pytający wzrok, powiedziała, że chciałaby poćwiczyć swój angielski, jeśli nie miałbym nic przeciwko temu. Niesamowite, ale mnie podbudowała. Usiedliśmy na ławeczce nad jeziorem a Ona wyciągnęła notesik z zapisanymi podstawowymi frazami (z birmańską fonetyką). Szok, ale faktycznie bardzo się starała i nawet notowała niektóre zwroty. Jaka była z siebie dumna podobnie jak i ja. Na koniec nawet strzeliliśmy sobie selfie. Miłe doświadczenie.

Wieczorem miałem okazję zobaczyć przedstawicieli władzy w akcji. Z tego co zrozumiałem jakiś chłopak naprzykrzał się pewnej dziewczynie. Nadjechał radiowóz, policjanci wypytali losowo wybranych o opis zdarzenia. Chłopak został brutalnie skuty i bez żadnych skrupułów wrzucony wręcz do samochodu. Odjechali a życie zaczęło toczyć się dalej. Porządek godny pochwały.

Cały wieczór spędzam na wodą delektując się lokalnymi specjałami i podziwiając zachód słońca. Uzmysłowiłem także sobie, że dzisiaj jest Środa Popielcowa.

___________________________________   

 

 

Dzień 17 – 8.03.2019

 

Po śniadaniu zaprzyjaźniony z hotelem kierowca zabrał mnie i kilka innych osób do Myawaddy. Droga jak to się mówi krajoznawcza, bo zbaczaliśmy wiele razy robiąc wręcz kółka. Czasami, aby kogoś gdzieś podwieźć, innym razem lub kogoś innego zabrać. Dawniej ruch zorganizowany był tak, że w dni parzyste można było jechać do granicy a w nieparzyste w przeciwnym kierunku. Obecnie chyba już to nie obowiązuję, bo jest totalna samowolka. Niby ją remontują, ale zajmie to trochę czasu. Bywały odcinki, że jechaliśmy ja w jakimś Camel Trophy. Dziury głęboki na całe koło nie były rzadkością, więc należało je minąć.

 

Myawaddy, przejście graniczne Birma - Tajlandia

 

W Myawaddy jestem w okolicach południa i powoli kieruję się w stronę przejścia granicznego. Formalności graniczne przebiegają nad wyraz sprawnie. Po tajskiej stronie zostałem nawet poproszony abym wyszedł z długiej kolejki i podszedł bezpośrednio do okienka. Krótkie wyjaśnienia, dlaczego nie mam wpisanego w deklaracji pierwszego hotelu gdzie się zatrzymam i witamy w Tajlandii. Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcia na moście przyjaźni i witamy w Mae Sot.

Różnica widoczna od razu. Jakiś taki większy porządek. Dziwne, bo wcześniej myślałem całkowicie coś innego. Na dworcu autobusowym odbieram bilet, a że mam jeszcze trochę czasu to idę zobaczyć miasto.

Dziwne, ale pierwszy raz w życiu próbuję zupę rybną. Zawsze mnie odrzucało na samą myśl. Jednak przyrządzona jakoś po tajsku na ostro z całą masą warzyw powaliła mnie swoim smakiem. Prawdziwy rarytas. Mimo, że nie pamiętam nazwy to od tej pory moja ulubiona.

Odwiedzam Wat Manee Praison, ale mam chyba już przesyt buddyjskich świątyń. Nie to oczywiście, aby coś z nimi było nie tak, ale po prostu za dużo. Kręcę się trochę po mieście i wieczorem odjeżdżam nocnym autobusem do Bangkoku.

___________________________________   

 

 

Dzień 18 – 9.03.2019

 

Skoro klimatyzację wymyślono po to, aby chłodziła to niech chłodzi. Niech chłodzi ile wlezie. Oczywiście przy maksymalnej mocy nawiewu i minimalnej temperaturze. W autobusie całą noc było zimno jak w lodówce. Szczęściem dali koc. Mimo to ubrałem co tylko miałem najcieplejszego, na głowę założyłem nawet czapkę i owinąłem się kocem. Szczęściem miałem jeszcze jeden swój. Nim także się owinąłem i tak jechałem całą noc. Coś nie do wyobrażenia. A jak wysiadłem przed 4 rano w Bangkoku na pełniącej przystanek, stacji benzynowej to jakbym wszedł do pieca. A było jedynie dwadzieścia kilka stopni. Istni wariaci.

Czasami niestety trzeba skorzystać z usług mafii taksówkowej, po prostu nie ma wyboru. Jednak umawiam się z kierowcą na konkretną kwotę i ten zawozi mnie do najbliższej szybkiej kolejki. A tam problem, o tej porze bilet można kupić jedynie w automacie płacą wyłącznie monetami. Wszystko dookoła pozamykane, a to pech. Więc kolejna wyprawa w poszukiwaniu przedstawicieli mafii, aby rozmienić pieniądze.

Suvarnabhumi, międzynarodowy port lotniczy w Bangkoku zdaje się być wypełniony do granic możliwości. Istny tłum. Wszędzie jest pełno ludzi. Mimo tego panuje porządek. Widocznie taki już urok tego miejsca. Ostanie tajskie śniadanie i o 9:30, odlatujemy.

Emirates ich sztandarowy dwupiętrowy boeing A380. Lot istna bajka i 7 godzin mija szybciutko. Zmiana czasu i o 13:00 lądujemy w Dubaju.

Tutaj żadnych przestojów, kolejek czy innych niespodzianek. Wszystko przebiega nad wyraz sprawnie i szybko. Zaplanowałem sobie powrót tak, aby spędzić tutaj popołudnie i wieczór, więc witamy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

 

Marina, Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

Dubaj, dla mnie to miasto szkła i stali oraz obraz przepychu i luksusu. Mimo to podoba mi się. Pierwsze co uderza, to mnogość innych nacji. Pakistańczyków praktycznie od zatrzęsienia.

Transport publiczny w Dubaju jest niesamowity. Taki trochę z przyszłości, gdyż metro jest bezobsługowe. Nawet nie wiem czy dobrze napisałem. Chodzi o to, że nie ma w nich motorniczego. Coś, co brzmi jak z jakiegoś filmu fantastycznego, ale faktycznie tak jest.

Skoro Dubaj to Burj Khalifa. O matko jaki wysoki. Chciałem wjechać na taras widokowy, ale cena w okolicach 100 USD skutecznie mnie zniechęciła. Z zewnątrz także pięknie się prezentuje. Poszedłem do największego na świecie centrum handlowego Dubaj Mall, ale to także nie dla mnie. Marina okazała się dużo bardziej ciekawsza. Luksusowe restauracje w otoczeniu szklanych wieżowców. Elegancje kawiarnie i tymczasowe kiermasze z rękodziełem. Wszystko to ciągnie się wzdłuż nadbrzeżnej promenady. Wieczorem wszystko jest przepięknie oświetlone, aż się chce spacerować bez końca.

___________________________________   

 

 

Dzień 19 – 10.03.2019

 

Pobudka wcześnie rano, metrem na lotnisko i parę minut po 8 wylot. Widok Turcji z okien samolotu uświadamia mnie, że jeszcze mamy zimę. Ciekawy jestem, jaka będzie pogoda na miejscu, bo wracam w sandałach.

 

Góry Taurus, Turcja

 

Śniegu nie było, ale za to wiał tak mocny wiatr, że lądowanie było z niezłymi emocjami. Nawet pilot po fakcie wszystkich przeprosił. Poinformowano nas, że jest taki silny wiatr, iż nie można podstawić schodów do samolotu. Po pół godzinnym wyczekiwaniu na jego osłabnięcie, dano za wygraną. Zdecydowano się otworzyć drzwi awaryjne po lewej stronie samolotu.

Pierwsze odczucie to zimno, następnie wietrznie. Ubieram co mam najcieplejszego i po odprawie wracam autobusem do domu. W sam raz na niedzielny obiad.

___________________________________   

 

 

 

 

 

 

Czytany 773 razy
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Artykuły powiązane

Najczęściej czytane