Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2011 / 2012, Afryka zachodnia

”Obok cienia drugą wartością najwyższą jest woda, woda jest wszystkim” – Ogotemmeli, lud Dogonów

 


 

 

 

Dzień 1 - 27.12.2011

 

W oczach niektórych osób samotny wyjazd do Stambułu ocierał się o lekkie szaleństwo. W tych samych oczach wyprawa do Iranu była czystym szaleństwem. Jednak oczy te, kiedy dowiedziały się o obecnych planach wyraziły tylko jedno: wariactwo. Wariactwo i to w pełnym tego słowa znaczeniu.

Nie chce mi się jechać. Gdyby nie te wszystkie formalności związane w wyjazdem całkiem możliwe, że zrezygnowałbym tym razem. Nie wiem tak do końca, dlaczego? Może przez choroby, jakich mogę doświadczyć? Może miejsce? Odległość? A może czas? Siedzę w autobusie i zastanawiam się, dlaczego. Niechęć jednak związana jest z każdą z tych obaw. Jak to zniosę i jak zniosą to moi najbliżsi? Oby nikt tego nie żałował.

Wrocław. Pakujemy busa i o 17:45 startujemy. Jest dosyć zimno. Dlatego niemiecka straż graniczna strzelająca nam kontrolę zaraz za granicą lekko nas irytuje. Poszliśmy na całego i na pytanie gdzie jedziecie, odpowiadamy zgodnie: do Ghany. Policjanci trochę się zdenerwowali, że stroimy sobie żarty. Jednak po przejrzeniu paszportów z wklejonymi ghańskimi wizami miny im zrzedły. Od tej pory zainteresowani bardziej byli wyprawą niż kontrolą. Wszystko poszło bezproblemowo. 

________________________________________

 

  

Dzień 2 - 28.12.2011

 

Nad ranem jesteśmy już we Francji. Jadąc czasami autostradami a czasami lokalnymi drogami, mijamy francuskie miasteczka. Bez dwóch zdań przepiękne i malownicze. Spokojne i senne wioski, w których życie toczy się leniwie i bezstresowo. Mijamy Bordeaux i kierujemy się w stronę San Sebastian. Psuje się pogoda. Jeszcze dobę wcześniej było mroźnie z od czasu do czasu prószącym śniegiem. Hiszpania wita nas kilkoma stopniami, przenikliwym wiatrem i zimnym deszczem. Pireneje i ich urok zimą.

________________________________________

 

 

Dzień 3 - 29.12.2011

 

 

Ranek podobny do poprzedniego. Krótki postój i jazda. W południe dojeżdżamy do Gibraltaru. W 42 godziny przejeżdżamy 3200 km. Jeszcze zatęsknimy za takimi statystykami. Przeprawiamy się promem z Algierciras do Tanger Med. Dziwne uczucie ogarnia człowieka, kiedy mając za plecami ocean, obserwuje Słupy Herkulesa. Gdzie my się pchamy?

 

GibraltarCieśnina gibraltarska

 

Kupujemy Dirhamy po kursie 11 za 1 Euro i jedziemy dalej. Wieczorem jesteśmy w Kenitrze, gdzie zatrzymujemy się na nocleg na kempingu. 12 Dirhamów za osobę, 10 Dirhamów za gorący prysznic. Jest bardzo zimno, jedynie kilka stopni. W nocy całkiem możliwy jest przymrozek, więc gorący prysznic strasznie kusi. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale jest to jeden z czterech z gorącą wodą, jakie będzie nam dane doświadczyć podczas całej wyprawy. Po dwóch dobach spędzonych w busie prysznic jest czymś, czego nam było trzeba. Rozgrzani od zewnątrz, rozgrzewamy się jeszcze od wewnątrz i śpimy.

________________________________________

 

 

Dzień 4 - 30.12.2011

 

 

W okolicy 5 rano obudziły mnie bardzo głośne nawoływania muezina oraz modlitwy, które za chwilę się rozpoczęły. Ciężko wygrzebać się z cieplutkiego śpiwora w nagrzanym namiocie. Próbuję jeszcze zasnąć, ale bez skutku.

Jedziemy do Rabatu. W Ambasadzie Mauretanii okazało się, iż na wizy musimy czekać do 02.01.2012. Nie pomagają prośby, jęczenia, stękania a nawet delikatne próby przekupstwa. Nie i koniec. Wizyta w Polskiej Ambasadzie, mimo, iż przebiegła w miłej atmosferze nie przyniosła rezultatu. Składamy wnioski i zniesmaczeni korygujemy plany. Wiza tranzytowa 340 Dirhamów.

Przy Ambasadzie spotykamy dwoje Polaków, nazwaliśmy ich „ziemniaczki”. Mili, lekko roztargnieni młodzi ludzie. Jadą busem do Timbuktu na festiwal. Mają podobny problem z wizą.

 

Bociany, Rabat, Maroko

 

Zwiedzamy Rabat. Sites et Monument Historiques. Średniowieczne ruiny, gdzie wg mnie bociany mają swoją bazę wypadową na Europę. Nikt nic nie mówi, ale widać to po każdym z nas. Przez wizowe opóźnienie nic nam się nie chce. Łazimy trochę po targu, przy latarni oglądamy surferów nad oceanem i jedziemy poza miasto na nocleg.

Znaleźliśmy całkiem przyzwoite miejsce na nocleg nad oceanem. Blisko jakiegoś budowanego kompleksu budynków. O tej porze roku był tam tylko Khalif, stróż (nazwany przez nas „My Friend”) i kilka osób z obsługi. Za 30 Dirhamów za wszystkich, pozwolili nam przenocować. Daliśmy mu polskiego bimbru a On poczęstował chętne osoby swoim specyfikiem. Jest przeraźliwie zimno a od oceanu wieje dosyć silny wiatr. Pierwszy raz jestem nad oceanem i pierwsze, co mnie uderza to fale. Inne niż nad morzem. Wielkie i długie na kilkaset metrów. Po rozgrzaniu się idziemy spać. „My Friend” zaproponował nocleg zainteresowanym osobom w jakimś pomieszczeniu gospodarczym. Kusząca propozycja, spanie na ziemi identyczne jak w namiocie, ale nie czuć przeszywającego zimnego wiatru. Warunki lekko spartańskie, ale nikomu to nie przeszkadza.

________________________________________

 

 

Dzień 5 - 31.12.2011

 

 

Sylwestrowy ranek. Zimno jak diabli. Nie ma mrozu, lecz te kilka stopni, wilgoć i zimny, przeszywający wiatr robią swoje. Jestem cały skostniały. Nie możemy się doczekać afrykańskiego ciepła. Nawet miejscowi twierdzą, że jest wyjątkowo zimno.

Ocean jest niesamowity. Nie mogę się na niego napatrzeć. Wielki i spokojny z falami jedynie przy brzegu. Chyba te fale tak do mnie przemawiają. Nad Bałtykiem są one krótkie a tutaj ciągną się setkami i więcej metrów. Z pewnością wpływa na to położenie lądu i kierunek wiatru.

Po delikatnej zmianie planów związanej z oczekiwaniem na wizę postanowiliśmy pozwiedzać okolicę. Pojechaliśmy do ogrodu botanicznego, gdzie podziwialiśmy różnorodność roślinności stref tropikalnych i podzwrotnikowych. Gady w terrarium przypominały nam dyskretnie, gdzie się wybieramy. Przed południem zaczęło robić się coraz cieplej. Oczywiście bez przesady, ale zawsze coś.

Pojechaliśmy do Fez, po drodze zatrzymując się w przydrożnej mieścince na obiad i zakupy. Pierwszy raz przekonałem się, iż robienie zdjęć nie zawsze jest mile widziane. „No Foto” i koniec. Nie pomaga nawet zrobienie zakupów. Jak nie to nie. Całe szczęście, że mam fotograficzną pamięć. Napatrzyłem się więc do woli i wszystko zostało uwiecznione.

Zamówiliśmy tadżin. Długo zastanawiałem się na jego nazwą, dochodząc do wniosku, iż wg mnie określenie to pasuje bardziej do naczynia niż do potrawy. Później dowiedziałem się, iż faktycznie naczynie, w którym się tadżin przyrządza, to także tadżin. Generalnie w niegłębokiej, ceramicznej misie duszone mięso obłożone jest do woli warzywami. Wszystko to przykryte także ceramiczną, stożkowatą pokrywą gotuje się na wolnym ogniu. Efekt niesamowity. Potrawa jest bardzo dobra i w zależności od miejsca różnorodna. Marokański tadżin jest jak włoska pizza – przeglądem tygodnia: co mamy w domu to wrzucamy i pieczemy.

W Fez pokręciliśmy się po starym mieście i tętniącym własnym życiem, arabskim targu. Parkingowy widząc, że Polacy od razu poprosił o poczęstunek polską wódką. Dlaczego nie? Jednak chłopak za bardzo się rozochocił, gdyż po degustacji zechciał całą butelkę. Pojechaliśmy na kemping.

Wcześniejsze ciepło uciekło wraz z zachodem słońca. Ponownie jest coraz zimniej. Pośród całej masy samochodów kampingowych, których właściciele już dawno poszli spać, zorganizowaliśmy sobie sylwestra. Pamiętna noc w Afryce Północnej, gdzie witając Nowy Rok termometr wskazywał 0,5⁰C. Podczas całej wyprawy wówczas najbardziej zmarzłem.

________________________________________

 

 

 

Dzień 6 - 01.01.2012

 

Rankiem trafia mi się po raz dugi ciepły prysznic. Na zewnątrz jedynie kilka stopni, więc jest on istnym ukojeniem. Podobnie jak dzień wcześniej zaczyna robić się coraz cieplej.

Po śniadaniu jedziemy do lasu cedrowego w okolicach miejscowości Ifrane. Wijącymi się serpentynami przez góry wyjechaliśmy na wysokość 1700 metrów. Jest coraz zimniej. Jedynie kilka stopni a miejscami widać zamarzniętą ziemię. Słyszałem parę razy wzmianki o cedrach, lecz zawsze uchodziło to mojej uwadze. Jednak, kiedy je ujrzałem zdałem sobie sprawę z tego, jakie są niesamowite. Piękne i zarazem wielkie. Śmiało można rzec, iż gigantyczne. Największe, jakie widziałem do tej pory. Polski dąb wydawałby się przy nich średniej wielkości drzewkiem. Trudno określić wiek takiego drzewa, ale bez wątpienia mają kilkaset lat.

 

Makak, Ifrane, Maroko

 

W lesie spotkaliśmy makaki. Oswojone na tyle, iż jadły nam z ręki. Małpa widząc, że mam chleb w ręce podchodziła, stawała na dwóch nogach i ciągnąc mnie za nogawkę wyciągała w górę drugą łapę. Nie odchodziły nawet, tylko zjadały go na miejscu i brały kolejne kawałki. Śmiesznie to wyglądało, niby dzikie, żyjące na wolności a jednak na tyle oswojone i śmiałe.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Meknes. I jak dzień wcześniej pozwiedzaliśmy otoczone wielkimi murami obronnymi, stare miasto z jego targiem. Spotkałem tutaj pierwszy raz Tuaregów. W błękitnych szatach i niesamowitych oczach, sprawiających wrażenie, iż potrafią zajrzeć w głąb ludzkiej duszy.

Pewna dziewczyna podeszła do mnie i dała mi wisiorek: „ręki Fatimy” (???) Czyżby jakieś ostrzeżenie? Przesąd? Bardzo dziwne, tym bardziej, iż był on ze złota. Nie wiedząc jak się zachować podziękowałam i oddałem jej go z powrotem. Muszę na siebie uważać.

Na nocleg wróciliśmy w okolice Rabatu, nad ocean. Tak jak poprzednio „My Friend” dał nam klucze od małej, zatęchłej pakamerki. Noc ponownie była bardzo zimna z przenikliwie przeszywającym wiatrem.

________________________________________

 

 

 

Dzień 7 - 02.01.2012

 

Rankiem połaziliśmy po plaży i okolicznych skałach podziwiając ocean. Nie mogę się na niego napatrzeć. Jest chłodno, ale przyjemnie, wiatr prawie ucichł.

 

Tadżin z Zębacza, Maroko

 

„My Friend” zaproponował, iż przyrządzi nam tadżin z ryby. Mówili na nią „Lulu”, my nazwaliśmy ją „Lucius lub Zębacz”. Wszyscy zgodnie twierdzili, iż jest rzadką rybą. Zapadła mi w pamięci ze względu na zęby, wyglądające jak ludzkie. Przyrządzona z warzywami wyglądała i smakowała wyśmienicie. Tak, czy owak wszyscy najedliśmy się za 200 DH.

W okolicach południa pojechaliśmy do Rabatu i o 15tej staliśmy się posiadaczami długo oczekiwanych wiz do Mauretanii. Kupiliśmy jeszcze od parkingowego 44.000 CFA za 50 Euro. Szkoda, gdyż 15 min wcześniej oferował je za 44. Tak czy owak, jak przekonaliśmy się później kurs i tak był dla nas bardzo korzystny. Życzymy jeszcze powodzenia ponownie spotkanym „ziemniaczkom” , którzy częstują nas prawdziwymi, polskimi kiszonymi ogórkami i w drogę.

Musimy nadrobić stracony czas. W nocy, ok. 70 km przed Marakeszem zatrzymujemy się na stacji benzynowej na kolację. Garkuchnia w busie spisuje się jak zwykle bardzo dobrze. Jeszcze zatęsknimy za polskim jedzeniem. Na przedmieściach Marakeszu uzupełniamy zapasy i w drogę. Jedziemy całą noc, przejeżdżając góry Atlas, omijamy płatną autostradę. W dalszym ciągu jest bardzo zimno, jedynie 3⁰C.

________________________________________

 

 

 

Dzień 8 - 03.01.2012

 

Po całonocnej jeździe dojeżdżamy do południowego Maroka. Rankiem zatrzymujemy się przy klifach na śniadanie. Jest bardzo mglisto i dosyć chłodno. Jednak przenikliwe zimno zostawiliśmy już chyba za sobą. Klify i ocean są niesamowite, dodatkowego uroku dodaje im mgła. Wielkie fale biją w skały jak oszalałe.

 

Klify nad Atlantykiem, Sahara Zachodnia

 

Jedziemy dalej wybrzeżem Atlantyku, zbliżając się powoli do Sahary Zachodniej. Tereny są już płaskie. Zaczął się Sahel. Jeszcze nie pustynia piaszczysta, ale żwirowe pustkowie. Jest już zdecydowanie ciepło. Miło wygrzać zmarznięte przez ostatnie dni kości.

Około południa przekraczamy umowną granicę między Maroko a Saharą Zachodnią. Robimy sobie zdjęcia i częstujemy dzieci cukierkami. Dalej przy drodze pojawia się coraz więcej punktów kontrolnych. Zbierają od nas karteczki z danymi osobowymi. Jest przyjemnie ciepło, ale pochmurno. Dookoła równina, żadnych drzew czy krzaków. Tylko tereny pustynne z wałęsającymi się gdzie nie gdzie wielbłądami. Tankujemy ropę (5 DH za litr) przekonując się, iż tutaj jest wszystko dużo tańsze niż w okupującym te tereny Maroku.

Dotarliśmy do Laayoune, stolicy. Niezbyt duże senne miasteczko. Zaskakuje nas jego czystość. Kurz i piasek to jedno, ale nic poza tym. Kręcimy się trochę po centrum, dając skusić na tadżin z baraniną za 25 DH.

Podoba mi się tutaj. Jest bardzo spokojnie, jakby obchodzili jakieś święto narodowe. Kobiety chodzą ubrane podobnie jak inne muzułmanki, lecz w kolorowe, kwieciste i bardzo zwiewnne szaty. Zakrywają głowy i twarze nosząc dodatkowo przeciwsłoneczne okulary. Chronią się w ten sposób przed wszędobylskim piaskiem. Jest dużo policji, więc nie za bardzo mogę robić im zdjęcia.

Jak dzień wcześniej, jedziemy dalej na południe z krótkim postojem wieczorem. O 2:30 nad ranem, dojeżdżamy do granicy mauretańskiej. Czas przywyknąć, że przejścia zamykane są na noc. Te otwierają dopiero o 8:00, więc kładziemy się spać. W nocy ponownie jest zimno, nie tak jak dwa dni wcześniej, jednak śpiwory dalej się przydają.

________________________________________

 

 

 

Dzień 9 - 04.01.2012

 

Zmęczenie daje po sobie znać. Rankiem pojawiają się pierwsze nieporozumienia, dobrze czy źle, nie wiem. Szczęściem, radzimy sobie ze wszystkim w swoim czasie.

Na granicy utworzyła się już spora kolejka i z ponad godzinnym opóźnieniem rusza odprawa. Powoli, ospale i bez pośpiechu. Mijają dwie godziny i mamy za sobą odprawę po stronie marokańskiej. Spotykamy Belga. Przekonując się później, iż „biały” na tych terenach to coraz większa rzadkość, rozmawiamy chwilę. We wrześniu wyjechał na rowerze z Londynu i na sylwestra 2012/2013 zamierza dojechać do Kapsztadu. W samotności przejechać całą Afrykę – jesteśmy pełni podziwu.

 

Pas ziemi niczyjej, Sahara Zachodnia - Mauretania

 

Jedziemy przez 2-3 kilometrowy pas ziemi niczyjej. Nie da się tego opisać. Wszędzie pełno wraków samochodów, pordzewiałych lub spalonych oraz masa zużytego sprzętu RTV i AGD. Pseudo drogi w rozjeżdżonym piasku i wystających skałach rozchodzące się we wszystkich kierunkach. Każdy jedzie jak chce, prosto, w lewo lub w prawo, slalomem. Miejscowi wiedzą co i jak. My niestety zakopujemy się w piachu. W oka mgnieniu pojawiają się miejscowi, którzy za pomoc chcą 50 Euro. Powoli i uparcie, mając kibiców odkopujemy się sami. Po pewnym czasie pojawił się Ahmed, Maur rozmawiający po rosyjsku. Wyciągnął nas oraz pomógł przy mauretańskich formalnościach granicznych. Wymienił nam Euro na Ugije po korzystnym kursie i zaprosił do siebie. Umówiliśmy się z nim jednak, iż skorzystamy z odwiedzin w drodze powrotnej.

Z pomocą Ahmeda godzinka i byliśmy w Islamskiej Republice Mauretanii. Na dzień dobry od razu miła niespodzianka, brak zasięgu telefonii komórkowej. Pojechaliśmy dalej na południe przez pustynię. Na jednej z kontroli znaleźli pustą butelkę po winie. Nie było nam do śmiechu w kraju, gdzie obowiązuje prawo szariatu. Trochę się nagadali a mu uparcie twierdziliśmy, że to pozostałość po Sylwestrze. Jesteśmy Europejczykami i tak go świętujemy. Zrobiliśmy to w Maroku a tutaj wwieźliśmy tylko pustą butelkę, którą zapomnieliśmy wyrzucić. Nagadali się ile wlezie i puścili nas dalej, podkreślając abyśmy pamiętali gdzie jesteśmy. Całe szczęście, że nie znaleźli polskiego bimbru, bo sprawy mogłyby się potoczyć inaczej.

Po drodze widzimy najdłuższy regularnie kursujący pociąg świata. Liczy około 200 wagonów o łącznej długości około 2,5 km. Kursuje trzy razy dziennie z Nawazibu do mauretańskiego regionu Adrar przewożąc rudę żelaza. Najdłuższy i najcięższy. W każdym wagonie jest do 84 ton ładunku. Pociąg tylko podczas jednego kursu ma doczepiony jeden wagon pasażerski. Większość chętnych podróżuje w wagonach towarowych, gdyż taki przejazd jest darmowy.

400 km przez piaski i wieczorem dotarliśmy do stolicy, Nouakchott. Na przedmieściach zatrzymujemy się Sahara pension. 2.000 ugiji za nocleg (równowartość 10 Euro). Na razie jesteśmy nieco rozrzutni, ale czas w niedalekiej przyszłości szybko to skoryguje. Nocleg jest jednak bardzo komfortowy. Mamy gorącą wodę, możliwość spania w pomieszczeniu lub na dachu. Jest nawet komputer z dostępem do Internetu. Rewelacja. Szkoda tylko, że w nocy mimo moskitiery strasznie pogryzły mnie komary. Gryzły jak oszalałe, nawet kiedy spałem na zewnątrz. Rankiem okazało się, że miałem dziurawą moskitierę. Ja to mam pecha. Muszę zacząć rozkładać swoją.

________________________________________

 

 

 

Dzień 10 - 05.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie.

Jak wyliczyliśmy, za 2 dni powinniśmy być w strefie malarycznej więc od dzisiaj zaczynamy brać leki. Malarone po raz pierwszy i w miasto. Pojechaliśmy w pierwszej kolejności wymienić kasę, 1 Euro – 360 ugiji. Następnie do Ambasady Mali złożyć deklaracje wizowe. Wypełnione papiery, 2 fotografie, ksero paszportu i 8.000 ugiji za wizę dwukrotnego wjazdu. Mają być gotowe na godzinę 15:00.

Wybraliśmy się do głównego meczetu w Nouakchott. Piękny i wielki meczet w centrum miasta jednak w z wielkim hukiem wyrzucono nas z niego. Kategoryczny zakaz wstępu dla niewiernych i koniec. Nie mogliśmy przebywać nawet w jego pobliżu.

Poszliśmy na targ i zostałem porażony tym, co tam zobaczyłem. Widziałem coś takiego po raz pierwszy. Setki osób w kurzu, bałaganie, rozgardiaszu i przy ogólnym krzyku próbuje wszystko sprzedać. Niektórym sprzedawcom nie chce się nawoływać więc mają wystawione głośniki, przez które cały czas słychać pokrzykiwania. Pośród tego wszystkiego spotkać można stanowiska z maszynami do szycia, przy których mężczyźni szyją stroje. Obok stalowe beczki, ze zwykłymi siatkami ogrodzeniowymi na wierzchu. Wykorzystywane są jako paleniska, na których pieczone jest jakieś mięso. Patrzę i aż zbiera mnie na wymioty. Kolega pociesza mnie, że to pierwszy odruch. Później nie będzie mi to przeszkadzało a nawet chętnie będę to jadł. Brrrr….

Pośród tego wszystkiego znajduję sklep, zwykły sklep w podziemiach pewnego budynku. Sprzedawca, chyba jedyny spokojny, jakiego do tej pory spotkałem ma ręcznej roboty wyroby jubilerskie. Miedzy innymi bardzo ładne bransolety z bawolego rogu dodatkowo pięknie zdobione srebrem. Chyba są cenne, gdyż cena jaką za nie chce jest zbyt wysoka. Nie chce jej opuścić ani o 1 ugiję. Jeżdżąc później po tych wszystkich krajach nigdzie nie znalazłem podobnych.

 

Nouakchott, Mauretania

 

Palacze z naszej grupy są zadowoleni, gdyż paczka papierosów kosztuje 1 zł. Próbuję robić zdjęcia, ale boję się wyciągać aparat. Ludzie nie chcą być fotografowani. Wielkie targowisko w centrum miasta, przy którym arabski targ to targ cywilizowany. Miasto w każdym calu przypominało mi Mogadiszu z filmu Helikopter w ogniu.

Z targu pojechaliśmy do portu. Jeśli targ mnie zszokował, to port powalił mnie na kolana. Dziesiątki łodzi (małych piróg) w oceanie a na brzegu 10 razy więcej. Brak jest oczywiście jakiegokolwiek uregulowanego brzegu, tylko najzwyklejsza plaża. Przed nią kilka budynków i stragan. Setki ganiających tam i powrotem ludzi oraz wrzeszczących ludzi. Wszędzie pełno ryb. Leżą na plaży, czasami całe, czasami nadgnite, zepsute lub wręcz same szczątki.

Łodzie wyciągane są przez kilkanaście osób linami z wody. Ryby ładowane na rozklekotane wózki i przewożone dalej. Do pseudo-straganu lub wysypywane na stosy na plaży. Przy niektórych z nich siedzą kobiety zajmujące się patroszeniem.

Żołnierze nie pozwalają nam robić zdjęć i bardzo tego pilnują. Udaje mi się kilka zrobić, ale jest jakoś zbyt niebezpiecznie. Nie ma tej wesołości, śmiechu i beztroski tylko czuć napięcie. Ludzie starają się nie zwracać na nas uwagi, ale bacznie obserwują. Dziwnie na nas patrzą. Kupujemy pewną rybę za 4.000 ugiji i idziemy do auta. Kolejny raz zwłoka kosztowała nas trochę, gdyż przy wejściu na plażę sprzedający chciał za nią dwa razy mniej.

Przy samochodzie podjeżdżają do nas dwa samochody, policja i tajniak. Mają pretensje, iż zrobiłem przed chwilą zdjęcie. Tłumaczę, że to nie jest już port i pstryknąłem sobie jedynie krajobraz. Odczepili się, ale stwierdziłem, że nie warto ryzykować.

Jedziemy po wizy. Wyrobili się godzinę wcześniej. Szukamy jeszcze jakiegoś biura w mieście, gdzie ponoć można wykupić ubezpieczenie na samochód w Mali. Kierują nas tam w różnych kierunkach i jeździmy bez sensu tam i z powrotem. Po pewnym czasie odpuszczamy. Próbujemy jeszcze raz wejść do meczetu jednak ponownie kategorycznie nam tego zabroniono.

Czas pożegnać się z Nouakchott. Wyjeżdżamy. Na drodze jest bardzo duży ruch. Wielbłądy, kozy, rozklekotane auta, osły, wózki, kozy. I tak na zmianę. Uspokoiło się dopiero na pustyni. Jedziemy i podziwiamy krajobraz. Dziwna jest tutaj pustynia. Piaski, małe wydmy, suche krzaki i zielone oszury, wilczo-mlecze z dużymi liśćmi. Co pewien czas mały domek, dla podróżnych. Przy jednym z takich zatrzymujemy się po pewnym czasie. Od razu pojawia się znikąd człowiek, który go otworzył i udostępnił. Zaglądamy jedynie do środka i mimo tego, iż jest przyjemnie urządzony na styl mauretański zostajemy na zewnątrz. Smażymy rybę i robimy kolację.

Jedziemy dalej co pewien czas robiąc krótkie przerwy. Wieczorem dojeżdżamy do małej miejscowości Alek. Nocleg to 9.000 Ugiji za dwuosobowy pokój. Po negocjacjach 18.000 za sześć osób i prysznic dla osób dziewięciu. Hotelik jak na Mauretańskie standardy bardzo komfortowy. Bez wątpienia czasy swojej świetności miał w czasach rajdu Paryż-Dakar. W pokojach jest nawet TV i klimatyzacja. Śpię jednak w aucie. Jest tutaj dużo chłodniej i przyjemniej. W nocy gdzieś w pobliżu odbywało się wesele, śpiewy słychać było do późna w nocy.

________________________________________

 

 

 

Dzień 11 - 06.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz drugi.

Dzieci mają z nas niezłą atrakcję. Bieda aż piszczy. Uzupełniamy zapasy wody i w drogę. Dzień mija nam na jeździe. Podziwiamy krajobrazy jakże inne niż w Europie. Od czasu do czasu mijamy małe wioseczki. Przy miejscowości Sayassa w szczerej pustyni oczom naszym ukazała się nagle wielka i gigantyczna góra. Jakże nie pasująca do płaskiego krajobrazu.

Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości na krótką chwilę. Od razu otoczyły nas dzieci. Rozdaliśmy im cukierki i długopisy. Pierwszy raz widziałem, aby kogoś tak bardzo ucieszył dany w prezencie długopis.

Dojechaliśmy do Kiffy, większej miejscowości. Niby miasto, ale jest to jeden wielki slums. Główna droga asfaltowa i odchodzące od niej piaszczyste, bardzo często czerwone drogi boczne. Nie wiem kto, ale raczej my byliśmy tam wielką atrakcją. Ludzie patrzą na nas jak na kosmitów. Wymieniliśmy trochę pieniędzy, kupiliśmy wodę, pieczywo i w drogę.

Wszędzie protestują przy fotografowaniu. Mało kto pozwala na to, aby zrobić mu zdjęcie. Jednak żadna nie odzwierciedli tego wszystkiego. Dla ludzi żyjących tutaj kraje arabskie to wielka cywilizacja. Szczyt marzeń. Zaczynam wprowadzać taktykę, cadeau (prezent) za zdjęcie. Przynosi ona całkiem niezłe efekty. Kończy się droga (remont) i wiele kilometrów jedziemy boczną. Mijamy wioski z klasycznymi okrągłymi chatami. Wszędzie ludzie przyjaźnie nam machają. Wszyscy ubrani w bardzo czyste i kolorowe stroje. To nie przestanie zadziwiać nas przez całą podróż. Wszyscy chodzą w bardzo ładnych, zwiewnych i kolorowych strojach. Przy wszędobylskim kurzu i pyle są one zawsze bardzo czyste. Jak nowe.

 

Savanna, Mauretania

 

Około 140 km przez granicą zatrzymuje nas żandarmeria i nie pozwalają jechać dalej. Twierdzą, że w nocy jest niebezpiecznie i upierają się, aby przenocować obok ich posterunku. Dlaczego nie? Bezpiecznie i spokojnie. Miejscowi otrzymali przykaz i nikt nam się nie naprzykrzał. A my jak to Polacy, mając obok siebie wojskowych z Islamskiej Republiki Mauretanii, popijaliśmy sobie wieczorkiem polski bimber. Pod latarnią zawsze jest najciemniej.

________________________________________

 

 

 

Dzień 12 - 07.01.2012

 

Jest jeszcze ciemno a wszędzie słychać muezina. Z każdej strony. Nie da się już spać. Pobudka. Ciastka na śniadanie. Malarone po raz trzeci. Częstujemy wojskowych kawą i jedziemy dalej.

Dowiadujemy się, iż kiepskiej jakości droga kończy się za ok. 60 km. Jedziemy więc ze średnią prędkością 20 km/h podziwiając krajobrazy. Gdzie tylko się nie zatrzymamy zaraz pojawiają się ludzie, którzy coś chcą. Szczególnie dzieci. Czasami starsi kategorycznie zabraniają dzieciom żebrać. Pozwalają jedynie wziąć kartki pocztowe, które robią furorę. Szkoda, iż wziąłem ich tak niewiele. Dochodzimy do wniosku, że przymusowy postój przy posterunku kontrolnym był dla nas bardzo dobrym rozwiązaniem. W przeciwnym przypadku miejscowi nie daliby nam spokoju.

Od czasu do czasu pojawiają się pierwsze baobaby. Szare, ogromne, bezlistne drzewa, z dziwnymi konarami. Na pierwszy rzut oka wyglądają jakby rosły korzeniami do góry. Dwumetrowy baobab pień ma tak wielki jak u nas wielkie drzewa. Mimo wszystko ich drewno ponoć nie nadaje się na opał. Jest takie jak wióry, w niczym tak naprawdę drewna nie przypominając. Miejscowi jednak zdzierają z nich korę i do czegoś wykorzystują.

 

Sprzedawca chleba, Mauretania

 

Kierujemy się do Ayoun. Poprawia się droga, ale i przybywa posterunków kontrolnych. Rekord to dwa na przestrzeni 500 metrów. Wszędzie chcą fiszki z danymi. Nie chce się już nam zbytnio z nimi rozmawiać. Jeszcze w Nouakchott skserowaliśmy ich kilkadziesiąt i tylko rozdajemy. Na wszelkie pytania odpowiadamy tylko wyuczone: Neuf personnes du Polonais à Mali, les touristes (Dziewięć osób z Polski do Mali, turyści). Zapamiętujemy tę sekwencję na bardzo długo. Jak wyliczyłem, przejazd przez Mauretanię związany był z ponad 70-cioma punktami kontrolnymi. Wszelkie inne pytania zbywamy, iż nie rozmawiamy po francusku. Zatrzymujemy się jeszcze u wulkanizatora, który bardzo sprawnie usuwa wbitą z koło śrubę. I dalej w drogę.

W pewnym momencie minęła nas wielka kolumna wojska. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia. Opancerzone samochody z karabinami maszynowymi na przyczepach. Żołnierze w zasłaniających twarze chustach i przyciemnianych okularach. Niektórzy z pasami z amunicją przewieszonymi przez ramiona. Wyglądali jak małe oddziały co to sieją postrach w afrykańskich państewkach.

Około 20 km przed granicą na jednym z punktów kontrolnych ktoś dopatrzył się, iż nie mamy jakiegoś ubezpieczenia. Wlepiają nam 6.000 ugiji mandatu a my uparliśmy się na pokwitowanie. Wówczas cena spadła o połowę. Za dodatkowy prezent w postaci dwóch starych telefonów komórkowych, wynegocjowaliśmy poinformowanie kolejnych posterunków, aby nie stwarzali nam problemów związanych z tym ubezpieczeniem.

Dojeżdżamy do granicy. Przy drodze stoją beczki a na nich kawał drewnianego drąga służącego za szlaban. Formalności przebiegają bardzo szybko i jedziemy przez pas ziemi niczyjej na stronę malijską. Tam cała masa ludzi i ogólny rozgardiasz. Bez ogródek mijam wszystkich i od razu idę do oficera. Wszyscy patrzą na mnie ze zdziwieniem. Ten okazał się bardzo miłym i uczynnym. Biali turyści wśród masy tubylców bez wątpienia byli dla niego wielką atrakcją. Rozpędził tłum, który zgromadził się w cieniu jedynego drzewa w okolicy a następnie kolejnym zabrał jedyną dostępną dla interesantów ławkę. Do dzisiaj nie wiem czy wzrok tych wszystkich ludzi na granicy przedstawiał, złość, zdziwienie czy niedowierzanie. Jedno jest pewne, nie patrzyli na nas przyjaźnie. Rozsiedliśmy się wygodnie i z jego pomocą wypełniliśmy niezbędne papiery. Przywitał nas w Mali i zapewnił, iż jest to koniec punktów kontrolnych, kiepskich dróg i wysokich opłat za cokolwiek.

 

Malijskie główne drogi, Mali

 

Różnicę zauważyliśmy od razu. Inaczej ubrani ludzie, kobiety w bardzo kolorowe stroje z odkrytymi głowami. Wszyscy weseli i uśmiechnięci. Inny świat.

Wymieniamy Euro na Franki Zachodnio-Afrykańskie (CFA) po kursie 1 = 660 i jedziemy do Nioro poszukać noclegu. W mieście od razu znajduje się przewodnik, który pomaga znaleźć tani nocleg. Zabieramy go później do miasta i częstujemy kolacją. Przejeżdżamy glinianą drogą przez dzielnice gdzie wszystkie domy ulepione są z gliny. Dziwnie się czuję jak wszyscy na mnie patrzą. Pewien rodzaj strachu. Szybko przekonujemy się, iż jesteśmy największą atrakcją wieczoru. Od teraz tak już będzie codziennie. Stoisko z jedzeniem przypomina trochę szwedzki stół. Wybiera się to na co ma się ochotę i płaci za całość. Za 1300 CFA dostaję całą misę frytek, mięsa i warzyw. Nie daję rady zjeść wszystkiego.

Jedziemy na kemping. Obok jest dyskoteka. Dużo młodych ludzi kręci się dookoła, jednak nikt się nie narzuca. Delektujemy się alkoholem, bez mauretańskiego stresu i idziemy spać. Dzisiaj licznik wybił 7600 km.

________________________________________

 

 

 

Dzień 13 - 08.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz czwarty.

Jedziemy do Bamako. Krajobraz zmienia się z kilometra na kilometr. Kończą się tereny pustynne, kończy się sahel a zaczyna sawanna. Jest coraz więcej zieleni. Pojawia się więcej baobabów, są jeszcze większe niż widziane wcześniej. Drzewa posadzone korzeniami do góry, kojarzą mi się z wielkimi imbirami. Jest także coraz więcej kopców termitów. Niektóre wysokości przekraczającej nawet 3 metry. W zależności, jaka ziemia jest dookoła taki one mają kolor. Od białego, poprzez żółty, szary, po pomarańczowy, rdzawy a nawet czarny. Na jeden wszedłem. Jest twardy jak skała.

Dzikie zwierzęta pojawiają się bardzo rzadko. Za to nigdzie nie brakuje domowych. Krowy jak w filmach indyjskich, wychudzone z wielkimi rogami. Bydło trzymane na mięso. Jest też cała masa papug i kolorowych ptaków. Jeden szczególnie zwrócił moją uwagę. Podczas lotu jest długi na około 30 cm i cienki ja nadgarstek dziecka. Wygląda jak strzała. Występował w każdym znanym mi kolorze. Jakże bardzo Mali różni od Mauretanii.

 

Mieszkańcy jednej z wiosek, Mali

 

Ludzie sami czarni. Mulatów jak na lekarstwo. Machają nam i pokazują palcami. Zatrzymaliśmy się przy małej wioseczce i ku naszemu zdziwieniu wszyscy chcieli się fotografować. Warunkiem było, aby im to zdjęcie pokazać, co nie jest problemem w cyfrówkach. Uśmiechnięte kobiety z dziećmi na rękach, jedyne czego chciały, to ubrania. Źle przygotowałem się do tej wyprawy. Chociaż nie wiem jak bardzo bym sie starał, nie dałbym rady uszczęśliwić wszystkich. Dzieci bardzo cieszyły się tylko z samego faktu spotkania białych. Bały się nas nawet dotknąć.

Krótko przed piętnastą dojeżdżamy do Bamako. Ambasada Burkiny Faso jest już nieczynna, a jedyne, czego dowiedzieliśmy się to fakt, iż nie ma już multiwizy VET do Burkiny Fasa, Togo i Beninu. A pojedyncze są dosyć drogie. Zaczyna nas to trochę irytować, gdyż wygląda na to, iż koszt wiz pochłonie większość naszego budżetu.

Zatrzymujemy się w małym, ale przytulnym hoteliku Jamelo. Chyba najbardziej ekstrawagancki podczas całej podróży. 4.000 CFA od osoby z opcją spania w dormitory. Coś przypominające dach z materacami na bambusowych stelażach i moskitierą nad każdym z nich. Jest ciepło, miło i przewiewnie. Na dole do dyspozycji mamy kuchnię, łazienki, pralnię itd.. Bar z piwem i wygodne siedziska. Wszędzie pełno jest roślin, drzew i krzewów. Nie dziwi fakt takiego wystroju, gdyż prowadziła go Francuzka.

Poszliśmy pochodzić po mieście. Wszędzie zaczepiają nas dzieci i wręcz chcą, aby zrobić im zdjęcie. Warunek wszędzie identyczny – należy je jedynie pokazać. Wchodzimy do Kościoła Chrystusowego, gdzie odbywa się jakaś uroczystość. Wszyscy tańczą i bawią się. Zapraszają nas abyśmy zostali i świętowali razem z nimi Nowy Rok. Chwileczkę zostajemy i idziemy dalej. Jest już cieplutko. W południe w słońcu termometr wskazywał 55⁰C. Nocą kilkanaście. Bamako jest wielkie i tłoczne. Murzynki chodzą kolorowo ubrane z finezyjnie zawiniętymi chustami na głowach. Niemowlęta noszone są na plecach przewiązane specjalnymi chustami. Fajnie to wygląda, gdyż rozłożone bardzo nóżki dziecka wystają z przodu matki. Założę się, iż mało które dziecko ma tutaj problem z prawidłowym rozwojem bioder. Wszędzie jest dużo dzieci, wszyscy są weseli i uśmiechnięci. Starsze dzieci opiekują się młodszym rodzeństwem. Matki mają jedynie niemowlęta. Dookoła bieda i bałagan, ale ludzie są szczęśliwi. Tak jak w Mauretanii był ogólny syf, którego chyba nikt nigdy nie sprzątał, tak i jest tutaj, ale widać, iż sprzątane jest często.

Zaczepia nas Ahmed i proponuje, iż zabierze nas wieczorem do knajpy z malijską muzyką na żywo. Po krótkim spacerze wracamy do hotelu. Kąpiel i chłodne piwo czyni cuda. Jesteśmy całkowicie zrelaksowani. Dosiada się do nas pewien murzyn, David. Całkiem nieźle mówi po polsku. Jesteśmy całkowicie zaskoczeni. Aby udowodnić nam, iż nie ściemnia pokazuje polski dowód osobisty. Mieszka od pięciu lat w Poznaniu. Chce być naszym przewodnikiem po Kraju Dogonów, jednak 63 Euro od osoby przekreślają jego starania. Nawet za dwa dni z wyżywieniem.

Wieczorem jedziemy z Ahmedem i okazuje się, że robi nas w jajo. Jedziemy prawie pół godziny taksówką przez Bamako do Hotelu Djigui Koro. Z racji miejsca, otoczenia i panujących tam warunków nazwaliśmy ją „Oberżą nad Rynsztokiem”. Nie była taka zła, jednak nie na to umawialiśmy się wcześniej. Obiecana muzyka na żywo okazała się muzyką z CD. Część z nas wraca z powrotem, po czym kręcimy się trochę po mieście. Zjedliśmy „coś”, nie wiem co to było chociaż było mięsem. Jednak czegoś tak bardzo tłustego nie jadłem w życiu. Smaczne było, jednak warstwę tłuszczu dosłownie skrobaliśmy sobie z zębów, podniebienia i wewnętrznych części policzków. Pomogło dopiero dwukrotne mycie zębów. Spanie na świeżym powietrzu dobrze wpływa na nasze samopoczucie. Szkoda tylko, że spało się tak szybko.

________________________________________

 

 

 

Dzień 14 - 09.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz 5.

Jedziemy wymienić kasę i do Ambasady Burkiny Faso. Kurs CFA powiązany jest sztywno z Euro, więc nie ma zbytniego pola manewru. Cinkciarze zawsze chcą prowizję, więc to jest jedyną opcją do negocjacji. 1 Euro to 655-660 CFA. Wymieniamy większą ilość, gdyż poza Ghaną jest obowiązującą we wszystkich krajach, jakie zamierzamy odwiedzić.

Ambasada Burkiny Faso sprowadza nas na ziemię. Wiza jednokrotna 47.000 a dwukrotna 61.000 CFA. Istne szaleństwo. Kto wymyśla te ceny? Dojrzeliśmy jednak w cenniku taką pozycję jak wiza grupowa. Niestety urzędnik uparł się, iż nie możemy z niej skorzystać bo…. My nie znamy francuskiego, On nie zna angielskiego itd… Na nic zdały się dyskusje, prośby i wszelkie próby przekonywania. Nie można i koniec. W pewnym momencie natykamy się na Ambasadora. Bardzo miły i uprzejmy wdał się z nami w dyskusję. Opowiadamy mu o problemie z wizą grupową. Pojedyncze są tak bardzo drogie, a my biedni Polacy jedziemy tak daleko. Musimy oszczędzać i liczyć się z każdym CFA. Zrobił bardzo zdziwioną minę, że nam jej odmówiono, po czym kiwnął tylko na urzędnika. Ten służalczo wysłuchał krótkiego monologu i po problemie. Wiza grupowa kosztowała nas 248.000 CFA. Podziękowaliśmy mu bardzo, bardzo serdecznie. Spotkanie z nim to czysty przypadek, dzięki któremu w naszym wspólnym budżecie zostało 440 Euro. Odbiór o 15:00.

Pojechaliśmy do Muzeum Narodowego. Niestety, w Mali podobnie jak w Europie są one nieczynne w poniedziałki. Spróbujemy w drodze powrotnej.

 

Tuareg, Bamako, Mali

 

Przebijanie się przez miasto to istna masakra. Nie można tego porównać z żadnym arabskim krajem, gdzie na drogach panuje samowola. To, co dzieje się tutaj nazwałem wolną amerykanką. Auta jadą z każdej strony na raz. Pośród tłumu równocześnie przemieszczającego się między nimi. Wszędzie są stragany i sklepiki. Postoje taksówek i ciężarówki. Tragarze z wózkami i bawiące się dzieci. Nie sposób normalnie przejść a gdzie dopiero jechać. W tym właśnie nazwijmy to tłumie, zatrzymuje nas nagle policja. Nie zatrzymaliśmy się ponoć na czerwonym świetle. Wszyscy wytrzeszczamy oczy ze zdumienia. To chyba jakiś żart. Jednak policjant służbowo i bez ogródek informuje nas, iż albo zapłacimy albo po prawo jazdy i papiery samochodu będziemy musieli pofatygować się do komisariatu policji, który jest gdzieś i innej części miasta. 3.000 CFA rozwiązuje problem. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć w tę abstrakcję.

Pokręciliśmy się po jednym z targów, oprowadzani przez przewodnika – naganiacza. Mają oni bardzo fajną taktykę. Oprowadzają chętnego po zaprzyjaźnionych sklepach i w przypadku transakcji otrzymują część zysku od sprzedawcy. Trzeba na nich bardzo uważać, bo podążają za człowiekiem jak cień. Cicho jak gdyby nic się nie stało. Jednak kiedy zapytasz kogoś o cenę taki naganiacz powie coś do sprzedającego w swoim dialekcie i ten od razu wie o co chodzi. Cena czasami rośnie dwukrotnie. Kiedy zorientowałem się o co chodzi (a było to dopiero za jakiś czas) obracałem się do delikwenta i prosiłem, aby się nie odzywał. Kupiłem maskę za 3.333 CFA. Przepłaciłem oczywiście, ale i tak była tania.

Pojechaliśmy do nowoczesnej części miasta w poszukiwaniu marketu. Tutaj jest o wiele spokojniej. Przejechaliśmy kilka razy mostem przez Niger. Jest wielka rzeką, dużo szersza niż Nil. Przynajmniej w miejscach, które widziałem. Miała blisko kilometr szerokości. Robimy szybkie zakupy w małym markecie i jedziemy po wizy. Przekonuję się, iż w Afryce kupując cokolwiek w płynie płaci się dodatkowo, jeśli jest to zimne.

Odbieramy wizy i jedziemy dalej. Wyjeżdżamy z Bamako. Zatrzymujemy się na obiad gdzieś w plenerze a następnie kierujemy w stronę Mopti. Zawsze to kilka kilometrów bliżej.

Jedziemy już w całkowitych ciemnościach, co tutaj jest niezbyt bezpieczne. Na noc zatrzymujemy się przy pewnej wiosce kilka kilometrów od drogi. Pytamy miejscowych czy możemy przenocować. Zgadzają się i przynoszą nam kus-kus na kolację. Panuje wielkie poruszenie. Cicha i senna, wioseczka jak wiele innych. Z glinianymi chatami otoczonymi glinianym murem. Szanujemy oczywiście ich prywatność i nie zaglądamy do środka. Miejscowi są bardzo mili i wielce szczęśliwy, że ktoś ich odwiedził. Co odważniejsi przychodzą, aby nas zobaczyć. Dzieci zaproszone bardzo chętnie siedzą i jedzą owoce. Jakże inne od spotykanych wcześniej. W miastach, były rozbestwione i strasznie pazerne. Tam gdzie od czasu do czasu przybywali turyści, oczekiwały, że zawsze coś dostaną. Wręcz tego żądały. Te zżerane dziecięcą miały w sobie jednak pewną dumę i opanowanie. Bardzo chętnie przyjmowały podarunki, lecz grzecznie dziękowały i odchodziły. Nie chciały więcej i nie zabierali innym. Cieszyły się ze wszystkiego. Jest bardzo wesoło i przyjemnie. Z racji, iż jest dosyć ciepło śpimy w namiotach.

________________________________________

 

 

 

Dzień 15 - 10.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz szósty.

Rankiem przychodzi więcej starszych kobiet z chmarą dzieci. Uśmiechnięci i radośni. Biedni, ale szczęśliwi. Wszyscy są bardzo czyści, w pięknych kolorowych strojach. To nie przestanie mnie dziwić przez wszystkie dni spędzone w Afryce. Dzieci są bardzo ładne. Boją się nas mniej, jednak w dalszym ciągu zachowują pewien dystans. Chcą mi dać jedną śliczną dziewczynkę w prezencie. Bidulka tak się wystraszyła, że nie podeszła do nas już wcale. Ponownie furorę zrobiły kartki pocztowe i długopisy. Cukierki jak to cukierki, każde dzieci je lubią.

Miejscowi przynieśli nam na śniadanie kassawę. Jak to kiedyś słyszałem, była bardzo mdła. Jednak wystarczyło dodać maggi i jej smak zmienił się na całkiem przyzwoity. Taki odżywczy kleik jak ryżowy. Patron wioski z niespotykaną dumą powiedział nam, że mają obok wioski pompę i jak chcemy to możemy uzupełnić zapasy wody. Nie muszą już chodzić kilometrami do rzeki mając wodę w zasięgu ręki. Tutaj w pierwszej kolejności to liczy się najbardziej.

Wzięliśmy do niego adres, aby przesłać zdjęcia, jaki zrobiliśmy. Ciekawe czy dojadą? Jeśli tak to obiecałem sobie, iże prześlę im jakieś szkolne artykułu. (Minęło niemalże pół roku od powrotu a wysłana przesyłka zaginęła gdzieś w Afryce). Żałowaliśmy później, że nie wzięliśmy ze sobą takiej jednej paczki. Żegnamy się serdecznie i odjeżdżamy.

Zatrzymujemy się po jakimś czasie przy dużej rzece. W pierwszym momencie przekonani jesteśmy, że to Niger. Jednak dokładna analiza mapy utwierdza nas w przekonaniu, iż jest to rzeka Bani. Jego dopływ. Robimy trochę zdjęć ludziom wydobywającym z niej piasek i uzupełniamy zapasy wody z pobliskiej pompy. Dopiero zbliża się południe a temperatura jak w największe lipcowe upały. Zapominamy już na dobre o przenikliwym zimnie, które jeszcze nie tak dawno dawało nam się we znaki. Tak już będzie codziennie. A nawet jeszcze cieplej.

 

Przydrożny market, Bla, Mali

 

Po południu zatrzymujemy się w okolicach Bla na jakieś lokalne jedzenie. Przydrożny bar, gdzie jedzą miejscowi. Taki jest najlepszy. Cała micha ryżu, jakieś mięso i taka jasno pomarańczowa strasznie ostra papka. 500 CFA. Wszędobylska tutaj i chyba wszędzie na świecie zimna coca cola kosztuje 250 CFA. Ze względu na właściwości piję jej tutaj dużo. Boję się zatruć.

Zrobiło się jeszcze cieplej. Jest strasznie gorąco, jak piekarniku. Temperatura w cieniu bliska jest 40⁰C. Cały czas wieje gorący i suchy samum, aż ciężko oddychać. Co około 100 km robimy przerwy by posiedzieć chwilę w cieniu. Jeżeli zatrzymamy się w miasteczkach czy wioseczkach zaraz obstępują nas ludzie. W szczególności dzieci. W miastach są pazerne, słyszymy tylko cadeau i cadeau. Taktyka prezent za fotografię sprawdza się bardzo dobrze. Mam trochę wyrzuty sumienia, ale to jedyny sposób. Z drugiej strony bardzo lubię dzieci a te tutaj są tak śliczne, iż nie mogę się oprzeć fotografowaniu.

Odkrywamy, jaką popularnością cieszą się butelki PET. Jedyny warunek – muszą być z zakrętką. Dzieci wręcz wyrywają je sobie z rąk.

O 17:00 dojeżdżamy do przeprawy promowej koło Dżenne. Miła zmiana krajobrazu i zarazem powietrza. Gorąco, ale od Bani czuć już przyjemny chłód. Brzegi porośnięte zieloniutką trawą z masą kwiatów białego lotosu cieszą oczy. Przeprawiamy się na drugi brzeg i po krótkich, lecz zażartych negocjacjach jedziemy z miejscowymi do Dżenne. Mamy około godzinę do zmroku, więc gra warta świeczki. Chociaż 10.000 CFA za 4-5 km, które sobie wymyślili trochę nas rozsierdziło. Skończyło się na 4.000.

 

Wielki Meczet, Dżenne, Mali

 

Dojeżdżamy do Dżenne. Miasteczko jak inne, całe z gliny. Zakurzona droga, z ubitej gliny i masa miejscowych. Zgiełk, harmider i wszędobylski kurz tak w skrócie można opisać centrum. Nagle oczom naszym pojawia się cel naszej wizyty Wielki Meczet. Pierwszy raz widzę budowlę tego typu. Sam meczet ma 75x75 metrów, podwórze otoczone jest murem, co znacznie zwiększa jego powierzchnię. Na dziedziniec prowadzą szerokie schody. Niestety niewierni mają całkowity zakaz wstępu. Całość wykonana jest z gliny i jest największym tego typu obiektem na świecie. Co roku w lutym podczas wielkich uroczystości nakładana jest na niego nowa warstwa gliny. Wybudowany w 1280 roku zalicza się do najbardziej znanych budowli w Afryce. Za drobną opłatą wchodzimy na dach domu obok i podziwiamy całość z góry. Do zmroku udaje się nam jeszcze obejść wąskimi i krętymi uliczkami całość dookoła. O podwózce możemy już zapomnieć, wracamy więc piechotą. Ciemno choć oko wykol. Przy okazji rozwalam sobie kostkę. Godzina marszu i doszliśmy do rzeki. Szczęściem jeszcze ktoś tam był i za 3.000 CFA od grupy przeprawiliśmy się pirogą.

Ci co zostali przy aucie prowadzili właśnie negocjacje z rzekomym przewodnikiem po Kraju Dogonów. Takie Polskie negocjacje, które to po kilku godzinach przyniosły pewien skutek. Miejscowy nie za bardzo przyzwyczajony do Polskich wysokoprocentowych napitków obniża cenę do 210 Euro od grupy za dwa dni. Co do propozycji, jaką złożył w Bamako David cieszy nas znacznie. Z drugiej strony miejscowi zdają sobie doskonale sprawę z faktu, co jest warte jest zwiedzenia i w jakim celu turyści tutaj przyjeżdżają. A niech mu będzie. Drugą stroną medalu jest fakt, iż do niektórych wiosek Dogonów nie można wejść bez lokalnego przewodnika a niektórych sami w ogóle byśmy nie znaleźli.

Pojawiły się dzieci. Jakże inne. Rozwrzeszczane, rozwydrzone, chciwe i pazerne. Chyba najgorsze, jakie spotkaliśmy podczas całej wyprawy. Wszystko chciały, o wszystko się kłóciły i zabierały wszystko, co tylko mogły. Tacki po jedzeniu, plastikowe łyżki, butelki, śmieci – dosłownie wszystko. Tych akurat tutaj mieliśmy serdecznie dosyć. Jakże inne od tych spotkanych dzień wcześniej.

________________________________________

 

 

 

Dzień 16 - 11.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz siódmy.

W Mauretanii często budził nas muzein tutaj jednak były to dzieci. Te same co wczoraj. Rozwrzeszczane, chciwe i pazerne. Irytują nas bardzo, więc staramy się zbytnio nie zwracać na nie uwagi. Pojawił się nasz przewodnik. Z wielką, bolącą głową i przekrwionymi oczami nazwał naszego Głównego Negocjatora „Vodka Men”. Bez dwóch zdań miał mega kaca. Zwinęliśmy obozowisko i w drogę.

W tych okolicach na drogach pojawiają się kontrole. Ze względów bezpieczeństwa spisują nas z paszportów. Kilka miesięcy wcześniej zdarzały się porwania turystów, więc i dobrze. W Timbuctu jest międzynarodowy Koncert na pustyni, może też w związku tym. Zastanawiamy się czy nie wybrać się w tamte okolice, ale dajemy za wygraną. Koszt wstępu, odległość i względne bezpieczeństwo zniechęcają nas trochę. Jedziemy do Mopti.

Mopti jest dużym miastem u zbiegu Nigru i Bani z największym portem rzecznym w kraju. Przeładowuje się tutaj sól, która w dalszym ciągu jest dużo warta. Wielkie tafle nieoczyszczonej soli powiązane skórzanymi pasami gromadzone są na brzegu. Przypominają marmurowe płyty nagrobkowe. Cięte na mniejsze, rozłupywane lub kruszone przez pracowników. Ciężko zrobić im zdjęcie. W pamięci zapadł mi młody murzyn, kruszący sól. Siedzący w skwarze, kurzu i solnym pyle kaszlał co 5 sekund. Kaszlał i kruszył tafle soli. Biedaczysko. Cierpiał na coś w rodzaju pylicy płuc. Nie wiem jak to wpływa na zdrowie, ale chyba niezbyt dobrze. Kręcimy się trochę po porcie.

Odwiedzamy meczet podobny do tego w Dżenne jednak znacznie mniejszy. Tutaj także obowiązuje całkowity zakaz wstępu dla niewiernych. Natknęliśmy się targ czarowników, z fetyszami. Można było zaopatrzyć się na nim w różnego rodzaju fetysze, od skorup żółwi, poprzez zasuszone głowy zwierząt, po jaszczurki i inne cuda.

 

Orzechy coli, Mopti, Mali

 

Wracamy do auta. Po drodze udaje się nam kupić orzechy z drzewa coli. Wielkością i kształtem przypominają nasze kasztany, lecz koloru od żółtego przez różowy po czerwony. Są w porównaniu z innymi owocami dosyć drogie, 2.500 CFA a 1 kg jednak bardzo cenione. Żuje się je kilka minut, po czym wypluwa. Mają taką zawartość kofeiny, iż człowiek czuje się jakby wypił dzbanek mocnej kawy. Pierwszy odruch jak po wypiciu włoskiego espresso, gorzki i cierpki aż piecze w całych ustach. Nieprzyzwyczajeni próbujemy jedynie po małym kawałku. Są one dodatkowo wziętym towarem wśród Dogonów, którzy pozwalają się za nie fotografować.

Upał jak dzień wcześniej, żar leje się z nieba. Przy wyjeździe z miasta zabieramy autostopowicza. Samotny białas z plecakiem w tych rejonach łapiący okazje to istny szok. Antonio, Włoch, podróżuje sobie samotnie po Afryce. Gadamy z nim trochę i podwozimy do Bandiagary. Po drodze kupujemy jeszcze całą reklamówkę owoców mango za 500 CFA. Przepłaciliśmy z całą pewnością, ale 3 zł za ok. 3 kg dla nas jest jak za darmo.

W Bandiagarze idziemy do przydrożnego baru coś zjeść. Tutaj akurat mamy klasyczny przykład murzyńskiego cwaniactwa i naciągactwa. Cena w garkuchni drastycznie zaczęła wzrastać, kiedy pojawił się w niej pewien rozwrzeszczany murzyn. Zaczął w swoim języku (obowiązującym w Mali brambara) pouczać sprzedającą i siać taki zamęt, że przez chwilę nie wiedzieliśmy co się dzieje. Był na tyle cwany, że szarogęsił się jak właściciel. Wrzeszcząc czasami jak opętany. Dogadaliśmy się jednak z właścicielką całkowicie go ignorując. Czasami tak trzeba. Trochę zaczął irytować nas nasz przewodnik, który zamiast próbować coś ustalić miał wszystko gdzieś. W sumie zapłaciliśmy dwa razy mniej niż nam mówił. Każdy z nas najadł się za równowartość 4 zł.

Jadąc dalej, co pewien czas mijamy małe gliniane wioseczki. Jest to podstawowy budulec w Mali. Wszystkie one otoczone są murami. Glina wysycha i jak się przekonałem nie jeden raz, twarda jest jak skała. Po południu dojeżdżamy do Bankass. Miasteczka będącego bazą wypadową do Kraju Dogonów. Małe senne miasteczko z całkiem przyzwoitym jak na te warunki hotelikiem, Nioro. U nas miałby może i pół gwiazdki jednak tutaj to dla nas luksus. 2.500 CFA, więc cena także przyzwoita. Jest woda, szczegół, że zimna. Liczy się to, że w ogóle jest. Prysznic to cztery gliniane ściany bez sufitu, więc będziemy kąpać się pod gwiazdami. Mamy jeszcze ponad 2 godz. do zmroku, więc postanawiamy odpocząć. Idę połazić po mieście. Przypomina ono takie miasteczko widziane w westernach z dzikiego zachodu. Jedyną różnicą jest fakt, iż szeroka piaszczysta droga jest tutaj czerwona. Przebiegająca przez środek miejscowości, z krótkimi bocznymi odnogami. Wzdłuż niej domy, kilka sklepików i warsztatów. Panuje tutaj wielki spokój. Zamawiam na jutro pieczywo dla całej grupy i kręcę się po okolicy. Bardzo zdziwiłem się. kiedy grupa siedzących przy jednym z budynków mężczyzn poprosiła mnie abym ich sfotografował. Po wiecznym i wszędobylskim „No Foto!” jestem lekko zszokowany. Dalej spotkałem czwórkę dzieci wracających ze szkoły. Bardzo miłe i ciekawe przybysza. Odprowadziły mnie do samego hotelu. Któryż to już raz pocztówki z Polski zrobiły furorę. Podziękowały i wróciły do domów. Wysłałem im te wszystkie zdjęcia, jednak minęło pół roku i kolejna przesyłka gdzieś zaginęła.

Część z nas spała na dachu. Tak jak dzień był bardzo gorący tak noc bardzo chłodna. Temperatura spadła do kilku stopni. Z racji, iż wiał wiatr moskitiery zbytnio nie były potrzebne. Jednak każdy z nas je użył.

________________________________________

 

 

Dzień 17 - 12.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz ósmy.

Przez całą noc wiał wiatr, więc wieczorne pranie zakończyło się wielkim sukcesem. Wszystko wyschło idealnie. Jedziemy do Dogonów. Chyba dopada mnie pierwszy skutek uboczny malaronu – wstręt do jedzenia. Jem co prawda, ale trochę, mało. Czasami wręcz muszę się do tego zmuszać. Nie mam apetytu.

Jedziemy do uskoku Bandiagary. Po drodze zatrzymujemy się przy plantacji drzewa mlecznego. Tak bynajmniej nazywają je tubylcy, gdyż jego soki przypominają gęste mleko. Używany jest jako lokalny lek na malarię. W odległości około kilometra mamy przed sobą uskok. Całość prezentuje się oszałamiająco. Płaski, pustynny teren a z niego nagle wznosi się kilkuset metrowa, pionowa ściana ciągnąca się przez 150 kilometrów. Nasz przewodnik okazał się jednak niezłym cwaniakiem. Na miejscu czeka od razu na niego podwykonawca, który za marne grosze jest naszym właściwym przewodnikiem. Nie wnikamy w lokalne układziki i jest nam to obojętne. Idziemy.

 

Dogon, Mali

 

Pierwsza wioska, Chigibombo. Ulokowana wysoko w górach. Bida aż piszczy. Gdzie nie pójdziemy biega za nami chmara dzieci. Bonbon i Cadeue. Nie słyszymy nic więcej. Cukierek i prezent, i tak bez przerwy. Brudne, obdarte i zasmarkane. Nauczone przez turystów żebractwa. Starsi temperują je w wiosce, lecz przynosi to jedynie chwilowy skutek. Bonbon i Cadeue. Dogonowie chętnie przyjmują owoce kola i bez problemu pozwalają zrobić sobie zdjęcia. Przewodnik oprowadza nas po wiosce, pokazując różne rzeczy i tłumacząc zwyczaje. A to budynek na żywność dla mężczyzn, ten z kolei na żywność dla kobiet. W tym mieszkają, a w tamtym obradują. Przy niektórych wiszą pełniące rolę fetyszy, zasuszone w całości zwierzęta. Do budynku, pełniącego funkcje sądu zakaz wstępu mają kobiety. Jeśli którakolwiek tam wejdzie musi dać w zadośćuczynieniu kurę. Jest nawet budynek pełniący funkcję kościoła katolickiego. Zaśmiecony i zagracony, widać, że od dawna nie używany. Dalej miejscowa przychodnia zdrowia, również z podziałem na część męsko-damską. Większość budynków w celu ochrony przed termitami, innymi paskudztwami i generalnie wodą w porze deszczowej stoi na kamieniach. Całość sprawa wrażenie jakbyśmy cofnęli się w czasie o setki lat.

Kiedy doszedłem do auta, zobaczyłem przy nim blisko 50 dzieci. Krzyczących i wrzeszczących: Bonbon i Cadeue. Brudne i obdarte. Kilkuletnie noszące swoje małe rodzeństwo na plecach i starsze, silniejsze noszące młodsze dzieci na rękach. Wszystkie coś chciały. Męczyły nas okrutnie. Nie było sensu cokolwiek im dawać, gdyż niczego to nie zmieni. Jeszcze bardziej utwierdzi je do takiego postępowania w przyszłości.

Druga wioska, Kami Kombole. Sytuacja podobna do poprzedniej. Jedynie lokalizacja inna lokalizacja. Poprzednia była na płaskowyżu a ta u podnóża uskoku. Zwiedzamy ją także z przewodnikiem. Dzieci jakby mniej jednak zobaczymy ile ich będzie przy samochodzie. Budynki podobne jednak tutaj ludziom żyje się inaczej. Mają bajorko, z którego wydobywają glinę. Formują z niej cegły i suszą na słońcu. Obok wioski mają małe pola uprawne z bardzo popularną tutaj cebulą i szczypiorkiem. W centrum na dużym placu gliniany meczet. Jest nawet mały bar dla przyjezdnych. Chociaż jedyne, co w nim jest to coca-cola, z całą gamą swoich produktów oraz piwo. Ceny jak pod parasolkami w centrum Krakowa, jednak w tym skwarze dajemy się skusić.

Trzecia wioska, Teli. Większa od poprzedniej, z dużą i zachowaną w dobrym stanie wioską Ludzi Ptaków. „Ludzie Ptaki” budowali swoje wioski na samym uskoku. Na wysokości gwarantującej im bezpieczeństwo. Dogoni nazwali ich tak dlatego, iż aby dostać się do swoich domostw musieli mieć skrzydła. Jak było naprawdę? Nie wiadomo. Ponoć był to lud Pigmejów wyparty tam przez najeźdźców. Z pomocą przewodnika udaje nam się wejść do takiej wioski. Faktycznie sprawia wrażenie bezpiecznej. Dobrze ukrytym wejściem w skałach wspinamy się na wysokość blisko 100 metrów. Domy zbudowane są w skalnych półkach. Zaglądamy do kilku, z których dwa szczególnie zapadają mi w pamięci.

Jeden dom czarownika albo dom gdzie ten czarownik raczej pracował. Z tego co zapamiętałem, nazywał się Hogon i był kimś super-ekstra ważnym. Takim mistrzem od spraw duchowych, magicznych i obrzędowych. Nie mył się przez całe życie. Na ścianach były jakieś malunki symbolizujące dobre, złe i obojętne moce. Miejsce składania ofiar i czaszki zwierząt wmurowane w ścianę.

Drugi natomiast, jako gabinet gdzie dokonuje się do tej pory obrzędu obrzezania. Zabiegowi poddawani się chłopcy jak i również dziewczynki. Po osiągnięciu pewnego wieku nie omija to nikogo. Przewodnik tłumaczył nam ile dni spędzają tutaj jedni ile drudzy, ile muszą mieć lat itd… Zastanawiałem się czy oby na pewno nie cofnąłem się w czasie. Szkoda mi ich trochę, jednak co kraj to obyczaj. A tutaj jest on właśnie taki.

W drodze do czwartej wioski zatrzymujemy się aby coś zjeść. W szczerym polu przy samym uskoku. Przywieziona z Polski kasza z przywiezionym z Polski pulpetem, polane przywiezionym z Polski sosem. Niebo w gębie. Poczęstowaliśmy pojawiającego się nagle chłopca. Smutno nam się zrobiło, gdyż kiedy nas zobaczył usiadł kilkanaście metrów obok i patrzył. Patrzył i patrzył. Jak na przybyszów z innej planety.

Czwarta wioska, Ennde. Największa z odwiedzonych przez nas do tej pory. Największa i bardzo dobrze zachowana wioska Ludzi Ptaków. Nie wchodziliśmy tam jednak tylko podziwialiśmy z dołu. Sama Ennde podobna do pozostałych. Takie same zabudowania i organizacja. Cała masa dzieci. Jesteśmy już trochę zmęczeni. W sumie to dziękujemy sobie w duchu, że nie daliśmy się namówić na 3 dni wędrówki.

Późnym popołudniem pojechaliśmy poszukać noclegu. W sumie to miejsca na nocleg. No na nasze nieszczęście zakopaliśmy w piaskach. Nie wiem dlaczego odjechaliśmy tak? Może nasz przewodnik chciał abyśmy czuli się komfortowo? O ile ma to znaczenie na pustyni. Tak czy owak po dłuższych próbach, mając do dyspozycji jedynie małe krzaczki rzucane pod koła odkopaliśmy się trochę. Reszta rano. Rozbiliśmy więc namioty, rozpaliliśmy ognisko i zrobiliśmy sobie grilla. Rankiem, pomyślimy co zrobić. Posiedzieliśmy przy ognisku gdyż noc zrobiła się dosyć zimna. Rozgrzaliśmy się trochę polskimi napitkami i poszliśmy spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 18 - 13.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dziewiąty.

Rankiem zrobiło się dosyć zimno. Jedynie kilka stopni. Dodatkowo zaczął wiać zimny, mocny wiatr. Łopata i podkładane pod koła wycieraczki spod nóg pozwolimy nam wyjechać. Wspólnymi siłami nie zabrało nam to nawet dużo czasu.

 

Soninke, Mali

 

Piąta wioska, Soninke. Pierwsza tego dnia wioska i moim zdaniem jedna z ciekawszych. Dociera tutaj znacznie mniej turystów. Musieliśmy się wspiąć na ścianę i pomaszerować kilka kilometrów w głąb płaskowyżu. Przy porannym chłodzie i całkiem dużym wietrze u góry rozruszaliśmy zastałe mięśnie. Tutaj bardziej niż wczoraj ludzie wyczuleni byli na zdjęcia, ale i tak było bardzo ciekawie. Kilkaset metrów przed wsią natknęliśmy się na grupę kilkunastoletnich dziewcząt niosących w misach wodę. Misy oczywiście na głowach, a każda z nich mieściła ok. 10 litrów. U nas zaraz znalazłoby się cała masa organizacji i jeszcze więcej przepisów zakazujących takich praktyk. Tutaj jednak to codzienność. Dzień wcześniej pomagałem małej dziewczynce wyciągnąć kubeł wody ze studni, napełniła wiaderko i zginając się niemalże wpół zaniosła do domu. Dziesięciolitrowe wiadro i maksymalnie dziesięcioletnia dziewczynka. Jej dwu, może trzy letni braciszek musiał zwinąć kilkumetrową linę i wraz z kubłem zabrać do domu. Serce bolało, ale tutaj to codzienność. Dzieci pracują od maleńkiego.

W samej wiosce zobaczyliśmy jak robi się zapasy z płodów rolnych. Czosnek, papryka, cebula i szczypior moczone są w wodzie. Następnie formuje się z nich małe kule, wielkości piłeczek ping pongowych i suszy na słońcu. Ciekawe ile mogą później leżeć? Widzieliśmy wcześniej na targach zielony proszek przypominający zapachem szczypior. Czyżby, kiedy wyschną były mielone? Nie mogliśmy się dogadać.Zwiedziliśmy wioskę i wróciliśmy okrężną trasą. Dłuższą, trudniejszą, ale dużo ciekawszą. Zejście ze skalnych półek byłoby nie lada wyczynem bez przewodnika. Poranny skwar dawno już minął i z nieba polał się żar. Od nagrzanych skał jest jeszcze bardziej gorąco. Przydały się owoce kola, po raz pierwszy odważyłem się użyć całą połówkę. Pojęcie zbyt mocnej kawy jest dla mnie bardzo, bardzo odległe. Jednak to jest coś innego. Może mają w sobie coś innego, a może kofeina w nich zawarta inaczej się wchłania? Nie mam pojęcia. Jednak nie przeszkadzał mi upał, nie bolały mnie nogi, nie chciało mi się jeść, wystarczał mi jedynie od czasu do czasu przysłowiowy łyk wody. Kto maszerował w podobnych warunkach zrozumie o co chodzi. Około południa doszliśmy do Ennde, zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy dalej.

Szósta i siódma wioska. Soninke i Bagouron zlokalizowane obok siebie. Druga znacznie większa od pierwszej. W sumie to niczym nie różniły się od innych wcześniej widzianych. Jednak tutejsze dzieci najbardziej przybiły mnie emocjonalnie. Brudne, obdarte, zasmarkane i rozczochrane. Łapały za ręce, za ubrania i prosiły o cokolwiek. O cukierka, o butelkę, chłopcy o piłkę. Prosiły, aby coś od nich kupić. Kiedy łapały za rękę wyczuć można było jak twardą mają skórę. U nóg musi być twarda jak podeszwa buta. Szkoda mi ich. Czasami mam ochotę dać im co mam, ale wiem, że będą się bić. Co się z nimi stało? Do czego może doprowadzić turystyka? Wioski gdzie turyści są rzadkością, dzieci są inne w 100%.

Zwiedzanie Kraju Dogonów dobiegło końca. Warto go zobaczyć z wielu względów. Widoku samego Uskoku Bandiagary jak i codziennego życia mieszkańców. Jednak dwa dni, które na to poświęciliśmy to absolutne maksimum. Jeżeli kogoś to fascynuje to są i opcje tygodniowe z przejściem całych 150 km. Jednak dla mnie było to wystarczające.

Generalnie Lud Dogonów znany jest z faktu posiadania dużej wiedzy o astronomii. Skąd ją posiedli nie wiadomo. Fakt, iż wiedzieli o istnieniu Syriusza A (nazywają go po-tolo) można potraktować z przymrużeniem oka. Jednak od setek lat wiedzieli, że jest i Syriusz B (jego nazywają po – jak najmniejsze znane przez siebie ziarno prosa), którego odkryto dopiero 1834 roku skłania do zastanowienia. Ponoć jego nazwa ściśle związana jest z jego wielkością. Jest on dużo mniejszy od Syriusza A. Najciekawszym jednak jest to, iż Dogoni twierdzą, że jest jeszcze Syriusz C (tego nazwali emme ya, czyli słońce kobiet), który dodatkowo ma własny księżyc. Ponoć jacyś naukowcy potwierdzili tę teorię, lecz nie mieli przekonywujących dowodów. Ciekawe czy zostanie to kiedykolwiek potwierdzone naukowo? Mam nadzieję, że tego doczekam. Tak czy owak o wiedza istnieniu pierścieni Saturna czy czterech głównych księżyców Jowisza, skłania człowieka do zastanowienia się skąd u nich ta wiedza?

Wracamy do Bankass. Po drodze zakopujemy się jeszcze dwa razy, lecz bez większego problemu radzimy sobie z problemem. Wymęczeni najbardziej chyba upałem kąpiemy się i delektujemy chłodnym piwem. Śpimy ponownie na dachu.

________________________________________

 

 

 

Dzień 19 - 14.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dziesiąty.

Na dobre trzyma mnie niechęć do jedzenia. Przyczyniają się do tego w równej mierze, malarone i upał. Rozwalona kostka trochę się paprze. Odkażam ją i ponownie zaklejam. Szczęściem nie jesteśmy jeszcze w tropikach. Wyjeżdżamy i kierując się w stronę Burkiny Faso. Asfalt w tej części kraju dawno pozostał wspomnieniem. Poranek jak dzień wcześniej jest dosyć chłodny. Dodatkowo wieje zimny wiatr, niosąc ze sobą tumany piasku i kurzu.

 

Przejście graniczne w Koro, Mali - Burkina Faso

 

Dojeżdżamy do przejścia granicznego w Koro. Na drodze nagle pojawiły się cztery pomalowane w czerwono-białe pasy beczki. Na nich położona drewniana kłoda, przyciśnięta dla pewności kamieniami. Obok mały budynek z kilkoma żołnierzami. Formalności trwają chwilę. Celnik sprawdza paszporty z wizami i sam wypełnia papiery. Nie wiem kto jest bardziej zdziwiony widokiem, my czy On. Po w miarę sprawnej odprawie jedziemy na stronę Burkiny Faso. Tutaj podobnie za wyjątkiem drąga zastąpionego łańcuchem. Bardzo mili i uprzejmi celnicy podobnie sami wypełniają papiery i sprawnie nas odprawiają.

Krajobraz nic zmienił się nic a nic. Ta sama czerwona droga z sawanną dookoła. Jednak jak na komendę pojawiły się sępy. Pierwsze stały na ziemi od razu za granicznym łańcuchem. Są całkiem duże i na pierwszy rzut oka wyglądają na niebezpieczne. Nie mam chęci przekonywać się o tym. Na przejściu granicznym licznik pokazał 9100 km jakie przejechaliśmy z Wrocławia. Jedziemy szutrową drogą do pierwszej miejscowości.

Ouahigouya. Nazwy tej miejscowości mimo wielu prób pomocy miejscowego nie udało mi się wymówić. Dosyć duże miasteczko niedaleko granicy. Zatrzymujemy się na trochę. Uzupełniamy paliwo. 610 CFA za litr ropy. Cena niższa niż w Mali, ale niewiele. W sumie i tak jest dosyć drogie jak na Afrykańskie warunki. Tylko nieliczni mają samochody a na drogach dominują ciężarówki.

Bardzo popularne są jednak motory. Specjalnie dla nich jak grzyby po deszczu powstają malutkie stacje benzynowe. Jest to mały kram z półlitrowymi i litrowymi butelkami napełnionymi benzyną. Motocyklista podjeżdża kupuje butelkę, tankuje sobie sam i jedzie dalej. Stacji tych jest mnóstwo i zlokalizowane są wszędzie. Po przejechaniu Mauretanii dominują one w całej Afryce Zachodniej. Czy jest to mała wioska, większe miasto czy sama stolica, zawsze jest to norma. Widziałem nawet kram gdzie wszystkie butelki były po Czarnym Johnnie Walkerze.

Zaglądamy do małego, przydrożnego baru i zamawiamy kurczaka. Od razu zauważamy, iż ceny są znacznie niższe niż w Mali. Sprzedający podał piwo, po czym wsiadł na motor i gdzieś pojechał. Obsługa warta naśladowania, gdyż wrócił po 15 minutach z przepysznym grillowanym kurczakiem. Jedyny mankament to fakt, iż po upieczeniu kurczaka nie porcjuje się go jak u nas a jedynie tnie maczetą. Tnie oczywiście tak jak popadnie, bardziej, aby go rozwalić a nie podzielić. Mimo tego, był bardzo smaczny.

Korzystam jeszcze z toalety. Wszystkie one odbiegają od wszelkich cywilizowanych norm jednak ta warta jest uwagi. Na zapleczu placyk metr na metr otoczony niewysokim murkiem. W środku klepisko z deską w ziemi. Jest i otwór ze średnicą 10 cm. Przyzwyczaiłem się nieco do takich widoków. Tutaj jednak murek miał 1,20 metra a bezpośrednio za nim był chodnik, po którym przechodzili ludzie. Kto chciał to nawet potrafił sobie tutaj zaglądnąć. Nie codziennie widzą białasa załatwiającego swoje potrzeby. Szczęściem dla mnie, robiłem to pierwsze. Drugiego chyba bym się nie odważył.

W barze zaczepił mnie pewien murzyn, który bardzo chciał z nami porozmawiać, lecz znał jedynie francuski. Ciężko było, ale kilka zdań z małą pomocą lokalnych tłumaczy wymieniliśmy. Poprosił o wspólne zdjęcie. Wziąłem od niego adres i ku mojemu zdziwieniu przysyłka dotarła, lecz nie została przez niego odebrana. Muszę wysłać ją ponownie. Po drodze do auta kupuję od pewnej kobiety smażone pataty. Posypane tą samą przyprawą co kurczak, smakują wyśmienicie.

Krajobraz różni się od malijskiego. Pojawia się więcej zieleni. Tu i ówdzie są nawet małe poletka. Ludzie w barwnych strojach spacerują po straganach pełnych warzyw i owoców. Bardzo popularna jest zielenina. Targi są dosłownie pełne. Ludzie wyglądają inaczej. Mają inny typ urody. Dodatkowo niby biedniejszy kraj a jednak nie widać tutaj nigdzie tej natarczywości i pazerności. Żyją skromnie, ale godnie.

Na chwilę zatrzymujemy się w Ouagadougou, stolicy państwa. Jest bardzo duża, nie dużo odbiegająca od europejski miast. Są oczywiście slumsy, ale i bogate dzielnice z porządnymi sklepami i wysokimi budynkami. Mijamy ambasadę Stanów Zjednoczonych. Nowoczesny i samowystarczalny fort. Maleńkie państwo w państwie. Zostawiamy Burkinę Faso na drogę powrotną i jedziemy na południe. Wieczorem dojeżdżamy do Po.

Ciężko gdziekolwiek znaleźć wolne miejsca. Po pewnym jednak czasie, gdzieś w bocznej uliczce znajdujemy oberżę. Małą, brudną i obskurną. Z ciemnymi i zatęchłymi klitkami. Jak wszędzie miejscowi od razu chcą nas oskubać. 5.000 CFA za osobę, doprowadzają do zaciętych pertraktacji. Nie zbijemy ceny to pojedziemy dalej, co za różnica. Skończyło się na 10.000 CFA za grupę + 2.000 CFA jeżeli będziemy chcieli skorzystać z prysznica. Śpimy w namiotach pod mangowcem. Nikt z nas nawet nie pomyślał o pokoju.

Wieczorem idziemy pokręcić się trochę po mieście. Miejscowi pieką na grillach jakieś wielkie ryby. Niestety, zostały już wykupione co do jednej. Kończymy na kurczaku, poszatkowanym jak ostatnio. Dodają do niego specyficzną przyprawę. Coś na bazie papryki i orzeszków ziemnych. Próbowałem dowiedzieć się co to jest lecz bez skutku. Ostra, niesamowicie aromatyczna i bardzo dobra. Od tej pory moja ulubiona.

________________________________________

 

 

 

Dzień 20 - 15.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz jedenasty.

Spokojnie, bez pośpiechu zbieramy się dalej. Ranek jest ciepły i słoneczny. Jak u nas w lipcu. Chłód pustynny zostawiliśmy za sobą, jeszcze dzień, maksymalnie dwa i wjedziemy w tropiki.

 

Tiemele, Burkina Faso

 

Pojechaliśmy zwiedzić Tiemele, wioskę Animistów. Zamieszkiwana jest przez plemię Casana. Próbowałem trochę zrozumieć tę wiarę, ale z tego co zrozumiałem, to Animista wierzy Boga, Siły Natury i Duchy Przodków. Duszę posiadają zwierzęta i rośliny, a nawet siły przyrody. Absolutny zakaz wstępu do wioski bez lokalnego przewodnika, więc wynajmujemy jednego. Na placu po wejściu do wioski przewodnik zwraca nam uwagę abyśmy bardzo uważali i nie wchodzili na małe kopczyki. Są to groby. W ich tradycji zmarli chowani są wewnątrz wioski. Oprowadza nas dalej i opowiada. Podobnie jak u Dogonów tutaj także panują pewne zasady i obyczaje. Wioska jest bardzo oryginalna i różniąca się o widzianych wcześniej. Budynki solidniejsze, gdyż wykonane z mieszaniny błota i cementu. Niektóre nawet pomalowane. Wiele z nich dodatkowo wymalowanych ma wiele oznaczających coś symboli. Na niektórych z nich wiszą zasuszone fetysze. Fotografować możemy jedynie to co pozwoli przewodnik. Nie zapisywałem wszystkich informacji, bo szybko się pogubiłem. Zwiedzamy nawet od środka jeden dom. Zaraz za bardzo malutkim wejściem jest niemalże półmetrowy próg. Jest to ochrona przez zwierzętami. Wbrew pozorom mała gliniano-cementowa chata wewnątrz okazuje się całkiem przyzwoita. Wręcz przytulna. Oglądamy naczynia i poznajemy jak i do czego są używane.

Wracając do auta przechodzę przez targ gdzie udaje mi się kupić składniki przyprawy dodawanej do kurczaków. Nie wiem jak się nazywa, ale dodawana jest tutaj do prawie wszystkich grillowanych mięs. Skoro jest moją ulubioną, będę używał jej w domu. Zatrzymujemy się jeszcze na jakieś lokalne jedzenie w Po. Jemy nie do końca wiadomo co, ale całkiem smaczne. Coś w rodzaju jakieś dziwnej papki z ziemniakami i warzywami. Całość gotowana razem. Cena piwa spada znacznie poniżej 4 zł, więc delektujemy się zimnym napojem. Wszędzie tutaj butelki mają pojemność 0,65 litra. Z drugiej jednak strony woda jest nie za dobra, ileż można wypić coca-coli, a na soki do wody skusiliśmy się jedyny raz. Piwo wbrew pozorom mają bardzo smaczne, a nic tak nie smakuje po całodziennym skwarze.

Po południu dojeżdżamy do przejścia granicznego z Ghaną. Formalności przechodzą w stylu iście brytyjskim. Od razu widać różnicę, kto ich kolonizował. Sprawdzane są paszporty i wizy. Zapominamy o jedynym obowiązującym do tej pory francuskim. Witamy w Ghanie. Spotykam nawet jakiś turystów z Europy, od których dowiaduję się o średni kurs Cedi. 1 Euro = 2 Cedi. Kupujemy ich trochę od kręcących się wszędzie „koników”.

Jednak nie do końca wszystko przebiegło prawidłowo. Okazuje się, że nie mamy obowiązkowego CPD, które wykupuje się w Polsce. Celnik uparł się i koniec. Nie wjedziecie chyba, że wykupicie jakieś ubezpieczenie za 200 Euro. Zdzierstwo pierwsza klasa. Pokazujemy, że mamy Brązową Kartę obowiązującą a krajach Afryki Zachodniej on jednak uparcie trwał przy swoim. Dodatkowo sprowadził nas na ziemię, iż Karta ta jest wydawana tylko dla mieszkańców Afryki. Przestałem rozumieć cokolwiek. Szczęściem, że jest to kraj angielskojęzyczny, bo po francusku nie dogadalibyśmy się nic a nic. Szkoda wydawać nam bez sensu kasę. Robimy drugie podejście. Tym razem ci co rozmawiali poprzednio zostają i idzie druga grupa. Dziewczyny mają większą siłę przebicia, a ja tak, aby je trochę wesprzeć. Wyciągamy wszystkie papiery, które mamy. Im więcej tym lepiej. Dowód rejestracyjny, Zieloną Kartę, Brązową Kartę, Ubezpieczenia z innych afrykańskich przejść granicznych, wizy do Ghany a nawet Żółte Książeczki Szczepień. Tłumaczymy, że może i ma rację, ale załatwiając wizy do Ghany w Berlinie tylko to nam kazali załatwić. Żadnego CDP. Wczytuje się na stronach rządowych czym jest Zielona Karta. No i powolutku mięknie. Mięknie i łagodnieje. Na koniec opowiadamy mu o Polsce, On pyta o tragedię Smoleńską (rozniosło się trochę po świecie), no i daję mu kartki Szklarskiej Poręby zimą. Wyszedł pooglądać nasze auto, nie kryjąc zdziwienia. Dziewczyny nawet zrobiły sobie z nim zdjęcie. Nakazał nawet pracownikowi, aby pojechał z nami celem znalezienia noclegu. Spławiliśmy go w sposób dyskretny. Damy sobie radę. Całość zajęła nam blisko 4 godziny. Jednak wjechaliśmy do Ghany. Musimy jednak być nieco ostrożni, gdyż nie mamy ubezpieczenia.

Późną nocą dojechaliśmy do Navrongo. Za miasteczkiem trochę pobłądziliśmy jednak w końcu znaleźliśmy nocleg. Strażnik śpiący na ławce dochodził do siebie dobre dwie minuty, kiedy na skraju lasu, późną czarną nocą wyrwał go z przyjemnego snu pewien białas. Patrzył się na mnie i przecierał oczy ze zdumienia. Dostał chyba jakieś blokady, bo przez pewien czas nic do mnie nie mówił i a na wszelkie pytania szeroko otwierał jedynie oczy.

Guest House, który znaleźliśmy był bez wątpienia najbardziej komfortowym jaki mieliśmy do tej pory. Dwuosobowe pokoje z łazienkami, telewizją i klimatyzacją. Każdy z nich miał ekstra pokój dzienny. Iście kolonialny styl. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Ciekawe ile zaśpiewają? Po pewnym czasie przyjechała szefowa, która szybko sprowadziła nas na ziemię, iż w Ghanie obowiązują pewne restrykcyjne przepisy. Mianowicie pokój może być wynajęty jedynie parze, kobiecie i mężczyźnie. Nie ma innej opcji. Dziwne przepisy, ale dostosowujemy się. Pokazujemy, że mamy namioty i bierzemy jedynie dwa pokoje. Cenę ustaliliśmy na 42 Cedi za wszystko. Odwiedzamy jeszcze na chwilę pobliski bar, gdzie jesteśmy wielką atrakcją, po czym idziemy spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 21 - 16.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwunasty.

O szóstej rano jest już jasno, temperatura w okolicach 20⁰C i bardzo przyjemnie. W powietrzu nie czuć suchości. Jedziemy do Tamale. Podobnie jak między Mali a Burkiną Faso, tak i tutaj widać wielką różnicę. Ludzie wyglądają inaczej, mają inne rysy. Ghana jako kraj najbardziej różni się od innych państw. Bez wątpienia zasługa kolonizatorów. Francuzi zostawiali lokalne obyczaje, kształcili jedynie miejscowych, aby w pewnym czasie sami byli w stanie radzić sobie ze wszystkim. Brytyjczycy natomiast wszędzie wprowadzali jeden schemat, te same zasady i prawa. Podbita kolonia zawsze wprowadzaną miała strukturę obowiązującą wszędzie. Takie same organizacje i zarządzanie. Efekt widoczny jest na każdym kroku. Jest tutaj cała masa szkół i szpitali. Są w każdej mijanej wiosce. Dzieci, których w Afryce jest mnóstwo tutaj chodzą w uniformach symbolizujących szkołę. Edukacja, która bije na głowę każdy inny odwiedzony przez nas kraj. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem jak jest to tutaj rozwinięte. Sądząc po ilości szkół i uczniów nauka jest darmowa. Przynajmniej jej podstawowa forma. Podstawowa opieka zdrowotna także, z zatrzęsieniem przychodni. Nie przypominam sobie abyśmy w całym Mali zobaczyli tyle szkół i przychodni co tutaj na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów. Ludzie machają nam, czasami pokazują palcami i to wszystko. Dziecięca pazerność prysła jak bańka mydlana. Są na jedynie bardzo ciekawe. Pokazują palcami i krzyczą: „Obroni, obroni”. W lokalnym języku Ashanti oznacz to „Białasy”. Miłe, uśmiechnięte i ciekawe. W centrum każdej mijanej wsi zawsze jest jedna lub więcej latarni zasilanych bateriami słonecznymi.

Zaraz za granicą, począwszy od pierwszej miejscowości Paga, zauważyć można dość popularną tutaj blachę falistą. Gliniane lepianki z dachem z blachy falistej. Tak jak opisywał to W. Cejrowski. W południe musi być tam jak w piekarniku. Gliniane, kryte strzechą domki są nieodzownym elementem afrykańskiego krajobrazu. Jednak jedynie w Ghanie dostrzec można jak tylnymi drzwiami wkrada się ta zmiana.

Jak nożem uciął skończyły się szutrowe drogi. Wszędzie są asfaltowe. W większych miejscowościach na skrzyżowaniach jest nawet sygnalizacja świetlna. Na ulicach panuje względny porządek. Wszędzie jest dużo czyściej. Więcej policji a między miastami wręcz wojsko, pilnujące porządku.

Zatrzymujemy się na chwilę przy głównej trasie w Diari. Handlują tutaj maniokiem i patatami, które to przy niektórych stanowiskach smażą w oleju. Są całkiem dobre. Takie jak nasze ziemniaki tyle, że lekko słodkawe. Posypane przyprawami smakują naprawdę wyśmienicie.

Tamale jest dosyć dużą miejscowością. Trzecią pod względem wielkości w kraju. Różni się od innych pod każdym względem. Wystarczyłoby zamienić murzynów na białych i mogłaby uchodzić za przeciętne europejskie miasto. Wszędzie asfaltowe drogi, dwupasmowe, rozdzielone pasem zieleni, chodniki, przejścia dla pieszych, sklepy, kościoły i meczety. Na skrzyżowaniach sygnalizacja świetlna i kierowcy, którzy ją respektują. Panuje spokój i porządek. Od razu widać kto im wpoił te zwyczaje. Kiedy chodzę po mieście nikt mnie nie zaczepia. Nikt nic nie chce. Daję się skusić i kupuję pieczonego banana. Taki obrany ze skóry i upieczony na grillu. Sprzedawca jeszcze gorącego owija w gazetę i przekąska gotowa. Meczet przy którym się zatrzymaliśmy jest jakiś taki powszedni. Ładniejszy widzieliśmy parę kilometrów wcześniej, ale nie wracamy do niego.

Przejeżdżamy mostem na Białą Woltą i kierujemy się dalej na południe. Rzeka jest wielka, niemalże jak Niger. Pobierane są opłaty za przejazd mostem. Taktyka ta jest tutaj bardzo popularna.

 

Droga do Domongo, Ghana

 

Skręcamy do Mole i niestety po asfalcie pozostało wspomnienie. Trafiamy na wytłuczoną drogę szutrową, po której nie można jechać szybciej niż 20-30 km/h. Nie byłoby w tym żadnego problemu, ale do Parku Narodowego mamy 87 km. Przejechaliśmy taki kawał drogi to jedziemy dalej. Kurzy się niesamowicie. Zmrok zapada szybko, ale zawsze jesteśmy bliżej. Dojeżdżamy do Damongo, gdzie w miarę szybko znajdujemy nocleg. Opcja jak dzień wcześniej, mianowicie dwa pokoje i namioty. Prysznic dla wszystkich. Szybka kolacja i idziemy spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 22 - 17.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz trzynasty.

Po śniadaniu jedziemy do Parku Narodowego Mole. Pozwozimy jeszcze grupę chłopców, idących do szkoły. Ku naszemu zdziwieniu szkoła ta jest na terenie Parku. Inaczej go sobie wyobrażałem. Jest olbrzymi i wjeżdża się do niego samochodem. Wynajęty przewodnik siedzi obok kierowcy i mówi gdzie pojechać. Przy okazji pokazuje to i owo i opowiada. Widzieliśmy w parku antylopy, całą masę guźców i różnych innych zwierząt. Nad wodopojem wylegiwały się krokodyle. Podczas drogi powrotnej obok auta przeszły słonie. Samica nieco dalej, ale wielki samiec zbliżył się do nas bardzo. Gdyby się uparł to mógłby zrobić z busa miazgę. Dzielny strażnik z bronią palną na ramieniu wyszedł i stanął w gotowości. Patrzyliśmy trochę oniemiali i trochę zachwyceni. Chłopcy, których podwoziliśmy twierdzili, że w Parku żyją także lwy, lecz bardzo daleko. Całkiem możliwe, gdyż widzieliśmy broszury ze zwierzętami oraz jak malutki jego skrawek zwiedziliśmy.

 

Meczet, który wybudował Allah, Larabanga, Ghana

 

Zatrzymaliśmy się w Larabanga, aby zobaczyć pewien meczet. Mały i bardzo oryginalny jest najbardziej tajemniczym w kraju. Wierni twierdzą, że zbudował go sam Allah. Jego architektura nawiązuje do stylu glinianych meczetów w Mali, jednak jest murowany i cały pomalowany jest na biało. Bilet wstępu uprawnia jedynie na podejście w jego pobliże. Choć przewodnik dużo o nim opowiada.

Kolejny postój, Damongo. Jemy lokalny specjał, fu-fu. Jest to taka duża buła nie wiem z czego, polana sosem. Czasami dodawany jest kawałek mięsa. Trochę przypomina surowe ciasto, trochę gęsty budyń. Robi się ją z kassawy i patatów, po czym chyba gotuje. Nie wiem. Podczas konsumpcji rwie się kawałeczki, moczy w sosie i zjada. Miejscowi robią to rękoma, wybredni turyści sztućcami. Miałem okazję zobaczyć jak wygląda życie na zapleczu. Całkiem oryginalne.

Jadąc drogą przez busz kierujemy się w stronę Kumasi. Piaszczysta i rdzawa jak w Afryce. Niesamowite odludzia. Co kilka kilometrów skupisko kilku chat. Taka malutka, samowystarczalna wioska. W Ghanie, aby radzić sobie z buszem stosuje się kontrolowane pożary. Czasami przejeżdżamy jest wypalone niedawno obszary, na których widać wyrastającą zieloną roślinność. Zgubiliśmy się. Skwar jest taki jak w piekarniku. Dodajemy do wody cokolwiek, aby lekko zmienić jej smak i aby coś zostało w organizmie. Jedno trzeba przyznać, wodę mają niedobrą. Po kilku dniach wręcz zmuszamy się do jej picia. Dodajemy do niej tabletki magnezu, witaminy C i multiwitaminy.

Po kilku godzinach natknęliśmy się na wioskę Buipe. Coś zaczęło się klarować. Jeszcze tylko 40 km bezdrożami i wracamy na asfalt. Przejeżdżamy nad Czarną Woltą. Wielka jak poprzednia. Jeżeli tak wygląda w porze suchej to ciekawy jestem jak prezentuje się w porze deszczowej. Standardowo, kolejna opłata za przejazd mostem i dalej. Zatrzymujemy się jeszcze kupić chleb i wodę. Chleb mają niesamowity, jest bardzo słodki. Śmieję się, że wystarczy go przekroić posmarować dżemem i mamy przekładane ciasto. Jest dość popularny w całej Ghanie. Butelka wody kosztuje 2 Cedi. Tak jest wszędzie. Dajemy się skusić i wzorem miejscowych kupujemy zgrzewkę 30 półlitrowych woreczków za 3 Cedi. Jej smak pozostawia wiele do życzenia, gdyż lekko czuć plastikiem.

Po zmroku w kolejnej przydrożnej miejscowości próbujemy jakiegoś grillowanego mięsa. Trochę twarde, ale i smaczne. Fajnie to wygląda, skrawki naciętego mięsa posypane cebulą, posypane przyprawami i zawinięte w jedyny słuszny papierek – worek po cemencie. Przypominam sobie podobnego grilla w Nouakchott i stwierdzam, że trochę dramatyzowałem. Mięso jest dobre i smaczne. Codziennie świeże a worek po cemencie przecież jest porządnie wytrzepany. Skoro oni jedzą i żyją mi także nic nie będzie. Po 18-tej w przeciągu kilku minut zapada zmrok. Robi się ciemno a jazda po ciemku nie jest zbyt bezpieczna. Zatrzymujemy się w Kintampo. Na zdawać by się mogło odludziu znajdujemy całkiem niezły hotel. Jest w nim nawet mała restauracja. Krótki relaks, pranie i spanie.

________________________________________

 

 

 

Dzień 23 - 18.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz czternasty

Jedziemy zobaczyć wodospady Kintampo. Po wielu dniach drogi przebytej w skwarze i pyle znajdujemy tutaj chwilę wytchnienia. Główny wodospad jest dosyć wysoki. Wznosi się na 70 metrów. Wokoło jest dużo bujnej roślinności a powietrze przesiąknięte wilgocią. Przed wejściem widzimy dziwne zjawisko. Mianowicie różowe pisklęta. Przekonani, że są pomalowane oglądamy dorosłe kury i owe pisklęta dokładnie. Faktycznie mają różowe pióra. Ciekawe co to za odmiana?

 

Sprzedawczyni bananów, Ghana

 

W pewnej przydrożnej wiosce kupujemy trochę owoców. Od pewnego czasu pojawia się coraz więcej ananasów. Wielkie i soczyste, jakże przepysznie smakują. Od tej pory kolejna ulubiona rzecz. Próbuję założyć na głowę tacę z bananami, jakie noszą kobiety. Minuta, w porywach dwie tyle jestem w stanie ją utrzymać. A one potrafią nosić je godzinami. Waży ze 20 kg.

Kumasi jest duże i zatłoczone. Przebijamy się przez miasto ponad godzinę. Takiego targu jak tutaj nie zobaczymy już nigdzie. Jest chyba największym w tej części Afryki. Podzielony na sektory a kupić na nim można wszystko. Stoiska zawalone są towarami z danej grupy. Robimy przerwę i kręcimy trochę po okolicy. Na targu można kupić takie cuda na kiju, jak wielkie czarne ślimaki i gąsienice. W Ghanie, nad Górną Woltą popularne są gotowane małe kotki.

Próbuję świeże kokosy. Od tej pory moje ulubione. U nas to jakaś nędzna imitacja, jakaś suszka. Świeży jest zielony i kosztuje grosze. Sprzedawca maczetą ścina kawałek i do wypicia jest mleczko. Następnie zręcznie, również maczetą wykonuje malutką łyżeczkę i rozpoławia owoc. Łyżeczką tą zjada się miąższ, który ma konsystencję galaretki.

Ludzie nie chcą, aby robić im zdjęcia. Nawet, gdy coś u nich kupujemy. Wyjątkiem są jak zwykle dzieci i czasami mężczyźni. Kobiety zawsze odmawiają. Kupuję na targu trochę lokalnych przypraw i idę dalej. Zaczepia mnie pucybut i prosi abym sfotografował go z dziećmi. Nie wiem dlaczego, ale nie wziąłem od niego adresu.

Na stacji benzynowej zaczepiają nas kierowcy autobusów. Gadamy z nimi chwilę i opowiadamy skąd jesteśmy. Nie mogą przestać się dziwić, jaki kawał drogi przejechaliśmy. Oni faktycznie zdają sobie sprawę z przebytej odległości. Gadamy chwilę, żartujemy i śmiejemy się wspólnie. Robimy oczywiście na pamiątkę zdjęcia.

Korzystam jeszcze z publicznej toalety. W miarę czysta i zadbana. Jednak to, co zdumiewa najbardziej to inna ciekawostka. Młoda i całkiem niezłej urody dziewczyna odprowadza każdego to nazwijmy klienta do boksu lub pisuaru. W zależności za co zapłacił. Jednocześnie bacznie obserwując czy nie zmienia się przydzielonego stanowiska podczas załatwiania swoich czynności fizjologicznych. Co kraj to obyczaj.

Szkoda, że nie wybraliśmy się do żadnego z muzeów. Nie ma takiej opcji, aby wszystko zobaczyć. Pojechaliśmy dalej. Po południu zatrzymaliśmy się przy pewnym Guest House’ie. Kiedy wyszliśmy z samochodu z naprzeciwka nadjechała znacznie rozpędzona, wypełniona ludźmi półciężarówka. Zaczęli pokazywać nas palcami i wstawać na nogi. Kierowcę przy tej prędkości wyrzuciło lekko na pobocze i z burty wypadła pewna dziewczyna. Upadła z wielkim hukiem na ziemię tocząc się bezwładnie. Wśród krzyków i lamentów, podniesiono ją zakrwawioną, wrzucono na pakę i samochód z piskiem opon odjechał. W tamtym momencie nie tylko mi odechciało się wszystkiego. W jednym momencie zapragnąłem wrócić do domu. Wiem, że będę pamiętał to do końca życia. Udaliśmy się do domu obok, gdzie okazało się, mieszka doktor. Kiedy opowiedzieliśmy mu o wszystkim było już za późno. Nikogo nie było. Na nasze nieszczęście miejscowi z pobliskich domów zaczęli nam wygrażać. Nie było sensu tam zostawać. Pojechaliśmy dalej. Mam jedynie nadzieję, że dziewczyna przeżyła. Obiecałem sobie, że napiszę list do tamtego lekarza.

Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymujemy się na nocleg. Sebedie, Guest House Capitan. Nie mam apetytu, piję jedynie w samotności piwo, aby zasnąć szybko i w spokoju. Przez całą noc budzę się jednak co chwilę widząc tę scenę. Jestem kompletnie wyczerpany. Śnią mi się inne głupoty, węże i różowe pisklęta, które to zadziobują te węże. Na domiar złego hotel okazał się swojego rodzaju więzieniem. Kiedy wszyscy poszli spać, na wielką kłódkę zamknięto wielką kratę u wejścia do korytarza. Nie ma wyjścia do rana i koniec. Inaczej zacząłem spoglądać od tego dania na Ghanę.

________________________________________

 

 

 

Dzień 24 - 19.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz piętnasty.

Rankiem chcą wyciągnąć od nas więcej kasy. Powód jedna osoba skorzystała z łazienki, innej niż przydzielona. Uparli się i koniec. Chyba nikt z nas nie wypoczął w nocy, więc uparliśmy się jeszcze bardziej. Początkowo nie chcieli nas wypuścić. Wsiedliśmy do busa i bezczelnie wyjechaliśmy. Umowa to umowa. Zaczyna mi się tutaj mniej podobać. A jak przekonaliśmy się później, łapówkarze potrafią ze zdumiewającą skutecznością i perfidnością dopiąć swego.

Jedziemy nad ocean do Cape Coast. Jest pochmurno i parno, aż ciężko oddychać. Temperatura dawno przekroczyła 30⁰C. Człowiek cały czas ma na skórze wilgotną maź. Nic nie chce schnąć a ubrania, które nosimy przez cały czas są wilgotne. Przekraczamy o 15 km dozwolona prędkość i mandat wysokości 50 cedi. Drugi jak do tej pory, ale stanowczość i policjantów wprawiła nas w lekkie zdumienie. Służbiści do granic możliwości. Na nic zdały się wszelkie próby dyskusji. Płacimy więc i jedziemy dalej.

Po pewnym czasie robimy przerwę i zatrzymujemy się gdzieś na poboczu na kawę. Niedaleko jest Palm Oil Mill. Idziemy zobaczyć. Oprowadza nas po nim opiekun. Pokazując i tłumacząc jak i z czego robi się olej palmowy. Robi się go z pewnej odmiany malutkich orzechów kokosowych. Są dwa rodzaje biały i czerwony. Całość produkcji wysyłana jest do Niemiec. Po chwili przyjechał nawet właściciel, z którym rozmawiamy dłuższą chwilę.

Cape Cost, jest dużym miastem portowym z wielką warownią. Największą na ghańskim wybrzeżu. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, iż zbudowali go w XVII wieku Szwedzi. Fort ten był głównym miejscem handlu niewolników. Zamieniony na muzeum udostępniony jest zwiedzającym. Jego wielkość i siła obronna wprawiają z osłupienie. Nie ma co się dziwić, że miejscowi nie próbowali przeciwstawiać się zdobywcom. Wielkie mury zaprojektowane jedynie w celach obronnych i dziesiątki ułożonych rzędami armat. W podziemiach natomiast lochy. Warunki, w jakich przetrzymywano niewolników były gorsze od warunków panujących w obozach koncentracyjnych. Tylko ludzie mogli zgotować coś takiego innym ludziom. To co nasuwa się na myśl to wstręt i obrzydzenie. Spacerujemy po mieście. Zatrzymujemy się w chodnikowej garkuchni, gdzie z pełnymi miskami nie wiedząc dokładnie czego zaprowadzono nas na tyły domu. Wśród ganiających kur i pracujących domowników, przy przecinającym podwórko rynsztoku usiedliśmy sobie w ciszy. Chwilę w cieniu i spokoju poświęcamy konsumpcji. Poszliśmy jeszcze nad ocean. Mimo, iż spokojny, przy brzegu ma jednak bardzo duże fale. Muszę się wykąpać w zatoce, jednak jeszcze nie tutaj.

 

Fort w Elmina, Ghana

 

Dojeżdżamy do Elminy. Najstarszej założonej przez białych osady w Ghanie. W 1482 roku fort św. Jerzego wznieśli tutaj Portugalczycy. Po przejęciu go przez Holendrów kościół, który znajdował się w jego wnętrzu zamieniono na targ niewolników. W celach obronnych przy samym wybrzeżu wzniesiono fort św. Jago. Wokoło fortów mieści się Elmina oraz jej wielki i barwny port rybacki. Odwiedzamy jedynie pierwszy, gdyż zlokalizowany jest na wysokim wzgórzu. Wspaniała pozycja obronna. Mamy stąd piękny widok na Zatokę Gwinejską i niemalże całe miasto. Kręcimy się trochę po porcie i wracamy. Tak jak w innych portach tak i tutaj aż czuć napięcie. Strach wyciągnąć aparat i robić zdjęcia.

Jest to najbardziej wysunięty na południe punkt, do którego dojechaliśmy. 5⁰04’54,35’’ szerokości geograficznej północnej. Niecałe 600 km do równika.

Na nocleg pojechaliśmy w okolice Kakum. Bierzemy jeden pokój z racji tego, aby mieć łazienkę. Większość śpi w namiotach. W tej duchocie ciężko jest spać w zamkniętym pomieszczeniu. Wychodzimy jeszcze trochę pokręcić się po okolicy. Szukamy jakiegoś sklepiku z piwem. Od pewnego czasu tak należy zakończyć dzień, aby dostarczyć organizmowi cokolwiek. Woda tylko przelatuje a po piwie coś tam na pewno zostaje. W drodze powrotnej zaglądamy nawet do pewnego Kościoła. Nabożeństwo właśnie tam odprawiane mi osobiście przypominało scenę z Blues Brothers. Wszyscy krzyczą, klaszczą, kręcą się i zawodzą. Jest wielki wrzask i nie wiadomo o co chodzi. Poszliśmy spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 25 - 20.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz szesnasty.

W okolicach 4 rano obudziły nas zawodzenia z pobliskiego Kościoła. Dosłownie były to wycia, krzyki i skowyty. Trwały ok 30 min. Nie mam pojęcia w jaki sposób Ci ludzie się modlą.

O ósmej jest już strasznie duszno i parno. Powietrze niemalże jak wata, aż nie ma czym oddychać. Dodatkowo ruszył mi się ząb mądrości. Będzie ciężko, kostka się zagoiła kolej teraz na kolejną niedogodność.

W Ghanie bardzo powszechnym zjawiskiem są wielkie ilości małych, wiszących gniazd na drzewach. Zawieszone są zawsze na końcach gałęzi lub liści palmowych celem ochrony ich właścicieli przed drapieżnikami. Czasami na jednym drzewie są ich setki. Ludzie zwą je żandarmi. Naprawdę nie wiem jak się nazywają. Popularne są gdyż odżywiają się moskitami.

 

Park Narodowy Kakum, Ghana

 

Pojechaliśmy do Parku Narodowego Kakum. Chyba największa atrakcja Ghany. Tropikalna dżungla a nad nią rozpostarte mosty linowe długości 350 metrów. Przeżycie warte swojej niemałej ceny. Człowiek idzie mostami linowymi a w dole najprawdziwsze lasy tropikalne. Chociaż drugi raz nie poszedłbym tam ponownie. Warto zobaczyć i koniec. Mosty przymocowane są do gigantycznych drzew Ceiba, które to wyrastają dużo wyżej nad innymi. Mają z 60 metrów wysokości i pnie o średnicy niemalże 3 metrów. Są to najpotężniejsze drzewa jakie widzieliśmy w tropikach. Wszędzie, gdzie rosną prezentują się jak słonecznik przy stokrotkach. Dawniej jego lekkie drewno wykorzystywane było jako pływak w kamizelkach ratunkowych. Bilet: 30 Cedi.

Po południu dojechaliśmy do przedmieść Akry. Aby nie pchać się na noc do wielkiego miasta pojechaliśmy do pobliskiego Kokrobite. Zatrzymujemy się tam w przydrożnym barze, gdzie jemy jakieś lokalne cuda. Dodają do nich pewną brązowo-zieloną papkę, która pali człowiek jak żar. Pali nawet po połknięciu sprawiając wrażenie, że w żołądku znajduje się rozżarzony węgiel. Nic nie jest w stanie tego ostudzić, więc trzeba przetrzymać. Najgorsze, że trwa to kilka godzin. Dodatkowo zimne piwo znacznie potęguje uczucie spalania wnętrzności. Co tam nasze papryczki. To trzeba przeżyć.

Kolejnym odkryciem w Ghanie są ceny. Tak jak pisałem wcześniej 1,5 litrowa butelka wody kosztuje 2 Cedi. Piwo 0,65 litra kosztuje 2,20 – 2,50 Cedi, dodatkowo kaucja za butelkę 1 Cedi. 1 litr wódki w woreczkach kosztuje 3 Cedi, jeśli jest to gin lub whisky 3,5 Cedi. 1 jogurt 3 Cedi. Litr mleka 3 Cedi. Kraj kontrastów, gdzie oddając do sklepu trzy puste butelki po piwie można za otrzymane pieniądze kupić litr wódki. Jest ona w specjalnych woreczkach jak u nas kiedyś oranżadka. Tylko w jednym jest 50 gram i są one ze sobą połączone w taki długi pasek.

Jeden z nas nad ranem odlatuje do domu, więc nie szukamy noclegu. Jedziemy posiedzieć na plaży. Jacyś miejscowi przyczepiają się, że jest ona prywatna, ale mamy ich gdzieś. Rozkładamy się i relaksujemy. Jest dosyć przyjemnie. Wystarczy usiąść na brzegu a wszędobylska duchota znika. Temperatura także jest mniej odczuwalna.

Krótko przez zmrokiem pojawia się policja. Grzecznie, lecz stanowczo nakazali opuścić nam plażę twierdząc, że po zmroku jest tutaj bardzo niebezpiecznie. Zawieźli nas do pobliskiego Guest House’u i nakazali dwóm chłopakom opiekę. Może i faktycznie po zmroku bywa tutaj niebezpiecznie. Przypomniałem sobie hotelik zamykany na noc solidną kratą. Normą były także domy z zasiekami na ogrodzeniach. I to wielkimi zasiekami, wręcz spiralami podobnymi do tych z II wojny światowej. Dużo wojska na droga a policji jeszcze więcej. Nie było sensu się kłócić i wywoływać wilka z lasu. Przemawiało za nim za dużo faktów.

Chcieli nas oskubać na cenie piwa, ale nie miałem nastrojów do żartów. Powiedziałem im jedynie, że w Ghanie kosztuje ono tyle i tyle płacę. Ku mojemu zdziwieniu żaden nie zaprotestował i obniżona cena pozostała obowiązującą dla nas wszystkich. Bardzo się chyba przejęli zadaniem narzuconym przez funkcjonariuszy, gdyż chodzili z nami wszędzie. Nawet na plażę. Pensjonat miał dostęp do plaży i późno w nocy, kiedy zrobiło spokojnie poszliśmy na nią oczywiście.

________________________________________

 

 

 

Dzień 26 - 21.01.2012

 

Bez pobudki. Bez śniadania, lecz z delikatnym zapychaczem. Jednak malarone po raz siedemnasty.

Około 1:00 w nocy jedziemy odwieźć kolegę na lotnisko. Zgodnie z planem w połowie podróży wraca do domu. Jego zmiennik niestety nie doleciał, przytrafił się gips na nodze. Od tej pory koszty dzielimy na 8 osób.

Na lotnisku założyli nam blokadę na koło. Cwaniaki i łapówkarze uparli się, że stanęliśmy na zakazie. Znak jednak był przed samochodem. Na nic zdały się dyskusje i tłumaczenia, że po to są znaki a zasady na całym świecie są identyczne. Znak a to czego on dotyczy jest za znakiem. Jednak w Ghanie nie. Doje żołnierzy z długa bronią i było nieugiętych. Wszelkie dalsze próby dyskusji zwiększyły tylko mandat. W bardzo głupi sposób pozbyliśmy się 50 Cedi. Oczywiście o pokwitowaniu mogliśmy zapomnieć. Mieliśmy jeszcze jechać zobaczyć zaporę Akosombo na Wolcie, ale decyzją większości postanowiliśmy pożegnać się z Ghaną. Teraz żałuję, mogliśmy z tego tak łatwo nie rezygnować. Drugiej takiej okazji już nie będzie.

Wczorajsza papka wycofała się z żołądka kosztem palących czystym żarem jelit. Przeżywam istne katusze. Wszelkie próby w toalecie przypominają siadanie na rozżarzonych węglach. Lubię ostre jednak czegoś takie raczej nie ruszę, gdyż skutki są tragiczne.

Dojechaliśmy do granicznego Aflao. Ghanijczycy z mistrzowskim okazywaniem traktowania z góry odprawili nas w miarę szybko i sprawnie. Tylko podnieśli wielki raban jak chcieliśmy skorzystać z toalety. Dlaczego biali interesanci mają korzystać z służbowej? Gdzieś tam na podwórku jest publiczna, więc do widzenia. Na swoje nieszczęście okrutnie paląca zielono-brązowa papka zmusiła mnie to jej poszukania. Czegoś takiego nie widziałem nigdy w życiu. Dawno temu w Ouahigouya myślałem, że skorzystałem z toalety nr 1 jednak ta zdeklasowała ją pod każdym względem. Wielka, z czarnymi od brudu ścianami. Wewnątrz panował smród nie do opisania. Co przy ponad 40⁰C na zewnątrz jakoś dużo bardziej doskwierało. Dziesiątki osób, gdyż przejście graniczne było dosyć duże. Na szczęście były kabiny. O ich zamknięciu można było zapomnieć. Zresztą drzwi przy ziemi miały prześwit na pół metra, aby odsługujący mogli sprawdzić czy udostępniane gazety wrzucane są do kosza na śmieci. Na ścianach, drzwiach podłodze ślady świadczące, że nie wszyscy te gazety dostają. Brak mi słów, aby do czegoś to przyrównać. Najśmieszniejsze dodatkowo jest to, że za tę przyjemność należało zapłacić.

Jeszcze tylko 10.000 CFA na wizę i trochę cierpliwości dla ruszających się jak w amoku togijskich graniczników. Jesteśmy w Togo. Od razu znalazł się popularny na każdym z afrykańskich przejść granicznych pomocnik. Na początku sceptycznie do tego podchodziliśmy jednak pomaga on szybko i sprawnie załatwić wszelkie formalności, papierki, świsteczki i ubezpieczenia związane z samochodem. Ludzie w Europie są zbyt rozpieszczeni i nieprzyzwyczajeni do takich granic. Chciałbym zobaczyć na takim przejściu niemieckich turystów. Jest bardzo dużo nigeryjski ciężarówek wyładowanych do granic możliwości. Wszędzie masa wrzasku, krzyku i cwaniactwa.

 

Sprzedawca kokosów, Lome, Togo

 

Lome jest przy samej granicy. Bez problemu znaleźliśmy całkiem przyzwoity hotel w miarę spokojnej dzielnicy, praktycznie przy samym oceanie. Cena 10.000 CFA za osobę, po negocjacjach 12.000 CFA za 8 osobową grupę. Uwielbiam czasami negocjacje. Hotel Lola potraktowaliśmy, jako miejsce do odpoczynku. Zainteresowani mogą spać na dachu. Fajna opcja przy tej temperaturze. Skoro udało się uzyskać taką cenę, postanowiliśmy zostać tutaj dwie noce. Potrzebny jest nam dzień odpoczynku. Dodatkowo pojawiły się problem z samochodem. Obok znaleźliśmy całkiem przyzwoity bar, w którym oglądano rozpoczynające się Mistrzostwa Afryki w piłce nożnej. Ceny zdecydowanie najniższe z wszystkich odwiedzonych do tej pory krajów. Zapowiadał się miły wieczór.

Pojechaliśmy jeszcze bliżej portu poszukać dla pewności czegoś innego. Jednak okolica sprawiała wrażenie bardzo niebezpiecznej. Jak to w portach bywa. Na koniec zatrzymał nas policjant i uparł się, iż wjechaliśmy pod zakaz. 20.000 CFA mandatu. Tym razem we trójkę postawiliśmy się ostro. Nie i koniec. Nie wjechaliśmy, ale jedynie zawróciliśmy a to różnica. Poza tym jesteśmy z daleka nie znamy drogi i tak nas pokierowała nawigacja. Szukamy noclegu i co mamy począć. Dojechaliśmy do portu i widząc, że nic tutaj nie ma to wracamy. Jak zobaczył nawigację to zaraz chciał ją skonfiskować twierdząc, że to kamera i nagrywamy port. Był zbyt pazerny i chyba mało rozgarnięty. Przyszedł drugi starszy stopniem znający podstawy angielskiego. Przyznał nam racje i jeszcze dał eskortę na motorze celem pomocy w znalezieniu noclegu. Udało się, eskortę zaraz spławiliśmy i wróciliśmy do naszego lokum.

Poszedłem z kolegą na plażę wykąpać się w oceanie. Dziwne, ale poszli z nami ludzie z hotelu. Ken pełniący rolę szefa i recepcjonista. Oboje w okolicach trzydziestki. Także twierdzili, że jest tutaj niebezpiecznie. Ciekawe, może po zmroku tak, ale w dzień. Było przecież całkiem sporo ludzi. Sam ocean jest inny niż w Maroku. Fale są spokojne jednak przy brzegu nagle uderzają z wielką siłą. Z wielką siłą także powracają. Piaszczysty brzeg wznosi się na wysokość blisko trzech metrów a za nim jest wielka i długa plaża. Dużo słyszałem o tych falach jednak przekonać się na własnej skórze, jaką mają siłę to całkowicie co innego. Po prostu wciągają do wody. Kiedy dopływa się do brzegu i staje na nogach to powracająca fala przewraca dorosłego mężczyznę. Należy włożyć dużo siły, aby wyjść z wody. A i w wodzie można odpłynąć jedynie na kilka, kilkanaście metrów. Zrozumiałem wówczas, dlaczego z całej masy ludzi zgromadzonych na plaży, kąpaliśmy się jedynie we dwójkę.

Dzień kończymy zimnym piwem wśród afrykańskich kibiców piłki nożnej. Śpię na dachy, gdzie z racji na grasujące komary rozkładam sobie namiot.

________________________________________

 

 

 

Dzień 27 - 22.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz osiemnasty.

W nocy ząb mądrości nieźle dał mi się we znaki. Spuchł mi cały policzek. Z racji tego, iż to nasz dzień wolny nie chce mi się wstać. Ranek jest całkiem przyjemny. Jest gorąco, ale znad oceanu wieje chłodna bryza.

Ken proponuje, że pokarze nam miasto. Dlaczego nie? Idziemy. Przy okazji pokazuje nam gdzie jest jakiś warsztat samochodowy. Mimo niedzieli udaje się nakłonić pracownika do pomocy. Część zostaje a część z nas idzie dalej. Zachodzimy do wybudowanej w czasach kolonialnych niemieckiej katedry. Siadamy chwilę i podziwiamy. Za chwilę ma rozpocząć się msza. Odświętnie ubrani murzyni przychodzą z całymi rodzinami. Ich stroje się bardzo piękne a kolorystyką biją każde inne. Każda z kobiet na głowie ma chustę zawiązaną tak jak tylko murzynki potrafią to robić. Oczywiście tego samego koloru co niezwykle kolorową suknię. Widać wśród nich powagę. Msza rozpoczyna się radosną piosenką, śpiewaną przez wszystkich. Wszyscy radośnie klaszczą w dłonie i ledwo mogą się powstrzymać przed tańcem. Chórek dziecięcy prezentuje się bardzo profesjonalnie. Ludzie przychodzą na mszę, aby faktycznie się pomodlić a jak to robią, to ich sprawa. Jest tak miło, aż nie chce mi się wychodzić.

Odwiedzamy bazar z masą bardzo ciekawych wyrobów rzemieślniczych. Ponoć z racji niedzieli jest on dzisiaj skromy. Dla nas jest to najoptymalniejsze, chociaż czasami musimy jednak przeciskać się w tłumie. Jeden sprzedawca goni za mną bardzo daleko, aż nad ocean. Uparł się abym kupił od niego płótno z malunkiem. Długie negocjacje okazały się zadowalające, więc kupuję. Oprawione w ramę prezentuje się bardzo okazale na ścianie. W innym miejscu udaje mi się kupić figurki z kości słoniowej. Ken okazał się bardzo dobrym towarzyszem. Służył radą i jak przekonaliśmy się niejeden raz informował nas czy wynegocjowana cena jest w miarę przyzwoita. Mimo kilku prób sprzedający ostro ją obniżali widząc jak z nami chodzi tutejszy.

Wracamy do hotelu. Próbuję uciąć sobie popołudniową drzemkę na dachu. Znalazłem nawet trochę cienia i przeciąg. Przyniosło to trochę ulgi, lecz i tak ciężko było oddychać. Skwar i ciężkie, aż lepkie powietrze było nie do opisania. Do czegoś takiego długo trzeba się przyzwyczajać.

Po południu idę nad ocean. Fale są większe niż wczoraj. Za wyjątkiem dwójki białasów z naszej grupy nikt inny się nie kąpie. Złazi się nawet niewielki tłum gapiów. Chodzę brzegiem i robię trochę zdjęć. Nie mogę nadziwić się jak inaczej wygląda tutaj brzeg.

 

Zatoka gwinejska, Lome, Togo

 

Fale nie przestają mnie fascynować. Niedaleko pewna kobieta odprawia modły w stronę oceanu. Mówi, gestykuluje a czasami śpiewa. Od czasu do czasu nawet krzyczy. Na koniec wrzuca do niego jakieś zawiniątko i wylewa zawartość butelki. Boję się zrobić zdjęcie. Z drugiej strony trochę nie wypada i wypadało to uszanować.

Przy wyjściu z plaży zaczepia mnie pewien człowiek. Christian, jest mniej więcej moim rówieśnikiem. Białas w tych rejonach to ciekawostka. Prosi abym zrobił mu zdjęcie, daje e-maila i prosi, aby je wysłać. Doszło i nawet piszemy ze sobą od czasu do czasu. Może chciał przehandlować siostrę, którą bardzo szybko zaczął mi przedstawiać? Trochę się zmieszała jak podawałem jej rękę. Bała się wręcz mnie dotknąć.

Dzień lenistwa mija. Wieczorem spędzam trochę czasu w kafejce internetowej i ponownie oglądam mecz. Śpię na dachu w namiocie, gdyż nie chce mi się rozkładać moskitiery. Duchota jest straszna. Lepię się od potu, który przy tej wilgotności nie wysycha, lecz zamienia się w taką lepką maź. W namiocie jest jak w saunie. Człowiek łapie powietrze jak ryba wyciągnięta z wody.

________________________________________

 

 

 

Dzień 28 - 23.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dziewiętnasty.

Jedziemy do „Czarnej Sparty”, jak nazywany jest w niektórych kręgach Benin. Szybko dojeżdżamy do przejścia granicznego. Tutaj jak na poprzednim. W kurzu i pyle wielka kolejka samochodów a pośród nich masa handlarzy. Udaje mi się zrobić zdjęcie opisywanej wcześniej beczki zamienionej na grilla.

Odprawa przechodzi w miarę sprawnie, lecz w standardowym afrykańskim tempie. Urzędnik bez zbytniego pośpiechu sprawdza dokumenty, wypełnione formularze, przykleja do nich zdjęcia i wkleja warte 1.0000 CFA wizy. Wszystko skrupulatnie notuje w wielkiej księdze. Wizy wystawiane na granicy są jedynie na 48 godzin. Jest nam to bez różnicy, gdyż i tak nie planujemy zostać tutaj dłużej. Spotykamy pewną Włoszkę bardzo dobrze mówiącą po Polsku. Istny szok. Jest z jakiejś organizacji humanitarnej i udziela się w Afryce Zachodniej od 10 lat.

Pierwszy punkt zwiedzania to portowe miasto Ouidah. Jak często przywołuje się w przewodnikach, jest to „jądro ciemności” królestwa Dahomej. Z miejscowości jedzie się kilka kilometrów do plaży, szeroką, szutrową drogą. Czerwona jak w klasycznym afrykańskim wydaniu. Wzdłuż niej, co kilkaset metrów są duże figury. Nazwana jest Drogą Niewolników. Tędy, zakutych w kajdany, pędzono ich niezliczone rzesze nad ocean i sprzedawano europejskim handlarzom. Na plaży znajdują się „Wrota bez Powrotu”, przez które jeżeli niewolnik przeszedł nigdy już nie wracał do domu. Miejsce to odwiedził nawet Benedykt XVI i ku pamięci tysięcy ofiar postawiony jest tam wielki monument z prześwitem w kształcie krzyża.

Benin leży w samym sercu dawnego „Wybrzeża Niewolniczego”. Znany niegdyś pod nazwą Dahomej, był bardzo ważnym ośrodkiem transatlantyckiego handlu niewolnikami. Rozpoczął się w XVII wieku i rozkwitał wraz z rozwojem królestwa Dahomej. Jego ciągła i agresywna ekspansja dostarczała jeńców, sprzedawanych handlarzom za broń. Obyczaj, nakazujący ścinanie części jeńców branych w licznych wojnach, przyczyniał się do ograniczania niewolników sprzedawanych handlarzom. Wskutek tego liczba zmniejszyła się z około 20 tysięcy rocznie na początku XVII wieku do 12 tysięcy dwieście lat później. Mimo tego ilości były zatrważające.

Jak nakazywała wielowiekowa tradycja, dahomejscy chłopcy byli często oddawani na naukę starym, doświadczonym wojownikom. Od nich uczyli się władania bronią i poznawali zwyczaje wojenne, aż do momentu, kiedy byli na tyle dojrzali, by sami mogli zostać wojownikami. Dahomej był znany z posiadania elitarnego oddziału kobiet – wojowniczek zwanych Ahosi, a przez Europejczyków nazywanych dahomejskimi Amazonkami. Przykładanie wielkiej wagi do wyszkolenia wojskowego spowodowało, że XIX-wieczni podróżnicy, okrzyknęli Dahomej czarną Spartą.

Terytorium wiele razy próbowali bezskutecznie podbić Portugalczycy. Waleczni wojownicy zawsze stawiali zacięty opór. Jednak od połowy XIX w. Dahomej zaczął tracić znaczenie, jako regionalna potęga militarna. Zachęciło to w 1892 Francuzów do zajęcia tych terytoriów. Po dwuletnich walkach kolonizatorzy opanowali sytuację.

Część z nas zdobywa się na odwagę wstąpić do Świątyni Pytona, która jest głównym ośrodkiem vaudou. Dominującej w Beninie religii. W dużym pomieszczeniu jest ich kilkanaście. Leżą sobie na kamiennej podłodze i pełzają leniwie. Wchodzimy oczywiście do środka. Jak szaleć to na całego. Na pytanie opiekuna czy odważę się wziąć Świętego Pytona na ramiona, zawahałem się jedynie 3 sekundy. Raz kozie śmierć, przecież jechałem tutaj przez pół świata. Dziwne uczucie, kiedy człowiekowi po ramionach i karku przesuwa się cielsko węża. Trzeba go na dodatek podtrzymywać rękoma, aby nie zaplątał się dookoła szyi. Kiedy są już dwa trzęsące się wcześniej nogi, niemalże odmawiają posłuszeństwa. Masakra.

 

Ganvie, Benin

 

Pojechaliśmy do Ganvie. Jest to całkiem spora wioska rybacka wybudowana na palach w odległym krańcu jeziora Nokoue, nieopodal Kotonou. Wynajmujemy łódź i płyniemy nią kilkadziesiąt minut. Na wielkich rozlewiskach, w celach ochrony przed okrutnymi władcami Dahomej wybudowaną wioskę. Jest wielka i tłoczna. Organizacyjnie przypomina trochę Wenecję, ale w takim lokalnym wydaniu. Dom i malutka weranda na palach wraz z całym dobytkiem. Bawiące się lub pracujące dzieci. Rybacy i inni pomocnicy. Generalnie wszyscy zajmujący się codziennymi czynnościami. Dalej lokalny sklepik. Jest nawet kościół. Cała masa ludzi pływających pirogami we wszystkich kierunkach. Dzieci pływają także na powiązanych ze sobą, wypełnionych powietrzem butelkach typu PET. Wszystkie, jeśli tylko się zbliżą od razu wyciągają ręce krzycząc: no foto, cadeau, no foto cadeau. Ludzie nie chcą, aby ich fotografować. Dorośli zasłaniają twarze i krzycząc machają rękami. Przestaję się im dziwić.

Do granicy z Nigerią mamy jedynie 30 km. To tylko tak informacyjnie, gdyż nie jest ona na trasie naszej wyprawy. Kierujemy się na północ w poszukiwaniu noclegu. W pewnej przydrożnej wsi, dostrzegamy w pewnym momencie znak. Oberża Suvenir – 150 metrów. Idziemy sprawdzić, co i jak. Piaszczysta droga przez tropikalny las w całkowitych ciemnościach znacznie się wydłuża. Od czasu do czasu przejeżdża obok nas rozklekotany motorek ze światełkiem służącym prędzej, jako odblask niż reflektor. Utwierdza nas to w przekonaniu, iż dobrze idziemy. Po mniej więcej kilometrze pojawiają się pierwsze zabudowania. Pierwszy to knajpa. Masa murzynów w półmroku, ogląda kolejny mecz Mistrzostw Afryki. Dalej dom ze śpiącymi na progu dziećmi.

To jest okrutne. W każdym z krajów dzieci jest zatrzęsienie. Większość z nich sama zajmuje się sobą. Starsi zawsze opiekują się młodszymi, a młodsi tymi malutkimi. Kiedy przychodzi wieczór to takie widoki są normalnością. Dzieci potrafią spać gdziekolwiek. Czym różni się taka wieś od wsi w Mali, przy której spaliśmy? Religia, dostęp do alkoholu czy raczej lenistwo dorosłych? Tam ludzie o wszystko walczyli, aby się wyżywić. Tutaj natomiast pożywienia jest dużo. Owoce dostępne cały rok i na wyciągnięcie ręki.

Znajdujemy oberżę, jej warunki są niemalże spartańskie. Mało nas to jednak zniechęca, a cena, jaką udaje mi się wynegocjować jest ekstra. 5.000 CFA za wszystkich. Bierzemy jeden pokój, bardziej ze względu na łazienkę niż łóżko. Idę jeszcze na zewnątrz. Jest tam pewien stragano – bar, gdzie murzynka przyrządza jajecznicę. Jednak przy tej temperaturze i duchocie jedyne, na co mam ochotę to zimne piwo. Jakiś już czas temu zdałem sobie sprawę z tego, o czym zawsze pisał Kapuściński. W tropikach, w parnym i dusznym, gęstym jak wata powietrzu każdy wieczorem pije piwo. Nikt się nie upija, bo nie o to chodzi lecz o jego smak i właściwości. Woda przeleci przez organizm i nic nie zostawi, piwo natomiast ma pewne minerały, które zostają. A jedno trzeba przyznać. Jest smaczne.

Śpimy w namiotach na podwórzu pod wielkim avocado. Chciałbym mieć taki sad koło domu. Bananowce, mangowce i drzewa avocado. Grapefruity i pomarańcze a za murem plantacja ananasów. Żyć nie umierać.

Sama oberża przypomina adoptowane do tego celu cele. Ciemne i zatęchłe. Z pomieszczeniem bez dachu pełniącego funkcję łazienki na tyłach pokoju. Wodę donosi się we wiaderku z sadu a tutaj za pomocą będącej na wyposażeniu miseczki można zażyć chłodnego prysznica. Jestem coraz lepszy w zużyciu wody. Wiadro wystarcza na kąpiel a nawet pranie.

Nocą w namiocie jest istna sauna. Pot leje się strumieniami nawet ze środka ucha. Jestem bardzo twardy, lecz po 40 min daję za wygraną. Smaruję twarz muggą, rozpinam moskitierę i śpię z głową na zewnątrz. Przestaję zwracać uwagę na temperaturę, liczy się jedynie jakiś przeciąg. Delikatny ruch powietrza. Jak tak jest tutaj w porze suchej to o wilgotnej, aż boję się pomyśleć.

________________________________________

 

 

 

Dzień 29 - 24.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty.

Jest nieco chłodniej. Dwadzieścia kilka stopni, ale wilgotność w powietrza jak pod prysznicem. Nie potrzeba deszczu.

Rankiem jak to czasami bywa wśród miejscowych chcą od nas więcej kasy. Powód obsługa przyniosła wodę do łazienki. Uparli się i koniec. Idę i gadam z gościem, z którym wieczorem ustalałem cenę. Tak, tak, zgoda, ale uparł się, że to była usługa dodatkowa. Nie woda, ale fakt jej przyniesienia z sadu 20 metrów obok. Jesteśmy trochę poirytowani takim podejściem i odjeżdżamy. Ku naszemu zdziwieniu gonią nas na motorkach machając rękoma. Okrutne, ale umowa to umowa. Trudno, jedziemy dalej.

Główna arteria na północ w kraju jest szeroka i asfaltowa. Większość pojazdów do ciężarówki lub olbrzymie afrykańskie tiry. Różnią się od standardowych tym, iż na osiach wzmocnionych szynami położona jest podłoga i to wszystko. Wielka ciężarówka ciągnie po prostu taką przyczepę, która wyładowana jest do granic możliwości. Podejrzewam, że zawartość wagonu kolejowego bez problemu mieści się na jednej. Na całej masie towarów bardzo często siedzą ludzie. Przyzwyczailiśmy się do takich widoków. Największym mankamentem są jednak dziury. Droga bez porządnego podkładu, a pora deszczowa i te gigantyczne ciężarówki robią swoje. Pod cienką warstwą asfaltu od razu jest piach. Dziury czasami są tak głębokie, że zmieściłoby się w nich niemalże całe koło. Przejechanie 100 km zajmuje nam 4 godziny.

 

Abomey, Benin

 

Około południa jesteśmy w Abomey. Stolicy wojowniczego Dahomeju. Skwar jest niemiłosierny. Idziemy do pałacu królewskiego. Wewnątrz obowiązuje absolutny zakaz fotografowania. Przestrzegane jest to do tego stopnia, iż musimy zostawić w depozycie wszystkie aparaty. Pałac sam przypomina dużą wioskę opasaną wysokim murem. Niskie budynki, kryte strzechą pełniące różne funkcje. Każdy król budował sobie nowy tego typu pałac. Jak okrutni byli Ci władcy świadczy fakt, iż kilka budynków wewnątrz zostało wybudowanych w bardzo specyficzny sposób. Do zaprawy zamiast wody dodawano krwi jeńców złożonych w ofierze. Ludzie sprzedawani byli tysiącami, ale i tysiącami ginęli. Królowie państw, którzy odważyli się przeciwstawić władcy ginęli w okrutny sposób. Upamiętniają to liczne malowidła i płaskorzeźby. Niektóre prezentowane na nich tortury są nie do opisania. Szczytem jest Tron z Czaszek. Tak naprawdę jest to Tron władcy, którego każda z nóg podparta jest czaszką pokonanego króla. Niezłe było to Królestwo.

Robimy krótką przerwę w mieście. Z racji dominującej tutaj religii voudou normą jest odpowiedni targ, gdzie można kupić wszelkie fetysze. Zasuszona głowa małpy czy inny zwierząt to norma. Jaszczurki, łapy lub inne kończyny, ptaki i inne cudeńka.

Wracamy do Togo. Mieliśmy zostać do jutra, ale jakość dróg nie pozwoli nam dojechać daleko. Wiza natomiast ważna jest jedynie 48 godzin. Wieczorem jesteśmy na granicy. Tłum, zgiełk i wielki hałas. Identycznie jak wczoraj. Bardzo często celnik siedzi w cieniu a jego pomagier gania, udając ważniaka. Kiedy takiego ważniaka opierniczy się za coś biegnie wówczas do swojego szefa. Szczytem perfidii była próba wyłudzenia 1.000 CFA za podniesienie szlabanu. Taki biegający ważniaczek stanął bezczelnie przy samochodzie i tego zażądał. Trochę uodpornieni na tego typu zagrywki ostro postawiliśmy się. Nie i koniec. Jak Ci się nie chce to nie podnoś będziemy stać.

Inną ciekawostką są formularze. Każdy z nas musi wypełnić formularz, w którym podaje tak wiele danych. Wykonywany zawód jeszcze można zrozumieć, ale czasami trzeba podać ile ma się dzieci. Jeśli staramy się o wizę dodatkowo załączamy zdjęcie. Formularz przekazuje się urzędnikowi, który spokojnie przykleja zdjęcie i przepisuje wszystkie te dane do wielkie księgi. Obok siedzi drugi urzędnik, który ogląda paszport. Bardzo często wertując go kartka po kartce. Jak jakąś ciekawą lekturę, oglądając pieczątki i wizy z innych krajów. Czasami nawet o coś zapyta. Przeważnie o zawód. Jeśli wszystko jest prawidłowe to wkleja wizę. Podaje go następnemu, który to stempluje wizę. Między nimi czasami jest jeszcze jeden, który pobiera należność za wizę, wystawiając koledze obok taki malutki świsteczek. Czynności te wykonywane są przy kilku złączonych ze sobą stołach. Strasznie poważni i skrupulatni celnicy siedzą za nimi. Wszyscy obok siebie a petenci naprzeciwko nich. Na jednej z granic celnicy Ci wykonywali jeszcze jedną bardzo irytującą czynność. Mianowicie przekazując formularz, paszport czy wystawione pokwitowanie za wizę, zamiast przekazać z ręki do ręki chowali to w szufladach. Wszyscy siedzieli obok siebie i każdy z nich miał szufladę, wykonywał przydzielone mu obowiązki i papiery chował do szuflady. Kolega obok otwierał tę szufladę, wyjmował papiery i kontynuował czynności. Biurokracja pamiętająca XIX wiek.

W końcu udaje się nam przebrnąć przez wszystkie formalności. W okolicach 21 – ej jesteśmy ponownie w Hotelu Lola. Tym razem rezygnuję z dachu i ulegam pokusie spania w pokoju. Duchota, jaka panuje wewnątrz nie sprzyja jednak dobrze wypoczynkowi. Dodatkowo okrutnie gryzą mnie komary.

________________________________________

 

 

 

Dzień 30 - 25.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty pierwszy.

Jadę z Kenem taksówkami na pocztę, aby wysłać kartki. Znaczki są dosyć drogie jak na togijskie ceny 550 CFA za sztukę. Szkoda, żadna z nich nie dotarła do adresata. Nie dotarły także tutaj żadne przesyłki z Polski. Coś z tamtejszą pocztą jest nie tak. W Lome taksówka zabiera jedynie jednego pasażera, gdyż jest to motor. Stawka to 100 CFA za ok 2 km.

Pożegnaliśmy się z zaprzyjaźnioną obsługą hotelową i w drogę. Kierujemy się do Dapaong. Dżungla przechodzi w sawannę, a powietrze zmienia się z wilgotnego na suche. Ponownie jest coraz goręcej. Jak w piekarniku.

 

Pieczony szczeciniec, Togo

 

W przerwie bardziej z ciekawości niż z głodu, zatrzymujemy się przy drodze, gdzie miejscowi pieką dla podróżnych akrante. Jest to bardzo popularny tutaj szczeciniec. Nazwa nie wiele mówi, ale wygląda on jak przerośnięty szczur czy świnka morska. Oskórowany i wypatroszony, rozpostarty na patykach, wygląda jak ukrzyżowany. Prosimy jedynie o kęs, który szybko wypluwam. Miał dziwne i obrzydliwe, bardzo słodkawe mięso.

Tym razem w innej miejscowości zajadam się placuszkami ziemniaczanymi. Z patatów oczywiście. Panuje wielkie poruszenie. Dzieci z początku bojące się nas przełamują bariery i otacza nas mały tłum. Zaglądają przez szpary drewnianych ścian śmiejąc się serdecznie. Każde z nich chce mieć zdjęcie. Wśród nich pewien chłopak chodzi w koszulce Celticu Glasgow z nr 7 i nazwiskiem Żurawski. Próbuję dziwnego warzywa pieczonego na grillu. Nazwałem ją „trzy w jednym”. Rodzaj lekko twardawej bulwy, kształtu podłużnej cebuli. Smakiem jednak przypominała trochę czosnek, trochę ziemniaka i trochę cebulę. Wracając do auta otacza nas już tłum dzieci. Wyciągamy cukierki, ale w obawie przed bitwą dajemy je starszym kobietom, które były obok. Chyba najlepsze rozwiązanie. Bitwa i tak się rozpoczęła, lecz tym razem nie byliśmy w jej centrum.

Na nocleg zatrzymujemy się w Sotouboua. Hotelik, za którego murami szwendały się i przy okazji pasły świnie. Szczegół, że było tam wysypisko śmieci. Dawały sobie radę. Standardowo negocjujemy w miarę przyzwoitą dla nas cenę i jesteśmy popularnością wieczoru. Który to już raz moje pocztówki zrobiły furorę?

________________________________________

 

 

 

Dzień 31 - 26.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty drugi.

Przy tak długo zażywanym malarone nie mam apetytu. Codziennie rano zmuszam się jednak na cokolwiek, gdyż nie można go zażywać na pusty żołądek. Musi być bardzo silny. Dodatkowo należy pić przy nich dużo płynów. Takie skutki uboczne jak pojawiające się nagle kołatanie serca lub koszmary nocne nauczyłem się już ignorować. Jednak wstręt do jedzenia jest czymś, czego nie można zlekceważyć. Rankiem bezdyskusyjnie coś trzeba przełknąć. Cokolwiek. Prym wiodą dość popularne tutaj sardynki z puszki. Jednak po tych wszystkich dniach zbiera mnie już na wymioty, kiedy je próbuję. Czasami zapychamy się pieczywem i zupkami instant. Innym razem kostką rosołową rozpuszczoną w wodzie i kawałkiem bułki. W Ghanie, chociaż był słodki chleb, który z powodzeniem używany był do kawki. Tutaj jednak jemy to, co mamy a od dawna zostały tylko tak zwane zupki chińskie i kisielki. Kilka żelaznych racji zostawiliśmy na powrót przez pustynię i Europę. Generalnie, jeśli chodzi o wyżywienie to w Afryce nie ma z tym większych problemów. W każdej miejscowości ludzie coś gotują, smażą i sprzedają. Owoców i warzyw jest mnóstwo. Jednak nie robimy zbytnich zapasów. Jemy w lokalnych garkuchniach a podczas śniadania to co zostało ze skromnych zapasów.

Szczęściem powietrze, chociaż rankiem jest nieco chłodniejsze. Później zamieni się w palący niemiłosiernie skwar jednak rankiem można chwilę odsapnąć. Jeszcze zatęsknimy za tym ciepełkiem podróżując przez Europę. Licznik wskazuje przejechanych 12.000 km. Zaczynamy powrót, kierujemy się na północ.

Kiedy minęliśmy Karę zatrzymała nas policja. Zablokowali drogę twierdząc, że za chwilę przejeżdżać będzie tutaj jakaś ważna osobistość. Przez pół godziny utworzyła się całkiem niezła kolejka. Lokalny Hrabia w końcu pojawił się i pojechał dalej. Droga wolna.

Dojechaliśmy do rejonu Koutammakou. Zaraz przy wjeździe zatrzymaliśmy się na chwilę przy rzece, gdzie ludzie płukali złoto. Pokazano nam nawet wypłukany złoty piasek. Następnie wybraliśmy się jednej z wiosek uważanych z symbol Togo. Budynki z gliny wznoszone były przez zamieszkujący ten teren lud Batammariba. Większość budynków jest dwupiętrowa, spiżarnie na ziarno są pomieszczeniami o cylindrycznej podstawie i półkulistym zadaszeniu, niektóre domy mają stożkowe, inne płaskie sklepienia. Wszystkie są w pewien sposób ufortyfikowane, chroniąc dawniej mieszkańców przed władcami Dahomej. Daleko sięgały ich macki.

 

Koutammakou, Togo

 

W wiosce zaprezentowano nam miejscowy taniec i pokazano budynek wraz z dokładnym opisem, jakie funkcje pełniły wszystkie z pomieszczeń. Według lokalnych wierzeń i tradycji dawniej w każdej wiosce było siedem domów. W każdym mieszkała kobieta z siedmiorgiem dzieci. Żadnych mężczyzn. Od czasu do czasu odwiedzał swoje kobiety ich „Pan”. Kiedy zakończył inspekcję jechał do kolejnej wioski. Taki to miał życie, gdyż posiadał wiele takich wiosek.

W kolejnej wiosce stoi Święty Baobab. Miejscowi otaczają go wielkim szacunkiem, gdyż ochrania wioskę. Nie ma co, jest gigantyczny. Ma 1900 lat i patrząc na jego rozmiary nie podlega to dyskusji. Wewnątrz pnia mieści się z powodzeniem 8 dorosłych osób. Jest jasno, gdyż wysoko nad głowami jest naturalna, dużych rozmiarów szczelina. Wzorując się na Stasiu i Nel, śmiało można byłoby tutaj zamieszkać. Dajemy jeszcze dzieciom cukierki i jedziemy.

Wieczorem jesteśmy w Mango. Podczas prób szukania noclegu wpadam na genialny pomysł. Idę na komisariat policji zapytać czy jest coś w okolicy. Bardzo mili i niesamowicie zdzwieni policjanci okazali nam pomoc godną podziwu. Jeden z nich, motorem (z koleżanką jak pasażerką) eskortuje nas do Hostelu. Dodatkowo idzie i pomaga w cenowych negocjacjach. Okazuje się, iż za 10.000 + 2.000 CFA za prysznic od grupy, śpimy w bardzo przyzwoitych warunkach. Pozazdrościć tylko takiej policji. Standardowo, wieczorem wychodzimy na chwilowy rekonesans, po którym kładziemy się spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 32 - 27.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty trzeci.

Rankiem jest już przyjemnie chłodno. Trzeba nawet się przykryć. Powietrze jest przecudowne w porównaniu z terenami położonymi bezpośrednio nad zatoką gwinejską. Niektórym powoli nawet zaczyna wracać apetyt.

Dzisiaj w planach jedynie jazda. Dzień mija powoli a my podziwiamy mijane krajobrazy. Maleńkie wioski i sawannę. Jak codzienne kilka godzin po wschodzie robi się gorąco. Okryliśmy, że oliwa z oliwek wymieszana z jakimi tylko mamy przyprawami kamisa oraz odrobiną maggi, doskonale nadaje się jako maczałka dla pieczywa. Czasami jemy coś podczas jazdy. Czasami zatrzymujemy się na chwilę. Dzień mija powoli.

Pojawiają się ulubione przez żyrafy akacje. Pamiętam jak bardzo fascynowały mnie te drzewa, kiedy byłem dzieckiem. Widziane wówczas w telewizji wyglądały jakby ktoś równiutko, niemalże od linijki przyciął je od góry. Jak to możliwe myślałem? Obecnie widzę to na własne oczy i nie mogę się napatrzeć. Będąc nieodzownym składnikiem sawanny prezentują się rewelacyjnie. Dookoła trawa, jednak wysuszona, piasek natomiast we wszystkich odcieniach czerwieni. Troszeczkę pomieszane te kolory jednak tak właśnie wygląda typowa sawanna w tych rejonach. Zastanawiam się jak wielkiego szoku doznałaby tutejsza krowa, gdyby zobaczyła jak wyglądają pastwiska w Polsce. Padłaby na zawał serca.

Akacje mimo, iż w telewizji jednak kiedyś już widziałem. Jednak drzewo, które fascynuje mnie najbardziej to mangowiec. Drzewo, o którym wcześniej jedynie dużo słyszałem. Ponoć wioska, która takowe posiada nie ma problemów z brakiem jedzenia. Oczywiście, jeśli o owoce chodzi. Kiedy jednak głód zagląda do wsi, nikt nie narzeka, że odżywia się samymi owocami. Mangowiec jest ogromny i tak jak akacja o góry, to drzewo „przycięte” jest idealnie od dołu. Wyglądem przypomina z daleka gigantycznego grzyba lub odwróconą do góry dnem półokrągłą, głęboką misę, osadzoną na wielkim konarze. Wiecznie zielone, owocujące przez cały rok. Obok dojrzałych owoców, wiszą właśnie dojrzewające, wśród nich małe dopiero co wykształcone. Wśród panujących dookoła rdzawych czerwieni ziemi, piaskowych traw i zgniłych zieleni akacji one mają idealną zieleń. Zieleń dosłownie kującą oczy. Młode liście, aż się świecą odbijając światło. Drzewo potrafi być niesamowitych rozmiarów. Gałęzie są tak rozłożyste, iż pod nimi potrafi zmieścić się mała wioska. Taka afrykańska, z kilkunastoma chatami. Pod jednym drzewem.

Droga tak jak w Beninie tak i tutaj pozostawia wiele do życzenia. Asfalt wylany bezpośrednio na ubitą ziemię bardzo często świeci głębokimi dziurami. Czasami zbocza są wyjątkowo strome, co przy mijaniu ogromnych ciężarówek czyni jazdę niezwykle niebezpieczną. W okolicach małych miejscowości do tego scenariusza dodać należy całą masę wszędobylskich motorków, jeżdżących we wszystkie strony. Przy całodziennej jeździe staje się to bardzo męczące.

Przejście graniczne z Burkiną Faso w Cinkasse jest średnie. Mniej ruchliwe i całkiem spokojne. Całość zajmuje nam jedynie godzinę z małym haczykiem. Oczywiście od razu pojawiają się pomocnicy załatwienia wszelkich formalności. Tyle razy przechodziliśmy przez to, że odmawiamy. Damy radę. Cofamy się niestety jakiegoś punktu kontrolnego po brakującą pieczątkę na brakującym świsteczku. Jak tutaj nie skorzystać z oferowanej pomocy?

 

Burkina Faso

 

Po południu zatrzymujemy się w cieniu drzew na kawkę. Całodzienna jazda w tym upale daje się wszystkim we znaki. Żar lejący się z nieba zamienia auto w piekarnik. Potrzebujemy nie tyle odpoczynku, co chwili wytchnienia w cieniu i przeciągu. W oka mgnieniu dookoła robi się niezłe zbiegowisko. Znaleźliśmy jednak super miejsce na zdawałoby się odludziu, więc nie rezygnujemy. Robimy kawkę i relaksujemy się w cieniu eukaliptusów będąc główną atrakcją miejscowych. Widocznie gdzieś na tym odludziu, była jakaś wieś. Przychodzi do nas nawet wielu starszych. Ludzie są całkowicie inni niż w miastach. Podobni do tych sprzed wielu, wielu dni w Mali. Są grzeczni i mili, a ciekawość to normalna sprawa. Jeżeli niedaleko mojego domu zatrzymałby się bus pełen murzynów, także poszedłbym ich zobaczyć. Proszą, aby zrobić im zdjęcia. Dzieci i starsi bez wyjątku. Mamy przepiękną sesję zdjęciową. Nikt nie protestuje i każdy się śmieje. Ludzie nie skażeni przez turystów. Sprawdzoną metodą dajemy starszym woreczek cukierków, które to zostały podzielone szybko i sprawiedliwe. Żegnamy się i w drogę.

Krótko po zmroku dojeżdżamy do Ouagadougou. Pierwszy hotel okazuje się totalną klapą. Cena za osobę przewyższała dwukrotnie stawkę, jaką płaciliśmy przeważnie za całą grupę. Przy drugim już było lepiej. Penssion Saraha. 5 osób w pokoju reszta w aucie na placu przed hotelem. Łazienka dla wszystkich, czyli standard. Wychodzimy jeszcze na wieczorny obchód miasta. Jest całkiem ciekawie. Nie przeszkadza mi już fakt, iż chodzę sam wśród gapiących się tubylców. Wieczorny relaks i spanie.

________________________________________

 

 

 

Dzień 33 - 28.01.2012

 

Pobudka. Coś mnie obudziło. Jakiś hałas. Motor, stukot, dalej jakiś zgrzyt i pokrzykiwania. Leżę i dochodzę do siebie. Wygrzebuję się powoli, otwieram drzwi i wchodzę na siedzące na ławce dziecko. Co jest nie tak? Patrzę i nie wierzę. Plac przy hotelu zamienił się tętniące życiem targowisko. Teraz to dopiero byliśmy atrakcją. Przy samochodzie kobieta robiła coś do jedzenia, miała kociołek na palenisku i od razu gotowała. Obok na ławeczce bawiło się małe dziecko. Dalej ktoś handlował zieleniną. Obok czymś innym. Kiedy doszedłem do siebie, bez zbytniego pośpiechu ubrałem się i poszedłem zobaczyć jak prezentuje się targ. Dawno temu przestałem zwracać uwagę na pokazywanie mnie palcami. Handlarze podobnie jak my długo będą to wspominać.

Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty czwarty.

Wśród ponownie lejącego się z nieba żaru dzień mija na jeździe. Krótkie postoje, jakieś jedzenie, kawka, cukierki dla dzieci, czasami zimne piwko. Lokalna atrakcja wśród miejscowych i tak mija połowa dnia. Ponownie zajadamy się pieczywem maczanym w maczałce z oliwy. Docieramy do Bobo-Dioulasso. W końcu udaje nam się zwiedzić gliniany meczet. Legalnie oczywiście. Wielki Meczet z 1880 roku udostępniony jest dla zwiedzających. Wewnątrz wygląda niepowtarzalnie. Prostokątne kolumny podpierające strop, stoją w dwumetrowych odstępach od siebie. Podłogi zasłane oczywiście dywanami lub kolorowymi matami. Zwiedzając odnosi się wrażenie, że to nie meczet, lecz labirynt.

 

Festiwal Masek, Ouagadougou, Burkina Faso

 

Idziemy na dach. Jak zwiedzać to od razu kompleksowo. W mieście odbywa się wielki festyn. Festiwal Masek. Uroczo wystrojone dzieci idą w paradzie ulicami przez miasto. Za nimi kolorowo ubrane, tańczące kobiety. Wszystko przypomina karnawał z Rio tylko wykonawcy są czarni. Mężczyźni w dziwnych strojach i jeszcze dziwniejszych maskach wykonują skomplikowane tańce. Im taniec bardziej zwariowany tym lepszy. Każdego po jego wykonaniu muszą łapać koledzy, gdyż nie ma siły ustać na własnych nogach. Nasza pozycja na dachu jest idealna. Wszystko mamy jak na dłoni. Wielka parada, tańce i śpiewy.

Jeden raz w Ouidah, w Beninie widziałem murzyna albinosa. Krótko gdyż przejechaliśmy obok niego. Tutaj natomiast jeden z organizatorów dotknięty był tą skazą. Miałem okazję bliżej się temu przyjrzeć. Chłopak z murzyńskimi rysami, ustami i nosem jednak ze skórą białą jak mleko. Strasznie to wygląda. Szczęściem dla niego, nie mieszka w Nigerii. Tam na albinosów urządza się polowania a z jego zasuszonych członków wykonuje się fetysze.

Idziemy do starego miasta. Podzielone jest na cztery części. Muzułmańską, chrześcijańską, animistów i artystów. W każdej z nich ludzie żyją jak we własnym świecie. Bez wzajemnych kłótni i waśni. W jednej z części częstują nas piwem z prosa. Smakuje jak wymieszane piwo i wino. Chłodne i kwaśnawe jest nawet smaczne. Przewodnik oprowadza nas po wszystkich częściach. Opowiadając to i owo. Jednak za punkt honoru, jaki sobie obrał to sklepiki lub kramy, gdzie zawsze nas prowadzał. Kiedy zwróciliśmy mu uwagę udawał wielce zdziwionego.

W dzielnicy artystów byliśmy w kuźni, w której pracowały dzieci. Małe kilkoro, w okolicy 8-10 lat. Umorusane, dmące w miechy, kujące i wykonujące inne prace. Chłopczyk, z którego czarnej i brudnej twarzy świeciły się tylko białe oczy mówił jedynie: „Mister, photo please”. Dzieci, które od maleńkiego uczone są ciężkiej pracy. Jeżeli dostaną cokolwiek od razu jest to zabierane przez dorosłych. Serce pęka z żalu.

Znaleźliśmy sklepik, gdzie uzupełniamy zapasy. Śpimy gdzieś na dziko w okolicach Banfory.

________________________________________

 

 

 

Dzień 34 - 29.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty piąty.

Dzisiaj trekking po okolicach Banfory. Jako pierwsze odwiedzamy Skalne Domy. Wyrzeźbione i ukształtowane przez deszcz i wiatr przypominają formacje z Kapadocji. Znacznie mniejsze jednak nie mnie ciekawe. Barwą przypominają zaschłą lawę wulkaniczną.

Od kilku dni spotykamy drzewa z dziwnymi owocami. Koloru bladej czerwieni, kształtem przypominającym małą, słodką paprykę i gruszkę. Zamiast ogonka mają zakrzywioną, grubą narośl wielkości kciuka dziecka. Zdobywam się na odwagę i próbuję. Są niesamowicie soczyste. Smakiem przypominają truskawkę i słodką paprykę. Wystarczy mocniej chwycić a sok cieknie z nich ciurkiem. Dowiedziałem się później, że jest to Nere, jabłko nerkowca. A owa narośl na wierzchu zamiast ogonka jest orzechem. Jest jednym z nielicznych drzew, które rodzi dwa rodzaje owoców.

Miłą niespodzianką są Kaskady Karfiguela. Po skwarze, którym codziennie uracza nas Afryka mamy tutaj chwilę wytchnienia. Idąc aleją obsadzoną największymi mangowcami jakie widzieliśmy, dochodzimy do kaskad. Skwar jest identyczny, lecz przesiąknięte wilgocią powietrze sprawia, iż mniej go odczuwamy. Bez problemu można tutaj wykąpać się czy chodzić po całych kaskadach. Wszystko oczywiście w granicach rozsądku, gdyż urwiska są bardzo wysokie. Nie chce nam się wręcz wracać do samochodu.

Podczas powrotu, pod największymi, jakie widzieliśmy mangowcami pewna kobieta sprzedaje owoce. Podobne do zielonych kokosów, lecz z liśćmi na wierzchu. W środku jednak jest miąższ konsystencją przypominający przeźroczystego gluta o bliżej nieokreślonym smaku. Próbuję i żyję, więc jadalny.

Banfora. Tutaj zatrzymujemy się w centrum na krótki rekonesans. Targ jest tym co cieszy najbardziej w takich miastach. Jest centrum życia miejscowości. Niby taki sam jak wszędzie, ale drugiej strony inny, niepowtarzalny. Ludzie ciekawi i mili. Bałagan oczywiście nie do opisania, lecz jest to nieodzowny element ich codzienności. W przeciwieństwie do Arabów nikt nie jest natarczywy. Zachęcają do kupna jednak to wszystko. Kobiety ubrane są w tak barwne stroje, że nie można nasycić wzroku. Mężczyźni nieco mniej, jednak i u nich widać zamiłowanie do barw. Jedni i drudzy włożyli na siebie to co mieli nowego. W tym wszędobylskim kurzu i pyle, stroje te są tak czyste, jakby dopiero co przyniesione od krawca. Wyblakłe – pojęcie takie nie jest znane w tych stronach. Drugą sprawą są ozdoby. Noszą je oczywiście wszyscy. Nie potrafiące chodzić niemowlęta mają pozakładane na rękach ciężkie bransolety. Łańcuszki w pasie i grube kolczyki. Kobiety mają taką ilość ozdób, iż kiedy idą to wszystko brzęczy. Wielkie czasami jak dłoń kolczyki, łańcuszki, bransolety itd.…

Tutaj w przeciwieństwie do innych można kupić suszone ryby. Ryby wielkości naszych szprotek, jedynie wypatroszone i wysuszone na słońcu. Wrażenie, jakie odczuwa się podczas jedzenia to zmurszałe drewno o smaku ryby.

Do Jeziora Tengrela pojechaliśmy zobaczyć hipopotamy, jednak bestie pochowały się gdzieś. Znalazł się od razu chętny, że za pewną opłatą nam je pokaże. Jednak nie był zbyt przekonywujący a i cena, jaką zaproponował lekko nas zirytowała. Trudno, podziękowaliśmy mu.

 

Skalne Igły, Burkina Faso

 

Skalne Igły. Podobne formacje skalne do Skalnych Domów, jednak z piaskowca. W znacznej mierze dotknięte ręką czasu i wiatru, przypominają i wglądają właśnie jak ostre iglice. Słońce chyliło się ku zachodowi i przy czerwonych piaskach sawanny i wydłużających się cieniach prezentowały się bardzo imponująco.

W wiosce niedaleko Iglic znajdujemy nocleg. Burkina Sindou Hotel bezapelacyjnie spełnia nasze minimalne wymagania. Prowadzi do młode małżeństwo i mając do dyspozycji kilka malutkich budyneczków. Czy ktoś tutaj kiedykolwiek zagląda? Ciekawostka. Jesteśmy jednak mile zaskoczeni, gdyż 8.000 CFA za wszystkich mamy wygodny nocleg, prysznic i tanie jedzenie. Misa kuskusu, jaką nam przygotowano wystarczyłaby dla trzydziestu osób. Wszyscy jednogłośnie uznaliśmy go najlepszym, jaki jedliśmy.

Noce są już przyjemnie chłodne, śpię więc pod gwiazdami. W nocy udaje mi się w końcu zobaczyć Krzyż Południa. Zawsze myślałem, że jest jakiś malutki i takiego szukałem a tutaj niespodzianka. Jest jedynie trochę mniejszy od Dużego Wozu.

________________________________________

  

 

 

Dzień 35 - 30.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty szósty.

Rankiem okazało się, iż spałem pod gniazdem szerszeni. Szczęściem one spały także. Dzisiejszy dzień to jazda. Rankiem chód  chwilę po nim skwar. Zatrzymujemy się co jakiś czas robiąc krótkie przerwy. Czasami coś wypijemy, innym razem coś zjemy, następnie dalej w drogę. W jednym z miasteczek za 100 CFA dostaję miskę ryżu polaną sosem. Niby codzienność, ale w pamięci utkwiła mi mina córki, którą ojciec pogonił do roboty. Obrażona miała problemy z podaniem jedzenia białemu. Druga z kolei nie chciała wydać reszty. Oberwało się im od ojca jak diabli.

 

Przejście graniczne, Burkinna Faso - Mali

 

Granica Burkina Faso – Mali była najlepszą, jaką mijaliśmy. Na kompletnym odludziu wzbudziliśmy chyba pewną sensację. Nic nie wypełnialiśmy tylko zaproszono nas do namiotu. Przyniesiono wielki gar ryżu z mięsem, rozdano miski i smacznego. Najmilsze pół godziny spędzone z celnikami. Pogadaliśmy, najedliśmy się a oni w tym czasie zerknęli na paszporty. Wjechaliśmy do Mali.

Jesteśmy około 180 km przed Bamako. Uznając to za najlepszą opcję, postanowiliśmy poszukać noclegu przy jednej malutkich wsi. Tym razem wszedłem do środka i zapytałem o Patrona. Ku mojemu zdziwieniu wyszedł mniej więcej mój rówieśnik. Wyraził zgodę i rozbiliśmy się namioty na sawannie w sąsiedztwie budynków. W nocy było wesele. Tańczyli i śpiewali do 4 – tej rano. Kusiło nas trochę, aby pójść, ale rozsądek przewyższył. Położyliśmy się spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 36 - 31.01.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty siódmy.

Nie mogę patrzeć się już na sardynki. Jem jedynie tyle, aby przyjąć bezstresowo leki. Idziemy w trójkę rozruszać zastałe jazdą kości. Reszta zwinie obóz i zgarnie nas po drodze.

 

Kobiety ubijające kukurydzę, Mali

 

Zaglądamy jeszcze na chwilę do wioski, aby pożegnać się i podziękować. Kobiety ubijają akurat kukurydzę w naczyniach, jakie używane są tutaj od zawsze. Jedna z nich pyta mnie czy chcę spróbować. Nieźle muszą się napracować gdyż drąg ten sporo waży.

W południe jesteśmy w Bamako. Pierwsze co robimy to Ambasada Mauretanii. Koszt wizy sprawia, że odpuszczamy i odkładamy jej kupno na Dakarze. Idziemy do Muzeum Narodowego zamkniętego poprzednim razem. Za bilet płacimy 5 razy więcej niż malijczycy. Istne zdzierstwo. W środku przyznać trzeba jedno, ciekawe jest jednak z ilością eksponatów to nie zaszaleli. Są i wspaniałe maski i najprzeróżniejsze wykopaliska. Są nawet dawne tkaniny. Jednak przypomina to bardziej wystawę niż muzeum. Obchodząc wszystko najwolniej jak tylko można godzina to zdecydowanie za dużo.

Zahaczamy jeszcze o targ, gdzie jakimś cudem lądujemy w tym samym sklepiku co niecały miesiąc temu. Chociaż targowanie było krótsze. Kiedy wyjeżdżaliśmy z targu pewien chłopak zaglądnął przez otwarte okno i podał mi woreczek wody. Zażartowałem czy jest to cadeau. Przytaknął, więc ją wziąłem. Bardzo źle, bo miałem później wyrzuty sumienia.

Szukamy noclegu. Przytulny hotelik Jamelo, z którego dobrodziejstw korzystaliśmy poprzednio jest poza naszymi możliwościami finansowymi. Mamy namiary misji katolickiej, która wynajmuje pokoje. Spaliśmy w najróżniejszych miejscach. Na pustyni, w wiosce, obok wioski, u tubylców i u obcych ludzi, przy posterunkach policji a kiedyś spałem nawet w meczecie. Nigdy jednak nie odmówiono nam noclegu. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. Misja Katolicka w Bamako, mimo posiadania wolnych pokoi, mimo oferty, iż nie chcemy nic za darmo i za to zapłacimy pożegnała się z nami. Kiedy poprosiliśmy o zgodę na pozostawienie auta na parkingu na 2-3 godziny, aby w spokoju poszukać czegoś innego wyproszono nas z Misji. Na koniec byli strasznie zniesmaczenie, kiedy wytknęliśmy im to i owo. Katolicy na pokaz handlujący piwem.

Pojechaliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu oddać butelki po piwie. Blisko miesiąc a zostaliśmy zapamiętani. Nie wiem czy przez kolor skóry czy przez ilość butelek, jakie oddawaliśmy. Mali a sklep libański, prowadzony przez libańską rodzinę. Mając budżet na wyczerpaniu, na nocleg pojechaliśmy tym razem od razu do „Oberży nad Rynsztokiem”. Po wynegocjowaniu zadowalającej ceny zostaliśmy. Krótkie spacery po okolicy zakończone poszukiwaniem grilla. Mięso pieczone na beczce jest przecież takie smaczne. Nie rozumiem, co mi kiedyś przeszkadzało. Dzisiaj jeden z nas ma urodziny, więc świętujemy. Pękł wieziony przez pół Afryki Krupnik a zaproszony właściciel oberży stał się od tej pory naszym kumplem. Idąc spać, przykryłem się moskitierą.

________________________________________

 

 

 

Dzień 37 - 01.02.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz dwudziesty ósmy.

Całą noc coś niesamowicie mnie gryzło. Moskitiera osłaniała przed komarami, w życiu jednak nie pomyślałbym, że materac będzie pełen pcheł. Musiało ich być tam całkiem sporo. Mam nadzieję, że nie roznosiły żadnej choroby.

Wyjeżdżamy z Bamako. Przebijamy się przez wielkie miasto wypełnione po brzegi wszelkiej maści pojazdami oraz pieszymi. Nagle coś się dzieje. Jakiś zgiełk i zbiegowisko. Ktoś na kogoś wrzeszczy i wygraża trzymając wielki kamień w ręku. W oddali na drodze ustawiona jest blokada z dużych kamieni. Co się dzieje? Czekamy chwilę, po czym zawracamy. Jedziemy inną drogą. Przebijamy się ponownie przez miasto. Wielkie i zatłoczone. Zajmuje nam to godzinę, może i więcej. W pewnym momencie, wśród panujących korków ktoś zagląda przez otwarte okno. Daję odpocząć dręczącemu sumieniu i oddaję chłopakowi wodę. Całą butelkę za wzięty wczoraj woreczek. Zdziwił się bardziej niż ja. Pamiętam jedno z powiedzeń mojej babci: „Zapamiętaj: Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze”. Święte słowa.

 

Zamieszki, Bamako, Mali

 

Na drodze wyjazdowej pojawiają się tłumy. Wyrastają nagle wielkie kamienie i krawężniki ułożone przez jej szerokość. Kierowcy, który dłużej zastanawiają się co zrobić, zostają zablokowani, gdyż blokady powstają w szybkim tempie co kilkadziesiąt metrów. Ludzie jeszcze bardziej agresywni, niż rankiem. Próbujący mimo zakazu przejechać samochód zostaje pozbawiony szyby. Inny pojechał bezdrożami prowokując pościg. Co się dzieje? Tłum z wielkimi kamieniami w dłoniach czekający tylko na pretekst. Zawracamy. Jedziemy do ambasady naszych zaprzyjaźnionych sąsiadów. Niemcy jak to Niemcy, nie wpuścili nas nawet do środka. Jednak pracownik Ambasady pofatygował się, aby z nami porozmawiać. Nikt nic nie wie. Radzi abyśmy przeczekali kilka dni w jakimś bezpiecznym miejscu. Jeśli zrobi się niebezpiecznie to oczywiście nam pomogą, lecz teraz nie powinniśmy się przejmować.

Jedziemy jeszcze raz do miejsca gdzie byliśmy rano. Przebijamy się przez miasto. Ponownie w skwarze przebijamy się przez wielkie i zatłoczone miasto. Dziwne, że wielo – milionowa metropolia ma tylko kilka dróg wyjazdowych. Co robić? Nie będziemy się przecież cofać. Jakikolwiek objazd to wiele setek kilometrów. Tylko czy to dzieje się jedynie w Bamako czy w innych miastach także? Przejechała wojskowa ciężarówka wypełniona po brzegi żołnierzami. Chyba coś się klaruje. Ludzie rozbiegli się a żołnierze pojechali dalej. Pojawiły się płonące opony. Coraz większy tłum i co chwilę jakieś burdy przy blokadach. Dowiadujemy się, że to protesty przeciwko wysyłaniu wojsk na północ. Ponoć krwawo stłumiono tam rebelię Tuaregów.

Wracamy do „Oberży nad Rynsztokiem”. Miny mamy nietęgie. Tutaj także nic nie wiedzą. W TV żadnych informacji. Jedynie to, co już wiemy. Oglądamy Copa Africa. Mecz Mali – Botswana przyciąga wielu kibiców. Zwycięzca może być tylko jeden. Mali wygrywa 2-1. Wszyscy świętują a my idziemy spać. Umawiamy się, że spróbujemy sforsować barykady o 5 – tej rano.

________________________________________

 

 

 

Dzień 38 - 02.02.2012

 

Pobudka.

Jedziemy jeszcze w ciemnościach. Nie ma korków i tłumów. Docieramy w miarę szybko do interesującego nas miejsca. Cisza i spokój. Kamienie porozsuwane. Gdzie nie gdzie leżą niedopalone opony. Udało się. Co kilka kilometrów scenariusz powtarza się. Blokad tych musiały być wczoraj dziesiątki. Ciekawe czy reprezentacja Mali przyczyniła się do tego, że wszędzie jest taka cisza. Boimy się zatrzymać, jedziemy jak najdalej w miasto. Jedziemy i obserwujemy. Po około dwóch godzinach zatrzymujemy na śniadanie. Przekraczając zalecaną przez GlaxoSmithKlain dawkę, zażywamy malarone po raz dwudziesty dziewiąty. Ci co go biorą, nie mogą się już na niego potrzeć.

Dzisiaj, siedząc spokojnie w domu wiem, że 21 marca dokonano tam przewrotu. Wojsko przejęło władzę a większa część Mali po oderwaniu się od kraju, ogłosiła niepodległość. Prezydent i rząd został obalony, zawieszone zostały swobody obywatelskie a granice zamknięto. W Bamako zginęło wiele osób podczas strzelanin a wiele krajów ewakuowało swoje ambasady.

W okolicach południa zatrzymujemy się w miejscowości Diema. Taki krótki rekonesans połączony z rozprostowaniem kości. Za 200 CFA można zjeść bułkę z jakąś dziwną papką, mięsem, cebulą i warzywami. Mają tutaj całkiem oryginalny targ. W brudzie i pyle oraz wszędobylskich śmieciach miejscowi handlują sobie dobrami. Można kupić coś do zjedzenia i ubrania. Można załatwić wiele spraw. Widziane targi uodporniły nas na podobne widoki, lecz ten jest niepowtarzalny. Pierwszy raz widzimy tutaj kobiety Tuaregów. Zdobią One włosy ozdobami podobnymi do monet. Wiszą one całymi pasami po bokach twarzy. Jedyna nacja gdzie twarze zasłaniają mężczyźni a kobiety nie.

 

Baobaby, Coulombo, Mali

 

Droga znacznie pogarsza się. Jedziemy znacznie wolniej. Od pewnego już czasu mamy problemy z uruchomieniem auta. Parkując nie wyłączamy silnika bądź ustawiamy się na górce. Czasami pomagają nam miejscowi. Oby tylko dojechać do Europy. Bliżej Senegalu przekonujemy się, dlaczego nazywają go krainą baobabów. Wśród bezkresnej sawanny aż po horyzont widać jedynie je. Nigdy nie rosną w grupach, lecz samotnie. Czasami widzimy kilka. Dalej jest ich już kilkanaście. Wyglądają niesamowicie, niby drzewo, niby wielki korzeń lub gigantyczny imbir. Małe i duże. Jest ich zatrzęsienie. Jeżeli kilkaset metrów odległości między drzewami można nazwać lasem, to jest to właśnie las baobabów.

Granicę z Senegalem przekraczamy w Kidira. Już po zmroku dojechaliśmy do przejścia granicznego. Jazda w ciemnościach jest niebezpieczna, ale przekraczanie granicy to coś znacznie gorszego. Wśród dziesiątek próbujących się wzajemnie wyprzedzić ciężarówek. W kurzu i pyle tak wielkim, że widać czasami jedynie kilka metrów. Tutaj mundurowy to bożyszcze. Może zrobić co chce. Nie interesuje go zbytnio pomoc. Masz mieć obowiązkowy zestaw pieczątek i formularzy. Gdzie je zdobyć to sprawa interesanta. Czasami człowiek jeździ jak oszalały, małymi i krętymi drogami. Wśród rozwalających się chatynek i handlarzy drogami, które powstały po rozjeżdżaniu pola przez ciężarówki. Często przejście graniczne to taki bezładny bazar. Żebrzące dzieci i dorośli, którzy potrafili budzić je kopniakami. Tak właśnie wyglądało przejście graniczne w Kidira.

Dopatrzono się braku pewnego papierka i nieugięty urzędnik dał nam 48 godzin na przejechanie Senegalu. Szczęście w nieszczęściu zostaliśmy wpuszczeni. Jedziemy do Dakaru.

________________________________________

 

 

 

Dzień 39 - 03.02.2012

 

Całą noc jedziemy do Dakaru modląc się, aby wizy do Mauretanii udało się załatwić w jeden dzień. W przeciwnym razie będziemy w d… i to bardzo głęboko.

Rankiem zapychamy się sardynkami i bierzemy po raz trzydziesty malarone. Po ciężkich przeprawach przez zakorkowane miasto znajdujemy Ambasadę Mauretańską. Miły i niesamowicie spokojny urzędnik zakomunikował nam, iż zajmie to 3 godziny. Wyskakujemy z kasy, plujemy sobie w brodę, że nie kupiliśmy dawno temu w Rabacie wizy dwukrotnej. W bezsensowny sposób pozbywamy się 30 Euro więcej. Widocznie tak miało być.

Spędzamy dzień kręcąc się po mieście. Położony w strategicznym miejscu Dakar jest wielki miastem. Aleje nie odbiegają dalece od tych w Paryżu. Przynajmniej nie w ścisłym centrum. Nie mając pomysłu co robić, idziemy zobaczyć pałac prezydencki. Akurat trafia się uroczysta zmiana wart.

 

Kilf i Atlantyk, Dakar, Senegal

 

Ocean z wysokich klifów ponownie prezentuje się okazale. Mógłbym patrzeć się na niego bez końca.

Cztery żerdzie przykryte płachtą pocerowanego materiału. W środku siedzi jedyna gruba murzynka, jaką spotkałem. Otoczona jest kilkunastoma garami. Od największych do najmniejszych. Przed nią na ławce siedzi kilku klientów z miskami. To jedna z garkuchni, jakie spotkaliśmy spacerując po Dakarze. Kucharka pokazuje co ma w każdym garze i używając ręki zamiast chochli nakłada to co chcemy. Czasami wkłada rękę głębiej i zamiesza wyciągając lepsze kęsy z samego dna. Wydawana reszta aż błyszczy się od tłuszczu. O klejeniu się nie ma nawet sensu wspominać. Siadamy obok i jemy, nie wiedząc nawet co. To jest przeżycie.

Kręcimy się po okolicznych ulicach. W oddali widać wielki meczet, z którego muezin wzywa wiernych do modlitwy. Idziemy i otwieramy usta ze zdziwienia. Czegoś takiego to nie widziałem nawet w Iranie. Wszędzie jak okiem sięgnąć, na baczność stoją ludzie. Wszyscy jak jeden mąż obróceniu w tym samym kierunku. Na chodnikach, skwerach i trawnikach. Na placu przy meczecie i brzegach ulic. Są ich setki. Rozpoczyna się modlitwa i wszyscy jak na komendę kłaniają się jednocześnie. Prostują i klękają. Kłaniają, prostują itd… Nikt nie zwraca na nas uwagi jednak głupio robić im zdjęcia. Fotografuję ich jedynie pamięcią. Czynności, jakie wykonują przypominają filmiki z chińskich fabryk. Setki modlących się osób w centrum miasta.

Odbieramy wizy i jedziemy do Saint Louis. Dziewczyny nie wiadomo gdzie poznają Ibrahima. Zapytał gdzie jedziemy i czy może zabrać się z nami. Dlaczego nie? Mamy więc towarzystwo. Uracza nas rozmową opowiadając to i owo. My opowiadamy mu o Polsce. Pomaga, gdy kupujemy coś od przydrożnych handlarek. Nikt nas nie skubie.

W Thies prowadzi nas do znajomych swojego ojca próbując znaleźć nocleg. Po dłuższej i miłej pogawędce, bardzo dystyngowany i budzący szacunek muzułmanin jednak odmawia. Twierdzi, że nie jest to zgodne z zasadami i komfortem jego rodziny. Szanujemy jego decyzję i odjeżdżamy. Wielka szkoda, gdyż dom jaki posiadał, był bardzo ciekawy. Pod każdym względem muzułmański. Daje nam jednak adres taniego hotelu. Tam jednak chcą złupić nas z kasy, więc pojechaliśmy dalej.

Na drodze panuje wielki ruch. Coś niesamowitego. Jeden wielki korek. W sześć godzin przejeżdżamy jedynie 30 km. Wszyscy gdzieś jadą. Auto za autem. Ibrahim tłumaczy nam, iż dzisiaj jest muzułmański koniec roku. Ludzie jadą świętować to gdzieś nad ocean. Zapowiada się więc na dłuższy postój. Skręcamy w pierwszą lepszą drogę zamiarem przenocowania na dziko. Szczęściem trafiamy na sad, gdzie pozwolono nam rozbić namioty. Muzułmanin mieszkający tam z rodziną zaprasza 8 obcych mu osób na noc. Ciekawe, co na to Misja Katolicka w Bamako?

Wymęczeni kładziemy się spać.

________________________________________

 

 

 

Dzień 40 - 04.02.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz trzydziesty pierwszy.

Jedziemy do Saint Louis. Po drodze Ibrahim opowiada o swojej organizacji religijno – biznesowej. Jest pochodzącym z Touby Mouridem. Bractwo to zostało założone pod koniec XIX wieku przez Amadou Bambę. Obecnie grupa stowarzyszająca około 3 mln członków na całym świecie. W Senegalu kontrolują najważniejszą gałęź przemysłu, uprawę i handel orzeszkami ziemnymi oraz handel uliczny. Nie mają oni systemu sądowniczego, podatków, banków czy policji. Żyją według własnych zasad. Handlują między sobą a coś takiego jak oszustwo jest dla nich czystą abstrakcją. Podstawową wartością w ich społeczności jest zasada, iż raz dane słowo obowiązuje na zawsze. Według mnie godne naśladowania. Najwyższy czas rozważyć przeprowadzkę do Touby.

Robimy sobie chwilę przerwy przy drodze. Na poboczu leży potrącony przez samochód osioł. Dookoła zebrał się już masa sępów. Zaczynają ucztę. Jako pierwszy podejść może „prezes”, który krótko i zwięźle prezentuje niecierpliwcom swoją wielkość. Następnie kolejne dobierają się do truchła. Sesja fotograficzna jaką organizujemy jest nieziemska.

W między czasie Ibrahim umył sobie zęby. W Afryce szczoteczek do zębów używają chyba jedynie turyści. Miejscowi mają patyczki z pewnego specyficznego drzewa. Długie na 10-15 cm grubości mniej więcej ołówka. W pierwszej kolejności gryzie się jeden z końców do czasu otrzymania czegoś w styli pędzelka. Następnie tym pędzelkiem szoruje się zęby. Długo i porządnie, nie zwracając na wypełniające usta strzępy drewna. Oczywiście można wówczas mówić, gdyż nikomu to nie przeszkadza. Po około 15 minutach szorowania płuczę się usta wodę i gotowe. Dla nas to obrzydliwe a dla nich początek dnia. O zęby dbają wszyscy. I starsi i dzieci, bez wyjątku.

Nie możemy napatrzeć się na Senegalki. Bez wątpienia są najładniejszymi kobietami, jakie widzieliśmy w odwiedzonych krajach. Wszystkie bez wyjątku wysokie i szczupłe z pięknymi rysami twarzy. Nie ważne, jaką miejscowość mijamy. Napotkane kobiety ubrane są w stroje tak eleganckie, jakie u nas widuje się jedynie na balach. Mieniące się kwieciste kolory, aż kłują w oczy.

 

Główna droga, Tivaoune, Senegal

 

W Tivaoune przez chwilę nieuwagi władowaliśmy się do centrum miasta. Odbywał się akurat targ noworoczny. Nie wiem jak to się stało, wjechaliśmy w samo jego centrum. Nie było opcji, aby zawrócić. Całość opisać można jedynie w następujący sposób. Tłum, jaki jest u nas podczas procesji w uroczystość Bożego Ciała przechadzający się wśród ustawionych po obu stronach drogi straganach. Nie można było tam normalnie przejść. My jednak wjechaliśmy tam busem. Nawet nie wiem ile czasu zajęło nam przejechanie tych dwóch kilometrów. To, co widzieliśmy to nasze. A i dziękujemy Bogu, że nikogo nie potrąciliśmy i nic nie zostało uszkodzone. Lincz wówczas byłby murowany.

 

Gdzieś po drodze do Saint Louis, Senegal

 

Około południa dotarliśmy do Saint Louis. Pamiętając fiszki z Mauretanii, poszedłem skserować ich trochę. A następnie zwiedzić miasto. Bardzo mi się podobało. Kręcę się oczywiście po porcie i plaży. Spokojne i senne. Pod wieloma względami przypominało mi Hawanę, jaką widziałem wielokrotnie na zdjęciach. Położone między pustynią a wilgotną sawanną oraz wielką rzeką i oceanem przyczyniło się kiedyś do jego rozwoju. Było stolicą francuskich posiadłości w Afryce Zachodniej. Jednak upadek chwały kolonizatora najlepiej widać na przykładzie starych, pastelowych willi. Czas wówczas zatrzymał się w miejscu.

Oglądam most. Czegoś takiego, jeszcze nie widziałem. Nie słyszałem nawet o takich rozwiązaniach. Liczący 507 żelazny most Faidherbe jest dumą miasta. Zbudowany został przez Francuzów nad rzeką Senegal pod koniec XIX wieku. Składa się z ośmiu przęseł zamocowanych na wielkich filarach. Z daleka wygląda jak wielki most kolejowy, jakich od groma jest w Polsce. Jednak pod siódmym przęsłem, dosłownie na środku stoi dodatkowy filar. Wielki i walcowaty. Połączenie betonu i stali. Gigantyczne przęsło obracane jest na tym filarze, kiedy rzeką przepływają wielkie statki. Następnie wraca na miejsce. Małe z powodzeniem mieszczą się pod mostem.

Pożegnaliśmy się z Ibrahimem. Przy wyjeździe z miasta jest objazd. Trafiamy na drogę, która pełni dwie funkcje. Jednocześnie jest drogą i wysypiskiem śmieci. Sami nie mogąc w to uwierzyć. Jedziemy po grubej warstwie odpadków i śmieci.

Czas nagli, jedziemy do Rosso. Formalności jak to formalności, standardowe. Na granicy małe targowisko i masa chcących coś zarobić lokalnych cwaniaczków. A to wymienić kasę, a to pomóc w formalnościach a to udzielić jakiejś ważnej informacji. Nie dopatrzyliśmy jakiejś pieczątki czy zaświadczenia i z wielkim wrzaskiem wywalili nas z promu. Co to za granica, że celnik jak nie dostanie w łapę to nie powie co należy zrobić? Mundurowy sprawdzający nas na promie był przecież tym samym, z którym wcześniej rozmawiałem. Poinformował, że skoro jesteśmy już tutaj to musimy jedynie kupić bilet. Prom popłynął a On zamknął swój kantorek, pozamykał bramy i pojechał. Za godzinę będzie ciemno a następny rano.

Parzymy kawę i siedzimy. Całe szczęście, że banda cwaniaczków, także się rozpłynęła. Młode dziewczyny bez skrępowania kąpią się w Senegalu. Obok ludzie myją naczynia a rybaczy wyciągają ryby. Rzeka karmi, żywi i zabiera. Ciekawe jak będzie w nocy. Przyjechali spóźnialscy. Otworzono im bramę i wpuszczono nad rzekę. W takich miejscach nowy, czyściuteńki Ford Kuga to wielka rzadkość. Luksus jakim mało kto może się pochwalić. Wygląda na to, iż będziemy mieli w nocy towarzystwo dwójki dżentelmenów. Częstujemy gości kawą i chwilę rozmawiamy. Powiedzieli nam, że zaraz przypłynie po nich prom i jak chcemy to możemy przeprawić się z nimi. Co prawda po drugiej stronie Maurowie zamykają granicę, ale właśnie dzwonili, aby poczekali. Łał. Czasem słońce, czasem deszcz. Rozmawiam z jednym z nich. Mówię, że wracamy do domu po tułaczce po Afryce. Tutaj jest ciepło a u nas straszna zima i ciężko będzie przywyknąć.

Przypłynął prom. Do dzisiaj nie wiem czy zdobyliśmy ten brakujący świstek czy nie. Urzędnik nie wrócił a jego kantorek zamknięty był na cztery spusty. My jednak odpłynęliśmy. Kiedy zjechaliśmy z promu po stronie mauretańskiej było już dobrze po zmroku. Mili jegomoście pomogli pozałatwiać nam wszelkie formalności. A dokładniej, to żołnierze ganiali i załatwiali wszystko sami. My tylko czekaliśmy. Wystarczył jeden telefon i zaraz znalazł się człowiek, który miał nam pomóc z załatwieniu ubezpieczenia na samochód. Miło patrzeć po tych wszystkich przejściach jak to chociaż jeden raz człowiek stoi a żołnierze ganiają załatwiając wszystko. Na koniec bardzo, ale to bardzo serdecznie podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się. Dyplomata wręczył mi karteczkę z numerem telefonu do siebie w razie jakichkolwiek problemów. Zapraszał nawet, abyśmy go odwiedzili w Nouakchott. Okazało się, iż jest Senatorem w Mauretanii. Po powrocie do kraju wysłałem mu list z podziękowaniami. Jednak i ten nie dotarł do adresata.

Teoretycznie obowiązuje zakaz jazdy po zmroku, ale co tam, jedziemy. Znamy Senatora. Znaleźliśmy nocleg, ale za samo pozwolenie rozbicia namiotów na parkingu zaśpiewano tyle, że pojechaliśmy dalej. Nie ruszają już nas takie zagrywki. 6.000 ugiji to może kiedyś – teraz liczy się każdy grosz. Postanowiliśmy przenocować przy jednym z punktów kontrolnych jakie niebawem będą. Przy jednym było nawet bardzo ciekawie i żołnierze bardzo mili. Jednak wszędzie musielibyśmy zjechać z drogi, aby była przejezdna a na poboczu od razu głębokie piaski. Sahara przywitała się z nami ponownie. Nie mając chęci na odkopywanie jechaliśmy dosyć długo. Tak czy owak nocleg na dziko to trochę niebezpieczna zabawa. Zwłaszcza tutaj. Zatrzymaliśmy się przy maszcie GSM. Stróż dostał trochę cukierków a my przenocowaliśmy w spokoju.

________________________________________

 

 

 

Dzień 41 - 05.02.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz trzydziesty drugi.

Strefa malaryczna za mną. Jeszcze tylko jeden dzień i nie biorę więcej. Dzisiejsze śniadanie to bułka z cebulą, musztarda zamiast masła i maggi do smaku. Dobre i smaczne, a jakie pożywne.

 

Harmattan, Sahara

 

Do Nouakchott dojechaliśmy w miarę szybko. Zatrzymujemy się rozprostować kości. Zjeść coś i chwilę pochodzić. Inaczej patrzę teraz na to miasto. Tak, jakbym mniej się go obawiał. Bez problemu znajduję w podziemiach budynku sklep z bransoletami z rogów. Sprzedający dobrze mnie pamięta. Cena jest identyczna. Tym razem oby nie żałować dobijam targu. Idę pokręcić się jeszcze po okolicy.

Coś mnie tknęło i kiedy wracałem obok spotkałem szukającego mnie sprzedawcę. Rozmyślił się i przyniósł mi pieniądze. Za dużo opuścił, więc chce zwrotu. Nie wiem jak załatwia się tutaj takie sprawy, ale nie chcę kłótni. Daję mu 20 marokańskich Dirhamów, kilka długopisów i dwie garści cukierków dla dzieci. Bardzo ładna bransoleta z rogu inkrustowana srebrem sprzedana. Dopłaciłem 7 zł. A niech mu będzie. Zrobiłem sobie z nim zdjęcie na pamiątkę.

Poszedłem jeszcze zobaczyć Wielki Meczet, z którego tyle razy nas wyrzucono. Obok pogadałem z pewnym Nigeryjczykiem. Powiedział, że jeśli chcę to może mnie tam wprowadzić bez problemy. Muszę jednak powiedzieć kustoszowi, iż mój ojciec był muzułmaninem i wziął rozwód z moją mamą. To załatwi całą sprawę. Mimo wielkiej chęci nie mogłem.

Wyjeżdżamy. Jesteśmy już zmęczeni jazdą. Mimo, iż przyjeżdżamy obok domu Senatora, nie zatrzymujemy się tam. Mamy mieszane uczucia. Chociaż może przyzwyczajeni do europejskich zwyczajów źle robimy? Nie jeden raz przekonaliśmy się, że tutaj jest inaczej. Jeżeli kiedykolwiek będę w Nouakchott to do niego zajadę.

Główna droga wyjazdowa to szeroka dwupasmowa jezdnia, rozdzielona pasem ziemi. O zieleni można zapomnieć. Jest tylko wszędobylski piasek, kurz i pył. Wszystko jest jednego koloru. Niedziela jest tutaj dniem handlowym i przejeżdżając tą dwupasmową drogą mijamy targ ze zwierzętami. Tłumy ludzi i zwierząt. W szczególności kozy. Można kupić na chów, ale i w celach konsumpcyjnych. Zwierzę od razu jest zabijane, patroszone i obdzierane ze skóry. Wszystko sprawnie i szybko pod czujnym okiem klienta. Widok jest czymś niezwykłym. Przecież to jedna z głównych ulic stolicy. Wieczorem jesteśmy w Nawazibu. Położone na Przylądku Białym, drugie po względem wielkości miasto Mauretanii jest nieco inne. Jest jakby czyściej i spokojniej. Stragany z porządnie poukładanymi towarami, są nawet sklepy i market samoobsługowy. Istna szaleństwo. W powietrzu czuć chłodną bryzę. Wieczorem jest już dosyć chłodno. Bezproblemowo znajdujemy kemping i nocujemy za ostatnie jakie mamy Ugije. Dobry argument przetargowy, tylko tyle mamy, bo jutro wyjeżdżamy z kraju. Pamiętając, aby dać jeszcze garść klepaków. Jako nieliczny z grupy po raz czwarty trafiam na gorącą wodę. Żyć nie umierać. W takim powietrzu śpimy jak niemowlęta.

________________________________________

 

 

 

Dzień 42 - 06.02.2012

 

Pobudka. Śniadanie. Malarone po raz trzydziesty trzeci i ostatni. Malarii uniknęliśmy wszyscy. Czy za przyczyną lekarstw czy komary, które nas gryzły jej nie roznosiły? Nie wiemy i jakoś nas ta wiedza zbytnio nie interesuje.

Powoli i bez pośpiechu pakujemy graty. Poznajemy przy okazji dwoje Australijczyków. Allen i Rosina jeżdżą po Afryce Zieloną Żabą. Nazwali tak wielkiego rosyjskiego łaza zakupionego w Bułgarii. Odpowiednio przystosowany jest ich domem. Nie straszne im dziury czy głębokie piaski. Jedyny problem to pełny bak. To jest życie. Mając już pierwszą młodość za sobą, są bardzo mili i otwarci. Chętnie z nami rozmawiają i opowiadają o przeżyciach. To od nich dowiadujemy się z detalami, jaka jest w Polsce zima. Dziwią się jak to przeżyjemy.

W miarę szybko jesteśmy na granicy. Mauretańczycy ku naszemu zdziwieniu okazali się niesamowicie sprawni. Jednak, aby nie poszło za szybko postarali się już o to Marokańczycy. A to a tamto, a tam podjechać, a tutaj poczekać. Dodatkowo skaner, gdzie zawsze jest kolejka. Celem walki z przemytami każdy samochód musi przejechać przez skaner. A to dodatkowe wąskie gardło. Spotykamy ponownie Allena. Przychodzi do nas jak do starych kumpli i dalej plotkujemy. Niezły jest. Australijski łowca krokodyli z brodą sięgającą niemal do pępka.

Jadąc do Afryki, pod koniec Sahary Zachodniej patrzyliśmy na wszystko jak na dalekie ostępy. Wyjechaliśmy już tak daleko na południe, zastawiając powoli za sobą cywilizację. Czuć było wówczas napięcie. Przyznaję teraz, iż był to błąd i to wielki. Kiedy pożegnaliśmy Mauretanię poczuliśmy się jak jedną nogą w domu. Telefony złapały sieć a my poczuliśmy powrót do cywilizacji. Czułem się podobnie jak kiedyś przy wyjeździe z Iranu. Kiedy tylko znalazłem się w Turcji, nie zwracałem uwagi, że do domu mam prawie 4.000 km. Byłem w nim już jedną nogą. Mauretania jednak w porównaniu z Iranem to przepaść. To kraj koczowników z kilkoma jedynie miastami. Nie ma tam transportu publicznego a jedyną opcją podróżowania to autostop lub na pewnym odcinku pociąg towarowy.

 

Pustynia i Atlantyk, Sahara Zachodnia

 

Jedziemy pokonując bezkresne tereny pustyni. Monotonny krajobraz, jeśli się zmienia to bardzo rzadko. Pagórki przechodzą czasami w wydmy, a wydmy ponownie w pagórki. Droga widziana wiele kilometrów przed nami staje się nużąca. Zaczyna wiać harmattan. Nie jest bardzo mocny, lecz wieje bez ustanku. Zasłaniając słońce tworzy w powietrzu piaskową mgiełkę. Widoczność spada do kilkuset metrów. Jednak najgorsze, co ze sobą niesie to uczycie przygnębienia. Temperatura wzrasta a powietrze jest tak gęste, że ciężko oddychać. Jak pomyślę, że potrafi tak wiać przez 50 dni to ogarnia mnie rozpacz. Oby tylko wyjechać z obszaru jego działania. Po kilku godzinach zaczyna się przejaśniać. Całe szczęście, bo wszyscy równo mieliśmy go już dosyć. W końcu możemy zrobić jakąś dłuższą przerwę i zaczerpnąć świeżego powietrza. Teraz chociaż możemy podziwiać niesamowite w tych rejonach klify.

Jedziemy całą noc. Mijamy duże, pięknie oświetlone miasto Ras Budżur. Ono chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci podczas przejazdu przez Saharę Zachodnią. Niemalże idealnie wysprzątane prezentowało się dużo lepiej niż podobnej wielkości miasta mijane w Hiszpanii i Francji.

Powietrze wraz z temperaturą zmieniają się diametralnie. Zimne i rześkie, kiedy jednak popsuło się okno trochę zaczęło nam przeszkadzać. Temperatura bliska zera, więc jazda z otwartym przez całą noc oknem to szaleństwo.

________________________________________

 

 

 

Dzień 43 - 07.02.2012

 

Skostniali i zmarznięci zatrzymujemy się rankiem. Udało się naprawić okno. Całe szczęście, bo w Europie byłoby niewesoło. Jakieś rozgrzewające śniadanie w postaci zupki instant i w drogę. Jest jedynie kilka stopni, więc mamy chociaż jakąś aklimatyzację.

 

Obrzeża Sahary, Maroko

 

Robiąc krótkie przerwy po południu dojeżdżamy do Marakeszu. Otoczony wysokimi i zaśnieżonymi górami bardzo ładnie się prezentuje. Za całkiem przyzwoitą cenę wynajmujemy pokoje w samy centrum i w miasto.

Sama jego nazwa wystarczy, aby u niektórych wywołać obraz orientalnej egzotyki. Bezsprzecznie spełnia te oczekiwania. Nie podążają już tędy karawany, ale różowe mury w dalszym ciągu skrywają wiele tajemnic. Liczne skarby architektury muzułmańskiej, piękne targi i słynny na całym świecie plac Dżammaa Al-Fina. Ten wielki plac nie byłby niczym niezwykłym, gdyby nie otaczające go kolory, zapachy i dźwięki. Najbardziej urokliwą porą dnia jest tam zmierzch. Zbierają się wówczas muzycy, akrobaci i żonglerzy, połykacze ognia i zaklinacze węży, bardowie i wróżbici, samozwańczy uzdrowiciele i żebracy, sprzedawcy i palacze haszyszu, a także kucharze, przygotowujący bezpośrednio na ulicy najlepsze w Maroku jedzenie. Dookoła stoiska ze świeżo wyciskanymi sokami z owoców. Szklanka soku to równowartość 1,5 zł. Atmosfera panująca dookoła jest wręcz magiczna. Mimo zimna jesteśmy tam do późnej nocy.

________________________________________

 

 

 

Dzień 44 - 08.02.2012

 

Pobudka. Śniadanie oczywiście na placu Dżammaa Al-Fina i ponowne zwiedzanie okolic centrum. Jakieś drobne zakupy i w drogę. Jesteśmy już zmęczeni i liczy się tylko powrót. Robiąc krótkie i dłuższe przerwy spoglądamy tylko w kierunku północnym. Nikt z nas nie ma już chęci na postój w Casablance. Zatrzymujemy się jedynie w Rabacie, ale na chwilę. Jedziemy i jedziemy. Oby do Gibraltaru.

 

Moulay, Maroko

 

Wieczorem jesteśmy w niewielkim, portowym Moulay. W barze przy targu za 60 Dirhamów mamy wielki, wręcz kopiasty talerz krewetek. Drugi z rybami, a trzeci z kalmarami. O marokańskiej herbacie nie ma co wspominać, gdyż jest to standard. Ucztę mamy królewską.

Idziemy na całość i śpimy na parkingu nad oceanem. Wiatr jest tak mocny, że namioty dociskamy kamieniami. W nocy jest bardzo wietrznie i strasznie zimno.

________________________________________

 

 

 

Dzień 45 - 09.02.2012

 

Pobudka.

 

Atlantyk w Moulay, Maroko

 

Skostniały patrzę na termometr i nie wierzę. Jest 0⁰C. Nie chce mi się wychodzić na zewnątrz. Jednak biorę się w garść, ubieram co mam najcieplejszego i wychodzę z namiotu. Nieźle przysypało z jednej strony piasek. Pijemy coś ciepłego po raz ostatni podziwiając ocean i idę do miasteczka. Na pewno ktoś będzie robił coś ciepłego do jedzenia. Nie myliłem się wcale. Po pewnym czasie radzimy sobie ponownie z uruchomieniem samochodu i odjeżdżamy.

Po niedługim czasie jesteśmy w Tangerze. Wydajemy jeszcze ostatnią kasę na bazarze i jedziemy do przejścia granicznego. 1 kg pieprzu ziarnistego kosztuje 30 zł. Muszę następnym razem inaczej się spakować, aby przywieźć tego więcej. Aromatyczne przyprawy i przepyszne oliwki umieszczam w specjalnych reklamówkach. Mają dotrzeć do domu i koniec.

O 14:30 zbieramy się do odprawy. Wyjątkowo sprawna i szybka bardzo mile nas zaskakuje. Żadnych kolejek. I jak to czasami bywa, jak coś przebiega zbyt szybko coś w końcu się zemści. I tak było w tym przypadku. Okazało się, że prom, na który mamy bilet ma roszczeniową klapę. Przypomniał mi się prom Heweliusz. Zwracają jedynie 50% wartości niewykorzystanego biletu. Skutkiem tego, jako grupa pozbyliśmy się 106 Euro. Tutaj akurat nic nie można było poradzić. Straciliśmy jedynie połowę nocy. Na promie gadamy trochę z pewnym nieźle mówiącym po polsku Marokańczykiem. Mieszka w Brukseli z dziewczyną z Polski. Mały ten świat, a Polki mają niezłe wzięcie.

________________________________________

 

 

 

Dzień 46 - 10.02.2012

 

O 4:00 rano jesteśmy w Algierciras. Jest chyba przymrozek. Komu w drogę temu czas. Rankiem widzimy pierwszy śnieg. Koniec zwiedzania, rozpoczął się czas powrotu. Cały dzień mija na jeździe. Malaga, Madryt, San Sebastian. W międzyczasie krótkie i szybkie zakupy w jakimś markecie. Rozgrzewamy się hiszpańskim winem. Nocą temperatura spada do -7⁰C. Przekraczamy Pireneje.

________________________________________

 

 

 

Dzień 47 - 11.02.2012

 

Ranek witamy głęboko na terytoriom Francji.

 

Mroźny poranek gdzieś we Francji

 

Jest pięknie i słonecznie jednak dzień jest niesamowicie mroźny. Wszystko przykryte zmrożoną warstwą śniegu. Temperatura spada do -11⁰C. Rozgrzewamy się ciepłą kawą na stacji benzynowej i w drogę. Wszystkich ciągnie do domu. Dzień mija na jeździe.

________________________________________ 

 

 

Dzień 48 - 12.02.2012

 

Ta noc jest najmroźniejsza. Szyby zamarzły już dawno. Ogrzewanie postojowe nie daje rady. Opatuleni i poprzykrywani śpiworami próbujemy drzemać. Parę minut po 4:00 jesteśmy z Zgorzelcu. Kiedy zaczerpnąłem powietrza myślałem, że zamarzają mi płuca. Termometr wskazywał -28,5⁰C. Licznik wskazuje okolice 24.000 km jakie przejechaliśmy. Rozstaję się z ekipą i kolega przywozi mnie do domu. O szóstej rano brudny, zmęczony i bardzo szczęśliwy witam się z rodziną.

________________________________________ 

 

 

 

 

 

Czytany 4896 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane