Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2010, Iran

Kraj czterech pór roku

 


 

Dzień 1 - 9.10.2010

Start

 

Piękny i ciepły dzień, prawdziwa Polska Złota Jesień. Coś wisi w powietrzu, wszyscy to czują, ale nikt nic nie mówi. Kończę pakowanie a dzieci kończą rysunki do mojego notatnika. Czekamy. Czy wszystko mam? Czegoś na pewno zapomniałem, zawsze tak jest. Jest jakoś dziwnie, nieswojo. Dwa lata odkąd wpadłem na ten pomysł upłynęły utwierdziły mnie w przekonaniu, że wystarczy czegoś bardzo chcieć i trwać przy swoim.

O wyjeździe wie tylko parę osób, z których to większość myśli, że mam coś z głową. Chociaż, czy to, co powszechnie słyszy się w mediach musi zawsze być prawdą? Może nie będzie aż tak źle. Trochę się boję, ale ciekawość tłumi strach. Żegnam się z rodziną i wyjeżdżam.

We Wrocławiu przesiadam się do busa, który przez najbliższy miesiąc będzie nie tylko środkiem transportu, ale i domem, kuchnią a i nie raz sypialnią. Byle tylko dał radę. Po drodze zabieramy kolejnych ciekawskich świata.

Późnym wieczorem ostatni telefon do domu i opuszczamy kraj.

___________________________________  

 

 

Dzień 2 - 10.10.2010

Słowacja, Węgry, Serbia, Bułgaria

 

Drugi dzień mija na wzajemnym poznaniu się. Po nieprzespanej i bardzo zimnej nocy czekamy na pierwsze ciepłe promienie słońca. Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego jak jeszcze zatęsknię za tym przyjemnym i chłodnym powietrzem.

Piotr ma ciężką nogę, co przekłada się na szybko pokonywane kilometry. Rankiem jemy szybkie śniadanie w Serbii w okolicach miejscowości Raborovo. Nie ma czasu, więc lecimy dalej. Przez Serbię tłuczemy się 9 a może i 10 godzin. Długa jest, ale przez ostatnie trzy lata przejeżdżam ją po raz trzeci i za każdym razem ciągnie mi się to niemiłosiernie. Chociaż widoki rekompensują wszystko.

Krótki postój, zmiana kierowców i dalej. Wjeżdżamy do Bułgarii. Połykamy kilometr za kilometrem. Ponownie krótki postój i obiadokolacja na stacji benzynowej. Jak tak dalej pójdzie to ok. północy będziemy w Turcji.

___________________________________  

 

 

Dzień 3 - 11.10.2010

Turcja

 

Całkiem dobrze to wyliczyłem. W okolicy północy dojeżdżamy na granicę turecką. Mijamy masę ciężarówek i mówiąc szczerze przekraczamy jąbez większych zawirowań. Chociaż przy odpowiedzi na pytanie gdzie się udajemy celnik podnosi głowę znad paszportów i dziwnie na nas patrzy.

Ruszamy dalej. Turecka autostrada jest niesamowita. Nie wiem nawet czy minęły dwie godziny a wjechaliśmy do Stambułu. Nocą jest inny, można go przejechać w miarę szybko. Wszyscy śpią a ja podziwiam. Piękny i wielki. W czerwcu widziałem tę masę świateł z samolotu – teraz z samochodu. Nie ma co – robi wrażenie. Nigdy nie zrozumiem faktu, iż miasto może mieć 150 km długości i 50 km szerokości, w którym mieszka połowa mieszkańców Polski... Kolejna turecka zagadka to przejazd przez Bosfor – dlaczego płatny jest tylko z Europy do Azji a odwrotnie nie? Ciekawostka.

Ok. 6:00 daję za wygraną. Idę przetestować sypialnię. 2 może i 3 godz. snu ładują moje bateryjki na najbliższe kilkadziesiąt godzin. To przez adrenalinę. Nie mam apetytu i nie chce mi się spać. Po nocnej jeździe robimy postój na śniadanie gdzieś w północnej Turcji. Jesteśmy wysoko (1300 m n.p.m.), dlatego poranek, mimo, iż słoneczny jest dosyć chłodny. Widzę pierwszą irańską ciężarówkę. Ciekawe czy dzisiaj dojedziemy?

Cały dzień podobnie jak poprzedni minął nam na jeździe. Krótką przerwę zrobiliśmy jedynie w Resade, gdzie Piotr szukał kantoru. Mała prowincjonalna miejscowość gdzieś w północnej Turcji, gdzie od razu staliśmy się obiektem zainteresowań.

Na wschód od Ankary tureckie drogi to jeden wielki plac budowy. Dziesiątki kilometrów, setki maszyn i nawet nie wiem ilu ludzi. Bez przerwy budują. Tak jak rok wcześniej tak i teraz mogę śmiało stwierdzić, iż u nas nie będzie tak nawet za 100 lat. Płacą 8 zł za litr paliwa, ale widzą jak w oczach poprawia się im infrastruktura. Trochę opóźniło nam to przejazd – chociaż pokonanie prawie 1800 przez tak duży kraj w 26 godzin to i tak niezły wynik.

Około północy mijamy Dogubayazit. Granica musi, więc być niedaleko. Ponownie wszyscy śpią jedynie ja obserwuję noc z auta. Bezchmurne niebo i masa gwiazd, w których coś jest nie tak. Ciemna noc. Nie wiem czy to pustynia czy coś w tym stylu. Jednak, jeśli jakimś cudem pojawiłbym się tutaj, od razu wiedziałbym, że jestem gdzieś daleko. Nie znam się na astronomii, ale pamiętam trochę położenie niektórych a nich. Nigdy wcześniej nie widziałem, aby Wielki Wóz był tak nisko. Niemalże dotykał horyzontu. Takie wszystkie były „poprzekręcane”.

Od prawie dwóch godzin jedziemy ostro z góry. Wjechaliśmy aż tak wysoko? Ukształtowanie terenu nieźle mnie zaskoczyło i zaskakiwać będzie przez najbliższe dni.

___________________________________  

 

 

Dzień 4 - 12.10.2010

Maku, Tabriz

 

W końcu dojechaliśmy do granicy. Kolejka jak na przejściu w Medyce. Pełno załadowanych aut, ciężarówek i autobusów. Brakuje jedynie pieszych. Koniec europejskich kontroli granicznych – tutaj należy wysiąść z auta i stać w kolejce. Na nasze nieszczęście szybsi byli pasażerowie autobusu. Trudno, poczekamy. Pierwszy raz widzę irańskie kobiety. Każda w chuście albo dodatkowo zawinięta w koc, gdyż noc jest bardzo zimna. Nie wiem ile jest stopni, ale jest prawie przymrozek. Stoimy w tym tłumie i przemarzając obserwujemy. Wszyscy się kłócą, przepychają, kombinują, zamieniają miejscami, próbują przejść drugą dla aut jak na jarmarku – kobiety najbardziej. Całe szczęście, że nic nie rozumiem, bo nie jedna osoba bez wątpienia opowiedziała historię swojego życia. Od trzech dni spałem 3 może 4 godziny, dlatego nie mogę się doczekać odprawy.

Celnik jednak też człowiek i ma granice swojej cierpliwości. Nerwy mu puściły, zamknął brameczkę i poszedł sobie. Inaczej wyobrażałem sobie irańskie kobiety. Nie wychodząc z kolejki stoimy i czekamy w tym zimnie na dobrą wolę celnika. Gdzie mam czapkę? Czy musi być tak zimno? Przecież miało być cieplutko. Wszyscy w dalszym ciągu się kłócą. Może po odprawie będzie ciszej? Po jakimś czasie celnik doszedł chyba był podobnego zdania. Wszystko ruszyło i posuwając się powoli przeszliśmy dalej. Całość zajęła nam prawie 2 godziny. Teraz czas na Irańczyków. Stoję i patrzę. Teraz dopiero dociera do mnie, co ja robię. Nie widziałem jeszcze takiej granicy. Wielka, kilkumetrowa żelazna brama zamknięta na amen. Na niej wielkie portrety obserwujących wszystko ajatollahów. Chomeini i Chamenei. Prawdziwa Żelazna Kurtyna. Nikt niego nie pokazuje, ale u każdego widać obawę w oczach. Z przeraźliwym zgrzytem otwiera się powoli dosłownie na chwilę, aby tylko wpuścić nas do środka, po czym zamyka ponownie. Co za granica? Jak do więzienia. Celnik zaprasza nas do hali odpraw, zabiera paszporty i mimo kolejki każe usiąść na ławeczkach. Kolejne 1,5 godziny mijają na czekaniu i obserwacji.

W dużym holu nie było bramek, boksów czy torów – z boku jedynie kilka ławeczek a obok budka gdzie celnik sprawdzał paszporty. Pusta przestrzeń. Wszystkie wcześniej rozgadane i kłócące się osoby ustawiły się jednak po środku w równym jak od linijki rzędzie i cicho czekały na swoją kolej. Kolejka przesuwała się i przesuwała, raz szybciej a innym razem wolniej. W tym czasie widziałem tylko jednego niecierpliwego człowieka – uspokojonego przez granicznika jednym zdaniem w kilka sekund. Istna pruska dyscyplina.

Nasze paszporty sprawdzono poza kolejnością, ale i tak swoje odczekaliśmy. Teraz pozostało jeszcze poczekać na załatwienie formalności związanych z autem. Kolejne 1,5 godziny, gdzie Piotr chodził z papierami tam i z powrotem. A to taki dokument potrzebny a to inny, a to co inny celnik to coś innego wymagał. Biurokracja niesamowita. W tym czasie miałem okazję zaobserwować powszechny w Iranie zwyczaj. Ludzie nie ważnie gdzie są i co robią, zasiadają na rozścielanym dywanie i popijają herbatę. Tak to właśnie miało miejsce i teraz. Nie tak dawno temu kłócące się ze wszystkimi osoby siedziały teraz spokojnie popijając herbatę. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć gdzie Oni mieli pochowane te dywany i samowary.

Świtało już, więc wyszedłem na zewnątrz. Wiem już teraz, dlaczego w nocy było tak zimno. Jesteśmy wysoko w górach. Obok nas jest wielki i biały przypominający wulkan, Ararat. Nie ma co, robi wrażenie – 5137 m.

Pierwszy raz widziałem chodzących po dachach autobusów celników. Kompleksowa kontrola dotyczyła wszystkich bez wyjątku. Z parkingu, co jakiś czas odjeżdżał autobus. Przyszła i kolej na nas. Wyjechaliśmy z przejścia do granicznego miasta Maku. Kilkaset metrów od granicy kolejna kontrola. Tym razem karta na paliwo. Można ją kupić, ale pracownik biura jeszcze śpi. Cholera by to wzięła. Minęło już 5 godzin od czasu przyjazdu na granicę, więc kolejną jak miejscowi poświęciliśmy na herbatkę. Od razu pojawił się cinkciarz, u którego wymieniliśmy kasę: 14.200 riali za 1 euro. Szczęściem wcześniej dowiedzieliśmy się jaki jest kurs riala więc nie miał szans aby nas orżnąć;) Nawet nie miałem pojęcia, że za 100 euro dostanę taką masę pieniędzy. Masę nie w sensie nominału, ale w ilości banknotów. Ledwo pomieściłem je do portfela.

Pojawił się pracownik administracji publicznej coś tam przybił na jakimś dokumencie a kartę na paliwo i tak kupiliśmy u cinkciarza;)

Koniec formalności. Po 59 godzinach jazdy, przejechaniu 3750 km oraz niespełna 9 godzinach na granicy jesteśmy w Islamskiej Republice Iranu. Dwa długie lata czekania.

Pierwsze tankowanie: 100 litrów ropy – 1 Euro. Benzyna prawie 10 krotnie droższa, gdyż Iran nie ma rafinerii i musi ją sprowadzać (??? Niezła ciekawostka). Ustawowo w Iranie auto osobowe w tym także busy nie mogą mieć silnika diesla. Dlatego wiele aut jeździ tutaj na bardzo popularny gaz ziemny – CNG. Dużo tańszy niż LPG. Nie mam pojęcia ile kosztował, ale daję głowę, że to dopiero były grosze.

Przejeżdżamy przez przygraniczne Maku i od razu pierwsze, co do mnie dociera. Będzie wesoło gdyż wszystkie napisy; szyldy sklepowe, tablice informacyjne, komunikaty, ogłoszenia, towary, ich ceny, reklamy, drogowskazy – są wyłącznie w Farsi. Niesamowite.

Kobiety bez wyjątku, każda w czadorze lub hidżabie, prawie zawsze czarnym. Zdarzają się kolorowe chusty odsłaniające trochę włosów, ale wówczas mają ubrane tuniki albo długie do kostek abaje. Co dziwne, nie widać natomiast odsłaniających jedynie oczy nikabów. Iranki zawsze mają twarze odsłonięte (mały wyjątek Bander Abbas gdzie zakrywają twarze specjalnymi maskami). Kiedyś słyszałem, iż Allah jak zobaczył, jakie są piękne, celowo nakazał chodzić im w czadorach. Coś w tym musi być, bo urodą powalają na kolana. Ledwo widoczne kosmyki włosów są kruczo czarne. U nas czerń jest inna ta jakaś bardziej czarna, bardziej lśniąca. Czerń jak noc. Najbardziej jednak uwagę przykuwają oczy. Takich oczu nie spotka się u nikogo w Europie czy całym basenie morza śródziemnego. Są wielkie i ciemno brązowe lub czarne, jak węgle. Tak czarne, iż nie można odróżnić tęczówki od źrenicy. Dodatkowo pomalowane henną. Czarne włosy, czarne brwi, czarne rzęsy, czarne oczy i oliwkowa skóra. U nas rzadkość a w Iranie norma. Tyczy się to także mężczyzn. Jeśli któryś ma inny kolor włosów to jedynie siwizna. Tak jak kobiety i oni bez wyjątku – każdy w koszuli. Piekarz, mechanik samochodowy, sklepikarz czy rybak – każdy w długich spodniach i w koszuli. Oczy mają identyczne.

Od razu zauważalny jest na każdym kroku podział płci. Autobusy miejskie do połowy zajęte przez mężczyzn a od połowy do końca przez kobiety. Ciekawie to wyglądają jak jest mało jednych lub drugich. Część jedzie można powiedzieć komfortowo a część ściśnięta jak śledzie. Nie ma mowy o wzajemnym przemieszaniu się. Mijana kobieta zawsze schodzi z drogi mężczyźnie wbijając jednocześnie wzrok w ziemię. Nigdy nie zgodzi się, aby mężczyzna przytrzymał drzwi od sklepu i wpuścił ją, jako pierwszą. Nie odezwie się pierwsza, jeśli nie zostanie o coś zapytana. Jak przekonałem się później, Iranki będąc w grupie stają się bardziej odważne, ale o tym trochę dalej. Stroju, zwyczaju i życia, w każdym stopniu zdominowanego przez religię strzeże Policja Religijna.

Wszędzie zauważyć można „Puszki na datki”. Na stacji benzynowej taka puszka jest przy każdym dystrybutorze. Są one na każdym skrzyżowaniu, przy sklepach i rogach ulic. W późniejszym czasie widziałem wielu ludzi, którzy wrzucali tam pieniądze. Związany z tym brak ludzi żebrzących jest czymś niesamowitym. W Iranie to abstrakcja, nie spotyka się kogoś takiego.

Jedziemy do oddalonego 250 km Tabrizu – tam planujemy nocleg. Po drodze podziwiamy piękne krajobrazy, tak bardzo kojarzące się z Wielkim Kanionem. Poranne chłody minęły i jest coraz cieplej. Bezchmurne niebo zapowiada naprawdę piękną pogodę.

Tabriz okazało się całkiem sporym 1,6 mln miastem. W pierwszej kolejności zaczęliśmy szukać noclegu i ku naszemu zdziwieniu nie było z tym większego problemu. Cena 50.000 riali (15 zł) + 20.000 (6 zł) riali za prysznic;) Ciekawy zwyczaj, ale co kraj to obyczaj. Patrząc na to z pozytywnej strony, można się na przykład wykąpać i nie wynajmować pokoju.

Co do cen to w Iranie oficjalną waluta jest rial. Na co dzień większość cen podawana jest w tomanach – to taka wirtualna jednostka monetarna. Jednak, aby nie było tak prosto: 1 toman to 10, czasami 100 a kiedy indziej 1000 riali. Parę razy nawet przekonałem się, iż 1 toman miał równowartość 10.000 riali. Przy pytaniu o cenę sprzedawca mówił kwotę i człowiek musiał być jasnowidzem. Powiedział cenę w Rialach czy Tomanach? Jeśli w Tomanach to jak to przeliczał? Każda z tych opcji mogła być i była stosowana zawsze. Po wnikliwszym zastanawianiu się doszedłem do wniosku, że to było chyba lokalne przyzwyczajenie. Nie zrozumiałem tego przez cały pobyt w Iranie a przejechać się na tym mogłem niejeden raz. Dlatego najlepszym wyjściem z sytuacji było potwierdzenie kwoty w rialach.

Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy zwiedzić Muzeum Azerbejdżanu. Muzeum, jak to muzeum, ciekawie opisuje historię irańskiej prowincji Azerbejdżan. Najbardziej zapadła mi w pamięci rzeźba przedstawiająca wielki głód. Patrząc na nią widzimy jak okrutne i bezwzględne jest życie. Powinniśmy się cieszyć, że obecnie nie brakuje nam żywności.

Jak to będzie teraz w każdej odwiedzanej miejscowości udaliśmy się do meczetu, których to jest wszędzie mnóstwo. W Tabrizie największy i najstarszy jest Niebieski Meczet. Tam to właśnie ku naszemu zdziwieniu zaczepiły nas dwie iranki. Bardzo miłe i kulturalne zaskoczone faktem, iż jesteśmy z Polski poopowiadały trochę o meczecie, o swoich studiach itd...

Poszliśmy na obiad, jednak poziom adrenaliny w dalszym ciągu nie pozwalał mi nic zjeść. Jedyne, na co miałem ochotę to Zam-Zam i muszę szczerze przyznać, że nigdzie wcześniej nie piłem tak dobrej podróby Coca-coli. Chłopaki wypili jakiś lokalny specjał – nazwy nie pamiętam, ale było to coś na bazie zsiadłego mleka i kiszonych ogórków. W domu wypiłbym to z całą pewnością, ale w kraju, gdzie nie ma normalnych toalet – nigdy.

W hotelu nie mogłem nacieszyć się prysznicem. Po tylu godzinach spędzonych w aucie był istnym marzeniem każdego z nas.

Ciekawość jednak zwyciężyła nad zmęczeniem. Wykąpałem się i poszedłem podziwiać Tabriz nocą. Bardzo mi się podobało. Folklor przemieszany z ogólnym syfem jak u Arabów ale ludzie całkowicie inni z charakteru. Nikt ani razu mnie nie zaczepił, nie wciągał na siłę do sklepu, wszędzie są podane ceny i nie trzeba się targować. Kupiłem pistacje i zapijając zam-zamem spacerowałem po centrum. Wśród kobiet generalnie przeważa czerń, chociaż wiele jest też lekko odsuniętych do tyłu kolorowych chust. Generalnie nie widziałem ani jednej kobiety z odkryta głową. Każda kiedy jest mijana odruchowo opuszcza głowę oraz ustępuje z drogi. Wiele jeszcze mnie zadziwi mnie w tym kraju.

___________________________________  

 

 

Dzień 5 - 13.10.2010

 

Morze Kaspijskie

 

Wyspani i wypoczęci jedziemy nad morze kaspijskie. Zatrzymujemy się u mechanika, gdyż coś dzieje się z ABS’em. W między czasie, kiedy on sprawdza hamulce idę do pobliskiej piekarni. Piekarnia, gdzie każdy chleb pieczony jest na bieżąco. Uśmiechnięta kobieta rozwałkowuje przygotowaną kulkę ciasta. Rozbija ją i nadając lekko podłużny kształt daje pomocnikowi, który na łopatę i siup do pieca. Piec, w którym wyłożonych jest tysiące malutkich kamieni, nie większych jak 2 – 3 cm. Wyglądają jak rzeczne. Pod spodem musi być palenisko gdyż kamienie są bardzo rozgrzane. Po minucie, może dwóch chleb jest gotowy. Grubości +/- 1 cm, szerokości 40 a długości blisko metra. Piekarz wyciąga ten chleb, uderza nim o ścianę pozbywając się kamieni, a które zostały usuwa miotełką. Sprzedawczyni uśmiecha się od ucha do ucha, bierze za niego równowartość 45 groszy. Chleb jest cieplutki, świeżutki i przepyszny. Jak polskie podpłomyki. Idąc za klientami obsługiwanymi przed nami, wchodzimy do kolejnego sklepu i obserwujemy, co kupują do chleba. Twaróg oraz bardzo popularny w Iranie dżem marchewkowy. Śniadanie gotowe. Hamulce naprawione. Jedziemy dalej.

Przebijamy się bardzo krętą, malowniczą drogą przez wysokie i surowe góry podziwiając krajobraz. Jedziemy wzdłuż granicy z Azerbejdżanem, gdzie zasieki z pewnością pamiętają jeszcze czasy ZSRR. Droga kilometrami wije się do góry niesamowitymi serpentynami, na które składają się dziesiątki zakrętów. Ponure góry z bardzo ubogą roślinnością świadczą o suchym klimacie, jaki tutaj panuje. Przed nami wysoki szczyt, pod którym wjeżdżamy do tunelu.

Nigdy nie uwierzyłbym w fakt, iż przejechanie przez kilkukilometrowy tunel przeniesie mnie do innej strefy klimatycznej. Powiedziałbym, że nie jest to możliwe, gdyż odcinek jest za krótki. Przekonałem się jednak na własnej skórze, w jakim byłem błędzie. Oczom moim ukazał się widok jak z bajki. Zieleń taka jak w Polsce po czerwcowej burzy. Na niebie sine chmury a w powietrzu wilgoć jak po ulewie. Jednocześnie temperatura spadła o około 10 stopni tworząc przyjemny chłodek. Od szczytu gdzie tylko sięgnąć wzrokiem widać było zieloniutkie łąki, masę drzew oraz zamglone doliny. Widok jak z bajki. Słyszałem o takich przypadkach w Andach i Himalajach, ale tutaj? Wysokie góry zatrzymują masy wilgotnego powietrza znad morza kaspijskiego tworząc na jego południu strefę klimatu umiarkowanego. Jak się później przekonałem sprzyja to bardzo wielu uprawom.

Zrobiliśmy krótką przerwę i zachwyceni widokiem pojechaliśmy dalej. Po południu dotarliśmy nad morze. Dziwne było to morze. Świadomość, iż tak naprawdę jest to wielkie jezioro, większe jednak niż Polska sprawiała, że dziwnie na nie patrzyłem. Przypominało mi nasz Bałtyk w listopadzie. Jedynie u nas nad morzem rosną sosny a tutaj są plantację kiwi. Pierwszy raz widziałem jak rosną kiwi. Małe drzewka a owoce nawet 2 razy większe niż u nas. Aż korciło mnie aby wejść i zerwać.

Tereny nad morzem kaspijskim są najbardziej zielonymi w całym Iranie. Regularnie pada tutaj deszcz a ciepły, umiarkowany klimat przyciąga mieszkańców. U nas ludzie jadą nad morze wygrzać kości a tutaj przyjeżdżają z gorącego południa nad morze zaczerpnąć troszeczkę chłodu. Zrozumiałem to dokładnie za kilkanaście dni.

Nad samym morzem spotkałem dwoje starszych ludzi; mężczyznę i kobietę, którzy zbierali muszelki na sprzedaż. Było ich takie mnóstwo, iż bez problemu zbierali je i ładowali łopatą na taczkę, po czym zwozili na wielki stos. U nas taka ilość jest nie do wyobrażenia.

Chcieliśmy kupić u rybaków ryby, ale dopiero zaczęli wyciągać sieci, więc trochę musielibyśmy poczekać. Sama czynność wyciągania sieci skupiła naszą uwagę. Do wody przy brzegu wjechał traktor i wyciągał sieć. Zwijał ją i zwijał i zwijał….. Czekaliśmy z ciekawością, co wyciągnie, ale po dwóch godzinach odpuściliśmy. Może to była kontrabanda z Rosji? Nie wiem.

Po telefonie któregoś z rybaków pojawił się Yaser. Po krótkiej rozmowie zaprosił nas na noc do siebie.

Mieliśmy okazję poznać jak mieszkają przeciętni mieszkańcy Iranu. Skromnie, ale nie biednie. Teraz jak się tak zastanawiam to śmiało mogę pokusić się o stwierdzenie, że niczego im tak naprawdę nie brakowało. Może za wyjątkiem europejskiej toalety, ale takowe to w Iranie nie tyle luksus, co wymysł rozpieszczonych Europejczyków.

Ugoszczono nas jak każe obyczaj. Wszyscy usiedli na dywanie popijając herbatę i jedząc słodkości. Na początku sztywna atmosfera z biegiem czasu bardzo się rozluźniła. Żartom nie było końca. Spróbowaliśmy darshub – taki lokalny specjał. Coś w stylu polewy karmelowo – granatowej. Chociaż nie wiem czy dobrze zrozumiałem. Poczęstowaliśmy ich Polskimi specjałami. Dziewczyny dostały zgodę na zdjęcie chust i przegadaliśmy połowę nocy. Na koniec nawet widzieliśmy pokaz tańca azerskiego. Na koniec jak to zwyczaj każe położyliśmy się spać na wielkim dywanie. Co to był za dywan. Prezent ślubny Yasera i jak na ślubny prezent przystało był niesamowity. Ośmiometrowy ręcznie tkany w piękne wzory i gruby na kilka centymetrów. Pierwszy raz widziałem tak gruby dywan a jednocześnie delikatny. Mając taki w domu także spałbym na podłodze a nie w łóżku.

___________________________________  

 

 

Dzień 6 - 14.10.2010

Bandar e-Anzali, Masuleh

 

Pożegnaliśmy się z gospodarzami i za ich namową pojechaliśmy do Bandar e-Anzali. Jest to największe irańskie miasto portowe nad morzem kaspijskim. Oczywiście odwiedziliśmy targ rybny. Dosyć osobliwy targ jakże odmienny od naszych gdzie wszystko jest znormalizowane i przyduszone przepisami. Ogrom najróżniejszych ryb od malutkich do wielkich jesiotrów, które można było kupić żywe albo poprosić o wyczyszczenie od razu na stoisku. Ryby o fantastycznych kształtach a nawet kolorach. Spotkaliśmy także podobnie funkcjonujące stoiska z drobiem. Liliputki żywe, nieżywe, nieżywe oskubane, nieżywe nieoskubane i temu podobne.

Ogrom owoców całkowicie innych niż u nas. Malutkie banany, niewymiarowy winogron czy wielkie kiwi. Zero europejskich norm a różnica smaku jak między truskawkami polskimi a hiszpańskimi.

Kupiłem coś w stylu bagietki z mięsem i czekając na pozostałych poszedłem połazić po centrum. Bardzo zdziwiła mnie sprzedawczyni, która po pytaniu skąd jestem od razu zapytała czy mam już żonę. Widocznie jest to czymś normalnym, bo słyszeliśmy to kilka razy i to w najprzeróżniejszych miejscach i okolicznościach. Tak czy owak dziwnie się człowiek czuje jak ktoś w tak bezpośredni sposób zadaje takie pytanie zaraz na początku dyskusji.

Bardzo zapadła mi w pamięci miejscowość Saveh. Wszystko w farsi. Oznaczenia drogowe, szyldy sklepowe, reklamy, rejestracje samochodowe – wszystko. Jeśli pojawił się jakiś angielski napis to była to wielka rzadkość. Uwagę moją zwrócił brak reklam a także samych produktów zachodnich koncernów. Nigdzie nie było wszędobylskiej Coca-coli czy Pepsi. Chociaż towarów nigdzie nie brakowało. Skusiłem się i spróbowałem Istaka – irańskie piwo bezalkoholowe. Od tej pory moje ulubione. Dzień bez Istaka dniem straconym. A najfajniejsze było to, że w całym Iranie gdziekolwiek nie byliśmy kosztował tyle samo – 5.000 riali. W ogóle jedno trzeba przyznać – nikt nigdy w Iranie nas nie oszukał, ba nawet nie próbował oszukać. W Kurdystanie dwóch sprzedawców mówiąc jedynie Wellcome to Iran nie chcieli nawet pieniędzy. Pozostaje jedynie pozazdrościć.

Pojechaliśmy dalej. Po drodze zrobiliśmy krótką przerwę w Maklavan przy plantacjach herbaty. Fajnie wyglądały te plantacje. Rzędy takich niewysokich, ale bardzo zielonych „żywopłotów”. W międzyczasie kolejny istak – chyba z granatów. Zahaczając po drodze o Rasht pojechaliśmy dalej.

Po południu dojechaliśmy do Masuleh. Nie potrafiłem sobie wcześniej wyobrazić, kiedy czytałem w przewodniku, iż mówi się o nim „irańskie lub małe machu picchu”. Bardzo ładna i malownicza wioska, położona na stromym zboczu góry. To właśnie te zbocze, z niewielką ilością miejsca jest zabudowane w taki sposób domami, że dachy stanowią ulice bądź ogródki dla tych położonych wyżej. Całość jest całkiem spora więc spędziliśmy tam kilka godzin podziwiając kunszt budowniczych. Prezentuje się to bardzo pięknie, nocą natomiast osobliwego uroku dodają światła lamp.

Wieczorem pojechaliśmy dalej na południe. Około północy w okolicach Quavin, zatrzymaliśmy się w szczerym polu, chociaż bardziej pasującym określeniem jest w szczerej pustyni. Szybka kolacja przy całkiem sporym wietrze i nikłym świetle. Ubieraliśmy się w co mogliśmy i namiotów. Było kamieniście, twardo, zimno i bardzo szybko spaliśmy.

___________________________________  

 

 

Dzień 7 - 15.10.2010

Qom, Karavanserai

 

Rankiem pojechaliśmy do Qom. Qom, drugie najświętsze miasto Iranu jest jak twierdza. Wszyscy wjeżdżający do Qom są dokładnie sprawdzani przez policję i wojsko. Obcokrajowcy paszporty wraz z kontrolą auta. Tutaj zaczynał działalność Chomeini. Miasto do dzisiaj pełni bardzo ważną rolę polityczną i religijną. W mieście jest ponad 500 meczetów i największe seminaria duchowne. Pełne jest religijnej żarliwości i ortodoksji. Miejscowi patrzą na nas jak na kosmitów. Większość ludzi mówi wyłącznie po persku lub arabsku. W Qom każda kobieta ubrana jest na czarno i szczelnie przykryta czadorem, a chusty noszą już kilkuletnie dziewczynki. Nie można tutaj mężczyznom wchodzić do niektórych sklepów z damską garderobą. Pierwszy raz spotkałem mułłów, szyickich duchownych. Świętość miasta można wyczuć dosłownie na każdym kroku.

Tutejsze mauzoleum Fatimy jest celem niezliczonych pielgrzymek. Bezgrzeszna Fatima, jaką o niej mówią była siostrą wielkiego Imama Rezy. Wiedząc wcześniej o zakazie nigdy nie odważyłbym się wejść do środka. Gdzie indziej tak, ale nigdy w Iranie. Wejście osobne dla mężczyzn i osobne dla kobiet. Kobiety bezwzględnie w czadorach. Pozostając w błogiej nieświadomości najnormalniej w świecie stanąłem w kolejce i przeszedłem przez bramki. W środku przy kolejnej kontroli znaleziono aparat, ale dogadałem się żołnierzem; nie będę robił zdjęć i mogę go zatrzymać. Ściągnąłem sandały i wszedłem do wielkiej klimatyzowanej sali długiej na kilkadziesiąt metrów, w sumie to z powodzeniem zmieściłoby się w niej kilka szkolnych boisk. Wszystko w bieli, piękna a jednocześnie surowa. Jedyne ozdoby to wyłącznie rzeźby. To podoba mi się w islamie. U nas bazyliki i katedry ociekają złotem, przepych widać na każdym kroku a tutaj jest skromnie, a jednocześnie bardzo ładnie. Podłoga zaścielona pięknymi dywanami (druga ozdoba, chociaż tutaj to normalka,) na której siedzą setki wiernych, słuchając – właściwie to nie wiem dokładnie, czego słuchali, ale przemawiał duchowny. Usiadłem między wszystkimi nie tyle by posłuchać, lecz w spokoju bez kręcenia się podziwiać kunszt, tak inny od europejskiego. Przemowa, kazanie czy wykład, co by to nie było różnił się od tych, które rzadko, bo rzadko, ale czasami można zobaczyć w TV. Żadnych krzyków, gróźb czy uniesień. Żadnej „mantry” i powtarzanych w kółko „Allah akbar”. Duchowny ze stoickim spokojem i naprawdę rewelacyjnym tonem coś tam wykładał a wnioskując po ilości słuchających musiało być to coś ważnego albo ciekawego.

Przy skwarze, jaki panował na zewnątrz, przyjemnie było posiedzieć w środku. Idąc za tłumem poszedłem jednak dalej. Nawet Sanktuarium w Licheniu nie zachwyciło mnie tak jak to, co zobaczyłem dalej. Kolejna wielka (choć mniejsza od poprzedniej) sala, z zaułkami i filarami. Jak w poprzedniej piękne płaskorzeźby, lecz całe ściany, łuki i kopuły sklepienia wyłożone mieniącymi się szkiełkami. Szkiełka jak bizantyjska mozaika – wszystkie idealnie dopasowane do siebie tworząc przepiękną kolorową perską mozaikę. Gdzie nie gdzie w ścianach zamontowano wielkie lustra pięknie wszystko odbijające i powiększające pomieszczenie bez końca. Nie mogłem wyjść z podziwu, usiadłem przy jednym z filarów i zachwycony podziwiałem wszystko bez końca. U nas nie ma takich zdobień, nikt ich nie stosuje i mało, kto, o czymś takim słyszał. Zwykłe szkiełka (tak naprawdę to miliony szkiełek), trochę światła a wrażenie nie do opisania. W Kościołach zawsze jest półmrok, cień i nawet przy zapalonych światłach jest inaczej, tutaj natomiast, takie zdobienia niesamowicie rozświetlają pomieszczenie.

W środku pomiędzy filarami stał wielki grobowiec. Pomieszczenie dodatkowo przedzielone parawanem dokładnie przechodzącym przez środek grobowca, oddzielając w ten sposób część damską od męskiej. Cały (inaczej niż u nas) obudowany czymś w stylu parawanu, gdzie szkielet wykonany byłe srebra i złota a ściany wypełniały szkiełka, tyle, że kolorowe. W rzeczywistości sam sarkofag stał w środku tego czegoś, a widać go było przez owe mieniące się szkiełka. Tłum przeciskał się do niego, aby go dotknąć, poszedłem i ja. Ściśnięty jak śledź nie musiałem nawet iść – przesuwał mnie tłum. Pomyślałem życzenie i dotknąłem. Wierzę, że się spełniJ Zatrzymałem się jeszcze na chwilę, aby nasycić się widokiem sali lusterkowej – tak ją sobie nazwałem. Widok ten zapamiętam na zawsze. Wyszedłem na zewnątrz.

 - Hasti mosalmon? – Usłyszałem

 - ????

 - Forsi baladin?

 - Forsi balad nistam …- tę wyuczoną regułkę pamiętam do dziś: „Nie mówię po persku”

 - You are muslim?

 - No…..

 

No i się zaczęło. Dopiero teraz uświadomiono mnie, że wstęp do Sanktuarium jest tylko i wyłącznie dla muzułmanów. Innowiercy mają absolutny zakaz wstępu. Szczęście w nieszczęściu zaczepił mnie porządkowy a nie wojskowy czy policjant. Nie wiem, jakie są przepisy, ale nie chciałbym się dowiedzieć za nic. Był miły, ale widać, że zdenerwowany. Przeprosiłem go najładniej jak tylko potrafiłem i dziękując, komu tylko mogłem, czym prędzej wmieszałem się w tłum. To znaczy chciałem wmieszać się w tłum: w niebieskiej koszulce z krótkim rękawem i z plecakiem wśród mężczyzn, gdzie każdy bez wyjątku nosi koszulę z długim rękawem. Czułem na plecach jego wzrok…, Dlaczego nikt mnie wcześniej nie zaczepił? Jak się później okazało drugiej kontroli nikt z moich towarzyszy nie przeszedł, zawrócili każdego. Teraz jak o tym myślę bardzo mnie to dziwi. Widocznie tak miało być.

O tym jak jeździ się w Iranie słyszałem już wcześniej. Widząc jak jeździ się w krajach arabskich nie dziwiło mnie to już tak bardzo. Większy ma zawsze pierwszeństwo, nikt nie używa kierunkowskazów, nikt nie zwraca uwagi na sygnalizację a klakson to sprzęt, który używa się przynajmniej kilka razy w przeciągu minuty. Na drogach tutaj króluje wszędobylski Paykan. Takie pomieszanie poloneza z fiatem. Z nowych aut jedynie francuskie. Ciekawe jak Francuzi wkręcili się na ten rynek? Niemieckich praktycznie nie widać. Chociaż Iran był już bardziej cywilizowany, gdyż na większych skrzyżowaniach ruchem kierował mundurowy. Idzie się przyzwyczaić. Przejścia dla pieszych są, lecz korzystanie z nich to czysta abstrakcja. W Qom zobaczyłem jednak coś, co wprawiło mnie w zdumienie. Tutaj drogi jednokierunkowe są drogami gdzie wystarczy, że samochód będzie obrócony w odpowiednim kierunku. A w którym kierunku się porusza to już sprawa drugorzędna. Staliśmy niedaleko Sanktuarium i z podziwem patrzyliśmy jak dwupasmową jednokierunkową drogą, gdzie, co chwilę jakiś kierowca jechał pod prąd na wstecznym biegu. Rekordziści potrafili nawet zmienić pas i wyprzedzić zawalidrogę przejeżdżając łącznie kilkaset metrów. Zawalidroga oczywiście też jechał na wstecznym.

Pojechaliśmy do Noush Abad zobaczyć podziemne miasto. Jedyna atrakcja w Iranie, która nie zrobiła na mnie wrażenia. Z czasów starożytnych, kiedy to ludzie kopiąc tunele, aby chronić się przed najeźdźcami chowali się pod ziemią. Tunele łączyły się i zagłębiały tworząc rozległą sieć. Z biegiem czasu wykonano tam i różnego rodzaju pomieszczenia, wentylację itd… W razie, czego, setki osób przez wiele dni mogły tam przeżyć a nawet skutecznie się bronić. Dodatkowym atutem był chłód, gdyż na zewnątrz panował upał, jak w najgorętsze lipcowe czy sierpniowe dni u nas.

Pojechaliśmy w kierunku Kashanu. Gorąco i sucho. Wszędzie dookoła pustkowie. Gdzie nie gdzie jakieś suche drzewka i zakurzone drzewska, których z kilometra na kilometr jest coraz mniej. Po jakimś czasie skończył się asfalt, więc pozamykaliśmy okna. Wszędobylski kurz jednak pchał się do auta każdą szparą. Upał jak w piekarniku oraz przyklejający się do ciała kurz, pijąc wodę, pierwszy łyk należało robić wyłącznie po to, aby wypłukać usta. Dojechaliśmy do pustyni. Prawdziwej piaszczystej z wielkimi wydmami pustyni.

Wielka Pustynia Słona zajmująca obszar ¼ obszaru Polski. Dlaczego akurat słona? Ponoć w jej obniżeniach występują słone bagna. Łączy się ona po zachodniej stronie ze słonym jeziorem Namak i tam właśnie są rozległe solniska. Tak czy owak, zatrzymaliśmy się na spóźniony zachód słońca. Nie było już go widać, ale zapadający zmrok nad piaszczystymi wydmami jest równie imponujący. Spotkaliśmy na pierwszej wydmie grupę Irańczyków, szykujących piknik. Młodzi, weseli i trochę oderwani od rzeczywistości. Dziewczyny bez chust na głowach. Chociaż kiedy zobaczyły jak się zbliżaliśmy zaraz je ubrały. Posiedzieliśmy trochę i w drogę. Im bardziej na południe tym szybciej zapada zmrok. Przekonałem się o tym już nie jeden raz. Wystarczy kilkanaście minut – np. 10. I jasność dnia zmienia się w ciemną noc.

Ponoć za kilka kilometrów miała być jakąś wioska, zajazd czy coś tam gdzie będzie można przenocować. Jechaliśmy już w kompletnych ciemnościach nawet nie drogą, tylko po ubitym piasku. Chyba zgubiliśmy drogę. Rozważany był nawet nocleg na wydmach, ale daliśmy sobie jeszcze kilka kilometrów. Co za różnica?

Opłacało się jednak. Dojechaliśmy w końcu do przystani karawan. Jeśli miałbym wyobrazić sobie Karavan Serai nie widząc go wcześniej to właśnie wyobraziłbym sobie coś takiego. Wielkie i okrągłe baszty połączone ze sobą wielkim murem, jako całość tworząc wielki kwadrat. Całość jak budynki na pustyni, wybudowana dużych bloków kamiennych. Żadnych ozdób czy dekoracji tylko wszędobylski piasek. W środku żadnego dachu, jedynie wielki dziedziniec i nisze. Nisze duże jak pokoje w mieszkaniach, niektóre nawet wyścielone dywanami. Poszedłem do zarządcy zapytać o cenę i dobiliśmy targu. Jako jedyny w Iranie chciał pieniądze dopiero rano. Kilka osób śpi w namiotach na murach, kilka w busie, ja w niszy pod gwiazdami i na świeżym powietrzu. Będzie trochę przyjemnego chłodu po upalnym dniu.

Zarządca zaprosił mnie do siebie na herbatę. Do siebie tzn. do swojej wyścielonej dywanami niszy. Zaparzył herbatę w samowarze, wyciągnął orzechy, a ja batony i tak siedzieliśmy sobie, gawędząc o pierdołach. Jedno z pierwszych pytań; czy jestem katolikiem? Wbrew pozorom Irańczycy są bardzo tolerancyjni, jeśli chodzi o wiarę. Dominuje oczywiście islam szyicki, ale tolerują inne wielkie religie. Wiedzą, że są i nie przeszkadza im to. Jest nawet w Iranie rejon, gdzie mieszkają chrześcijanie. Jak zastanowiłem się nad tym później to, całkiem sporo dowiedziałem się od niego a On ode mnie. Kolejny raz przekonałem się, iż wystarczy mieć tylko dobre chęci, trochę zaparcia i można dogadać się z każdym.

Zapaliliśmy nawet sziszę. Taką zwykłą, prostą i drewnianą, pomalowaną jedynie na kolorowo. Nie chińska tandeta przywożona z Egiptu, cała metalowo-szklano-plastikowa lecz zwykła drewniana z ceramicznym zbiornikiem, ręcznie robiona. Nawet ustnik miała drewniany był oczywiście wymienny, ale drewniany.

Przyszły wielbłądy. Nie wiem czy były dzikie, bo jadły nam z ręki. Jak zobaczyłem, jakie miały zębiska to dawałem im chleb trzęsącą się jak galareta ręką. Pojadły i poszły a my poszliśmy spać.

___________________________________  

 

 

Dzień 8 - 16.10.2010

Aran Bidgol, Kashan – ogrody, Abyaneh, Isfahan

 

Noc była dosyć zimna. Miła odmiana po upalnym dniu. Rano poszedłem do niszy gdzie była toaleta. Nie mogłem ze zdziwienia uwierzyć. W Turcji prawie wszędzie były „małysze” – tutaj było to normą. A nagle w głębi pustyni, wśród wydm i piasków w kamiennej budowli jest europejski kibel. Szczęście, że wszyscy spali, bo wymyśliłem, że zrelaksuję się maksymalnie. Otworzyłem go i jedyne, co powiem to: zawartość malutkiego kieliszek, takiego, z jakich pije się wódkę nie zmieściłby się do niego. Caluteńki wypełniony był po brzegi… Obrzydlistwo. Wówczas jak nigdy naprawdę ucieszył mnie „małysz”.

Wyszedłem na mury zobaczyć okolicę oraz wschód słońca. Zajazd w jasny dzień okazał się inny. Właściwym pasującym do niego stwierdzeniem to, twierdza. Kwadrat o boku ok. 100 metrów, z murami wysokimi na 6 metrów. Na nich flanki. Gruby na tyle, że na jego szczycie zmieściłaby się ciężarówka. Oczywiście postawiona w poprzek. Wieże jeszcze większe, na każdym rogu oraz po jednej na środku każdego boku. Prawdziwa średniowieczna twierdza. Dookoła, aż po horyzont tylko piasek i wydmy.

Jest coraz cieplej. O 9 rano temperatura przekracza już 30 stopni. Wielbłądy, które były w nocy na kolacji przyprowadziły teraz kumpli. Jest nawet wielbłąd albinos. Ciekawy widok. Szkoda tylko, że jest pełno much. Gdzie one się chowają, aby móc zjawić się tak szybko i to w takiej ilości? Szybkie śniadanie, przy którym najadły się także wielbłądy i pojechaliśmy dalej. Muchy razem z nami. Do auta nalazła ich niemożliwa ilość.

W pół godziny wytłukliśmy je prawie wszystkie. Dłuższa przerwa na wydmach, aby nasycić się widokiem i pojechaliśmy dalej.

Aran Bidgol lub Bajeczny Meczet. Miejsce, które polecił nam zarządca poprzedniej nocy. Bardzo piękny i naprawdę bajeczny meczet. Z dziedzińcem wyłożonym piękną perską mozaiką i środkiem calutkim w mieniących się lusterkach. Meczet identyczny jak przedstawiają nam w TV twórcy Baśni Tysiąca i Jednej nocy. Moim zdaniem cały kompleks jest jednym z najpiękniejszych w Iranie. Tutaj przynajmniej można robić zdjęcia. Podobnie jak wszędzie dwa osobne wejścia. Przy wejściu na dzieciniec stoją zamykane na kłódkę skrzynki z dywanami, przy których jest wmurowana w posadzce tablica. Prywatne miejsca modlitewne.

W dalszej kolejności przyszła pora na Kashan, gdzie zwiedziliśmy starożytne ruiny miasta. Chociaż to, co z nich pozostało bardziej przypomina zamek z piasku nad brzegiem morza, przez który kilka razy przetoczyła się już fala. Atutem jest to, że są bardzo stare. Nie zanotowałem, ale mają chyba kilka tysięcy lat.

Skwar dokucza coraz bardziej. O godz. 11:00, temperatura w cieniu grubo przekracza 30ºC. Poszliśmy zobaczyć ogrody. W takim momencie cień i szum wody jest zbawienny. Już dawno nauczyłem się doceniać wartość cienia przy upale. Wystarczy chwila wytchnienia przed palącym słońcem. Spotkaliśmy tutaj będące na wycieczce, uczennice szkoły średniej. Każda w długich spodniach, szarej tunice i czarnej chuście. Takie szkolny mundurek. W większej gromadzie były bardzo odważne. Od razu zaczęły gadać jedna przez drugą. Skąd jesteście, co słychać, witajcie w Iranie, itd…. Wszystko oczywiście do czasu pojawienia się opiekunki.

Poszliśmy coś zjeść. Restauracja nie pasuje, bar także. Raczej coś w stylu małego ogródka z kamienną posadzką przez środek, którego przepływa strumień. Można w nim opłukać nogi. Dookoła dużo zieleni, drzewek, krzewów i kwiatów - był nawet papirus. Ogólnie to jest tutaj przyjemny cień i trochę wilgoci. Żadnych stołów czy krzeseł tylko wielkie jak 4 wersalki podesty zaścielone dywanami. Siada się na nich po turecku a kelner przynosi zamówienie na wielkiej srebrnej tacy. Ekstrawagancja kosztująca 10 zł. Zauważyłem, że skromne zazwyczaj Iranki, jak nikt nie widzi to wgapiają się w nas jak w przybyszów z obcej planety.

Po południu dojechaliśmy do wpisanego na listę UNESCO malowniczego Abyaneh. Jest to ponoć jedna z najstarszych i jedna z najpopularniejszych wiosek w Iranie. Nie to jednak przyciąga tutaj turystów. Wioska podobnie jak wcześniej Masuleh wydaje się nietknięta cywilizacją, w której mieszkańcy zdają się żyć przez wieki tak samo. Wszystkie budynki zbudowane są tutaj z czerwonej gliny. Położona na zboczu góry na tle zachodzącego słońca prezentuje się wspaniale. Wewnątrz panuje jeden kolor – rdzawo-czerwony czy gliniasty. Nawet ulice mają taki kolor. Tutaj po raz pierwszy zobaczyłem wejścia do domów z dwoma kołatkami, osobnymi dla kobiet i mężczyzn. Bardzo ładnie, cicho i przyjemnie. Spacerowaliśmy podziwiając ją do późnego popołudnia.

Pojechaliśmy do Isfahanu. Jak powiadają Irańczycy – Isfahan to połowa świata. Przesada, ale czy taka duża? Boskie i zarazem piękne Isfahan. Malownicze i czarujące. W średniowieczu faktycznie musiało przypominać połowę świata. Wielkie i zatłoczone. Ludzie pokazują sobie nas palcami i najnormalniej do nas machają.

Znaleźliśmy hotel. Szybkie rozpakowanie gratów, prysznic i wieczorne zwiedzanie. Atmosfera trochę przypomina mi Kraków lub Pragę. Tłumy turystów i pewna magia, jaką wyczuwa się na starówkach starych miast. Ludzie potrafią zaczepić nas i proszą o zrobienie sobie z nami zdjęcia. Jednocześnie wszyscy są mili i uprzejmi. Uśmiechają się do nas, pytają skąd jesteśmy.

Most Trzydziestu Trzech Łuków. Sztandarowy most Isfahanu na rzeką Zajande. Podobnie jak Most Karola jest ulubionym miejsce spacerów mieszkańców miasta. Bez końca można zaglądać do nisz znajdujących się za bocznymi kolumnami mostu. Widziałem go wiele razy na zdjęciach, ale na żywo to zupełnie, co innego. Mógłbym przesiedzieć tam całą noc. Zaczepiły mnie 4 dziewczyny. Nie ma, co odważne były. Szkoda, bo rozmawiały tylko i wyłączenie po persku. Nigdy nie dowiem się, czego chciały, ale jedna z nich cały czas rysowała serce na ręce. (???) Coś gadała o mężu, żonie. Jak zaskoczyłem to pożegnałem się i poszedłem dalej na nocne zwiedzanie. Isfahan mimo, że wielki wydaje się dużo bardziej spokojny niż inne miasta. Do hotelu wróciłem późno po północy.

___________________________________  

 

 

Dzień 9 - 17.10.2010

Isfahan, Ardakan, nocleg w górach przy Czaq Czaq

 

Pobudka. Jedyna normalna toaleta w Iranie zdatna do użycia. Następna dopiero w domu.

Idziemy zwiedzać miasto. Pierwsze, co zwraca moją uwagę to skutery. Mój Boże, są wszędzie a kierowcy mają bardzo dziwne przyzwyczajenie. Jeśli nie mają szansy, aby przecisnąć się między autami to wjeżdżają na chodnik. Na chodniku natomiast jadą sobie w najlepsze. Jeśli jest dużo ludzi to trąbią i przeciskają się między mini. Zjeżdżają na ulicę i jadą ulicą, aby po chwili powtórzyć wszystko od początku. Człowiek musi mieć oczy dookoła głowy. Zgiełk i harmider dwa razy większy niż wieczorem. Chociaż kiedy zeszliśmy z głównego chodnika wszystko to od razu się uspokoiło. Wrócił spokój.

Jako pierwsze odwiedziliśmy muzeum sztuk. Ładne były tam dzieła, ale nic szczególnie zwracającego uwagę. Malowidła, mozaiki, dywany itp... Poszliśmy, więc to Pałacu Czterdziestu Kolumn. Ciekawa nazwa Pałacu, który tak naprawdę kolumn tych ma jedynie dwadzieścia. Jak się okazało, odbijają się one w wodzie położonego bezpośrednio przed nim basenie. Stąd ta nazwa. Położony w pięknym ogrodzie. Jego wnętrze jest bardzo bogato zdobione interesującymi freskami. Piękne wydania Koranu, gdzie zdobiona jest każda kartka.

Często, kiedy szukamy jakiś informacji o Isfahanie to bardzo łatwo natknąć się można na fotografię z placu Imama. Czytałem o tym wiele razy, ale kiedy zobaczyłem go na własne oczy nie mogłem się nasycić widokiem. Plac Imama Chomeiniego jest jedną z najciekawszych atrakcji Isfahanu.

Pierwsze wrażenie: Wielki. Jest naprawdę wielki. Jeden z największych na świecie. Jest ponad dwa razy większy niż cały krakowski rynek.

Drugie wrażenie: Zielony. Jest to jeden wielki skwer z fontannami i ścieżkami. Ludzie grają tam w piłkę. Siedzą i piją herbatę. Bawią się itd…

Trzecie wrażenie: Niesamowity. Otoczony budowlami i meczetami iście z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy.

Czwarte wrażenie: Jak tutaj spokojnie.

 

Centrum dwumilionowego miasta a tutaj taki relaks. Przy placu pokręciłem się po otaczających go piętrowych arkadach. Pełne są one małych sklepików, straganów czy herbaciarni. Chociaż przypominają trochę Wielki Bazar w Istambule. Mianowicie czuć komercję. Mimo tego było tam wiele ciekawych i niespotykanych u nas wyrobów. Przepięknych pamiątek, perskich dywany czy innych bibelotów.

Bezpośrednio przy palcu Imama znajduje się meczet Imama. Dawniej Wielki Meczet Królewski. Jego rozmiary robią wrażenie. Do meczetu wchodzi się bramą w portalu o wysokości 30 metrów. Przy portalu stoją jeszcze wyższe dwa minarety. Cały meczet ozdobiony jest metodą siedmiu kolorów. Na wszystkich płytkach przeważają kolory: granatowy, żółty, turkusowy, różowy, zielony, biały i kolor oberżyny. Podobnie jak Bajeczny Meczet i ten wyłożony jest od posadzki, poprzez ściany, sklepienia aż to kopuł minaretów tymi płytkami. Wewnątrz są dwie kopuły, zewnętrzna wysoka na 52 metry, wewnętrzna 38 metrowa. Konstrukcja taka pozwala rozchodzić się echu tak, aby modlitwy słyszalne były w każdym zakątku budowli. Zdobienia oczywiście układają się w przepiękne perskie mozaiki.

Meczet piątkowy jest z kolei jednym z najstarszych w Iranie i absolutnie największym. Jego pierwsza wersja powstała już w XI wieku i przez lata był stale przebudowywany i rozbudowywany. Przez to można podziwiać tutaj wiele stylów w budownictwie. Tak jak meczet Imama jest przepiękny tak ten, mimo, braku takiej ilości zdobień jest dużo ciekawszy. W bardzo ciekawy sposób wykonane ma sklepienia.

W drodze powrotnej przechodziliśmy przez biedną dzielnicę. Mimo wszędobylskiego bałaganu, nie widzieliśmy ludzi bezdomnych czy żebrzących. Tutaj właśnie widziałem rzeźnię, gdzie sprzedawca oferował mięso z wielbłąda.

Pojechaliśmy zobaczyć trzęsące się minarety. Wypiłem ekstra kawę, nie wiem, po jakiemu była przyrządzona, ale kosztowała tyle, co 7 moich ulubionych istaków. Nawet na Irańskie ceny dużo, jednak warta swojej ceny. Nie architektura, ale nazwa nas tutaj przyciągnęła. Minarety naprawdę się trzęsą, chociaż robi to człowiek, który wchodzi do środka, nie zmienia to jednak faktu, że całkiem nieźle odchylają się od pionu.

Przy wyjściu zaczepiły mnie 9 może 10 letnie dziewczynki ze szkoły podstawowej. Od razu przywołane do porządku przez opiekunkę. Szczęściem jednak na krótko. Wystarczyło, aby odeszła dalej a od razu zaczęły robić sobie ze mną zdjęcia. Podobnie jak wcześniej w Kashanie te także miały szkolne uniformy. Długie, fioletowe spodnie, fioletowe tuniki i białe lub różowe chusty. Mimo upału, każda obowiązkowo w skarpetkach. Wydawać się mogło, że jest to dla nich uciążliwe. Jednak nie, są wesołe, szczęśliwe i uśmiechnięte. Z początku bardzo się krępują, ale przełamują strach i częstują się ciastkami. Długo potem jeszcze nam machały.

W każdym irańskim mieście jest rondo. To zwyczaj będą chlubą miasta. Duże albo wręcz wielkie rondo, obowiązkowo z jakąś budowlą w środku. Czasami jest to olbrzymi monument, innym razem wielki skwer gdzie siedząc na dywanie akurat ktoś zrobił sobie piknik. Widziałem wielki pomnik kranu, z którego non stop leje się strumień wody. Pręt podtrzymujący kran ukryty był w wielkim strumieniu wody, sprawiając jednocześnie złudzenie, iż kran wisi w powietrzu. Były wielkie i podświetlane fontanny. Były gigantyczne dzbany lub wielkie owoce. Co tylko można sobie wyobrazić. Jednak przy wyjeździe z Isfahanu szeroka dwupasmowa droga łączyła się z inną równie szeroką, wielkim rondem. Pięknym i bajecznie oświetlonym z prześliczną fontanną w środku. Dookoła rosły wysokie drzewa. Jedno z najpiękniejszych rond. Chociaż tym, czym pobiło inne, był fakt, iż w całości było pod ziemią. Nie w wielkiej dziurze, lecz razem z drogami w wielkim podziemnym tunelu. Na powierzchni były inne drogi. Najładniejsze rondo w najładniejszym mieście.

Pożegnaliśmy przepiękny Isfahan i pojechaliśmy do Chak Chak. Na miejscu byliśmy późno w nocy, więc szybka kolacja, do której Piotr wygrzebał resztki przemyconej anyżówki. W Iranie smakowała całkiem nieźle.

___________________________________  

 

 

Dzień 10 - 18.10.2010

Chaq Chaq, Yazd, Abarkuh, Persepolis

 

Pobudka wcześnie rano. Jesteśmy w górach, więc i temperatura rośnie bardzo szybko. Góry Ardakan przypominają trochę Synaj. Wielkie i postrzępione. Suche bez jakiejkolwiek roślinności. Palące słońce i zimne noce robią swoje. Wszędzie jest masa kurzu i pyłu wznoszącego się przy każdym kroku. Zwietrzelina przypominająca gruby żwir zalega wszędzie.

Idziemy do góry. O 8:30, temperatura przekracza 30ºC. Kilkaset metrów szlaku a różnica wzniesień sięgająca 300 metrów. Na szycie jest kilka zabudowań służących do obsługi pielgrzymów. Ponad nimi, wybudowana w jaskini niewielka, ale za to najważniejsza na świecie świątynia zoroastriańska. Niewątpliwie jedna z najstarszych monoteistycznych i wciąż istniejąca religia na świecie. Wyznawcy znani są też, jako „Czciciele Ognia”.

Zaratusztrianizm był religią państwową na terenie współczesnego Iranu za czasów imperium Sasanidów. Wywarł on wyraźny wpływ na judaizm, a poprzez niego także na chrześcijaństwo i islam, i według części religioznawców istnieją poważne przesłanki do twierdzenia, że takie podstawowe zasady tych religii jak Sąd Ostateczny, wędrówka duszy po śmierci do piekła lub nieba, wiara w istnienie diabła i nadejście mesjasza powstały pod silnym oddziaływaniem zaratusztrianizmu.

Świątynia sama w sobie może nie rzuca na kolana, ale jej położenie, droga do niej i cała okolica są bardzo klimatyczne. Co ciekawe, odwiedzający świątynię mężczyźni muszą mieć obowiązkowo nakrycie głowy.

Zabierając ze sobą większość much ze Świątyni Ognia pojechaliśmy do Yazd. Pół godziny i ponownie wytłukliśmy większość. Rozsmarowując je jednocześnie ma szybach, siedzeniach, podłodze, podsufitce i całym sprzęcie. Dobrze, że nie było z nami sanepidu. Droga do Yazd wiodła prze suche i spalone słońcem bezdroża. Drogi miały kilometrowe odcinki prostych. Przerwę na zdjęcia zrobiliśmy jedną, gdyż suche powietrze w połączeniu z palącym słońcem odbierało resztki sił. Za kilka dni było jeszcze cieplej.

Yazd jest jednym z najstarszych bez przerwy zamieszkałym miastem na świecie. Niektórzy podają, że jest nim turecka Konya a gdzie indziej, iż jest to starówka Yazdu. Tak czy owak, ludzie mieszkają tutaj nieprzerwanie od tysięcy lat. Mimo tego, nie jest wielki. Dookoła otoczony pustynią posiada wyjątkową starówkę zbudowaną w całości z gliniano piaskowych cegieł. Jego cechą charakterystyczną są badgiry, czyli „zbieracze wiatru”. Wysokie wieże, przypominające kominy z wlotami po bokach. Jak mówi nazwa, dostarczają schłodzonego powietrza do budynków. Takie starożytne klimatyzatory wykorzystywane do dziś.

Weszliśmy na dach Meczetu Amir Chokhmaq. Roztacza się z niego widok na panoramę miasta. W każdym kierunku aż po horyzont widać płaskie dachy budynków, bagdiry i przecinające się pod kątem prostym ulice. Prze meczetem widać wielką drewnianą konstrukcję: Takije. Przypominająca listek drewniana konstrukcja służy do wystawiania przedstawień pasyjnych w każdą rocznicę męczeńskiej śmierci Imama Husejan w bitwie pod Karbalą (680 r.).

Jak to już stało się tradycją udaliśmy się do Meczetu Piątkowego. Meczet wybudowany w miejscu dawnej świątyni, jeszcze z czasów przedmuzułmańskich. Minarety tego meczetu ponoć są najwyższe na świecie.

Po drodze na bazar minęliśmy bardzo oryginalną wieżę zegarową. W Yazdzie jadłem jeden z lepszych chlebów. Dodają tam jakieś specyficzne zioła, które sprawiają, iż ma niepowtarzalny i niezapomniany zapach oraz smak.

Zwiedziliśmy jeszcze muzeum wody. Przyjemne, bo chłodne z niewiele mówiącymi eksponatami. Chociaż ludzie żyjący na pustyni inaczej podchodzą do zbiorników gdzie gromadzona jest woda. Ja zobaczyłem, pooglądałem i poszedłem.

Wybraliśmy się jeszcze do Świątyni Ognia. Wielka szkoda, gdyż była akurat zamknięta dla zwiedzających. Oglądnęliśmy ją jedynie z zewnątrz. Świątynia ta jest bardzo ważna dla wyznawców zoroastryzmu. W środku za szybą znajduje się wiecznie płonący ogień, odgrywający bardzo ważną rolę w tej religii. Nie można go w żaden sposób zanieczyścić – nawet oddechem. Ogień ten płonie bezustannie od ponad 1500 lat.

Pożegnaliśmy Yazd, kierując się poprzez góry do Abarkooh. Po drodze widać było w oddali Wieże Milczenia. Religia zabraniała palenia lub składania ciał w ziemi, ponieważ mogłoby to zanieczyścić ogień i ziemię. Zwłoki wystawiano, zatem w specjalnych wieżach, na których pozostawiało się je sępom. Wieże oczywiście osobne dla ciał mężczyzn i osobne dla ciał kobiet. Obecnie proceder jest zabroniony a zmarli chowani są w ziemi w betonowych trumnach. Nie ma, więc ryzyka, zanieczyszczenia ziemi.

Wielkie i surowe góry podobnie jak Ardakan wycisnęły z nas resztki wody. Upał doskwierał niemiłosiernie a odbijające się od skał promienie słońca raziły oczy. Kręta droga wiła się serpentynami przez wiele kilometrów. Jej najwyższy punkt był na wysokości 2630 metrów. Mimo tego była szeroko i bardzo dobrej jakości. Wybudowanie takiej drogi w tych górach graniczyło z cudem. Powinni przejechać się nią wszyscy pracownicy Dyrekcji Generalnej Dróg Krajowych i Autostrad.

Ciekawostką Abarkooh jest drzewo. Cis. Potężny, niemalże stożkowaty, o pniu, którego średnica ma kilkanaście albo i więcej metrów. Jest to najstarsze drzewo w Iranie i najstarsze drzewo w całej Azji. Ma ponad 4000 lat. Nic dodać nic ująć.

Zatrzymaliśmy się jeszcze przy domach lodowych, gdzie w dawnych czasach przechowywano sprowadzany z gór lód. Ciekawe rozwiązanie w tym gorącym klimacie. Lód teraz przechowuje się inaczej, ale w dalszym ciągu sprzedawany jest w postaci wielkich brył. Mijaliśmy motocyklistę wiozącego na bagażniku - oceniając po wymiarach - 40, może i nawet 50 kg sześcian lodu.

Wieczorem dojechaliśmy do Persepolis. Poszedłem jeszcze zobaczyć jak wygląda oświetlone nocą. Po drodze mijałem wesołe grupy zasiadające na dywanach prze drodze. Popalali szisze, popijali herbatę, śpiewali i tańczyli. Jednym słowem, wesoło spędzali czas. Znalazłem małą sakiewkę…….

Resztki marihuany, jakie były w sakiewce z powodzeniem wystarczyłyby na skręta dla każdego z nas. Jak powiedział jeden członek grupy: „…była bardzo dobrej jakości i nawet bardziej niż mocna - jednym słowem całkiem nieźle go sponiewierała…” Nikt z nas więcej jej nie dotknął. Wyrzuciłem ją rozsypując między drzewa a sakiewkę wsunąłem głęboko między śmieci. Jak uzmysłowiłem sobie fakt posiadania tutaj narkotyku to oblał mnie zimny pot. W razie najdrobniejszej nawet kontroli, stalibyśmy się na krótko gwiazdami w irańskiej TV. A policjanci czasami mieli psy.

___________________________________  

 

 

Dzień 11 - 19.10.2010

Persepolis, Naqsh-e Rustam, Shiraz

 

Persepolis. Zwiedzamy w słońcu starożytną stolicę Wielkiego Imperium. W słońcu ponad 40 stopni a jest jesień. Jak Oni tutaj wytrzymywali? Nie mam pojęcia. Miasto założone 518 lat p.n.e. przez Dariusza Wielkiego, było wówczas najwspanialszym miastem świata. Stolica podobno rzeczywiście olśniewała. Kompleks pałacowy, grobowce oraz wszystkie budynki musiały być wyjątkowo piękne. Zwiedzając je należy jedynie uruchomić wyobraźnię i aby zobaczyć i zrozumieć, jakie były imponujące. Moim zdaniem warte zobaczenie, jeśli ktoś ma pojęcie skąd to się wzięło, kto to wybudował i ile wieków temu.

Znowu coś od nas chcą jakieś młode Iranki, ale rozmawiają wyłącznie po persku. Z pewnością pytały o stan cywilny, bo nieźle czarowały tymi swoimi oczami. Zibo tylko tyle rozumiałem.

Niedaleko Persepolis zwiedziliśmy jeszcze atrakcję archeologiczną: Naqsh-e Rustam. Wykute są tam w skalnym klifie olbrzymie, 10 metrowe w kształcie krzyży, grobowce czterech perskich królów; Dariusza I Wielkiego, Xerxesa, Artaxerxesa i Dariusza II. Piąty grobowiec nie został dokończony. Władcy mieli kiedyś bezwzględne posłuszeństwo poddanych skoro mogli zażyczyć sobie czegoś takiego.

Pewien Irańczyk zapytał mnie czy może zrobić mi zdjęcie jak trzymam na rękach jego kilku miesięczną córeczkę. Osobliwe, ale nie pierwszy już czułem się jak atrakcja turystyczna. Dlaczego nie? Lubię odskocznie od normy, więc uśmiechając się szczerze, wziąłem na ręce prześliczną jak laleczka dziewczynkę.

Pojechaliśmy do kolejnego boskiego miasta. Boskie Shiraz i boski skwar. Według Irańczyków oczy kobiet z Shiraz są wyjątkowo piękne i czarodziejskie. Nie zostałem na szczęście oczarowany, chociaż muszę przyznać wiele racji tej tezie. Tak jak w Isfahanie tak i tutaj uroda kobiet (mężczyzn chyba też, chociaż im nie przyglądałem się zbytnio) powalała człowieka na kolana. Oczy jeszcze większe i ciemniejsze. Tym razem jak smoła. Pomalowane w sposób, jaki sam w sobie przyciąga wzrok mężczyzny. To chyba było to coś, co czarowało. Ciemniejsze od czarnych włosy. Karnacja ciemniejsza niż zwykle, chociaż dalej zaklasyfikowana do oliwkowej. Niby nieśmiałe, ale czasami aż wykręcały głowy, aby na nas popatrzeć. Będąc w autach machały do nas jak do znajomych. Człowiek patrzył i chłonął cały ten widok, aby zapamiętać go jak najdłużej.

Nawet szybko znaleźliśmy tani i przyzwoity nocleg, w ścisłym centrum. Bagaże do pokoju i zwiedzanie. Jako pierwsza Twierdza Karim Chana. Tak jak imponujący był Karavan Serai tak ta budowla przyćmiła go w każdym calu. W centrum miasta, otoczona ulicami w samym środku wielkiego parku stoi Twierdza Karim Chana. Gigantyczna, prosta i surowa. Cztery wielkie baszty połączone ze sobą murem tworząc w ten sposób czworobok. Trzeba to jednak zobaczyć, aby uzmysłowić sobie ten ogrom. Nie wiem, jakie wymiary ma w metrach, ale wyczytałem, że żyło w niej kiedyś 11.000 ludzi. Mury na pierwszy rzut oka mają ze 15 metrów wysokości. Baszty natomiast są tak wielkie, że na ich szczycie zmieściłoby się bez problemu 5 czołgów. Wielka twierdza, największa, jaką widziałem. Tylko tyle nasuwało mi się na myśl, kiedy na nią patrzyłem.

Niedaleko twierdzy wszedłem do Nazar Garden. Malutkie i urocze muzeum w przepięknym, malowniczym ogrodzie. Tam to właśnie na jednym z obrazów zobaczyłem tańczącego Jezusa. Arcydzieło zatytułowane „Kontemplacje Jezusa Chrystusa”, przedstawiało dwudziestokilkuletniego Jezusa wraz z kilkoma osobistościami podczas kontemplacji i tańców. Nigdy wcześniej nie widziałem Jezusa, jako młodzieńca. W ogóle nigdy nie jest tak przedstawiany. Musiał kiedyś sporo wędrować po świecie.

Aby trzymać fason poszliśmy do meczetu. Najbliżej był Meczet Vakil. Jak w poprzednich miastach ten także był wielki i imponujący. Pełen kolumn i pięknych zdobień. Meczet mający kilkaset lat.

W Shiraz jednak dużo czasu spędziłem na bazarze. Wielki, malowniczy Bazar Vakil przyciągał wszystkim. Bazar w własnym centrum, na którym rosły piękne krzewy i drzewa. Nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie fakt, iż w Iranie wszystkie bazary są zadaszone. Natknąłem się ekipę filmową kręcącą film. Widziałem kobiety ręcznie tkające dywany, które o dziwo, z uśmiechem na ustach pozwoliły zrobić sobie zdęcie. Bazar, który przeszedłem wzdłuż i wszerz wiedząc, że nie widziałem nawet jego połowy. Bazar tak jak inne, gdzie nikt nie wciągał mnie na siłę do sklepu, nikt nie próbował mnie naciągnąć i oszukać, bazar gdzie wszędzie były ceny i nie trzeba było się targować. Bazar, po którym chodziłem do później nocy nie czując strachu.

Nocą poszedłem do parku i siedząc na trawie podziwiałem jeszcze raz, pięknie oświetloną Twierdzę Karim Chana. Jedyny zabytek w Iranie, do którego nie wszedłem. Bo i po co? Skoro to twierdza to powinna prezentować się imponująco na zewnątrz. Tak właśnie było. Przed nią są przepiękne trawniki, na których wszędzie siedzą ludzie. Jedzą, piją, rozmawiają, bawią się. U nas to coś dziwnego a tutaj to powszedniość. Wszędzie, w parkach, skwerach, trawnikach, gdziekolwiek jest skrawek zieleni, zawsze znajdzie się ktoś, kto tam siedzi. Bardzo ładnie to wygląda. Jednocześnie nigdzie nie ma psów. Nikt ich nie wyprowadza i trawniki są czyste. Śmieszne, gdyż nawet przy bałaganie na ulicy czy chodniku na trawnikach jest zawsze czysto jak na kortach tenisowych. Dotyczy to całego kraju.

Ludzie patrzą na mnie jak na kosmitę. Jeśli tylko udzielę odpowiedzi na pytanie skąd jestem zaraz słyszę: Wellcome to Iran. Ludzie tutaj są naprawdę niesamowici. Żaden kraj w Europie pod tym względem nigdy im nie dorówna.

Policja potrafi eskortować nas, aby pokazać drogę. Ludzie zaczepiają i pytają czy nam pomóc. Czy nam coś wytłumaczyć, pokazać. Czy pomóc w tłumaczeniu farsi. Cokolwiek. Słyszałem o takim traktowaniu turystów w Iranie, ale nie wierzyłem w to do końca. Do czasu, aż przekonałem się o tym osobiście. Wszędzie zgiełk i harmider jak u Arabów, ale ludzie, mimo, że do nich podobni różnią się charakterem diametralnie. To jest niesłychane.

Dzisiejszej nocy padłem wyczerpany dokuczliwym skwarem i emocjami.

___________________________________  

 

 

Dzień 12 - 20.10.2010

Shiraz, Bishapur

 

Dzisiaj było jeszcze cieplej. Będą dalej w Shiraz pojechaliśmy jeszcze do Mauzoleum Alego ebn-e Hamze. Mauzoleum wykonane w stylu Aran Bidgol z „lusterkowym” wnętrzem. Piękny ja i pozostałe.

Po wyjściu pierwszy raz spotkaliśmy się osobą, która chciała od nas coś. Samotna stara kobieta, sądząc po zachowaniu coś z nią było nie tak. Może była upośledzona. Nie wiem. Szkoda mi jej było - dałem jej Euro. Minę zrobiła taką jakbym uderzył ją w twarz. Od innej osoby dostała 3 razy mnie, ale w Rialach i od razu była w skowronkach. Później żałowałem, że także nie dałem jej riali.

Pojechaliśmy do ogrody Eram, ale widząc z zewnątrz, co znajduje się w środku nie zdecydowaliśmy się na wejście do środka. Szczerze mówiąc odstraszyła nas cena – 40.000 riali, gdzie bilety przeważnie kosztowały 5.000. Wielki ogród z masą zielonych drzew, najróżniejszych kwitnących krzewów i kwiatów. Dla nas wydawał się po prostu pięknym ogrodem, ale dla Irańczyków, zdających sobie sprawę z faktu, iż mieszkają na pustyni było czymś innym. Odwiedzali go tłumnie.

Pojechaliśmy dalej na południowy-zachód. Po drodze przez góry zatrzymaliśmy się w Abolhayat. Małej wiosce przy drodze, tuż za gigantycznych rozmiarów wąwozem. Wyglądał tak jakby w wielkim łańcuchu górskim ktoś gigantycznym toporem wyciął wąski przesmyk. Górach wysokich na kilkaset metrów. W samo południe dotarliśmy do Bishapur. Kompleksu składającego się z ruin miasta, pałacu, świątyni Anahity, bogini słodkich wód oraz reliefów skalnych Miasta założonego przez Shapura, przedstawiciela dynastii Sasanidów. Dynastia ta największą potęgę osiągnęła właśnie za czasów Shapura, który w bitwie pod Edessą, pokonał Rzymian i wziął do niewoli Cesarza Waleriana. Aż, podziw człowieka ogarnia, kiedy uzmysławia sobie, gdzie Ci Rzymianie dotarli. Shapur więził Waleriana, aż do jego śmierci. Używał go, jako żywego stołeczka podczas wsiadania na konia, a po śmierci Cesarza, kazał go podobno obedrzeć ze skóry. Boże jak tutaj gorąco. Termometr zbuntował się przy 50ºC pokazując „error”.

Jadąc tyle tysięcy kilometrów i dowiadując się, że w górach pobliskiej wioski jest jaskinia z posągiem Shapura nie zastanawialiśmy się nawet chwili. Od razu znalazł się przewodnik chętny, aby nas tam zaprowadzić. Podejście to zapamiętam do końca życia. Długie może na 3-4 kilometry było najbardziej wyczerpującym moim podejściem w dotychczasowym życiu. Nawet kilkanaście kilometrów marszu w słońcu przez góry Kapadocji nie wyczerpały mnie tak bardzo. Wiem już teraz, dlaczego kiedy pytaliśmy o drogę to pewien człowiek powiedział, iż nikt tam nie chodzi po południu. Zabójcą okazała się nie duża różnica wzniesień, jaką pokonaliśmy, ale słońce, temperatura i suche powietrze. Każdy oddech palił jak ogień a wody mieliśmy jedynie troszeczkę. Inaczej opisuje się coś takiego w kilku zdaniach a inaczej doświadcza przez 2 godziny. Warte było to jednak wysiłku. Wielki posąg Shapura przywitał nas w wielkiej grocie. Wiele osób będących w Iranie nawet nie słyszało o tym miejscu.

Po powrocie do auta okazało się, że zginęła jedna torba…. Co prawda z drobiazgami, ale zginęła Ups…. A mieliśmy takie dobre zdanie o Iranie. Nasz przewodnik zawołał kogoś. Ktoś zapamiętał, kto był przy aucie. Nawet poprosili abyśmy nie wzywali policji, bo sami to rozwiążą. Minęło 10 może 15 min i winowajca przepraszając sam przyniósł, co zabrał. Długo jeszcze to wspominaliśmy.

Wieczorem zatrzymaliśmy się w miasteczku Borazjan zjeść coś w przydrożnym barze. Dosiedli się do nas policjant z bratem. Pokazali jak powinno się jeść to, co zamówiliśmy i tak spędziliśmy chwilę na pogawędkach.

Późno w nocy zatrzymaliśmy się w Al-Pakhsh na nocleg w gaju daktylowym. Noc była bardzo gorąca i dla odmiany bardzo parna. W nocy powietrze było jak mokra i gorąca wata.

___________________________________  

 

 

Dzień 13 - 21.10.2010

Zatoka perska, Czoqa Zanbil

 

Rankiem cali spoceni i oblepieni brudem podziwialiśmy gaj daktylowy. Wszystkie palmy rosły w wodzie a między nimi usypane były groble. Całkiem oryginalnie to wyglądało. Niedaleko rzeczka z tamą, która nawadniała gaj. O 7:00 temperatura już przekraczała 25ºC w cieniu. Właściciel gaju przyniósł nam poczęstunek. Coś w stylu pasty czy dżemu daktylowego. W porównaniu do poprzednich gorących i suchych dni tutaj było nad wyraz wilgotno co przy wysokiej temperaturze dawało się nieźle we znaki.

Pojechaliśmy dalej w kierunku Busher. Droga ponownie wiodła przez wysokie i góry. Góry jak od wielu dni wyglądały tak samo. Wielkie i kamieniste bez jakiejkolwiek roślinności. Kruszące się od temperatury. Od czasu do czasu zaczęły pojawiać się pierwsze szyby naftowe. Powietrze nagrzane od słońca i rozgrzanych do granic możliwości skał paliło przy każdym oddechu. Czasami oddychaliśmy jak ryby, którym brakuje powietrza. Wiejący wiatr zamiast chłodu zatykał usta gorącym powietrzem. Przy blisko 100 km na godzinę i otworzonych oknach w samochodzie było prawie 40ºC. Rozgrzane powietrze, aż falowało. Nie było nawet szans aby się pocić, gdyż wszystko wysychało w mgnieniu oka. Dzisiaj był najgorętszy dzień całej podróży. Po jakimś czasie góry złagodniały i wypierane przez pustynne przestrzenie. Gdzie nie gdzie zaczęły pojawiać się samotne palmy. Dojechaliśmy wreszcie nad Zatokę Perską. Nie namyślając się od razu wskoczyliśmy do wody. Miała blisko 30 stopni więc była cudownie chłodna. Nie chciało się z niej wyjść. Zatoka Perska, nie wierzyłem ze się w niej kąpię. Bezkresna i czysta piaszczysta plaża z niewysokimi klifami, na których czasami rosły palmy. Pusta i jak sugerował jej wygląd nie używana. W przeciwieństwie do morza kaspijskiego, tutaj znalezienie muszelki było sukcesem. Widok sam w sobie uspokajał. Szkoda, bo chętnie zostałbym tam na noc.

Minęła godzina, może trochę więcej i przyjechał policyjny patrol. Jednak na tym pustkowiu ktoś musiał nas widzieć i zainteresować się tematem. W Iranie nie ma zakazu kąpieli, jednak istnieją dwie żelazne reguły: kąpać należy się jak to określiłem „w opakowaniu” i zawsze oddzielnie. Chyba o to właśnie chodziło policjantom, bo pytali o to czy zdajemy sobie sprawę z faktu, że jesteśmy w Iranie. Byli jednak bardzo mili i wyrozumiali. Bardzo podobało się im nasze auto z jego zorganizowaną funkcjonalnością. Przy pożegnaniu poczęstowali nas orzechami.

Tym to akcentem zakończyliśmy przygodę z Zatoką Perską i pojechaliśmy dalej. Krótko po południu znaleźliśmy się w pobliżu rzeki więc dlaczego nie? Powtórka z rozrywki. Przerwa na jedzonko i kąpiel. Po bardzo słonej wodzie morskiej tak była jeszcze lepsza. Wykąpaliśmy się, wyszorowaliśmy się także przy okazji i trochę popływaliśmy. Upał jednak nie pozwalał na wiele. Zjedliśmy coś i w drogę. Pamiętam jeszcze jedną rzecz z tego miejsca. Tutaj właśnie doceniłem wartość cienia. Ktoś zbudował tam zwykły szałas kryty palmowymi liśćmi. Gorąco w nim było jak w piecu lecz w porównaniu z palącym słońcem na zewnątrz, to właśnie tutaj mimo 43ºC miło się siedziało.

Ruszyliśmy w kierunku Ahwaz. Pustynie ponownie zostały wyparte przez góry. Te same co poprzednio z tą samą temperaturą. Powietrze było identycznie jak poprzednio ale doszły jeszcze spaliny z szybów. Dym czasami aż szczypał w oczy. Szyby naftowe wcześniej rzadkie teraz pojawiały się bardzo często. Czasami były nawet w skupiskach. Wszędzie jak tylko sięgnąć wzrokiem położone były rurociągi. Od każdego szybu biegła rura, czasami łączyły się w większe wszystkie ciągnęły się kilometrami. Zawsze myślałem, że na polach naftowych będą jakieś zakłady, jakiś przemysł a tutaj jedynie szyby i rurociągi.

Na przedmieściach Ahwazu powietrze było tak zadymione, aż nie było widać słońca. Oddychając czuło się w ustach coś takiego jak dawniej siedząc przy lampie naftowej. Tutaj dopiero życie musiało być wesołe. Minęliśmy miasto nawet nie zatrzymując się.

Wieczorem dojechaliśmy do Shustar. Nima, brat właściciela pewnego hotelu pojechał z nami w roli przewodnika do Czoqa Zanbil. Miło z jego strony, gdyż ciężko byłoby nam tam trafić. Spóźniliśmy się i to bardzo ale strażnik poczęstowany orzechami i cukierkami z Biedronki bez problemu wpuścił nas do środka. Warunek – mamy 20 min do czasu przyjazdu kontroli.

Czoqa Zanbil jest najlepiej zachowany ziggurat na Bliskim Wschodzie. Ziggurat jest ogromną budowlą sakralną o kształcie tarasowo uformowanej wieży. Ma ponad 3000 lat i prawie 30 merów wysokości. W nocy pięknie oświetlona prezentowała się bardzo majestatycznie. Powiada się, iż w przeszłości ziggurat ten musiał przypominać wieżę Babel. Liczył 5 pięter i mierzył 60 metrów wysokości a na jego szczycie znajdowała się świątynia poświęcona królowi Suse.

Wyrobiliśmy się w czasie a i partol przyjechał punktualnie. Pogadaliśmy i pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach zatrzymała nas policja. Zdziwieni, iż o tej porze jeździmy po bezdrożach na sygnale eskortowali nas do głównej drogi abyśmy się nie zgubili.

Nima była nadgorliwcem i uparł się, aby znaleźć nam jakieś miejsce na nocleg. Wcześnie oczywiście zabrał nas na lokalne jedzenie. Nie wiem, co to było, ale całkiem smaczne. Zaczęliśmy jeździć po nocy oglądając jego propozycje. Dziwny miał gust, bo pierwszym był trawnik przy meczecie a drugim plac zabaw dla dzieci z wesołym miasteczkiem za ogrodzeniem. Zawoził nas w same bezsensowne miejsca pełne tłumów. Trafiliśmy nawet na wesele gdzie goście o coś ostro się kłócili.

W końcu trafiliśmy nad rzekę gdzie rozbiliśmy namioty.

___________________________________  

 

 

Dzień 14 - 22.10.2010

Shustar

 

Nima miał kolegę, który złożył nam niezłą propozycję relaksu. Po tylu gorących dniach perspektywa rejsu łódką była kusząca. Tym bardziej, iż znał jakąś odludną wysepkę, gdzie będziemy mogli popływać.

Karoun jest największą rzeką w Iranie. W Shustar jest szeroka na kilkaset metrów. Nie ma jednocześnie żadnych wodospadów czy załomów. Płynie leniwie pośród piasków i gdzieniegdzie rosnących trzcin. Czysta jak Nil i płaska jak jezioro. Trzeba bardzo się wpatrywać, aby dostrzec jej nurt. Jakież było nasze zdziwienie jak zaczęliśmy pływać. Ledwo widoczny nurt był tak silny, że ledwo można było upłynąć pod prąd wpław. Nawet stojąc w wodzie po pas ciężko było utrzymać równowagę. Oczywiście nic a nic nam to nie przeszkadzało, bo pływaliśmy z prądem. Wychodziliśmy na brzeg, wracaliśmy i ponownie. Frajda była nieziemska. Szkoda tylko, że właściciel łódki chciał nas później naciągnąć na kasę. Jak się okazało był Arabem, więc uczciwość perska nie została skażona.

Na koniec Nima pokazał nam jeszcze wodospady będące atrakcję Shustar. Były pozostałością po dawnych czasach, kiedy inaczej podchodziło się do problemu wody. Pięknie się prezentowały, chociaż dla nas, nieprzyzwyczajonych do pustyń były jakieś takie normalne. Podobnie jak ogród widziany na koniec. Bananowce, drzewa grapefruitowe, cytrynowce itd... Taka najnormalniejsza palmiarnia.

Pojechaliśmy do dalej. W Pol-e Dokhtar zatrzymaliśmy się w przydrożnej jadłodajni. Zjedliśmy jedną z oryginalniejszych irańskich potraw. Abrush. Ani to zupa, ani gulasz, ani w sumie drugie danie. Chociaż w zależności, jak kto ją spożywa może być wszystkim po kolei, albo nawet wszystkim w dowolnej kolejności. Przy sąsiednim stoliku siedzieli tubylcy, którzy pokazali nam jak mamy się za niego zabrać. Było bardzo oryginalnie a jednocześnie ciekawie. Z blaszanego garnka wylewa się zawartość do załączonej miski. Mamy wówczas zupę. Zjadamy ją zagryzając podpłomykiem, ale ważne jest, aby trochę zostawić. To, co zostało w naczyniu; mocno przyprawiona kozina lub baranina, trochę ziemniaków, dużo cieciorki i jakieś warzywa zgniatamy załączonym do sztućców tłokiem samochodowym. Mielimy, ubijamy i zgniatamy wedle woli. W zależności, jakie chcemy mieć drugie danie. Na koniec przekładamy to do miski z resztką zupy, aby nie było za suche. Jemy z tym samym podpłomykiem i zapijamy istakiem. Nie powtarzalny smak. Sposób konsumpcji jest oczywiście kwestią gustu. Pamiętam jeszcze jak dużo było tam much. Każde podniesienie ręki a wzbijała się w górę ich czarna chmara. Fuuuu. Miejscowi nawet nie zwracali na nie uwagi.

Wieczorem dojechaliśmy do Kermanshah. Od razu zrobiło się chłodniej. Tak przyjemnie chłodno, bo w okolicy 20ºC. Mały hotel, gdzie w każdym pokoju był zestaw niezbędny do modlitwy oraz pokojem do tych modlitw przeznaczonym.

___________________________________  

 

 

Dzień 15 - 23.10.2010

Kermanshah, Bistun

 

W Kermanshah pokręciliśmy się po mieście. Jest już dużo chłodniej w porównaniu z południem kraju. Dla nas jest to raczej przyjemny chłód. Podobnie jak u nas w sierpniowe poranki, kiedy rano jest chłodno, ale patrząc w niebo, człowiek wie, że w południe przygrzeje. Miejscowi chodzą już w kurtkach.

Przyzwyczajeni już do lokalnych zwyczajów rozłożyliśmy koc na skwerze między jezdniami i zrobiliśmy sobie przerwę kawową. Nie przestało mnie to w dalszym ciągu fascynować. Środek miasta, dookoła sklepiki, chodziki, ruchliwe dwupasmowe drogi, a w środku skwer. Na nim koc, dywan – cokolwiek. Obuwie obowiązkowo ściągnięte i poustawiane z boku. Wszyscy siedzą w najlepsze i popijają kawę czy herbatę. Gdy zabraknie czegoś słodkiego to przechodzi się w dowolnym miejscu przez ulicę bierze to z samochodu lub dokupuje w sklepie i wraca. Bardzo dziwne, ale wówczas ludzie mniej na nas spoglądali.

W Kermanshah zdecydowaliśmy się wymienić pieniądze nie u „koników”, ale jak przykładni turyści, w banku. W sumie to przeważył fakt, że dawali mniej niż chcieliśmy i trochę zżerała nas ciekawość. Nie dałem rady nauczyć się po persku pytania o wymianę pieniędzy, więc podszedłem do obsługi i pokazałem napisane zdanie w przewodniku. Miły Pan skierował nas do wyjścia i do całkiem innych pomieszczeń w banku. Tam skierowano nas na trzecie piętro, pełne biur. I tak od Annasz do Kajfasza w końcu trafiliśmy do celu. Od razu wielkie zamieszanie kilka telefonów, kilka osób w zamieszanych w cały proceder. Niezbędny był oczywiście paszport i kilka podpisów na papierkach. Całość zajęła nam dobre 40 minut. W między czasie widziałem młodą Irankę, która pokazała mi język (???) . Ponownie dostaliśmy stos pieniędzy, z którymi nawet porobiliśmy sobie zdjęcia. Następnym razem jednak wymienię po niższym kursie u cinkciarzy – nie mam cierpliwości do banków.

Taq-e Bostan. Reliefy z czasów Sassanidów. Jedne z najlepiej zachowanych przykładów rzeźby perskiej. Oglądnęliśmy te reliefy. Ciekawe były, ale szczególnego wrażenia nie sprawiały. Pojechaliśmy, więc do Bistun. Tutaj w olbrzymiej skale podobnie jak w Naqsh-e Rustam wykuta jest wielka płaskorzeźba. Wysokości 15 i szerokości na 25 metrów, wykuta na wysokości 100 metrów widoczna była z daleka. Opisywała historię Dariusza Wielkiego w okresie między jego koronacją, latem 522 r. p.n.e a śmiercią, jesienią 486 r. p.n.e. Składa się z trzech wersji tego samego tekstu, napisanego w trzech różnych językach: staroperskim, elamickim i babilońskim. Podobnie jak Kamień z Rosetty, dzięki niemu udało się odszyfrować starożytne języki.

Wysoko nad nami na skalnej półce dojrzeliśmy meczet. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale wysoka na kilkaset metrów skała, była strasznie postrzępiona i praktycznie pionowa. Na wysokości ok. 300 metrów zbudowany jest malutki meczet. Ponoć można go odwiedzić ale jednak tym razem nie pokusiliśmy się na to.

W Bistun jest także Karawan Serai niemalże identyczny, w jakim nocowaliśmy na pustyni. Jednak ten dopadła komercja. Jest czyściutki, ładniutki i wypieszczony. Nisze zabudowane są drewnianymi i oszklonymi ramami. W niektórych z nich są sklepiki, w niektórych miejsca do spania, w innych można napić się herbaty. Były tam i reklamy i krzesełka szykowane jak jakąś uroczystość. Ładnie, ale nic poza tym.

W Bistun widziałem jeszcze jedną ciekawostkę. Nazwałem ją latające świerszcze. Owady z kształtu i rozmiaru podobne do naszych świerszczy. Trzeba było nieźle się wpatrywać gdyż miały one kolor przypominający szary. Na wyschniętej piaszczysto-skalistej ziemi, wśród wszędobylskiej suchej trawy doskonale się maskowały. Kiedy jednak ktoś się do nich zbliżył odskakiwały, rozkładając czerwono-różowe skrzydła i frunęły po kilka metrów. Wyglądało to niesamowicie. Konik polny, który skakał i fruwał jak motyl.

Wieczorem dojechaliśmy do Ali Sadr. Jesteśmy na wysokości 2000 m n.p.m. Jeszcze dwa ni wcześniej niemalże roztapialiśmy się w słońcu a tutaj jedyne 12ºC. Jednym słowem zimno. Wszystkie trawniki były na bardzo stromych górkach, dlatego rozłożyliśmy namioty na asfaltowym parkingu. Zaczął wiać wiatr i nie było jak ich przymocować, więc poprzyciskaliśmy je jedynie po rogach kamieniami.

___________________________________  

 

 

Dzień 16 - 24.10.2010

Ali Sadr, Sanandai

 

Noc była zimna, twarda i na szczęście krótka. Rankiem pierwszy raz od czasu przekroczenia granicy założyłem ciepły sweter i polar. Kilka dni człowiek przyzwyczaił się do ciepła. Ciepła kawa i herbata postawiła nas na nogi. Powędrowaliśmy do jaskini. Pierwsze, co uderza to cena biletu: 20 zł w porównaniu ze standardową i wszędobylską ceną: 1-1,5 zł. Oszołomienie, ale czytałem, że jest warta swojej ceny.

Nigdy nie byłem miłośnikiem jaskiń. Kojarzyły mi się one zawsze z wilgocią, półmrokiem, stęchłym powietrzem i wszędobylskim brudem. Jedyną ciekawą była Jaskinia Lodowa na Słowacji. Wielka, czysta, oświetlona, z podestami i poręczami. Tak jednak całkowicie zmieniła moje nastawienie.

Jaskinia Ali Sadr jest trzecią, największą jaskinią na świecie. Odkryta w latach 60-tych ubiegłego stulecia i tak naprawdę nie do końca jeszcze zbadana. W jej wnętrzu jest jezioro i kanały, po których pływa się wynajęta łódką. Co pewien czas pojawiają się wyspy, które zwiedza się na piechotę. W najwyższym miejscu jaskinia ma 40 metrów wysokości w najgłębszym ponad 10 metrów. Wszystko jest pięknie oświetlone. Wszędzie są pomosty i schody. Jaskinia uderza pięknymi formami stalaktytów i różnorodnością barw. Znawcy twierdzą, że daleko jej do innych, ale dla mnie posiadała ona swój niepowtarzalny urok.

Po południu dojechaliśmy do Sanandaj. Serca Kurdystanu. Od razu widać różnicą. Mężczyźni bez wyjątku – każdy w specyficznych spodniach. Nie były to szarawary, ale coś pomiędzy nimi z zwykłymi prostymi z nogawkami. Szerokie i bufiaste zwężające się do kostek. Kobiety natomiast w kolorowych chustach. Były oczywiście w czarnych, ale zaczął pojawiać się już jakiś kolor.

Zgiełk, jaki tam panował zadziwił każdego. Wszędzie było pełno ludzi, w sklepach, na chodnikach, na targu. Czasami nie można było się przecisnąć. Człowiek przy człowieku. Dosłownie wszędzie. Jakby nagle wszyscy wyszli z domów. Na drogach identycznie. Zgiełk i hałas. W pewnym momencie czuliśmy się jak małpy w zoo. Ludzie nie dość, że się na nas gapili, odwracali wręcz głowy to jeszcze pokazywali palcami. Żartowaliśmy sobie nawet, że jeszcze moment a zaczną rzucać nam cukierki. Znaleźliśmy całkiem przyzwoity nocleg. W hotelu (raczej noclegowni) panował dziwny zwyczaj: nie można było wchodzić w butach do pokoju. W pokoju na podłodze oczywiście dywan, wyglądający tak jakby odkurzany był jeden raz w miesiącu. No i łóżka na krótkich 10 centymetrowych nóżkach. Co kraj To obyczaj.

Muzeum było zamknięte, więc połaziliśmy po mieście. Kręciłem się w tym tłumie po targu i kramach. Spróbowałem lokalnego specjału, buraka cukrowego. Opiekany jest identycznie jak kebab, na wielkim szpikulcu i jednocześnie polewany jakimś słodkim syropem. Trochę dziwnie smakuje. Sprzedawca nie chciał pieniędzy tylko miło się uśmiechnął. Podobnie z owocami na targu. W sumie nie kupiłem ich dużo, ale nie było tego aż tam malutko. Jak tylko powiedziałem, że jestem z Polski to ponownie nie musiałem płacić. Podobało mi się to. Najbardziej jednak utkwił mi w pamięci młody sprzedawca orzeszków. Byłem u niego dłuższą chwilę. Trochę pogadaliśmy i pośmialiśmy się. O Chomeinim mówił krótko – pies. Pokazując jednocześnie abym tego nie powtarzał.

___________________________________  

 

 

Dzień 17 - 25.10.2010

Palangan

 

Wybraliśmy się w malownicze góry. Po niesamowicie długiej i trochę okrężnej drodze, przez malownicze góry. Pokonując miejsca, gdzie auto przejeżdża bardzo rzadko. Nie wspominając o busie z Polski. Dojechaliśmy do Palangan.

W dosłownym tłumaczeniu „Perski lampart”. Jest to wieś położona w północno-zachodniej części irańskiego Kurdystanu. Na obu stronach doliny, na stokach wybudowane są kamienne domy. Podobnie jak wcześniej w Masuleh i Abyaneh, domy wybudowane były w taki sposób, iż dach położonego niżej był podwórkiem dla tego położonego wyżej. Wieś ta jest jedną piękniejszych w okolicy nie tylko ze względu na niepowtarzalną architekturę, ale także ze względu na piękna przyrodę. Przez dolinę przepływa rzeczka, która łączy się z jeszcze większą Sirwan. W czasie deszczy musi być to wielka rzeka, co potwierdzają wybudowane mosty i betonowa półka służącą miejscowym za drogę.

Spotkaliśmy dwóch pasterzy, którzy byli szczerze zdziwieni, że nie chcę sobie postrzelać. Dawali mi nabitą broń i mówili abym sobie postrzelał. A jak odmówiłem to nie mogli uwierzyć. Pasterze; jeden z dubeltówką a drugi w moro z kałasznikowem.

Daleko za wioską, idąc wąwozem, spotkaliśmy dwóch chłopaków. Poczęstowali nas rybą, którą piekli na ognisku. W smaku trochę przypominała pstrąg a trochę łososia. Taka różowo-pomarańczowa. W sumie była bardzo smaczna. Oni także mieli broń. Ciekawe czy powodem były drapieżniki czy bliskość granicy z Irakiem. Wędrowaliśmy wąwozem po wielkich kamieniach. Wszędzie dookoła był las w wąwozie natomiast same gładkie kamienie. W czasie roztopów musi płynąć tutaj niezła rzeka. Szeroka miejscami na kilkanaście metrów.

Pod kilkugodzinnym treku po górach zjedliśmy ryby kupione w wiosce. W ogóle mieszkańcy obok hodowli kóz, główne z tego żyli. Nie wiem jak się nazywały, ale były duże i bardzo ciemne, wręcz czarne.

Miejscowi zaproponowali abyśmy przespali się w meczecie. Nie omieszkałem skorzystać. Gdzie u nas ksiądz pozwoliłby przenocować w kościele. Nie do pomyślenia. Oczywiście meczety dwa. Osobny dla kobiet, osobny dla mężczyzn.

___________________________________  

 

 

Dzień 18 - 26.10.2010

Krafto Cave, Oroumieh

 

Rankiem skoro świt pojechaliśmy dalej. W okolicy południa dojechaliśmy do Krafto Cave. Kolejna jaskinia lub małe miasteczko w połączonych jaskiniach. Zlokalizowane w ciężko dostępnych górach w dawnych czasach stanowiły bezpieczne schronienie. Jaskinia trochę inna, gdyż ulokowana w wielkich skałach. Dorobiono schody, miejsca wartownicze, otwory strzelnicze i tak bronione miejsce mogło pomieścić setki osób.

Pojechaliśmy dalej. Przejechaliśmy przez słone jezioro i wieczorem zajechaliśmy do Oroumieh.

Ostatni nocleg i ostatni prysznic, więc bezwzględnie musieliśmy znaleźć coś normalnego. Poszło gładko. Za drobną dopłatą obsługa hotelu zgodziła się na nocleg sześciu osób w trzyosobowym pokoju i prysznic 9 osób. Jak to policzyć? Nie miałem pojęcia, dlatego płatność za 3 osoby, reszta w formie łapówki.

Wieczorem jeszcze trochę pokręciliśmy się po mieście.

___________________________________  

 

 

Dzień 19 - 27.10.2010

Słone Jezioro

 

Rankiem udaliśmy się jeszcze na targ wydać ostatnie pieniądze. Kręciłem się po stoiskach oglądając ostatni raz mnogość przypraw, brył skrystalizowanego cukru, irańskich ozdób, itd.… . Wnętrza niektórych sklepików są ciasne i zagracone, dlatego kupcy wykładają swoje towary na zewnątrz. Wszędzie stoją worki pełne daktyli, suszonych owoców, migdałów. Kosze i słoje po brzegi wypełnione rodzynkami i oliwkami. Gdziekolwiek nie spojrzeć, prawie każdy sprzedaje orzechy, wśród których prym wiodą oczywiście pistacje. Typowych przypraw są dziesiątki, rozróżnić można te standardowe, pieprz, paprykę, imbir czy najprzeróżniejsze zioła. Większość jednak nie wiem ani jak się nazywa ani w jaki sposób się je stosuje. Z daleka na tle szarych i odrapanych tynków wygląda to jak barwna paleta. Targ, gdzie między stoiskami jest nawet kuźnia. Kowal mając przed sobą małe palenisko, siedzi ze skrzyżowanymi nogami na dywanie i coś kuje. Kawałek dalej ponownie przyprawy. Różne, najróżniejsze, usypane w stosy, ułożone na kształt piramid, usypane jedna na drugiej w wielkiej misie, powiązane w kiście i zwisające z sufitu. Mnogość kompozycji zawsze mnie zadziwiała. Perfumy rozlewane do pięknych flakoników, czy prześliczne dywany. Niepowtarzalny klimat i nastrój. Jedyny targ, po którym mógłbym chodzić godzinami, podziwiać kolorowe kompozycje i wdychać aromat przypraw.

Niestety, tutaj także chińszczyzna i pakistańszczyzna wpychają się na potęgę. Wszędobylski kolorowy plastik, tandetne zabawki i góra szmat.

Pojechaliśmy w kierunku granicy. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy Wielkim Słonym Jeziorze. Urmia jest największym jeziorem Iranu. Zasolenie jest tak duże, że zamiast piasku na jego brzegu jest sama sól. Małe krzaczki, śmieci czy cokolwiek, co tylko znajdzie się blisko brzegu pokryte jest kryształami soli. Idąc brzegiem można poczuć się tak jak na lodowcu. Ostatnie zdjęcia i jedziemy dalej.

Minęliśmy Khoy. Z daleka widać już Ararat, co potwierdza, że granica jest coraz bliżej. Dojeżdżamy do niej o 17:20. Będąc dobrej myśli przekonany jestem, że maksymalnie 2 godz. i będziemy w Turcji. Niestety, jakże bardzo się myliłem. Siedzieliśmy na niej ponad 5 długich godzin. Czas dłużył się i dłużył. W między czasie okazało się, że celnik chce jakieś zaświadczenie, że wywozimy z Iranu paliwo. Każdy normalny człowiek zatankowałby zbiornik do pełna wyjeżdżając od nich, ale czy mieli to uregulowane jakimiś przepisami czy nie. Do dzisiaj tego nie wiem. Oczywiście zaświadczenia nie było, więc zaczęły próby wymuszenia kasy. Czasami jednak fajnie, jest udawać, że nie ma się o czymś zielonego pojęcia. Celnik widocznie znudził się po blisko godzinie i nas przepuścił.

Pożegnaliśmy Irańską Republikę Iranu 05.08.1389 roku o godzinie 22:30. Przyszła kolej na Turków. Odprawili nas niezbyt spiesznie, lecz o niebo szybciej niż Irańczycy. Pierwsze, co zrobiłem to poszedłem na strefę wolnocłową kupić zimne piwo. Nawet nie patrzyłem, że naokoło mnie siedzi pełno Irańczyków – otworzyłem i delektowałem się smakiem. A niech sobie patrzą i myślą, co tylko chcą.

___________________________________  

 

 

Dzień 20 - 28.10.2010

Turcja

 

Dopiero, co przekroczyliśmy granicę a czuję się tak jakbym był już jedną nogą w domu. Przedziwne uczucie. W sumie ogarnęło mnie już one, kiedy przeszedłem przez tę wielką rozsuwaną bramę z Ajatollahami na przejściu granicznym. Do domu zostało jednak prawie 4000 km.

Po krótkiej drzemce jedziemy przez Turcję. Duża jest, co nie sposób ukryć. Psuje się pogoda, jest coraz chłodniej i zaczyna padać deszcz. Ze względu na złą pogodę odpuszczamy sobie Stambuł kierując się tym razem do małego przejścia granicznego z Bułgarią. Nad ranem zatrzymujemy się gdzieś przy drodze na krótki nocleg.

___________________________________  

 

 

Dzień 21 - 29.10.2010

Bułgaria, Morze Czarne, Kapitan Andreevo

 

Ranek przywitał nas zimnem przeszywającym do szpiku kości. Założyłem na siebie wszystkie 3 ciepłe rzeczy, jakie miałem ze sobą. Jedyne 3,5ºC. Szybko rozgrzaliśmy się kawą, herbatą i zupkami chińskimi.

O 9:00, jesteśmy na granicy. Co za zdziwienie, celnik turecki mówi po polsku. Krótkie trzepanko przez Bułgarów i jesteśmy już w UE. Jedziemy nad Morze Czarne.

Po południu dojechaliśmy do Kapitan Andreevo. Miejscowości nad morzem. Postanowiliśmy zrobić kilkugodzinną przerwę. Popijając bułgarskie piwo poszedłem na plażę. Uwielbiam morze. Kiedyś przeprowadzę się nad jakieś. Szum fal tak bardzo mnie relaksuje i uspokaja. Tutaj fale były kilku metrowe. Pięknie to wyglądało, kiedy rozbijały się o klify wywołując jednocześnie mały deszcz. Plaża z mnóstwem muszli. Było ich tyle, iż nie było sposobu dojrzeć piasek. Muszelki malutkie jak nad Bałtykiem oraz takie wielkie, jakie nad Bałtykiem jedynie sprzedają. Mimo chłodu niemalże cały czas spędziłem nad morzem.

Wieczorem wyjechaliśmy dalej.

___________________________________  

 

 

Dzień 22 - 30.10.2010

Rumunia, Węgry, Słowacja

 

Błądząc trochę po Bułgarii i klnąc na ich straszne drogi dojechaliśmy nad ranem do Rumunii. Na granicy oczywiście jedynie trochę zwolniliśmy. Jeszcze długa droga przed nami. Przejazd przez do granicy węgierskiej zajął nam praktycznie cały dzień. Krajobraz zmienił się już na typowo jesienny. Wszędzie błyszczały kolorowe złote liście. Wszyscy jesteśmy już zmęczeni i chcemy dojechać do domu. Nocą mijamy Węgry i Słowację.

___________________________________  

 

 

Dzień 23 - 31.10.2010

Koniec

 

Nad ranem jesteśmy już w Polsce. Czułem się tak jakby nie było mnie tutaj kilka miesięcy. Część osób wysiada w Krakowie, część na Śląsku. Trójka jedzie do końca. We Wrocławiu łapię autobus do Jeleniej Góry i parę minut po 13-tej jestem w domu. Ufff… Wróciłem w urodziny córki. Musiałem to zrobić, aby dotrzymać danego słowa. Zrobiłem jej super prezent. W sumie to nie tylko jej.

Przejechałem z małym kawałkiem 13.000 km a łączny czas samej jazdy to 200 godz. fajnie było w końcu wrócić do domu.

___________________________________  

 

Epilog

 

Iran jest niedocenionym krajem. Krajem postrzeganym przez nas w sposób, w jaki kreują go media. Ze wszystkich, jakie widziałem do tej pory to właśnie Iran najbardziej podbił moje serce. Posiada bogatą historię oraz wiele wyjątkowych miejsc. Najbardziej jednak w pamięci pozostają ludzie. Ich otwartość i szczerość, o jakiej My (Polacy), znani z gościnności dawno już zapomnieliśmy. Niejednokrotnie ich bezinteresowna pomoc wprawiała nas osłupienie. Zdarzały się oczywiście odstępstwa od tej reguły, lecz były one tak rzadkie, iż nikt nawet nie zwracał na nie uwagi.

Iran podobnie jak Turcja nie jest krajem arabskim. Potrafił zachować swoją własną kulturę, język i obyczaje. Ich religia, ingerująca praktycznie w każdą dziedzinę życia, różni się od spotykanej w krajach arabskich. Jest wydawać by się mogło spokojniejsza, bez jakiejkolwiek agresji. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że w pewnym stopniu tolerancyjna. Irańczycy wiedzą o istnieniu innych religii, które tolerują. Wszystko oczywiście ma swoje granice – nie lubią jak ktoś wywyższa swoją i nie próbują narzucać swojej. Pytano mnie niejednokrotnie, jakiego jestem wyznania i nic więcej. Nikt nie śmiał się z tego, nikt nie wychwalał, że islam jest lepszy, gorszy czy cokolwiek. Moją odpowiedź przyjmowano ze zrozumieniem i szacunkiem. Islam szyicki jest jednak jedynie w Iranie (i w małej części Iraku) cała reszta to agresywni i krzykliwi sunnici.

___________________________________  

 

 

 

 

Czytany 4057 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane