Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2009, Turcja

„Kto raz usłyszał głos Azji, innego słuchał nie będzie” – R. Kipling

 


 

Dzień 1

11 Września 2009

 

Chyba otrząsnąłem się już po porażce z wizą. Uczucie kojarzące się z pewnego rodzaju niespełnieniem jednak pozostało. Szkoda. Odkładam to jednak na bok i zaczynam myśleć o Kapadocji. Każdy, kto tam był wracał zachwycony, dlatego tak szybko zdecydowałem się na ten wyjazd. Z jednej strony czuję dreszcz emocji, z drugiej natomiast obawę czy to oby nie za szybko, zbyt chaotycznie. Decyzja podjęta w ekspresowym tempie nawet jak na moje możliwości...

O 20:30 wyjeżdżam z domu, tankuję mondeo, krótki postój w pracy u małżonki i szybki kurs do Wrocławia. Odbieram od Piotra paszport, chwilę dyskutujemy i życzymy sobie powodzenia.

Co to się stało z dawnym PKP? 54 zł za bilet do Rzeszowa - jak za takie warunki to czysta drożyzna. Rozkładam manele w jednym z nielicznych czystych miejsc na dworcu - restauracji McDonalds, kupuję „plastelinę” i czekam na pociąg. Czas dłuży się jak szalony, czekam… czekam….. i czekam…..

W pociągu jak to czasami u nas bywa. Brud, smród, niedomykające się okna oraz banda rozwrzeszczanych i pijanych młokosów. W krótkim podsumowaniu, jeden wielki syf. Znajduję jakiś normalniejszy przedział i pamiętając, aby zawsze trzymać stopą drzwi, szybko zasypiam (stary i sprawdzony sposób - człowiek zawsze się budzi jak ktoś je otwiera).

________________________________________

  

 

Dzień 2

12 Września 2009

 

Do Rzeszowa przyjeżdżam o 9:40. Mariusz czeka przed dworcem. Jedziemy do niego po Marzenę i po graty. Jeszcze tylko krótkie i szybkie śniadanko i wyjazd. W miedzyczasie sprawdzają się moje zdolności co do pakowania. Kierujemy się w stronę Krosna po Marka i po niecałych dwóch godzinach jesteśmy w komplecie. Mijamy granicę w Barwinku i na dzień dobry płacimy mandat za przekroczenie prędkości na Słowacji. Udało nam się utargować do 40€. Całkiem nieźle skoro cena wyjściowa wynosiła 100. Pięknie się zaczęło. Reszta dnia mija na jeździe i krótkich postojach od czasu do czasu. Mijamy Presov, Kosice i już jesteśmy na Węgrzech. Szczerze mówiąc to nie jest tam tak bardzo daleko z południowo-wschodniej Polski.

Następnie Miskolc, Aszalo i w okolicach 17-tej jesteśmy już w Budapeszcie. Nie zatrzymujemy się tam jednak i jedziemy w kierunku Szeged i dalej do Röszke. Węgry mają bardzo ładny krajobraz. Wszędzie widać zagospodarowany każdy kawałek ziemi. Sady owocowe, winnice albo pola ze słonecznikami. Jakże inaczej niż u nas. Późno w nocy dojeżdżamy do granicy serbskiej, którą szybko przekraczamy i kierujemy się w stronę Belgradu. Serbskie drogi nie są takie złe, ale opłaty to już to czysta porażka. Czytałem o tym wiele razy, ale przekonać się na własnej skórze to zupełnie co innego. Chyba mamy z nimi coś wspólnego, gdyż podobnie jak w Polsce tutaj płaci się za przejazd drogą, która jest jeszcze w remoncie. Trochę zniesmaczeni jedziemy dalej przed siebie.

________________________________________

  

 

Dzień 3

13 Września 2009

 

Mijamy stolicę Serbii i zatrzymujemy się na stacji benzynowej, aby odpocząć. Parę godzin snu i o 6:00 ruszamy ponownie. Mijamy Niš i zachwyceni przepięknym górskim krajobrazem w okolicach Ostrovicy jedziemy dalej. Szybko zostawiamy za sobą Pirot, nie wiedzac nawet, kiedy docieramy do Dimitrovgradu i ponownie jesteśmy w UE. Bułgaria przywitała nas śniadaniem w McDonalds’ie. Co prawda plastelina zawsze będzie plasteliną nie ważne gdzie, ale ma ona jedną zaletę: jest ciepła i trochę pożywna. Sofia nie ma obwodnicy, ale pomimo tego przejeżdżamy ją podobnie jak Belgrad, szybko i sprawnie. Zatrzymujemy się jedynie na chwilę, aby kupić karimatę. Rozpoznałem kilka miejsc, po których włóczyłem się w zeszłym roku. Uwielbiam to uczucie, jak widzę coś po raz drugi. Chociaż jest ono proporcjonalnie większe, jeśli zwiększa się odległość od domu. Droga trochę się dłuży, dlatego aby nie tracić czasu prowadzimy trochę na zmianę. Mijamy Plovdiv i kierujemy się w stronę granicy tureckiej. W między czasie w Haskovie zatrzymujemy się jeszcze na jakieś szybkie zakupy w Kauflandzie. Obładowani jak handlarze, ledwo mieszcząc się w aucie docieramy do przejścia granicznego Kapitan Andreewo / Kapkule. Pamiętając spostrzeżenia z zeszłego roku, bacznie obserwuję, czym to tak bardzo różni się Bułgaria od Turcji i dochodzę do wniosku, że wszystkim. Człowiek czuje się tak jakby przekroczył granicę trzeciego świata i wjechał do cywilizacji. Wszystko dosłownie jest inne, większe, ładniejsze, czystsze.

 

Parking przy granicy bułgarsko - tureckiej, Bułgaria

 

W trakcie kupna wizy obserwowałem samochód osobowy z tureckimi pseudo-niemcami. Obładowany do granic możliwości. Na samym tylko bagażniku dachowym było tyle sprzętu ile mieści się w naszym starym poczciwym Żuku. Nie mam pojęcia jak Oni to pakowali? Formalności załatwiliśmy bardzo szybko a szkoda, gdyż chciałem zobaczyć jak będą ponownie pakować ten majdan. Mimo ogromnej ciekawości to szczerze im współczułem.

Zatrzymujemy się na chwilę w Edirne, pierwszym tureckim mieście. Od razu widać lokalny folklor. Folklor, który to będzie nam towarzyszył przez najbliższe 3 tygodnie.

Krótka przerwa w Kesan minęła na rozprostowaniu kości i poszukiwaniu noclegu. Większe miasteczko i bardzo urokliwe. Szczególnie ładnie prezentowało się nocną porą. Wszędzie mnóstwo świateł, wszędobylski gwar i uroki tureckich kierowców. Ceny noclegów jednakże skutecznie zachęciły nas do wznowienia poszukiwań w innym miejscu.

Późno w nocy znaleźliśmy mały motel nad zatoką Sares. Dostaliśmy tam pokój o bardzo dźwięcznej nazwie: Çipura 10. Pierwszy nocleg w Turcji, jeden z najdroższych noclegów a zarazem najbardziej obskurny. Warunki makabryczne, ale oby tylko przespać się w łóżku. Był nawet prysznic, chociaż syf, jaki tam panował zmusił mnie do poświęcenia ręcznika na tymczasowy dywanik (oczywiście zapomniałem klapek). Zmęczony byłem na tyle, że nie przeszkadzał mi brak ciepłej wody i pijące moją błękitną krew komary.

________________________________________

 

 

Dzień 4

14 Września 2009

 

Rankiem obiekt okazał się całkiem niezłym motelikiem, jedynie bardzo zapuszczonym. Wychodząc z pokoju oczom ukazywał się piękny widok na zatokę. Przy wejściach drzewa figowe i oliwne utwierdzały nas w tym, iż jesteśmy daleko od domu. Za każdym razem widząc dzikie granatowce gęsto oblepione owocami dumałem sobie; kurcze, a u nas sprzedawane są one na sztuki. Ociągając się leniwie zjedliśmy po zupce chińskiej i w drogę.

Dojechaliśmy do Gallipoli. Wiąże się z nim smutna historia. Tutaj właśnie od marca 1915 r. do stycznia 1916 r. roku odbyła się wielka bitwa, będąca początkiem wielkiej operacji mającej za zadanie zdobyć Stambuł. Wyeliminowałoby to Turcję z I Wojny Światowej, jednakże na skutek nieudolnego dowodzenia połączone siły wojsk brytyjskich, francuskich, nowozelandzkich, australijskich i indyjskich zostały odparte. Dardanele nie zostały zdobyte, ale stały się grobem dla ponad 130 tysięcy żołnierzy. Tutaj o tym właśnie miejscu Atatürk, napisał słynne słowa: „(...) Po tym jak stracili życie na naszej ziemi, stali się także naszymi synami (...)”. Wielkie słowa.

 

Gallipoli, Turcja

 

Łącznie na całym półwyspie jest ponad 30 cmentarzy alianckich i ponad 50 tureckich. Trudno uwierzyć, iż te niewielkie przyczółki o łącznej powierzchni ok. 5 km kwadratowych były kiedyś polem bitwy, gdzie stłoczono tak wielkie wojska. Dzisiaj sprawiają wrażenie wielkiego cmentarzyska.

Następnie skierowaliśmy się w stronę wąskiego przesmyku łączącego Europę z Azją. Cieśnina Dardanele zwęża się tutaj do zaledwie 1,2 km. Tutaj to przeprawił swe wojska Kserkses, ruszając na podbój Grecji. Prawie w tym samym miejscu przeprawiał się również Aleksander Macedoński podczas swej wielkiej wyprawy do Indii. Przeprawimy się więc i my. Niewielkie miejsce o wielkim znaczeniu strategicznym. Zwiedziliśmy jeszcze pobliski Kalidibahir z ogromna twierdzą i skierowaliśmy się ku przystani. Przez cieśninę przeprawiliśmy się promem wypływającym z Eceabat do Çanakkale. Miasto trochę nas zaskoczyło, niby Azja, ale tak jakoś europejsko. Chociaż bardzo tętniące życiem. Postanowiliśmy jeszcze dojechać dzisiaj do Troi.

Zawsze wyobrażałem sobie Troję, jako wielką twierdzę. Dopuszczałem myśl, iż może być to twierdza popadająca w ruinę lub tą ruiną będąca, ale zawsze twierdza to twierdza. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że starożytne miasto Troja nie pozostawiło po sobie wiele śladów. Ciągle trwają tam prace archeologiczne i odkrywane są nowe fragmenty. Cała trudność polega na tym, że Troja to nie jedna ruina, lecz kilkanaście warstw różnych budowli jedna nad drugą. Wybudowanych na przestrzeni 4000 lat. Skojarzenia z miejscem, w którym w zasadzie obecnie nic niema – kupa kamieni porosłych trawą – są niesamowite: Helena, Parys, Agamemnon, Achilles i Odyseusz. No i oczywiście Homer. Niejaki Schliemann, który Troję odkopał zrobił to na tyle skutecznie, że prawie nie ma czego tam oglądać – skarb zabrał sobie. Największą atrakcją jest drewniany koń trojański postawiony specjalnie dla turystów, aby nie skarżyli się, że w Troi nie ma nic ciekawego. No to mają konia, do którego mogą wejść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Całkiem niespodziewanie udało nam się szybko znaleźć tani i przytulny nocleg w Troja Pension. Przypadliśmy chyba do gustu właścicielowi, spędzając z nim na pogawędkach prawie pół nocy. Żalił się, iż rzadko ma takich turystów, z którymi usiądzie i porozmawia. Miał bardzo dobry interes: pensjonat, gdzie sezon trwa cały rok i obłożenie praktycznie 100%. Mimo to narzekał, że od dwóch lat nie wyjechał stąd ani razu. Poczęstował nas nawet prawdziwym trojańskim winem. Chciał abyśmy zostali na dłużej – niestety zmuszeni byliśmy odmówić.

W nocy ponownie pożarły mnie te cholerne komary. Muszę mieć coś chyba z krwią, bo nigdy żaden mi nie odpuści. Bardzo źle spałem – chyba przez nie.

________________________________________

  

 

Dzień 5

15 Września 2009

 

Ósma rano i blisko 30ºC. Całkiem cieplutko i milutko biorąc pod uwagę jak chłodno było u nas jak wyjeżdżałem. Mocna turecka kawka szybko postawiła mnie na nogi.

Dzisiaj jedziemy do Bergamy. Pierwszą miejscowością, w jakiej się zatrzymujemy jest wioska Behramkale z ruinami starożytnej greckiej twierdzy Assos. Została ona założona na wysokim wzgórzu tuż nad brzegiem morzu egejskiego w VII w. p.n.e. Na szczycie wzgórza znajdowało się starożytne Akropolis. Miejsce, gdzie lokowane były najważniejsze budowle miasta – świątynie i gmachy publiczne. Niestety pozostały tylko ruiny świątyni Ateny, wybudowanej ok. 530 r. p.n.e. Większą jednak atrakcją wydają się widoki okolic, a w szczególności pobliskiej greckiej wyspy Lesbos.

 

Assos, widok na Lesbos, Turcja

 

Drugą odwiedzoną tego dnia miejscowością był Ayvalik. Dojechaliśmy do niego bardzo malowniczą i krętą drogą wzdłuż wybrzeża. Nieduże tureckie miasteczko urzekło nas swoimi wąziutkimi, krętymi uliczkami stromo pnącymi się w górę. Spacerowaliśmy tam kilka godzin zachwyceni prostym życiem miejscowej ludności. U nas nazwalibyśmy je slumsami a tam czując się nad wyraz bezpiecznie, wędrowaliśmy ulicami chłonąc wzrokiem dosłownie wszystko. Życie zwykłych, ale szczęśliwych ludzi. Śmieci i bardzo dużo wałęsających się kotów dodawało uroku zaniedbanym budynkom. Zaniedbanym, ale na swój sposób ładnych budynków. Z wszystkich tureckich miasteczek odwiedzonych przez 3 tygodnie to właśnie Ayvalik najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Pojechaliśmy dalej w kierunku Bergamy, jednocześnie szukając noclegu. Niestety chyba prześladował nas pech. Po długich i bezowocnych poszukiwaniach w mieście daliśmy za wygraną i udaliśmy się na camping. Z jego znalezieniem także mieliśmy niemałe problemy, więc poprosiliśmy o pomoc policję. Ku naszemu zdziwieniu, bardzo mili policjanci pojechali z nami. Jednak jak pech to pech. Na campingu byli Francuzi i przyznam szczerze: drugi raz w życiu przekonałem się o tym, jakimi są bufonami. Zażądali abyśmy przenieśli się w całkiem dobytkiem inne miejsce bo nie czuli się komfortowo. Próby protestu doprowadziły do postawienia przez kierownictwo campingu ultimatum: „Albo przenosiny albo dobranoc”. Żadne inne słowo jak „kurwa mać” nie przychodzi mi do głowy. Wiele osób opowiadało mi, jacy potrafią być francuscy turyści i jakoś w to nie wierzyłem - od tamtej pory zmieniłem zdanie diametralnie. Na pocieszenie łez wypiliśmy resztki bułgarskiego wina i poszliśmy spać.

Tej nocy nie było komarów, ale za to było bardzo ciasno, super twardo i zimno.

________________________________________

 

 

Dzień 6

 16 Września 2009

 

Budziłem się w nocy ze 20 razy dając za wygraną w okolicach 6 rano. W przeciwieństwie do wczorajszego poranka dzisiaj było jedynie kilka stopni. Lodowaty prysznic przy zimnym poranku szczerze zniechęcił mnie do wszystkiego. Chociaż oliwy do ognia dolał szef campingu, który nie pozwolił mi skorzystać z kuchni. Pokłóciłem się z nim, ale co z tego - rozumiał jedynie turecki. Rozumiem, że była ona tylko do jego dyspozycji, ale będąc tak przemarznięty chciałem zaparzyć jedynie herbatę. Jedyna nieuprzejma osoba spotkana w Turcji to właśnie On. Kawał prostaka, materialisty i zwykłego hama.

Humor poprawiła mi dopiero świątynia Trajana. Chociaż widząc cenę wstępu stwierdziłem, że z Tureckim Ministerstwem Kultury i Turystyki coś jest nie tak. Nie był to wyjątek - ceny biletów wstępu w całej Turcji są wręcz odstraszające. Turcy kupują za równowartość 40 zł kartę i mają wstęp za darmo do ok. 600 obiektów w całym kraju a turyści płacą tyle za jeden bilet. Zdzierstwo w biały dzień.

 

Świątynia Trajana, Pergamon, Turcja

 

Pergamon okazał się przeogromnym miastem ze zlokalizowanymi na wielkim wzgórzu ważnymi antycznymi obiektami. Między innymi Wielka Biblioteka Pergamońska, teatrem, świątyniami i pałacem. Na akropolu znajduje się także częściowo zrekonstruowana świątynia Trajana. Zbudowano ją i poświęcono Zeusowi, Trajanowi oraz Hadrianowi. Jedyna budowla z czasów cesarstwa, która przetrwała do dziś. Pergamon, był niegdyś stolicą rzymskiej prowincji Azji. Pergamon był również ważnym ośrodkiem wczesnego chrześcijaństwa. Został wspomniany w Apokalipsie świętego Jana jako jeden z Siedmiu Kościołów. Należał do najpiękniejszych miast hellenistycznych. W starożytności miasto to musiało sprawiać niesamowite wrażenie.

Wyruszyliśmy do położonego nad malowniczą zatoką Kuşadasi. Obecnie jest to chyba jeden z najpopularniejszych kurortów na egejskim wybrzeżu Turcji. W języku tureckim Kuşadasi czyli wyspa ptaków.

Miasto trochę jak nasz Sopot w sezonie tyle, że i większe i ładniejsze. Masa ludzi zasiadających w restauracjach, chociaż nie mam pojęcia czy to turyści czy miejscowi. Wielki port z mnóstwem wielkich statków i całą masą jachtów. Zgiełk, harmider i galimatias. A jednak trochę inaczej niż u nas i dodatkowo bardzo ciepło. Czuć orient o wiele bardziej niż kilka dni wcześniej w Çanakkale.

Znalezienie taniego noclegu w takim mieście graniczy z cudem. Szczęściem mój kolega przeprowadził się tutaj na jakiś czas ze Stambułu. Tutaj to właśnie spałem pierwszy raz na dachu. Było, co prawda trochę twardo, ale świeże morskie powietrze i brak komarów wpłynęło pozytywnie na moje samopoczucie. Niesamowite przeżycie. Szkoda, iż w Polsce nie ma takich warunków. Rankiem oczywiście standardowo muezin.

________________________________________

 

  

Dzień 7

17 Września 2009

 

Po śniadaniu, mając jeszcze w ustach smak pysznej i bardzo mocnej tureckiej kawy wyruszyliśmy do Didim, aby zwiedzić świątynię Apollina.

 

Świątynia Apollina, Didim, Turcja

 

W czasach starożytnych miejscowość ta dorównywała sławą i prestiżem wyroczni delfickiej. Niestety została zniszczona podczas najazdu Persów. Zrabowano wówczas wielki posąg Apollina wraz z wieloma skarbami. Odzyskał je Aleksander Wielki, ale odbudowy nie udało się dokończyć. Ostateczny kres położył rzymski dekret zakazujący pogańskich praktyk religijnych. Przebudowano ją wówczas nieznacznie i zamieniono na kościół katolicki. Służyła chrześcijanom do czasu, kiedy runęła podczas trzęsienia ziemi w 1453 roku.

Niedaleko Didymy znajdował się Milet. Któż nie słyszał o Talesie. Przy wejściu można podziwiać zachowany w przeciętnym stanie starożytny amfiteatr. Z racji, iż miasto położone było na płaskim terenie widoczny jest on z odległości wielu kilometrów. Nie bacząc na upał, dosyć długo chodziliśmy po ruinach. W czasach swojej świetności musiało być gigantyczne. Niegdyś był wielką potęgą gospodarczą i kulturową, gdzie swoje zaczątki ma grecka filozofia. Posiadał potężną flotę, której żeglarze docierali nawet do Gibraltaru. Rónież zniszczony przez Persów. Odbudwany jednak przez Aleksandra Wielkiego. Jego znaczenie wzrosło w czasach rzymskich, jednak stopniowe zamulanie portu ostatecznie przyczyniło się do jego upadku. Obecnie morza to tutaj nawet nie widać.

Z Miletu pojechaliśmy do trzeciej ważnej osady: Priene. W starożytności tutaj właśnie odbywały się zjazdy miast Związku Jońskiego. Samo jego położenie jest dalece inne od pobliskich miast. Założone i wybudowane na stoku bardzo stromej góry u podnóża szerokiej doliny, często zalewanej płynącą nieopodal rzeką. Obecnie dosyć zrujnowane, aczkolwiek mające w sobie to „coś”, co zachęciło nas do spędzenia pewnego czasu.

Długi i upalny dzień zakończyliśmy bardzo miłym wieczorem ponownie w Kuşadasi. Pierwszy raz jadłem mrożone figi i piłem gruzińskiego szampana. A kolejny nocleg na dachu pozytywnie nastawił mnie na dalszą podróż.

________________________________________

 

 

Dzień 8

18 Września 2009

 

Rano podobnie jak dzień wcześniej zjedliśmy tureckie śniadanie. Pożegnaliśmy się serdecznie z gospodarzami i pojechaliśmy zwiedzić Efez. Pierwszy raz od czasu wjazdu do Turcji spotkaliśmy Polaków. Zapłacili 50€ za wycieczkę fakultatywną z hotelu. Co za zdzierstwo.

 

Efez, Turcja

 

Efez jest super. Wielki i dobrze zachowany. Z fasadą biblioteki Celsusa na czele, której to zdjęcie widnieje praktycznie na każdej pocztówce stąd. Całkiem nieźle zachowany amfiteatr i cała masa innych zabytków.

Dawno, dawno temu w pewnej grocie Rzymscy żołnierze zamurowali siedmiu mnichów. Ci według legendy nie umarli ale zasnęli i po 200 latach przebudzili sie i wyszli na zewnątrz. Zatrzymaliśmy się na chwilę tam. Jednak Grocie Siedmiu Śpiących Mnichów okazała się porażką. Mimo legendy nie było tam tak naprawdę nic ciekawego.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy był Ostatni dom Matki Bożej. Ponoć to właśnie tutaj Jan zabrał Maryję po śmierci Jezusa. Ponoć żyła tutaj w ciszy i spokoju do końca swoich dni. Bardzo ciekawe miejsce będące obowiązkowym punktem pielgrzymek. Jest tam wielki mur z przyczepionymi do niego tysiącami zwiniętych karteczek. Na nich wszelakie prośby. Niesamowicie to wygląda. No dobra, a co z Wniebowzięciem?

 

Dom Maryi, Efez, Turcja

 

Zatrzymaliśmy się na targu w Kösk, małej miejscowości przy głównej drodze Aydin - Nazalli. Wzbudziliśmy małą sensację wśród miejscowych, którzy to wołali za nami Amelikalilar. Zjedliśmy coś (1,25 TL za coś w stylu zapiekanki), kupiliśmy owoce i wieczorem dojechaliśmy do Pamukkale. Taktyka szukania noclegu wśród miejscowych okazała się całkiem niezła. Zapytany o to pracownik stacji benzynowej od razu wiedział gdzie nas skierować. Zorganizował nawet samochód z kierowcą abyśmy nie błądzili. Mały, przytulny i kameralny hotelik z basenem okazał się jednym z lepszych podczas całej podróży. Zostawiamy bagaże i idziemy na wieczorne zwiedzanie uzdrowiska. Kupiliśmy bilet wstępu na dzień następny, ale mimo to pozwolono nam wejść aby porobić trochę zdjęć. Jak miło.

Nieźle wygląda, aż ciężko sobie wyobrazić jak będzie się to wszystko prezentowało za dnia.

________________________________________

 

 

Dzień 9

19 Września 2009

 

Na styku dwóch płyt tektonicznych powstało coś co przyciąga rzesze turystów z całego świata. Z głębin wypływa gorąca woda bogata w związki wapnia i dwutlenek węgla, a ochładzając się na powierzchni tworzy osad. Biały a jednocześnie twardy jak skała. Z tego wszystkie tworzą się różnego rodzaju nacieki, stalaktyty a przede wszystkim półkoliste i eliptyczne baseny w formie tarasów. Oddzielone od siebie małymi zaporami, po których nieprzerwanie od 14.000 lat spływa woda. Wiele można byłoby napisać o samym Pamukkale, ale nie odzwierciedli to przepięknych widoków. Wygląda trochę jak gigantyczny, roztapiający się lodowiec. Jedyne co dziwi, to lekka chropowatość podłoża. Wędrując boso przez niektóre odcinki, mimo wody po kostki, nie należy się obawiać żadnego poślizgnięcia.

 

Pamukkale, Turcja

 

Już w starożytności było bardzo popularnym miejscem uzdrowiskowo - wypoczynkowym. Spędzała tutaj czas między innymi Kleopatra. Na samym szczycie są ruiny starożytnego Hierapolis. Było  Jest bardzo ślicznie. Wielkie do tego stopnia, że nie sposób obejść wszystkiego w ciągu dnia. Mają zachowany w bardzo dobrym stanie amfiteatr, w którym to pierwszy raz w życiu byłem świadkiem testu akustyki. Po co komu mikrofon jak istnieje coś takiego? Po prostu coś nie do wyobrażenia.

Całkiem niedaleko Pamukkale znajduje się mniej popularne, aczkolwiek także ciekawe miejsce. Niby bliźniacza siostra w miniaturze a jednak wybijające tam wody zawierają żelaza, sodu i magnezu. Karahayit. Wypływające wody barwią wszystko na czerwono, zielono i żółto. Niezła odmiana i także fantastyczne widoki.

Skierowaliśmy się na południe. Mieliśmy zatrzymać się w Korkuteli ale znalezienie noclegu graniczyło z cudem. Niektórzy byli wręcz na tyle bezczelni, że oferowani zwykłe nory za 20 Lirów od osoby. Chciwość ludzka nie zna granic. Pojechaliśmy więc do Antalyi, widząc jednak rzesze turystów postanowiliśmy zatrzymać się gdzieś na prowincji. Wybór padł na pobliskie Çıralı. Jak się później okazało kończył się Ramadan i pojawiły się problemów ze znalezieniem noclegów. Wszystko zajęte, bez wyjątku. Udało się nam dopiero bardzo późno. Zatrzymaliśmy się za to na 3 dni. Chyba akurat to najbardziej przekonało właściciela.

________________________________________

 

 

Dzień 10

20 Września 2009

 

Dzisiaj obchodzony jest Ramadan Bayram. W muzułmańskich krajach świętuje się wówczas zakończenie miesiąca postu, ramadanu. Córka właściciela pensjonatu pielęgnując tradycję, przyniosła nam rano ciastka składając jednocześnie życzenia. Jakże miło nam się zrobiło. Ani Nim ani Nam, nic a nic to nie przeszkadzało. Podobnie jak wszyscy także postanowiliśmy spędzić dzień na błogim lenistwie. Plaża, trochę inna na jakich bywałem wcześniej. Zamiast piasku, kamienie i to całkiem spore. Mimo to nie przeszkadzało to nam aby spędzić czas nas morzem.

Poszedłem pozwiedzać okolicę. Takie przysłowiowe miejsce, gdzie wrony mają rondo, ale  właśnie to sprawia, że jest uroczo. Wioska nad morzem u podnóży wysokich gór. Trochę pensjonatów, wiejskich sklepów i małych gospodarstw. Znalazłem małą knajpkę, gdzie popijając leniwie piwko podziwiałem kaczki właściciela płatające się między stolikami. Folklor w pełnej krasie.

Zawiało i przywiało. Nagle z nieba lunęła dosłownie ściana wody. Postanowiliśmy przeczekać nawałnice w lokalnej knajpce. Kawka i lokalne jedzonko. Każdy z nas siedział po turecku na specjalnych podestach a na środku stał stolik na króciutkich nóżkach. Ciężko przyzwyczaić się do takiej pozycji, ale mimo wszystko jest ciekawa.

 

Chimaera, Turcja

 

Wieczorem pojechaliśmy na Chimaerę. Nigdy wcześniej nie słyszałem o czymś takim i bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło. Wysoka góra z pokładami gazu w swoich wnętrznościach. Gazu tego musi być dużo i to z wysokim ciśnieniem, gdyż ulatnia się on różnymi szczelinami i ulega … samozapłonowi. Fantastycznie to wygląda, kiedy wędruje sie między skałami a dookoła płoną lub wręcz buchają ognie. Udało mi się zgasić niektóre z nich ale po chwili następował samozapłon i ognie płonęły dalej. Jest to bardzo popularne miejsce wśród miejscowych, gdyż spędzają tutaj czas na grillowaniu. Naprawdę oryginalnie prezentowały się stojaki z kawałkami mięsa rozłożonymi nad niektórymi płomieniami. Spędziliśmy tutaj czas do zachodu słońca, kiedy to zaczęło się ściemniać. Wówczas efekty były wręcz ekscytujące.

Wieczorem posiedzieliśmy delektując się lokalnym tureckim winem. 

________________________________________

 

 

Dzień 11

21 Września 2009

 

Plan na dzisiaj to Kekova. Krótki postój w Kamluca, czyli zagłębiu pomidorów oraz całej masie innych warzyw i kierujemy wzdłuż wybrzeża na zachód. Droga między Finike a Demre jest oszałamiająca. Wijąca się serpentynami, wykłuta w skale nad wysokimi urwiskami morza. Zatoczki do złudzenia przypominające fiordy, wzdłuż których wiła się droga. Człowiek zastanawia się ile w to wszystko włożono pracy. Ciekawy jestem czy tutejsi drogowcy daliby radę wyremontować naszą poczciwą A4.

W Demre pojechaliśmy od razu nad morze, gdzie w pierwszym napotkanym na plaży barze zapytaliśmy o wynajem kutra. Nie musieliśmy długo czekać. Krótkie negocjacje i po 10 min zjawił sie kapitan, który za 200 zł zgodził się na 4 godzinny kurs. Całkiem nieźle jak podzieliśmy tę kwotę na 4 osoby. Mogliśmy zatrzymywać sie gdzie chcemy i na jak długo chcemy. Żadnej zorganizowanej wycieczki ze znudzoną przewodniczką. Widoki zatoki były iście bajkowe. Zakotwiczyliśmy w niewielkiej zatoczce i pływaliśmy do woli w cieplutkim morzu. Woda była tak czysta, że bez problemu widać było dno na kilkunastu metrach. Przepięknie i niesamowicie relaksująco.

 

Kekova, Turcja

 

Następnie popłynęliśmy Zatopionego Miasta. Wzdłuż brzegu Wyspy Kekova, od kilka centymetrów do kilku metrów pod wodami morza rozciągają się ruiny. Miejscowi przewodnicy opowiadają o apokaliptycznym trzęsieniu ziemi, które miało nawiedzić w przeszłości ten teren i które spowodowało zatopienie miasta. Przyczyna jest jednak zupełnie inna i dotyczy po prostu wzrastania poziomu morza. Podziwianie podwodnych schodów, kolumn i innych pozostałości nie wymaga specjalnych umiejętności w nurkowaniu. W krystalicznie czystej wodzie wszystko widać jak na dłoni. Niezapomniany widok. Chcieliśmy wejść na jednej z okolicznych wysepek na szczyt, gdzie były ruiny twierdzy ale 8 lirów wydawało się dla co niektórych zbyt wygórowana. Szkoda mi było tego, ale cóż począć. Pozostały widoki z dołu, na które nie można było narzekać. W sumie rejs był bardzo ciekawy i wart swojej ceny.

 

Biskup Mikołaj, Myre, Turcja

 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Myre. Hollywood wyprało wszystkim mózgi reniferami, saniami i śniegiem, ale Święty Mikołaj pochodził właśnie stąd. W centrum miasta stoi nawet Jego pomnik. Odwiedziliśmy kościół, stary i trochę podupadły, ale czuć wewnątrz coś niesamowitego.

Wielki, pożywny kebab w połowie chleba za 3 liry i wracamy do pokoju. A wieczorem pokazałem współtowarzyszom jak naprawdę gra się w tysiąca.

________________________________________

 

 

Dzień 12

22 Września 2009

 

Pobudka o 7:00. Wszyscy zaspani i bez życia. Zaparzyłem sobie kawkę i siedzę na werandzie. Dzisiaj mam imieniny a rano uzmysłowiłem sobie, że zgubiłem 20$. Fajny prezent. Plan na dzisiaj - Fethiye. Ponownie jedziemy uroczą i niesamowicie wijącą się drogą wzdłuż wybrzeża. Trzy godziny widoków, jakich nie odzwierciedli żadne zdjęcie. Przepiękne serpentyny wycięte bezpośrednio w stronnym zboczu.

 

Żółw spotkany wcześniej, Assos, Turcja

 

Pojawiły się znaki drogowe: Uwaga żółwie! Zatrzymaliśmy się w na chwilę na pobliskiej plaży, jednak mimo szczerych chęci nie spotkaliśmy ani jednego. Daliśmy więc za wygraną i pojechaliśmy do pobliskiego Saklikent. To dopiero była atrakcja. A pojechaliśmy tam tak sobie, bez specjalnego planu. Wysokie góry Taurus między nimi wąski wąwóz wydrążony przez rzekę Ešen. Długi na około 18 km z prostymi białymi ścianami sięgającymi 300 metrów wysokości. A aby było ciekawiej, idzie się środkiem płynącej rzeki w górę strumienia. Woda miała jedynie 5oC  mimo to nie przeszkodziło nam to w ponad kilometrowym marszu jej nurtem aż do wodospadu. Z racji, iż czasami głębokość znacznie się zmieniała, bywały momenty, że brodziliśmy w wodzie sięgającej połowy ud. Przemoczeni ale nad wyraz zadowoleni po południu pojechaliśmy dalej.

Przejeżdżając przez pewną wioskę zatrzymaliśmy się przy pewnym gospodarstwie, gdzie serwowano jedzenie dla lokalsów. Na małej łączce palenisko otoczone małym kamiennym murkiem a na wierzchu położona do góry dnem miska. Gospodyni z przygotowanych wcześniej kul ciasta szybko uformowała wielki i cienki placek. Położyła go dosłownie na minutę na tę miskę, obróciła na kolejną i gotowe. Miseczki z gotowym farszem do wyboru do koloru. Z serem 1 lir, z mięsem 3 liry, warzywa natomiast do woli. Jak później policzyliśmy to za równowartość 17 zł najadły się 4 dorosłe osoby. Gözemle przygotowane w tradycyjny sposób są fantastyczne. A jak to mawiał kiedyś Makłowicz, najprostsze jedzenie jest najlepsze.

Wieczorem dojeżdżamy do Fethiye. Poszczęściło się nam i bez najmniejszego problemu od razu znaleźliśmy tani i bardzo przyzwoity hotel w samym centrum miasta. Udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie. Bardzo ciekawie, dookoła masa turystów a mimo to jakoś spokojnie i cicho. Można by rzec, romantycznie. Taki lokalny kurort z pełną komercją. Marina z wielkimi, luksusowymi jachtami jak gdzieś na lazurowym wybrzeżu. Co ciekawe, wiele z nich do wynajęcia. Fajnie by było kiedyś skorzystać z takie luksusu. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem turecką pannę młodą. I jak to panna młoda, pięknie ubrana, pomalowana, ufryzowana a jednak ta szczypta orientu dodawała czegoś specjalnego.

Wróciłem do hotelu późno, ponownie pokazałem współtowarzyszom jak należy grać w tysiąca i poszedłem spać.

________________________________________

 

 

Dzień 13

23 Września 2009

 

Rano okazało się, że mamy okna niemalże na poziome chodnika. Ciekawostka, bo pokój dostaliśmy na trzecim piętrze. Współczuję gościom ulokowanym poniżej. Zwiedzamy trochę miasto i jedziemy zobaczyć słynne grobowce wykute w skale. Przyznam szczerze, że jak na IV wiek przed naszą erą to istna perełka. Wielkie fasady bogato zdobionych bram wykute w litej skale. Sztuka sama w sobie.

 

Fethiye, Turcja

 

Wczesnym popołudniem wyruszamy do Konyi. Droga daleka, więc przyjdzie nam zatrzymać się gdzieś po drodze. Pamiętając posiłek z dnia wczorajszego i tym razem zatrzymujemy się w jedynej z mijanych wiejskich jadłodajni. Jest wypisz, wymaluj jak poprzednio. Smacznie, tanio i przyjemnie.

Wieczorem dojeżdżamy do Eğirdir. Szybko z znajdujemy całkiem przyzwoity nocleg i idziemy coś zobaczyć. Pensjonat jest niedaleko jednostki Turkish Komando przez co dookoła od czasu do czasu widać żołnierzy z bronią. W sumie im dalej w głąb kraju tym wydaje się on bardziej zmilitaryzowany. Tutaj nawet policja wyposażona jest w długą broń a ich samych jest co nie miara. Z racji wysokości i bliskości jeziora jest dosyć chłodno.

________________________________________

 

 

Dzień 14

24 Września 2009

 

Poranek jak wiele innych. Każdy się krząta i tłucze, coś je, pije albo grzebie w ciuchach. Trochę zaczyna mnie to już irytować. Zaparzyłem kawkę i poszedłem na taras podziwiać widoki. Jezioro Eğirdir z granatową wodą otoczone niskimi wzgórzami przykuwa wzrok. Jesteśmy wysoko w górach więc z racji tego jest dosyć chłodno, chociaż bardzo słonecznie. Dookoła zadaszenia wiszą kiście winogron, którymi właściciel obsadził pensjonat. Sielanka taka, że aż nie chce się ruszać. Musi być to bardzo popularne miejsce, bo wszędzie dookoła wille i pensjonaty.

 

Jezioro Eğirdir, Turcja

 

Zwiedzamy trochę Eğirdir i jedziemy do Konyi. Po drodze mijamy Beyşehir, podobnie ulokowane nad wspaniałym jeziorem o tej same nazwie. Krajobrazy iście wspaniałe jak te poranne. Dookoła muszą mieć wiele sadów, bo gdzie tylko nie spojrzeć handlują jabłkami. Są ich dosłownie wielkie stosy.

Konya jest jednym z najstarszych stale zamieszkanych miast świata. Ponuć trwa tak już o około 7 tysięcy lat. Dawniej było to miasto rzymskie, później bizantyjskie, było stolicą sułtanatu a teraz jest taką turecką 'Częstochową'. Bardzo dużo kobiet chodzi w tradycyjnych czarnych abajach. Znajduje się tutaj grób Mevlany, założyciela Zakonu Tańczących Derwiszy. Odwiedziliśmy oczywiście muzeum, gdzie wśród całej masy pielgrzymów oglądaliśmy jak wyglądało życie zakonników. Podobnie kolekcje różnych wersji Koranu. Przy grobie każdy z pielgrzymów dotykał jego ścian i zmawiał modlitwę. Zrobiłem tak i ja. Dlaczego nie.

Sam Zakon Wirujących Derwiszy jest bardzo ciekawy. Generalnie chodziło o to, że kręcąc się wokół własnej osi – czyli w kierunku prawdy, jak twierdzili, naśladowali ruch ciał niebieskich a zwiększona aktywność ich duszy generowała więcej miłości do Boga. Bardzo ciekawa koncepcja. Podobno zdolny derwisz jest w stanie osiągnąć nawet czterdzieści obrotów na minutę. Zwiedziliśmy jeszcze centrum wraz z kilkoma targami i wyruszyliśmy do Kapadocji.

 

Kapadocja, Turcja

 

Do Göreme dojechaliśmy wczesnym wieczorem. Bez problemu znaleźliśmy przytulny pensjonat w lokalnym stylu. Skalnych groty adoptowane na miłe i przytulne pokoje. Działało nawet centralne ogrzewanie.

________________________________________

 

 

Dzień 15

25 Września 2009

 

Ranek przywitał nas całkiem niezłym chłodem. Było jedynie kilka stopni i doceniliśmy centralne ogrzewanie. Współwłaściciel hotelu proponował nam przy śniadaniu lot balonem o wschodzie słońca ale cena była zaporowa: 160 €. Szkoda, bo z całą pewnością byłoby to niezapomniane przeżycie. Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja. Plan na dzisiaj to trekking po górach.

 

Göreme, Kapadocja, Turcja

 

Z cel wybraliśmy sobie najwyższy szczyt i wyruszyliśmy okrężną drogą. Jak do tej pory nigdy nie widziałem ciekawszych widoków. Przyzwyczajony do Karkonoszy i całkiem miła odmiana dosłownie w każdym calu. Od roślinności, po skały, wszystko było inne. Bardziej jasne, bardziej suche, bardziej ciekawe. Na szczycie strzeliliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia przy wielkiej tureckiej fladze i wróciliśmy jak na prawdziwych turystów przystało całkiem inną drogą. Późnym popołudniem zachód słońca zaprezentował nam widoki jeszcze ciekawsze. Przez 10 godzin strzeliliśmy z Markiem gigantyczny dystans. Ledwo wróciliśmy do hotelu. Opłacało sie jednak pod każdym względem.

Zimne piwo na zakończenie dnia wraz z chińską zupką instant smakowało jak wytworna kolacja. Po wszystkim padliśmy jak przysłowiowe muchy.

________________________________________

 

 

Dzień 16

26 Września 2009

 

Po krótkiej analizie i oszacowaniu kosztów zdecydowaliśmy się na całodzienną wycieczkę zorganizowaną. Poznaliśmy na niej pewną parę turystów z Jemenu, ale o tym trochę później.

Jako pierwsze, podziemne miasto Derinkuyu. Największe ze wszystkich w Kapadocji. Trzypoziomowe wielkie i rozległe, jego korytarze ciągną się kilometrami w każdym kirunku. Do dzisiaj zagadką pozostaje cel stworzenia tego niesamowitego miasta, które było w stanie zapewnić schronienie nawet do 30 000 ludzi. Niektórzy historycy uważają, że było to zapewnienie schronienia mieszkańcom przed wrogimi inwazjami. Jednak chodząc podziemnymi korytarzami, zastanawiam się czy to prawda. Zastanawiającym jest, że wybudowane ok. 800 roku przed naszą erą, takie niewiarygodne wręcz przedsięwzięcie inżynieryjne było zbyt skomplikowane i po prostu niewykonalne dla ludzi z tamtego okresu. Kto i po co je wybudował?

Drugim jest wąwoz Ihlara. Szeroki i długi na kilkanaście kilometrów zalesiony wąwóz, ze ścianami dochodzącymi kilkuset metrów. Środkiem płynie rzeka - Melendis. Całość wygląda jak wykłuta w skale. Po około godzinnym marszu dochodzimy do małej wioski, Selime. A w niej jakby zatopione w lawie wulkanicznej domy, kuchnie, magazyny, kaplice a nawet… Katedra. Największy zabytek tego miejsca. Ponoć Lucas kręcił tutaj sceny do Gwiezdnych Wojen.

 

Ortahisar, Kapadocja, Turcja

 

Trzecim natomiast Ortahisar, Miasto w Skale. Tutaj odwiedziliśmy jedynie największą atrakcję, cytadelę. Ze jej szczytu, roztaczał się wspaniały widok na góry Kapadocji.

________________________________________

 

 

Dzień 17

27 Września 2009

 

Po śniadaniu pojechaliśmy do Kayseri. Najdalszego miasta na wschodzie wg wcześnie ułożonego planu. Zwiedziliśmy centrum oraz stare miasto i rozpoczęliśmy powrót. Noc przeznaczyliśmy na dojechanie do Stambułu. Drogami w Turcji byliśmy mile zaskoczeni od samego początku, jednak autostrady to poezja. Nie odbiegają niczym od zachodnioeuropejskich. Jeśli do scenerii dodać góry, to może jedynie te w Chorwacji mogłyby się z nimi równać. Naprawdę wszystko jest pierwsza klasa. Zmieniliśmy się w trakcie jazdy kilka razy i nad ranem byliśmy u celu.

________________________________________

 

 

Dzień 18

28 Września 2009

 

Szybko i bez zbytnich problemów znaleźliśmy nocleg w samym centrum. Niedaleko Błękitnego Meczetu, więc wszędzie względnie blisko. Oczywiście po europejskiej stronie. Chyba zmęczenie dało się we znaki, bo każdy z nas wybrał się na samodzielne zwiedzanie miasta. Byłem tutaj niecały rok temu więc odwiedzam ponownie wcześniej miejsca, które najbardziej mnie urzekły. Jednak o tej porze roku widok rozpościerający się z punktu widokowego Wieży Galata najbardziej przypadł mi do gustu. Piękny słoneczny dzień i cały Złoty Róg jak na dłoni.

 

Hagia Sophia, Istambuł, Turcja

 

Niedaleko placu Taksim odwiedzam jeden z najstarszych kościołów Katolickich Stambułu, Saint Mary Draperis. Podziwiam trochę wnętrze, siadam na chwilę w ławce i ruszam dalej. Po około pół godzinie, będą już dosyć daleko uzmysławiam sobie, że nie mam aparatu. Szybka analiza i przypominam sobie, że zostawiłem go w kościelnej ławce. Jestem wręcz załamany ale wracam go poszukać. Niestety, ławka jest pusta. Nie mogę przeżyć, że zrobiłem coś tak głupiego. Tyle zdjęć. Pewien mnich pytam mnie w pewnym momencie co się stało, więc tłumaczę co i jak. Zaprowadził mnie to biura gdzie drugi otworzył szufladę i zapytał, czy to któryś z tych. O Matko! Znalazł się! Szczęściem miałem kilka selfie więc nie było problemów z udowodnienie, że jestem właścicielem. Coś niesamowitego.

Kręcę się po starym mieście do późnego wieczora. Stambuł jest fantastyczny.

________________________________________

 

 

Dzień 19

29 Września 2009

 

Poszliśmy zobaczyć most nad Bosforem.

 

Most nad Bosforem, Istambuł, Turcja

 

Całą drogę przeszliśmy piechotą i okazało się, że nie możemy przejść na azjatycką stronę. Z drugiej strony czy to ważne? Odwiedziliśmy nie znane wcześniej miejsca i ponownie do późnego wieczora zwiedzaliśmy miasto. Gdzieś między przystanią promową a muzeum archeologicznym, idąc chodnikiem między tłumem przechodniów, nagle spotkaliśmy naszą dwójkę znajomych z Jemenu. Co za przypadek. Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć.

________________________________________

 

 

Dzień 20

30 Września 2009

 

Ostatni dzień, więc każdy idzie swoją drogą. Ja szukam drobiazgów do domu i jakiś pamiątek. Ponownie odwiedzam te same miejsca i spędzam cały dzień zwiedzając miasto.

________________________________________

 

 

Dzień 21

1 Października 2009

 

Wracamy. Po śniadaniu jedziemy do Edirne, gdzie spędzamy trochę czasu w centrum i okolicznym targu. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony miastem. Jakby nie patrzeć dawna stolica i coś z niej pozostało. Mimo, że jest znacznie dużym i bardzo ciekawym miastem, ciągnie nas do domu. Późnym popołudniem wyjeżdżamy w kierunku domu.

________________________________________

 

 

Dzień 22

2 Października 2009

 

Ciąg dalszy powrotu. Zmieniamy się co jakiś czas i poza krótkim postojem w jednym z bułgarskich kauflandów jedziemy bez przerwy. Początkowo bardzo ładna, słoneczna pogoda zmienia się gdzieś w Serbii w niezbyt ciekawą. Robi się zimno i pochmurnie o od Słowacji zaczyna od czasu do czasu padać.

W Rzeszowie jesteśmy o 17:50. Wygrzani, wyletnieni, cienko ubrani i dodatkowo w sandałach. Na dworcu PKP patrzą na nas jak na dziwaków. Nawet nieźle wstrzeliliśmy się w porę bo o 18:57 wyjeżdżamy nocnym pociągiem do Wrocławia.

________________________________________

 

 

Dzień 23

3 Października 2009

 

Dziwne jak te kilka tygodni potrafi zżyć ze sobą ludzi (lub czasami odwrotnie). Pożegnaliśmy się serdecznie na wrocławskim dworcu i o 4:20 wyjechałem okrężną drogą do Jeleniej Góry. Przez okna autobusu patrzyłem się na Karkonosze i porównywałem je go gór Kapadocji. Jakże inny i daleki świat.

Ranek w Jeleniej Górze przywitał mnie przymrozkiem. Od razu zatęskniłem do tych niedawnych ciepłych dni. W ramach rozgrzewki poszedłem do domu piechotą. Akurat na śniadanie...

 

 

 

… minęło 7 długich lat jak ponownie spotkaliśmy się z Markiem, ale to już inna historia.

________________________________________

 

 

 

 

 

Czytany 2833 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Artykuły powiązane

Najczęściej czytane