Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2014, Isle of Skye

Bezkres, pustkowie i mnóstwo owiec

 


 

 

Pinty, uncje, galony, jardy, kwarty, stopy, cale, kamienie, ligi.... Zużycie paliwa to nie litry na sto kilometrów, ale ilość mil na galonie. Długo można wymieniać. Dla nas to angielski system metryczny. Dla Anglików są to: Jednostki imperialne. 

 

1 mila = 1760 jardów = 5280 stóp = 1609 metry 

1 stopa = 30 centymetrów

1 jard = 0,9 metra

1 pinta = 0,56 litra  

___________________________________  

 

 

 

Dzień 1 – 22.07.2014 – Start 

 

Po powrocie z pracy szybko ogarniam co się da i w drogę. Jeszcze tylko krótka wizyta na stacji Texaco i start. Jest godzina 23:00 a nawigacja pokazuje 499 mil do Fortu Wiliam. Zapowiada się niezły etap. W nocy ruch jest mniejszy a i pogoda sprzyja, więc auto łyka mile, aż miło. Nad ranem jednak zmęczenie daje się we znaki. Nie jest to wyścig z czasem, więc pozwalam sobie z dwugodzinną drzemkę. 

___________________________________  

 

 

Dzień 2 – 23.07.2014 – Ben Nevis

 

Po jakże krótkim, ale wbrew pozorom niezłym odpoczynku ruszam dalej w drogę. Jest bardzo mgliście i dosyć chłodno. Widoczność czasami ogranicza się do 100 jardów. Czyżby zmiana pogody? Ale tak nagle i drastycznie? Skoro od dłuższego już czasu są pięknie i słoneczne dni. Rozpogodzi się. Jestem tego pewien. W moim przekonaniu utwierdza mnie fakt, iż jestem 3000 stóp nad poziomem morza. Mimo mgły, droga jest piękna. Wije się serpentynami wśród zielonych pagórków. Pojawiają się nawet owce. Jak się później przekonam – będą one wszędzie.

Pięknie się rozpogodziło. Jest cieplutko i zapowiada się kolejny upalny dzień. W okolicach 9:00, mijam Glasgow i po krótkiej przerwie na kawę w Dumbarton skręcam na słynną A82. Pamiętając tę drogę z zeszłego roku, nie mogę się doczekać jak zaprezentuje się Glen Coe. Wtedy była jesień z pochmurną i deszczową pogodą, obecnie piękne i słoneczne lato. Dojeżdżam do Loch Lomond National Park i jadąc jego brzegiem podziwiam widoki. Jezioro jak to większość w Szkocji, jest wąskie i długie. Rozciąga się na ok. 20 mil. Zatrzymuję się czasami, aby zrobić zdjęcia, jednak na złość drzewa zasłaniają co lepsze widoki. Tak to już bywa. Podziwiam więc dalej.

Krótko przed południem przejeżdżam przez Glen Coe. Jesienią byliśmy tutaj sami. Turystów było jak na lekarstwo. Teraz jest ich znacznie więcej, pojawiają się nawet wycieczki autokarowe. Japończycy? Ci są niesamowici, lecieć pół świata, aby zobaczyć Szkocję? Widocznie warto. Robię zdjęcia z tego samego punktu widokowego co jesienią. Porównam je w domu. Jadąc przypominam sobie wszystkie te miejsca i jestem wręcz oniemiały jak niesamowicie się zmieniły. Nie sposób tego opisać w prostych słowach, ale pokuszę się o stwierdzenie, że Glen Coe jest jednym z piękniejszych miejsc, jakie do tej pory widziałem. Jest upalnie a jednak widać wysokie góry ze śniegiem na wierzchołkach. Nazwy zacierają się prawie zawsze, jednak widoki Etive Mòr i Rannoch Moor pozostają na długo w pamięci. Kto lubi góry będzie zachwycony.

O 13:20 docieram do Fortu Wiliam. Parking i szybki rekonesans zasobów. Coś cieplejszego, woda, 2 napoje energetyzujące i 3 jabłka. Plecak i w drogę. Podziwiając przepiękne widoki rozpocząłem wspinaczkę. Upał i nocna jazda powoli zaczęły dawać się we znaki. Dotarłem do dużej połaci śniegu. Zrobiło się chłodniej, chociaż może to delikatna zmyłka, gdyż słońce w dalszej mierze paliło niemiłosiernie. Do szczytu pozostała około mila, może dwie. Złapały mnie skurcze. Co jest? Nigdy ich nie miałem w takich momentach. Mogłem odpocząć jeden dzień, jednak szkoda mi było czasu. Nie odpuszczę. Wypiłem multiwitaminę z wodą, roztarłem obolałe mięśnie i zaciskając zęby ruszyłem dalej. Poboli i przestanie…

Po niecałych 5 godzinach dotarłem na szczyt. Ben Nevis jest mój. 4409 stóp. Wspinaczkę rozpocząłem od poziomu morza, więc z powodzeniem można porównać to z Rysami. W życiu nie podejrzewałem ile mnie to będzie kosztowało wysiłku. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek był tak zmęczony i wyczerpany. Przeliczyłem się z wodą – pozostało mi jedynie jabłko. Siadam na jednej z skalnych półek i podziwiam widoki. Warto było. Przyzwyczajony do Karkonoszy nie mogę nasycić oczu roztaczającym się dookoła krajobrazem. Morze, wyspy, fiordy i góry. Jestem zachwycony. Pogryzając jabłko, robię zdjęcia.

 

Widok ze szczytu Ben Nevis, Szkocja

 

Czas wracać. Nie czuję nóg. W sumie to i dobrze, bo i nie czuję bólu. Jednak cały przemoczony, rozpoczynam powolny marsz po kamieniach wielkości arbuzów w dół. Była to moja droga przez mękę. Każdy przyzna rację, iż schodzenie zawsze jest gorsze. Na czapie śnieżnej pewien krótko zagadany turysta poczęstował mnie … piwem. Całą pintą. Niesamowite. Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć. Piłem je dobre pół godziny, delektując się smakiem. A smakowało wyśmienicie.

Zejście zajęło mi prawie 3 godziny. Wyczerpany do granic możliwości zastanawiam się, co bardziej dało mi się we znaki? Upał czy podejście? Chyba się odwodniłem. Siadam na trawie i delektuję się wodą. Po pewnym czasie zebrałem na tyle sił, aby wyruszyć na poszukiwanie noclegu. Jest prawie 22:00, więc mam mieszane uczucia.

£40 za noc! I to w kwaterze prywatnej. Rozbój w jasną noc. Co za chciwość. Właścicielka nie chciała opuścić nawet funta. Chytra Szkotka. Kij jej w oko. Spanie w łóżku kuszące, jednak szkoda, że ominął mnie milutki prysznic. Cały lepię się od brudu. Ciuchy przepocone. Jednak uparłem się tak jak i ona. Poszedłem na rybę i piwo. Siły powoli wróciły, to i pozwiedzałem miasteczko. Jesienią było małe i senne, obecnie małe i pełne turystów. Około północy wyruszam do Glenfinnan.

Zatrzymuję się na parkingu koło Kościoła i zasypiam w samochodzie. Co mi tam. Będzie co wspominać.  

___________________________________  

 

 

Dzień 3 – 24.07.2014 – Isle of Skye

 

Pobudka. Nie było nawet tak źle. Okazało się, że przykościelny parking zlokalizowany jest przy lesie. Widok jak z filmów o Robin Hood’ie. Mgła, a z niej wychodzi wielki jeleń. Patrzę i zastanawiam się czy nadal śpię czy to rzeczywistość. Jednak jawa. Ekstra. Może był to sam Herne the Hunter. Zapowiada się niezły dzień. Jadę zobaczyć wiadukt z Harrego Pottera.

Wiele widziałem już mostów, wiaduktów i estakad. Jednak ten jest szczególny. Wielki, kamienny, w stylu rzymskiego akweduktu i łukowaty. Nie jest prosty, lecz wygięty. Tworząc jednocześnie taki wielki zakręt. Co przy jego rozmiarach sprawia niesamowite wrażenie. 416 jardów długości i 100 stóp wysokości. Odwiedzam jeszcze wielki monument nad brzegiem jeziora. Postawiony na pamiątkę powstania Jakobitów i jadę do Mallaig.

Bilet na prom o 15:20. 28,50 funtów w jedną stronę. Powrót planuję przez most. Szkoda, że nie zarezerwowałem wcześniej, bo odpłynąłbym od razu. Chociaż, z drugiej strony patrząc, to dobrze, gdyż pozwiedzam miasteczko. Małe, aczkolwiek urocze, portowe miasteczko. Pokusiłem się nawet na wejście na okoliczne wzgórze, aby zobaczyć jego panoramę. Widoki bardzo ładne. Miasteczko, fiord i okoliczna wyspa z majaczącymi gdzieś w głębi górami. Przyjdzie na nią kolej. Na razie powrócił upał. Żar lejący się z nieba, szybko zmusił mnie do powrotu. Przypomniałem sobie, że nic jeszcze dzisiaj nie jadłem. A co jest najlepsze w porcie? Oczywiście ryba. Dodatkowo frytki, jakaś sałatka i pinta piwa. Udało mi się nawet znaleźć miejsce na pewnym tarasie.

W trakcie zwiedzania portu zauważam bardzo blisko pływającą w morzu fokę. Wystawiła nawet głowę z nad wody i przyglądała się ludziom jak gdyby nigdy nic. Ukrop niemiłosierny. Jak w najgorętszy lipcowy dzień w Polsce. Na Szkocję to dopiero coś niesamowitego. Daję za wygraną i idę odpocząć w aucie. Tam przynajmniej mam klimatyzację.

Nadszedł czas przeprawy. Pół godziny i jestem u celu. Eilean a’ Cheò, czyli Wyspa Mgieł.  Chociaż osobiście, bardziej odpowiada mi jej oficjalna nazwa: Isle of Skye. Kiedy zobaczyłem jej zdjęcia w intrenecie, nie mogłem uwierzyć, że coś takiego jest w Szkocji. W  Prometeuszu i w Gwiezdnym Pyle prezentowała się doskonale, a jak będzie w rzeczywistości? Czas osobiście się o tym przekonać. Szerokość geograficzna odpowiada południowej Alasce, ale to tak czysto informacyjnie.

Widoki powalają na kolana od samego początku. Im dalej tym jest jeszcze lepiej. Jak przekonam się w najbliższym czasie, każda część tej małej wyspy ma inny charakter. Południe jest zielone. Północ górzysta. Centrum i wschód są praktyczne bezludne. A na zachodzie jest piaszczysta plaża z… rafą koralową. Bez wątpienia jest to jedno z piękniejszych miejsc, jakie widziałem do tej pory. Góry, doliny i fiordy. Chłonę widoki z zachwytem. Robię zdjęcia i jadę w nieznane. Olbrzymie góry ze stromymi zboczami, obok mniejsze, zielone jak z obrazka a między nimi fiordy. Przejeżdżam przez pasmo Cuillin. Wyższe praktycznie przypomina polskie Tatry, jednak niższe w popołudniowym słońcu jest rdzawo czerwone. Identyczne jak saharyjski Atlas. Temperatura praktycznie podobna a upał nie do zniesienia. Ciężko uwierzyć, iż jest to tak daleko na północy. O owcach nawet nie wspominam, bo są praktycznie wszędzie. Dosłownie setki.

Dojeżdżam do destylarni Taliskera. Jednej z najbardziej wysuniętej na północ destylarni świata. Mieszkając w Polsce, nigdy nie słyszałem o takiej whisky. W UK czasami ją widuję, chociaż nie często.  Ponoć uchodzi za bardzo dobrą wśród znawców. Zakład chlubi się niezmiennym od 175 lat procesem destylacji. Wytwarzając whisky mocniejszą od konkurencji - 45,8 %. Musi być chyba wyjątkowa, bo butelka z 37 letnim trunkiem kosztuje 1950 funtów. Kto przy zdrowych zmysłach wydaje tyle na alkohol?

Jadę do Neist Point Lighthouse. Wygląd dokładnie tak jak na zdjęciach. Na wysokim, wysuniętym daleko w morze klifie, stoi latarnia morska. Niby to tylko klif, jednak, otoczenie i pejzaże robią swoje. Ciężko mi stamtąd odejść. Miejsce przyciąga jak magnes.

 

Neist Point Lighthouse, Isle of Skye, Szkocja

 

Czas znaleźć jakiś nocleg. Jadę więc w stronę Coral Beach, którą mimo późnej pory idę jeszcze odwiedzić. 22:30 i wciąż jasno. Podoba mi się to. Tak samo jak informacja przy wejściu do parku krajobrazowego, iż każdy biegający luzem pies będzie zastrzelony. Lubię psy, ale park to park i obowiązują pewne zasady.

Ciężko znaleźć nocleg na takim odludziu. Żałuję, że nie mam namiotu. Kolejnym razem będę bardziej przezorny. Kolejna noc w samochodzie. Trudno jakoś to przeżyję. 

___________________________________  

 

 

Dzień 4 – 25.07.2014 – Isle of Skye - ciąg dalszy

 

Pobudka. Jasno zrobiło się po 4 godzinach. Jest przyjemnie chłodno, ale widać, że zapowiada się kolejny upalny dzień. Biorę wodę i idę jeszcze raz na plażę. Tak daleko na północ a tutaj piękna piaszczysta plaża. Koralów widziałem jedynie trochę, na ile mogłem nie wchodząc do wody, ale na zdjęciach przy wejściu do parku prezentowały się prawie jak na rafie. Szkoda tylko, że na plażę przyszły… krowy. Widoki naprawdę pierwszorzędne. Błękitne morze, czysta i przejrzysta woda, piaseczek jak w Hiszpanii, dalej zielone wzgórza. A w środku tego widoku leżące na plaży szkockie krowy. A na dodatek, na zielonych pagórkach, kilka metrów za plażą, pojawiły się króliki. Dosłownie wszędzie. Małe i duże. Zaczęły wyłazić z norek i ganiać po trawie. Nie zdołałem ich policzyć, ale było ich kilkadziesiąt. To się nazywa folklor. Zwiedzam okolicę, robię zdjęcia i odpoczywam. Czas ruszać drogę na poszukiwania Quiraing.

Wąska droga wije się serpentynami wśród pól i pagórków. Od czasu do czasu pojawia się jakiś samochód. W jakiejś małej osadzie zabieram autostopowiczkę. Zmiękło mi serce, bo kobieta wracała do domu z zakupami. Kilka mil. Naprawdę twardzi ludzie.

Wyobraźmy sobie Sahel. Takie górzyste tereny przed pustynią. Żadnego drzewka, ani krzewu. Nie wysokie pagórki, z których większość ma płaskie szczyty. Między nimi doliny i majaczące gdzieś w głębi jeziorko. Następnie wyobraźmy sobie zielony kolor. Tylko tak zielony, aż kłujący swoją zielenią w oczy. Zielony do granic możliwości. Jak korona drzew w lesie tropikalnym. A teraz wyobraźmy sobie wielki koc w takim kolorze, który wszystko to przykrywa. To w pierwszej chwili nasunęło mi się na myśl, kiedy zobaczyłem Quiraing. Wchodzę na jedno ze wzgórz. Widoki piękne jak wszędzie i inne jak w każdym innym zakątku wyspy. Wśród niemożliwie zielonych wzgórz, jak wstążka, wije się wąska droga.

 

Quiraing, Isle of Skye, Scotland

 

Dojeżdżam do Old Man of Storr. Zieleni jest zdecydowanie mniej. Kolejne góra i kolejne pejzaże. A jednak inne niż wszędzie. Wśród tego wszystkiego stoi samotny pinakiel (taki szpikulec sterczący z ziemi) o wysokości niemalże 180 stóp. Wygląda dosyć ciekawie. Legenda głosi, że jest to jedynie wystający palec zakopanego olbrzyma. Musiał być naprawdę wielki. Wspinam się w jego pobliże, ale jednak z dołu prezentuje się dużo bardziej okazale. Jednak spod jego podstawy rozciąga się przepiękna panorama. Morze i Isle of Rassay. Błękitne niebo i gdzieniegdzie białe chmury. Podobnie jak poprzednio tak i teraz, aż nie chce mi się wracać. Jednak czas na mnie.

 Dojeżdżam do Portree. Największego miasta na wyspie. Istna metropolia. Ilość mieszkańców prawie jak w Świerzawie. Jednak w przeciwieństwie do mojej rodzinnej mieścinki, życie tutaj toczy się inaczej. Miasteczko jest czyste i zadbane. Jest wielu turystów i sporo przyzwoitych miejsc, gdzie można odpocząć. Coś zjeść, wypić i posiedzieć. Mają nawet mały port. Krótki relaks w kawiarni i ryba z frytkami w porcie. Dowiedziałem się w informacji turystycznej jak trafić do Fairy Pools.

Niemożliwie wijącymi się i wąskimi jedynie na jedno auto drogami docieram do wodospadów. Jaka szkoda, że nie wziąłem ze sobą kąpielówek. Kto by pomyślał, że tak daleko na północ będzie coś takiego. Wśród odkrytych i niezalesionych gór wił się strumień. A na załamaniach skalnych utworzyły się wodospady. Dziesiątki wodospadów. Strumień wił się serpentyną, tworząc niezliczoną ilość oczek wodnych i licznych zakamarków. Krystalicznie czysta i cieplutka woda. Przypomniałem sobie o trzech nocach spędzonych w samochodzie.  Namiot i kąpielówki. Następnym razem wezmę je na pewno. Po trzech dniach żaru lejącego się z nieba, miło było spędzić tutaj trochę czasu.

Opuszczam Skye. Niecałe 2 dni, a jest co wspominać. Traktuję to jednak, jako rozpoznanie. Warto przyjechać tutaj na dłużej. Zatrzymuję się jeszcze przy moście, aby zrobić zdjęcia. Kawał solidnej roboty. Most wygięty w łuk chyba do granic możliwości. Tak mi się spodobał, że zawróciłem i przejechałem po nim jeszcze raz na wyspę i wróciłem. Nie ma co. Mimo, że nie taki duży, ale jednak zbudowany nad oceanem. Jak by na to nie patrzeć.

Wieczorem jestem w Dornie. Diabli to nadali, ale nie mogę znaleźć noclegu. Tym razem mam już dosyć. Przecież jak ktoś przejdzie obok mnie to zaniemówi. Czy północ Szkocji jest taka dziwna, czy po prostu mam pecha? Trudno. Na pocieszenie zwiedzam okolice pięknie oświetlonego zamku. Kolejna noc w samochodzie. 

___________________________________  

 

 

Dzień 5 – 26.07.2014 – Eilean Donan Castle & Lindesfarne

 

Kto oglądał Nieśmiertelnego? Connor McLeod mieszkał w zamku. Zamek ten, to  Eilean Donan Castle. Nie tak wielki w Malborku, ale wystarczająco duży, aby przetrwać niejedno oblężenie. Zamek wybudowany na wyspie. Połączony z lądem kamienną groblą. Od razu widać, iż wybudowano go w celach obronnych. Widać to w każdym calu. Wybudowano go na początku XIII broniąc się przed najeźdźcami ze Skandynawii. Służył także za schronienie Robertowi de Bruce, kiedy uciekał przed angielskim wojskiem. Jest pięknie odrestaurowany i zwiedzenie go sprawia wielką frajdę. W środku wszystko urządzone na szkocką modę. Nie jest wielki, ale za to bardzo funkcjonalny. Bardzo mi się podoba.

 

Eilean Donan Castle, Szkocja

 

Czas wracać. Rezygnuję z Loch Ness. Poszukam potwora następnym razem. Za to wracam trochę inną drogą. Odwiedzę Perth. Idę na całość. Zostawiam samochód na Park & Ride i wjeżdżam do centrum autobusem. Zrobiło się trochę chłodniej. Popadał nawet trochę deszcz. Będzie dobrze. Rozprostuję trochę nogi, pozwiedzam. Może zjem Huggis’a? A jednak rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię. Miało być tak pięknie a wyszło całkowicie odwrotnie. Perth jest szare i smętne. Nie podoba mi się nic a nic. Zdecydowanie najbrzydsze w Szkocji. Jem rybę z frytkami i wyjeżdżam. Jeśli czas na to pozwoli to zatrzymam się w Edynburgu. W przeciwnym wypadku trudno, innym razem. 

Mignął mi nagle przed oczami drogowskaz: Lindisfarne. Jedynie kilka mil, więc zawróciłem. Holy Island z wioską Lindisfarne. Wyspa, na którą można wjechać wyłącznie w ściśle określonych godzinach. Jedynie w czasie odpływu. Kiedy jest przypływ drogę zalewa morze. Wszędzie są informacje, aby ściśle przestrzegać określonych godzin wjazdu. Wywieszone są nawet zdjęcia zatopionych samochodów. Jadąc te kilka mil, zastanawiam się cały czas, co się stanie jak samochód odmówi mi posłuszeństwa. Niezły dreszczyk emocji. Na wyspie odwiedzam oczywiście ruiny klasztoru, złupionego w 793 roku przez Ragnara Lodbroka. Dla niezorientowanych. Tutaj pierwszy raz uderzyli Wikingowie, rozpoczynając tym samym epokę swoich łupieskich wypraw. Wówczas to cywilizowany świat pierwszy raz dowiedział się o ich istnieniu. Polecam popularny ostatnio sezonowy serial, Wikingowie. Dużo lepszy od Gry o Tron. Za późno jest już zwiedzanie zamku. Podziwiam więc, jak prezentuje się z daleka. Średniej wielkości, lecz na wysokiej górze. Praktycznie zajmuje cały jej szczyt. Musi wyglądać niesamowicie w trakcie przypływu. Czas wracać. 

W nocy jest załamanie pogody, skutkiem czego, pojawia się straszna nawałnica. W nieba leje się istna ściana wody a drogą płynie rzeka wody. Zatrzymuję się na pierwszej lepszej stacji benzynowej, aby przeczekać ulewę i zasypiam w samochodzie. Chyba już przyzwyczaiłem się do takich nocy. 

___________________________________  

 

 

Dzień 6 – 27.07.2014 – Powrót 

 

Ranek przywitał mnie piękną pogodą. Do domu pozostało mi prawie 200 mil. Przy sprzyjających warunkach będą to 3 godziny, może ciut dłużej. Za wyjątkiem przerwy na śniadanie, nie zatrzymuję się nigdzie na dłużej. O 13:00 docieram do domu. Licznik pokazuje 1.405 mil. Nie ma co, istny maraton. Powoli, bez pośpiechu doprowadzam się do porządku i staram poukładać wszystko, co widziałem przez ostatnie kilka dni. Mimo gonitwy, warto było.

___________________________________  

 

 

Czytany 3437 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Najczęściej czytane