Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2008, Istambuł

Najpiękniejsze miasto świata

 


 

 


Dzień 1 – 16.11.2008 – Start

 

Zimno, pochmurno i ciemno. O całej sprawie wie tylko kilka osób, które nie wierzą w to przedsięwzięcie. Sam nie jestem do końca przekonany jak to będzie. Wariactwo czy coś ekscytującego? Czas wyjazdu nie ciekawy, ale dlaczego nie? Jak zrezygnuję teraz to mogę nie mieć już podobnej szansy. Szybkie pożegnanie i o 18:00 wyruszyłem.

Dworzec PKS w Jeleniej Górze – 18:20 autobus do Przemyśla. Cena biletu 71 zł.

___________________________________  

 

 

Dzień 2 – 7.11.2008 – Pierwszy kontakt z marszrutką

 

Po ponad 12 godz. jazdy jestem w Przemyślu. Zimno jak diabli. Zaraz przy wyjściu z autobusu czekał kierowca, chętny na kurs do Lwowa. Zaproponował 100 zł ale widocznie bardzo mu zależało bo po krótkich targach umówiliśmy się na 30 zł. Przejście graniczne polsko – ukraińskie jest niesamowite. Wielkie kolejki handlarzy i ludzi, którzy to wiozą wszelakie różności. Auta napchane do granic możliwości, lodówki czy pralki na dachach samochodów, autobusy, busy i cała masa pieszych. W sumie dobrze wyszło z tym kursem, bo stałbym tutaj z pewnością o wiele dłużej. W samochodzie okazało się, iż mój współpasażer, Wiktor jest z Czerniowców (Czerniewic – nie wiem jak jest poprawnie) i teraz wraca do domu. Zbieg okoliczności i niezłe szczęście.

Pozwiedzaliśmy trochę Lwów, w którym Wiktor był po raz pierwszy. Zaskoczyło mnie to, iż w mieście widziałem pasące się na trawnikach kozy i krowy. Lwów jest dużym, lecz bardzo zaniedbanym miastem, wielka szkoda. Moim zdaniem od czasu jak Polacy go opuścili niewiele się zmieniło. Wiem teraz co muszą czuć Niemcy odwiedzający Dolny Śląsk.

Po południu podziwiając ukraińskie widoki wyruszyliśmy do Kołomyi (bilet ok. 35-40 zł). Tak zwane marszrutki są niesamowite. Niby bus, co nie jest czymś nowym w naszym rozumieniu, ale sposób, w jaki jest przerobiony i co najważniejsze ilość pasażerów jaka potrafi się do nich zmieścić jest niesamowita. Aby to zrozumieć trzeba się po prostu przejechać czymś takim. Ciekawy tylko jestem jak jedzie się czymś takim do oddalonego o ponad 500 km Kijowa. Niesamowite przeżycie i osobiście cieszyłem się, że wybrałem tego typu podróż – podróżowałem jak przeciętny mieszkaniec Ukrainy. Po drodze bardzo rzuca się w oczy bieda. Polska nie jest bogatym krajem i pojęcie to, nie jest obce u nas, jednak tam to zdecydowanie co innego. Na wsiach ludzie naprawdę nie mają łatwego życia. Mimo zimna na pastwiskach dużo było pasących się krów czy kóz. Widok dosyć osobliwy.

Wiktor na początku małomówny z biegiem godzin stał się bardziej przystępny. Przegadaliśmy prawie całą drogę, poruszając nawet takie kwestie jak wewnętrzna polityka Ukrainy, popularność liderów politycznych czy przygotowania do Euro. Wiktor podkreślał wielokrotnie, iż w Polsce mamy o wiele lepiej niż Oni. Mieszkając w Polsce nie zwracamy na to uwagi, ale bardzo rzucało mi się to w oczy, prawie na każdym miejscu. Żartowaliśmy z jakości lokalnych dróg, które to są jeszcze gorsze niż u nas. Twierdził, iż przeciętny Ukrainiec w swoim samochodzie wymienia amortyzatory co ok. 30 tys. km. Coś niesamowitego, ale jadąc przez te wszystkie miejscowości nie śmiałem w to wątpić.

Dojechaliśmy do miejscowości Ivano Frankovsk, gdzie była prawie godzinna przerwa w podróży. Udaliśmy się na kawkę i pozwiedzaliśmy okolice dworca. Normalne życie, pełno straganów, budek z jedzeniem i napojami itd.... Fajnie wyglądał dworzec autobusowy, gdzie autobusy można było policzyć na palcach jednej ręki za to wszędzie królowały marszrutki. Zgiełk jaki tam panował był równie niesamowity jak i sposób ich parkowania.

Następnie po kilku godz. jazdy dojechaliśmy do Kołomyi. Tutaj akurat nie mieliśmy czasu na nic. Szybka przesiadka do jak się okazało ostatniej marszrutki do Czerniowców i w drogę (bilet 10 zł). Jako, że przybyliśmy na samym końcu to musieliśmy całą drogę stać jak przysłowiowe śledzie. Tutaj to już była „jazda bez trzymanki”. Ciemno, duszno, gorąco, wilgotno. Pełno ludzi i bagaży. Co kilka kilometrów ktoś przeciska się z samego końca do wyjścia. Niezapomniane przeżycia.

Do Czerniowców docieramy wieczorem, ok 20:00. Po tym co widziałem we Lwowie, Ivano Frankovsku czy Kołomyi tutaj jestem mile zaskoczony. Bardzo duże miasto a jednocześnie dosyć zadbane z pięknie oświetlonym centrum. Znajduje się tutaj dużo zabytków wartych uwagi i chociaż na zwiedzanie ich jest już za późno to z zewnątrz prezentują się bardzo pięknie. Po szybkim zwiedzeniu centrum Wiktor pokazał mi gdzie jest przystanek autobusowy. Kupiłem bilet na drugi dzień rano do Suczawy (28 zł) i z racji późnej pory postanowiłem się pożegnać. Jakże to bardzo się zdziwiłem jak mój towarzysz ani nie chciał o tym myśleć, dopóki nie pokaże mi kantoru i jakiegoś taniego hotelu. Bardzo miłe z Jego strony, tym bardziej, że w hotelu jeszcze ostro się targował i z tego co zrozumiałem zbił cenę z 200 do 100 Hrywien (zawsze to połowa stawki wejściowej). Pożegnaliśmy się serdecznie jak dwaj dobrzy znajomi.

Hotel okazał się bardzo schludny i przytulny z wystawną restauracją z wieloma akwariami w stylu raf koralowych. Rozgościłem się w pokoju i przed kolacją wybrałem jeszcze na szybkie zakupy. Po całodziennej jeździe marszrutką długi spacer dobrze wpłynął na pękającą z bólu czy to nadmiaru wrażeń głową. Po zakupach przyszedł czas na przepyszną solankę, ukraińskie piwo i odpoczynek.

___________________________________    

 

 

Dzień 3 – 18.11.2008 – Dzień pełen wrażeń i rewelacyjny Ursus

 

Pobudka o 6 rano czasu lokalnego, szybkie wymeldowanie i w drogę do Rumunii. Odległość Suczawy od Czerniewic to ok. 80 km dlaczego więc planowany czas podróży to 5 godz? Dziwne, ale cóż. Zdecydowałem się na lokalne środki transportu więc jadę. Na szczęście na stanowisko podjechał nie bus ale autobus. Coś w stylu naszego starego jelcza no i zawsze więcej miejsca w środku niż w marszrutce. Tylko dlaczego podczas jazdy bujało jak w wodolocie tego nie zrozumiem chyba nigdy. Po godzinie jazdy nie czułem żołądka a gdzie jeszcze 4? Co kilka kilometrów dosiadali się kolejni pasażerowie – sami handlarze w mnóstwem pakunków i w pewnym momencie autobus wypełnił się do granic możliwości. Opatulone kobiety, obładowane tobołkami ledwo mieszczącymi się do autobusu. Przygraniczny handel kwitnie. W przyszłości widząc autobus z ukraińskimi handlowcami będę wiedział jak to wygląda „od środka”.

Podziwiając piękne ukraińskie widoki dojechaliśmy do granicy a w międzyczasie kierowca szybko zebrał od pasażerów tzw. zrzutkę (mnie pominięto). Zaskoczyło mnie to jak otwarcie celnik ukraiński przyjął łapówkę, tuż przy moim oknie. Bez problemu mógłbym zrobić mu zdjęcie ale wolałem jednak nie ryzykować. Może dlatego wcześniej kazali wszystkim pozasłaniać okna w autobusie. Dziwni Ci Ukraińcy, kazali wysiąść wszystkim pasażerom wraz z bagażami, po czym wrócić ponownie do autobusu. Kontrola paszportowa i czas na Rumunów. Ci z kolei bez żadnych skrupułów kazali wszystko wyciągnąć z autobusu i urządzili dokładną kontrolę całego bagażu. Pominęli mnie i pewnego młodego chłopaka – Georgasa.

Był mołdawskim studentem 1 roku informatyki na uniwersytecie w Suczawie. Usiedliśmy razem w autobusie i przegadaliśmy resztę drogi. Ciekaw był tego jak mieszka i żyje się w Polsce, o której wyrażał się jak do kraju „jakiegoś dobrobytu”. Opowiadaliśmy sobie o tym co robimy i o naszych planach. Był pełen podziwu, iż odważyłem się samotnie pojechać do Istambułu. Zaoferował pomoc brata, który mieszkał w Bukareszcie jeśli miałbym jakiekolwiek problemy. Pokazał mi polimerowe rumuńskie banknoty demonstrując jednocześnie, jak ciężko je zniszczyć. Niesamowite, ale mają chyba jakąś domieszkę czegoś w rodzaju plastiku, czy jakiegoś tworzywa bo nie można ich w żaden sposób przerwać.

Szybko minął nam ten etap podróży i nawet nie oglądnęliśmy się jak dotarliśmy do Suczawy. Tam Georgas wynajął taksówkę i pojechaliśmy do...... akademika. Studiując kiedyś często bywałem w akademikach ale takiego to jeszcze nie widziałem. Dwie metalowe prycze przypominające takie z pruskich koszar i jedna metalowa szafa podobna do tych jakie u nas nad morzem przerabiają na wędzarnie ryb. Całość uzupełniał stół wraz z dwoma krzesłami oraz cała masa słoików z jedzeniem przywiezionym z domu. Mieszkali naprawdę w bardzo skromnych warunkach. Czekając, aż Georgas się rozpakuje przywitałem się z jego współlokatorem (po rumuńsku oczywiście) i poszliśmy do centrum. Podobnie jak dzień wcześniej i dzisiaj miałem przewodnika. Pokazał mi centrum i zaprowadził na dworzec kolejowy, gdzie pomógł kupić bilet do Bukaresztu (75 zł). Wymieniliśmy się nr telefonów, pożegnaliśmy, po czym Georgas poszedł na uczelnię a ja mając czas wolny podziwiałem Suczawę.

Zaskoczyła mnie duża ilość wałęsających się bezpańskich psów. Były praktycznie wszędzie, aczkolwiek nie zaczepiały nikogo. Postanowiłem także spróbować słynnego rumuńskiego Ursusa. Pokuszę się o stwierdzenie, iż jest bardzo dobry. Smakiem przypominający Pilsnera Urquela.

Po południu mile zaskoczony stanem rumuńskich kolei, udałem się do Bukaresztu. Podczas podróży poznałem pewnego Rumuna, który wracał do domu po miesiącu pracy w Dover. Pogadaliśmy chwile ale wysiadł za chwilę. Nie cierpiałem długo na brak samotności, bo dosiedli się do mnie pewni starsi Państwo. Przywitali się (pomogłem poukładać im bagaże na wysokich półkach), po czym usiedli i od razu zaczęli się modlić. Nie wiem i raczej nie dowiem się już nigdy czy byli tak wielkiej wiary czy może coś ich gnębiło i szukali rozwiązania w modlitwie. Robili to dosyć często podczas kilku godzin podróży. Po ok. dwóch godzinach jazdy zapytali mnie o coś i okazało się, że nie rozumiem rumuńskiego i w ogóle nie jestem stąd. Od tej pory każda minuta tej podróży utwierdzała mnie w przekonaniu, iż nie znajomość języka nie jest żadną przeszkodą w porozumiewaniu się. Jedynie małym lub większym utrudnieniem (w zależności od chęci dyskutujących). Po kilkugodzinnej podróży dowiedzieliśmy się całkiem sporo o sobie. Byli bardzo ciekawi jak żyło się w Polsce za czasów poprzedniego ustroju. Twierdzili bowiem, że dochodziło do nich bardzo mało informacji, a w momencie „przewrotu” prawie nic. To, iż wiedziałem kim był Nicolae Ceauşescu i fakt, że jako mały chłopiec oglądałem ówczesne zamieszki w TV był dla nich wielkim zdziwieniem. Za to bardzo dobrze wyrażali się o Janie Pawle II, a kiedy powiedziałem im, że miałem przyjemność spotkać Go na żywo byli bardzo podekscytowani. Nigdy tego nie doświadczyli, gdyż był w Rumunii jedynie jeden raz. W międzyczasie poczęstowali mnie domowej roboty nalewką – Wiszynietą. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem jej nazwę, była bardzo słodka o wiśniowo – aroniowym smaku – bardzo dobra.

Podobnie jak poprzednicy byli bardzo zdziwieni moją podróżą. Dlaczego akurat tak a nie np. samolotem? Nie rozumieli tego, że chciałem po drodze jak najwięcej zobaczyć. Bardzo martwili się tym, że będąc w Bukareszcie po raz pierwszy, nie znając rumuńskiego nie wiem nawet co będę tam robił. Gdzie pójdę czy gdzie pojadę dalej. Ostrzegali przed cyganami, których to w Rumunii jest bardzo dużo, i których to Rumunii nie cierpią. Później jeszcze na dworcu prosili mnie abym z nimi przeczekał noc w poczekalni. Bardzo mili Państwo. Opowiadaliśmy o swoich rodzinach, dzieciach, oglądaliśmy fotografie i ogólnie przegadaliśmy resztę podróży. He he he, sam dziwię się do tej pory jak udało nam się porozumieć. Po drodze pokazali mi wielkie złomowisko czołgów w miejscowości Roman. Było niesamowite pod względem wielkości no i rzadkości. Widziałem coś takiego po raz pierwszy w życiu – dziesiątki, a nie wiem nawet czy nie setki maszyn zgromadzonych w jednym miejscu. Ciekawy jestem czy polscy złomiarze pozwoliliby, aby coś takiego istniało u nas.

Kiedy dojeżdżaliśmy do Bukaresztu ok 20:00, zadzwonił telefon. Bardzo dziwny numer ale odebrałem. Jakiż to byłem zdziwiony jak okazało się, że zadzwonił Vlad - brat poznanego rano w autobusie Georgasa. Czekał już na mnie na dworcu. Moi współtowarzysze wyglądali jakby kamień spadł im z serca. Żałuję bardzo, że nie wziąłem od nich adresu. Po kilku telefonach znaleźliśmy się w końcu z Vladem na całkiem sporym dworcu. Jednakże musieliśmy poczekać jeszcze na jego przyjaciółkę Anę, która to wg niego znała lepiej angielski. Byłem zszokowany ich zaangażowaniem. Ana jak się później okazało była wnuczką dwójki polskich emigrantów, aczkolwiek nie znała po polsku ani słowa. Rozmawiała jednak bardzo dobrze po francusku, rumuńsku, rosyjsku i angielsku. No i czego nie rozumiałem po angielsku uzupełnialiśmy słóweczkami rosyjskimi. Śmiesznie to wyglądało, ale jakoś tam dogadaliśmy się. Zrobiła jedynie wielkie oczy jak okazało się, że jestem tutaj po raz pierwszy i nie mam nawet rumuńskich rozmówek. Jak powiedziałem Jej o celu mojej podróży to stwierdziła, że jestem szalony.

Od razu było widać, iż bardzo im zależy na tym aby mi pomóc. Znaleźli mi nawet bezpośrednie połączenie z Bukaresztu do Istambułu, ale to odpadało ze względu na cenę ok. 250 zł no i fakt, że nic nie zobaczyłbym w Bułgarii. Uparłem się, iż potrzebuję dostać się do Giurgiu i tam przekraczając granicę dojechać do Ruse. Ustaliliśmy, że najlepszym rozwiązaniem jest bus. Dziwne, ale z tego co zrozumiałem to w Bukareszcie nie ma czegoś w stylu głównego dworca autobusowego ale z różnych miejsc wyjeżdżają busy do różnych miejscowości. Problem jedynie w tym co to za miejsca. Ana wykonała kilka telefonów i jedynie co udało jej się ustalić to to, iż ma znajomych Bułgarów w akademiku.

Chciałem poszukać jakiegoś taniego hotelu ale Vlad uparł się, że jestem jego gościem i abym przenocował u niego. Tak też zrobiłem. W domu poczęstował mnie jakimś lokalnym specjałem ale mimo tego, że głodny byłem jak diabli to po spróbowaniu odechciało mi się jeść. Dosyć dziwne bo jadałem już takie specjały, że nie powinno mi to przeszkadzać. A jednak, smażona biała fasola z jakimś podsmażonym mięsem co wyglądało jak przysmak śniadaniowy z puszki. Tego po prostu nie dało się zjeść. Przykro mi było, ale skłamałem, że nie jestem głodny. Około północy zadzwoniła Ana i powiedziała skąd dokładnie i o której godzinie odjeżdżają busy do Ruse. Tak zakończył się chyba najbardziej owocny w wrażenia dzień mojej podróży. Poszliśmy spać nastawiając budziki na 5:30. Musiałem być bardzo zmęczony bo nawet nie przeszkadzało mi to, iż całą noc łaził po mnie kot Vlada.

___________________________________   

 

 

Dzień 4 – 19.11.2008 – Przepyszne bułgarskie oliwki

 

Pobudka o 5:30 wg czasu lokalnego – istny matrix. Nie mogłem oderwać się od łóżka, kula w żołądku i zero apetytu. Tak wcześnie to wstawałem kiedyś na grzyby. Mimo wczesnej pory Vlad ku mojemu zaskoczeniu odprowadził mnie na stację metra i uparł się, że pojedzie ze mną. Nie protestowałem. Dojechaliśmy do centrum gdzie okazało się, że z całej masy busów jakie tam były żaden nie jedzie w interesującym mnie kierunku. Co robić? Połaziliśmy więc po centrum. Vlad pokazał mi całkiem spoko interesujących rzeczy i dużo opowiadał. Ceauşescu musiał mieć manię wielkości. Wszystko co po nim pozostało jest przeogromne. Rumuńskie aleje B-Dul Unirii wykonane na wzór tych z Paryża mają przewyższać je pod każdym względem. Niesamowity widok tak samo jak budynek Parlamentu – największy gmach w Europie, z jego infrastrukturą sprawia niesamowite wrażenie. Nałaziliśmy się jak diabli a na koniec znaleźliśmy całkiem przez przypadek plac skąd odjeżdżały busy Ruse. To się nazywa szczęście.

Niestety Vlad musiał iść na zajęcia, więc wypiliśmy kawę i pożegnaliśmy się jak starzy znajomi. Pozwiedzałem jeszcze okolice centrum i udałem się do umówionego miejsca. Poczekałem chwilę i poznałem pewnego Bułgara, Vladimira, co to chciał się dostać tam gdzie ja. Pogadaliśmy sobie i tak szybko minął czas. Pojawił się bus i wyruszyliśmy do Ruse (35 zł).

Granicę rumuńsko – bułgarską przekroczyliśmy w miarę sprawnie bez jakichkolwiek problemów. Celnik jedynie był zdziwiony: Turysta? O tej porze roku? Ale co mi tam, mój – problem. Po dotarciu na miejsce pojawił się dylemat czy jechać bezpośrednio do Istambułu czy jak planowałem wcześniej do Varny. Decyzja padła na Istambuł. Teraz żałuję, gdyż jakbym wiedział, że droga powrotna zajmie mi tak mało czasu to poświęciłbym jeszcze ten jeden dzień. Kupiłem bilet (70 zł) i poszedłem zwiedzać to całkiem spore miasto. Kosztując w międzyczasie bułgarskich specjałów oraz całkiem niezłego bułgarskiego piwa kręciłem się po centrum i jego okolicach.

Wieczorem mile zaskoczony tym co tutaj zobaczyłem, wyjechałem do Istambułu. Pierwszy raz miałem okazję jechać tureckim autobusem kursowym. Przeżycie, które można porównać do lotu samolotem. Coś niesamowitego, kierowca to kierowca a jednocześnie w każdym autobusie dalekobieżnym jest stewardesa. Każdy pasażer dostaje wodę, wodę różaną do natarcia rąk i drobny poczęstunek, zazwyczaj jakieś słodkie ciastko. Przez całą drogę podaje się kawę, herbatę czy zimne napoje. Dla mnie była to nowość ale pasażerowie mówili mi, iż u przewoźników tureckich to jest coś normalnego i bardzo się dziwili, że u nas jest inaczej. W głośnikach słychać było turecką muzykę a później oglądnęliśmy film – szkoda tylko, że nic nie rozumiałem. Pełna kultura. Po przejechaniu wysokich gór trochę żałowałem, że nie jechaliśmy za dnia.

___________________________________  

 

 

Dzień 5 – 20.11.2008 – Cel podróży. Piękny i ogromny

 

Nocna podróż minęła nad wyraz szybko. Nawet kontrola na granicy nie była uciążliwa, kupiłem jedynie wizę turystyczną (równowartość 35 zł). Oczywiście Turcy, wszystkim (pominąwszy jedynie mnie) dokładnie przetrzepali bagaże. Na szczęście obyło się bez przykrych incydentów. Pojechaliśmy dalej. Kilka godzin snu i przed 7:00 rano dojechaliśmy na miejsce.

Odtąd prawie wszystko co zobaczyłem zapierało mi dech w piersiach. Począwszy od wjazdu do miasta, który mimo braku jakichkolwiek korków trwał prawie 2 godziny i widoku centralnego dworca autobusowego. Dworzec ten może śmiało konkurować o miano największego na świecie. Coś niesamowitego, 196 stanowisk, z których każde ma osobną kasę, osobną poczekalnię, osobną przechowalnię bagażu i każde obsługiwane jest przez innego przewoźnika. Całość jest przeogromna.

Poczekałem chwilę i przyjechali rodzice mojego kolegi. Dwoje starszych ludzi, którzy to bardzo chcieli abym spędził tych kilka dni u nich a nie w hotelu. Bardzo mili, serdeczni z niesamowitą jak na swój wiek energią. Ich gościnność bardzo mile mnie zaskoczyła. Chcieli pokazać mi jak najwięcej w ciągu tych kilku dni. Bardzo krótkich a z drugiej strony patrząc, bardzo długich dni. Dni, które zapamiętam do końca życia. Dni, które spędziłem na zwiedzaniu olbrzymiego i przepięknego miasta.

Pojechaliśmy do domu moich gospodarzy. Podróż metrem, później autobusem miejskim a na końcu samochodem zajęła nam ok. 1,5 godz. Niby przedmieścia Istambułu, ale tak naprawdę nie widać było końca miasta. Dopiero tutaj uzmysłowiłem sobie cel zostawiania samochodu na parkingu i poruszania się w mieście komunikacją publiczną. Przez te trzy dni jakie tutaj spędziłem jeden fakt przytłaczał mnie bez ustanku – ogrom. Miasto jest tak ogromne, iż nie sposób tego opisać. Dla porównania: widok z wieży Eiffla w Paryżu gdzie tylko spojrzeć przedstawia nam miasto, Stambuł natomiast przedstawia nam podobny widok ale z wszystkich siedmiu wzgórz, na których się znajduje. Jadąc autostradą widzimy w niecce przed sobą „las” zabudowań a w oddali na horyzoncie oddalone o kilka, kilkanaście kilometrów wzgórze. Przejeżdżamy ten „las” zabudowań w sposób jaki zazdrościliby wszyscy mieszkańcy europejskich stolic. Tysiące pojazdów, trzy - czteropasmowa autostrada, równolegle do niej kilku pasmowe drogi szybkiego ruchu, w środku wydzielone pasy wyłącznie dla komunikacji miejskiej, dziesiątki zjazdów, dziesiątki estakad, rond, skrzyżowań i czegokolwiek tylko sobie zażyczymy. Mimo tego wszystkiego cały ruch odbywa się sprawnie, szybko i niezwykle płynnie, niemalże bez żadnych korków. Dojeżdżamy do owego wzgórza na horyzoncie i oczom naszym okazuje się podobny widok: w olbrzymiej niecce, w którą stronę tylko spojrzeć widzimy „las” zabudowań, w oddali cieśnina lub morze i daleko na horyzoncie kolejne wzgórze. Dojeżdżając do niego tą samą siecią skomplikowanych dróg z identyczną infrastrukturą jak poprzednio, widzimy …. to samo. „Las” budynków, dróg, cieśninę, czasami morze i część azjatycką. Można tak jeździć bardzo, bardzo długo.

Drugą bardzo przykuwająca uwagę faktem jest czystość. Zdarza się oczywiście jakiś tam samotny śmieć, kawałek gazety czy cokolwiek innego. Jednakże widać od razu, iż są to wyjątki w tym nad wyraz czystym mieście. Tak jak bałagan w domu zapuszczonym i bałagan w domu, który jest czysty. W życiu nie widziałem tak czystego i zadbanego miasta jak Istambuł. Ludzie paląc papierosy bardzo często wyrzucają niedopałki na ziemię, jednakże nigdzie tych niedopałków nie widać.

Miasto w każdym momencie prezentuje swoje bogactwo, wielkie i nowoczesne budynki, nowiusieńkie środki komunikacji miejskiej wraz nowatorskimi rozwiązaniami przyspieszającymi przemieszczanie się, wysokiej klasy auta czy wręcz ociekające bogactwem sklepy. Bardzo dobrze ubrani i kulturalni ludzie nic a nic nie przypominają tych „pseudo – Turków” spotykanych w Polsce. Kierowca autobusu czy motorniczy z tramwaju jednakowo ubrany w elegancki uniform. Dumnie spacerujące po ulicach, ładnie pomalowane Turczynki ubrane na styl europejski, mijane są przez całą masę kobiet odzianych w tradycyjne muzułmańskie stroje. Mijając mężczyznę od razu odruchowo wbijają wzrok w ziemię. Różnorodność kultur i religii widoczna jest na każdym kroku. Przeważają oczywiście meczety ale nie brakuje kościołów katolickich czy synagog. Wszyscy jakoś żyją obok siebie i nikomu to nie przeszkadza. Jest to również godne podziwu i świadczy o wielkiej dojrzałości intelektualnej jaką nabyli przez lata mieszkańcy Stambułu. Wiedzą, że waśnie religijne czy kulturowe do niczego dobrego nie prowadzą i żyją ze sobą w zgodzie. Masa ludzi spieszących w swoich kierunkach. Mnogość restauracji i barów z nienaganną obsługą. Niezliczone bazary z przepięknie pachnącymi przyprawami czy niezliczone stoiska w porcie z pieczonymi świeżymi rybami. Sprzedawcy zachwalający swoje towary zapraszają do środka a jednocześnie w żaden sposób nie przypominają nachalnych Arabów. W tle wezwania Muezina do modlitwy. Ludzie idący chodnikami przeplatają się z ludźmi klęczącymi na chodnikach, gdyż nie mieszczą się w meczetach. Wszystko to jest inne i niezwykle interesujące. Żaden opis nie odzwierciedli dokładnie tego widoku ale to właśnie jest Orient. Teraz już wiem jak sobie to wyobrazić i ręczę słowem, że ktoś kto tego nie zobaczy to tak na prawdę nie zrozumie.

Po szybkim tureckim śniadaniu, aby nie tracić czasu udaliśmy się do centrum, do sztandarowego zabytku Istambułu.

Sławna bizantyjska bazylika Mądrości Bożej, obecnie Hagia Sophia. Dla mnie osobiście to bezsprzecznie najpiękniejsze miejsce w Istambule. Obecna bazylika jest trzecią wzniesioną w tym samym miejscu. Wybudowana przez cesarza Konstancjusza, wielokrotnie rekonstruowana ze względu na trzęsienia ziemi, pożary i zamieszki, aż do czasów Justyniana Wielkiego, który wniósł świątynię w ostatecznym kształcie. Kiedy Mehmed II zdobył miasto, pierwsze kroki skierował właśnie tutaj. Świątynie przekształcono wówczas w meczet i ofiarowano Allahowi. Wnętrze świątyni pozostało nie zmienione. Zbito jedynie marmurowe krzyże, zamalowano niektóre mozaiki i powieszono ogromne drewniane tablice z muzułmańskimi inskrypcjami. Dużo można o niej pisać ale nic nie odzwierciedli tego co człowiek czuje przekraczając jej próg. Wnętrze jest nie zmienione od czasów Bizancjum a spoglądając na przepiękne mozaiki można odnieść wrażenie cofnięcia się w czasie.

Następnie udaliśmy się do Pałacu Topkapi, czyli Bramy Armatniej. Swoją nazwę wziął on od dwóch dział ustawionych na murach od strony morza. Był rezydencją sułtanów przez prawie 400 lat – Mehmed Zdobywca rozpoczął jego budowę w 1453 r., zaraz po zdobyciu miasta i mieszkał tutaj aż do śmierci, w 1481 r. Ostatnim rezydentem był Mahmud II (1808–1839), a ponieważ jego następcy woleli budować swoje siedziby w stylu bardziej europejskim, pałac opustoszał. Topkapi powiększał się i zmieniał w kolejnych wiekach, lecz jego podstawowy, cztero-dziedzińcowy układ został zachowany. Turcy osmańscy przejęli od Bizantyńczyków zwyczaj oddzielania władcy od ludu – pierwszy dziedziniec był dostępny dla wszystkich, drugi dla osób związanych z interesami państwa, trzeci dla rodziny królewskiej, ważnych osobistości i służby pałacowej, a czwarty należał do władcy.

W pałacu Topkapi znajduje się również harem, na który składa się ponad 400 komnat (dla zwiedzających udostępnionych jest jedynie 12). Nie była to przysłowiowa „jaskinia rozpusty”, jak wyobraża sobie wielu ludzi. W rzeczywistości harem bardzo przypominał surową przyklasztorną szkołę. Był całkowicie samowystarczalną częścią pałacu, składającą się z sypialni, komnat prywatnych, meczetów, szkoły, basenu i łaźni. W pomieszczeniach tych, żyło zgodnie ze ściśle określonymi zasadami i hierarchią około 1500 osób.

W wielu salach pałacu wystawione są eksponaty akcentujące pozycję państwa jako imperium.

Podziwiać możemy kolekcję porcelany z czasów Ming i Cing, którą sułtanowie zbierali całymi latami. Na uwagę zasługują zielonkawe dawne naczynia z dodatkiem glinki celadonowej, które miały zmieniać kolor podanego na nich zatrutego jedzenia.

W kolekcji skarbca sułtańskiego, znajduje się między innymi tron Ahmeda III, wykładany szylkretem, macicą perłową, rubinami i szmaragdami oraz inny tron z litego złota. Skarbiec, wielka atrakcja muzeum, mieści także ekspozycję osmańskich klejnotów, medali i orderów. Wśród nich znajduje się wysadzana diamentami kolczuga i 84 – karatowy „diament wytwórcy łyżek”, znaleziony przez XVII – wiecznego żebraka.

Podziwiać możemy także wystawę strojów sułtańskich oraz wystawy cennych rękopisów. Jednym z najciekawszych jest mapa Piri Reisa, ukazująca wschodnie wybrzeża oby Ameryk. Były one wyrysowane na skórach na podstawie zaginionej mapy Krzysztofa Kolumba. Zaskakujące jest to, iż ten wybitny kartograf i dowódca floty osmańskiej wykonał je zaledwie 10 lat po jego ekspedycji i odkryciu Nowego Świata.

Najbardziej zadziwiające jest sanktuarium „Płaszcza Proroka”, kryjące najświętsze relikwie muzułmańskiego świata. Możemy tutaj zobaczyć: Płaszcz Szczęśliwości czyli szatę Proroka Mahometa utkaną przez jego żony, dwa złocone miecze Proroka, Świętą Chorągiew, pieczęć Proroka, pukiel włosów a nawet odcisk jego stopy – według legendy ma to być kamień, na którym Mahomet stał tuż przed wniebowstąpieniem i który zachował ślad jego stopy. W sanktuarium znajdują się także inne relikwie, jak włos z brody Proroka i święty ząb. Jednak laska Abrahama? Ciekawy do dzisiaj jestem czy to oryginały.

Przez prawie 400 lat Pałac Topkapi był rezydencją sułtanów osmańskich, zaliczanych do najpotężniejszych władców świata. Ich armie nieustanie dokonywały podbojów. A zza murów Topkapi sułtanowie rządzili ziemiami ciągnącymi się od bram Wiednia po Ocean Indyjski i od Afryki Północnej po Półwysep Krymski. Było to miasto w mieście. Pałac Topkapi składa się z licznych podwórzy połączonych korytarzami, pawilonów i budynków, odzwierciedlających styl życia wojowniczych osmańskich koczowników. Mieszkało tu i służyło ok. 7 tysięcy ludzi.

Zwiedzanie zajęło nam większość dnia dlatego na koniec udaliśmy się jeszcze tylko do podziemnej katedry – Cystern Justyniana.

Jedna z dawnych 18–tu bizantyjskich cystern, do której woda doprowadzana była akweduktami Hadriana i Walensa z jednego ze zbiorników z okolic Morza Czarnego. Wybudował ją cesarz Justynian I w 532 r., wykorzystując fundamenty istniejącej tam wcześniej bazyliki. Stąd znana jest również pod nazwą Cisterna Basilica. W dawnym Konstantynopolu brak świeżej wody był zawsze problemem i przyczyniał się do szerzenia epidemii. Dlatego służyła ona za zbiornik wody dla pałacu cesarskiego oraz okolic i nawet później, w czasach osmańskich, z powodzeniem ją wykorzystywano. Stosunkowo niedawno odrestaurowana, robi dzisiaj duże wrażenie na zwiedzających. W środku chodzi się po podestach, gdyż wciąż znajduje się tam woda, w której tu i ówdzie dostrzec można małe rybki. Cysterna ma powierzchnię 138 x 65 m, a sklepienie wspiera się na 336 kolumnach różnego pochodzenia. Sprowadzano je z ruin greckich i rzymskich budowli. Najbardziej interesujące są dwie kolumny z bazami w kształcie głowy Meduzy znajdujące się w północno – wschodniej części zbiornika.

Cysterna jest unikatową atrakcją turystyczną, chłodną w najbardziej upalne dni lata. Pogrążone w półmroku podziemne wnętrze i katedralne sklepienie rozjaśniają światła niczym w kościele.

Po dniu pełnym wrażeń, zjedliśmy pyszne lahmacun z jagnięciną w jednej z mnóstwa małych knajpek i pojechaliśmy do domu. Do dzisiaj nie wiem czy w nocy spałem jak zabity z nadmiaru wrażeń czy po degustacji tureckiej raki. 

___________________________________  

 

 

Dzień 6 – 21.11.2008 – Lamb kebab

 

Rano obudził mnie Muezin zwołujący pieśnią lud na modlitwę. Osobliwe, ale mi osobiście bardzo się to podobało. Coś innego i coś bardzo ekscytującego, czego nie można usłyszeć w Polsce. Zjedliśmy tradycyjne tureckie śniadanie – börek oraz mnóstwo serów, miodu, warzyw, zieleniny. Po czym, aby nie tracić czasu wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.

Pokonując trasę do centrum i po raz kolejny podziwiając miasto wraz z jego świetną organizacją udaliśmy się na sławny Wielki Bazar.

To co zobaczyłem przeszło najśmielsze wyobrażenie tego co spodziewałem się zobaczyć. Wielki Kryty Bazar, którego wielkości nie sposób opisać - trzeba po prostu zobaczyć. Budowla z daleka przypominająca fortecę. Wchodząc do niego jednym z głównych wejść, oczom ukazuje się centrum orientalnego labiryntu pasaży. Kilkadziesiąt ulic, ponad 3 tysiące sklepów, fontanny, studnie i meczety a dostać tam się można przez 22 wejścia. Podobnie jak w mieście i tutaj jest bardzo czysto, widać wielki przepych sprzedawanych towarów a sprzedawcy w żadnej mierze nie przypominają nachalnych Arabów. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że można tutaj kupić dosłownie wszystko (oczywiście w granicach rozsądku). Przepiękne kobierce czy śliczną biżuterię, antyki oraz wyroby skórzane, alabaster, jedwabie i wiele, wiele innych. Ponoć Wielki Bazar odwiedza codziennie ok. pół miliona osób a pracę znajduje tutaj blisko 25 tys. ludzi. Czy to prawda, nie wiem ale widząc go pokuszę się o stwierdzenie, iż jest to całkiem możliwe. Po zwiedzeniu jego części kupiłem parę „orientalnych pamiątek” i udaliśmy się na spacer wokół bazaru.

Podziwiając tętniące życiem ścisłe centrum, które wielkością śmiało dorównuje niejednemu miastu w Polsce udaliśmy się do tureckiego muzeum archeologii.

Wewnątrz, przy wejściu, wita nas wykrzywiona twarz egipskiego boga, odstraszająca złe duchy. Na wystawie znajdują się mumie faraonów, liczne rzymskie posągi, pamiątki bizantyjskiego Konstantynopola czy bardzo rzadkie mozaiki. Znajduje się tutaj między innymi w pełni wyposażony grobowiec z VIII w. p.n.e., obiekty z wykopalisk w Troi wraz z kopią sławnego konia trojańskiego oraz kopia fasady świątyni Ateny.

Jednakże uważam, iż obiektem jest sarkofag Aleksandra Wielkiego, znaleziony podczas wykopalisk w królewskiej nekropolii w Sydonie w Libanie. W rzeczywistości nikt nie jest w stanie określić czy sarkofag w rzeczywistości należał do Aleksandra Wielkiego, czy do którego z poddanych macedońskiego zdobywcy. Być może do jednego z jego wodzów. Nazwa pochodzi od imienia Aleksandra wyrytego na ścianie, na której przedstawiono scenę walki legendarnego wodza greckich wojsk z Persami. Obok eksponowany jest imponujący sarkofag pałeczek, stylizowany na grecką świątynię, z przedstawiającymi na ścianach lamentującymi kobietami w pozach wyrażających ból i cierpienie.

W muzeum Starożytnego Wschodu znajduje się unikatowa kolekcja znalezisk z Babilonu i Sumeru, spośród których najcenniejszy jest skarb z Kadesz. Traktat pokojowy podpisany w 1269 r. p.n.e. przez faraona Egiptu i króla hetyckiego jest najstarszym tego typu tekstem znanym na świecie.

Po zwiedzeniu muzeów udaliśmy się Błękitnego Meczetu, po drodze podziwiając najstarszą świątynię chrześcijańską miasta – Hagia Eirene (bazylikę św. Ireny). Do czasu erygowania Hagia Sophia był to kościół katedralny Konstantynopola.

Dziesięć lat po zajęciu Konstantynopola przez Turków zamieniona została na arsenał i dołączona do kompleksu pałacowego Topkapi. Obecnie odbywają się tam wystawy i koncerty Międzynarodowego Stambulskiego Festiwalu Muzycznego. Budowla nigdy nie była meczetem, co jest w Stambule wyjątkowe.

Podziwiając otaczające nas zabytki nawet nie zorientowałem się jak dotarliśmy do parku Sultanahmet. Jest to tradycyjne centrum religijne miasta. Masa turystów, straganów i mieszkańców miasta a ponad tym wszystkim wezwania do modlitwy. Niesamowite. Park, na którego końcach znajdują się dwa gmachy ze swymi strzelistymi minaretami i kopułami, dominujące w krajobrazie Istambułu. Jeden należy do najwspanialszych osiągnięć chrześcijańskiej architektury, drugi jest świadectwem kunsztu muzułmańskich mistrzów. Wybudowany z wielkim rozmachem aby przyćmić Świątynię Mądrości Bożej.

Błękitny Meczet otwierany jest codziennie rano, kiedy wierni gromadzą się na poranną modlitwę. Jest jednym z najwspanialszych sanktuariów świata islamu. Jego nazwa pochodzi od kolorów płytek ceramicznych, jakimi wewnątrz wyłożono ściany. Obok meczetu wzniesiono sześć minaretów, co swego czasu wywołało niemałe problemy, bowiem jest to liczba minaretów meczetu El Haram, w którym znajduje się święty kamień Kaaba w Mekce. Liczba minaretów przy meczecie świadczy o jego randze. Spory zażegnano po dobudowaniu dwóch dodatkowych w Mekce. Błękitny Meczet wzniósł sułtan Ahmet I, który swoje 15 letnie panowanie rozpoczął w wieku 12 lat.

Z podwórza można podziwiać fantastyczny widok – kaskadę kopuł meczetu. Główne wejście prowadzi na podwórze, gdzie w piątkowe popołudnie gromadzi się ok. 25 tys. wiernych aby pokłonić się Allahowi i wysłuchać kazania imama.

W zachodniej części parku jest wąski skwer, starożytny hipodrom At Meyani, który to w czasach bizantyjskich był centrum życia publicznego. Ponoć tutaj wodzowie cesarza Justyniana stłumili powstanie Nika, zabijając ponad 30 tys. powstańców.

Niewiele dziś przypomina dawny hipodrom, poza trzema kolumnami pośrodku. Największe wrażenie robi chyba egipski obelisk, Dikiltaş. Wykonany został na zamówienie faraona Totmesa III i pierwotnie znajdował się przed świątynią boga Amona – Re w Karnaku, datowany na XV w. p.n.e. Ten 26 – metrowy pomnik upamiętniał zwycięstwo Totmesa w Syrii i sforsowanie Eufratu. Konstantyn Wielki sprowadził ów 800 – tonowy kolos do Konstantynopola w IV wieku, lecz dopiero Teodozjusz Wielki w 390 r. ustawił go na hipodromie. Obelisk stoi na marmurowej podstawie dekorowanej z czterech stron płaskorzeźbami przedstawiającymi cesarza Teodezjusza z małżonką.

Drugim z oryginalnych pomników hipodromu jest Yilanli Sütün (Kolumna Wężowa), spiralnie spleciona z trzech brązowych wężów. Głowy niestety odpadły. Węże były darem, jaki Grecy złożyli świątyni Apollina w Delfach w podzięce za pomoc, jakiej bóg udzielił im w zwycięskiej walce z Persami w bitwie pod Platejami w 479 roku p.n.e. Później kolumna została przywieziona do Konstantynopola.

Prawie nic nie wiadomo o 32 – metrowej kolumnie Konstantyna Porfirogenety. Swego czasu była ona pokryta brązem, który został potem zdjęty i wywieziony przez krzyżowców do Wenecji. Podobny los spotkał rzeźbę przedstawiającą czwórkę koni ciągnących kwadrygę. Konie zostały także wywiezione do Wenecji, gdzie zdobią Bazylikę św. Marka. W czasach osmańskich janczarzy używali tej kolumny do swoich ćwiczeń.

W pałacu Ibrahima Paszy na hipodromie, naprzeciwko Błękitnego Meczetu, znajduje się muzeum sztuki tureckiej i islamskiej, zaliczane do jednego z najlepszych muzeów w Turcji. Pasza był Grekiem, nawróconym na islam, bliskim przyjacielem sułtana Sulejmana Wspaniałego. Poślubił nawet jego siostrę, co tłumaczy przepych jego pałacu i bliskie sąsiedztwo z pałacem Topkapi.

Kolekcja muzeum składa się z ponad 40 tys. obiektów pochodzących z różnych epok, począwszy od najwcześniejszej w dziejach islamu. Narzędzia chirurgiczne czy dentystyczne z IX i X wieku wywarły na mnie największe wrażenie. Mieli tak wysoce rozwiniętą medycynę, o której w Europie miano wówczas nikłe pojęcie. Drugie to narzędzia pomiarowe czy niektóre wynalazki wywołują refleksję czy Leonardo da Vinci nie zaczerpnął części swoich właśnie z kultur wschodu. Szczególne miejsce w zbiorach zajmują przedmioty kultowe oraz kobierce, zwłaszcza tureckie. Z jego tarasu rozciąga się przepiękny widok na hipodrom.

Udaliśmy się na obiad. Jakież zdziwienie okazali moi gospodarze, kiedy z chęcią zjadłem zaproponowany przez sprzedającego lamb kebab. Co prawda kojarzył mi się z dziedzińcem dla dzieci w zoo ale muszę przyznać, że był smaczny.

Podziwiając całą masę przepięknych kamienic oraz mieszczących się w nich sklepików, restauracji, kawiarenek, niektórych zamienionych w przytulne hoteliki i całej tej masy orientalnych cudeniek, udaliśmy się na spacer od mostu Galata do parku Taksim. Można byłoby to nazwać popularnym u nas słowem, deptak. Nie da się tego wszystkiego opisać. Podobało mi się tam pod każdym względem o wiele bardziej niż na Champs Élysées w Paryżu. Co prawda nie było na końcu Łuku Triumfalnego ale Plac Taksim. Prawdopodobnie najruchliwsze miejsce miasta. Leżące między centrami handlowymi i biurowymi. Na środku placu znajduje się Pomnik Rewolucji – Wojny Wyzwoleńczej i powstania Republiki.

Z Placu Taksim udaliśmy się turystycznym autobusem piętrowym w drogę powrotną. Po drodze podziwiając Akwedukt Walensa z IV wieku. Konstrukcja ta to kunszt bizantyjskiej inżynierii. Wzniesiony w 375 roku funkcjonował jeszcze w XIX w. Sprowadzano nim wodę z gór odległych o 200 km.

Wieczorem zjedliśmy coś podobnego do naszych gołąbków. Dużo jednak mniejsze, jak się dowiedziałem farsz zawinięty był w liście winogron. Gołąbki w innych liściach o lekko słonawym smaku, bardzo smaczne.

Dzisiejszej nocy i bez rakiji spałem jak zabity.

___________________________________  

 

 

Dzień 7 – 22.11.2008 – Bosfor

 

Rano ponownie obudził mnie Muezin zwołujący pieśnią lud na modlitwę. I tym razem bardzo mi się to podobało. Jak dzień wcześniej zjedliśmy tradycyjne tureckie śniadanie i udaliśmy się ponownie do centrum.

Tym razem gospodarze zaskoczyli mnie, gdyż miejsca jakie odwiedziliśmy nie znalazłem w kilku przewodnikach. Muzeum a raczej park miniatur. Widziałem kiedyś podobny w Brukseli, ten był podobny lecz zbudowany w innym stylu. W Brukseli jest mini Europa czyli najbardziej znane budowle i zabytki naszego kontynentu a tutaj taka mini Turcja z przewagą budynków Istambułu oraz najważniejsze obiekty świata islamu. Fajnie było podziwiać to co oglądało się wcześniej w oryginale (nawet jeśli widziałem ich tylko część).

Znajduje się tam także muzeum kryształów. Każdy widział kawałek bryły szkła czy kryształu, w którym laserem wypalony jest jakiś trójwymiarowy obraz. Pełno jest ich u nas np. nad morzem. Jednakże sposób w jaki zaprezentowane były tam jest godzien podziwu. Bryły szkła wielkości 3 – 4 cegieł, w każdej z nich najbardziej znana budowla Istambułu. Wszystko obraca się wokół własnej osi i podświetlone kolorowym światłem. Całość dopełnia pomieszczenie – tzw. ciemnia i efekt niesamowity.

Wypełniając do końca cel wyprawy udaliśmy się jeszcze do części azjatyckiej. Przekraczając Bosfor oczom moim ukazało się równie przeogromne miasto. Gdzie tylko nie spojrzeć, niekończąca się masa zabudowań. Sam przejazd przez most miał w sobie coś niesamowitego. Jedyne miasto na świecie leżące na dwóch kontynentach, połączone ogromnym mostem, którym można sobie ot tak przejechać i już się jest w Azji. Przejeżdżając mostem widzimy stare bizantyjskie fortyfikacje, strzegące dwóch oddalonych brzegów – sprawiają niesamowite wrażenie. W dole natomiast oczom ukazuje się cała masa przepływających cieśninę zwykłych stateczków, okrętów morskich, barek a nawet okręt wojenny. Turcy muszą być dumni z tego, iż ją kontrolują.

Na końcu pojechaliśmy jeszcze do dawnej przystani karawan (Kervansaray) obecnie Parku Kultury. Znajduje się tam kamienny most wybudowany przez znakomitego tureckiego architekta Mimar Sinara. W dawnych czasach znacznie skracał drogę karawan podążających Jedwabnym Szlakiem.

Dzisiejszego wieczoru miałem okazję przygotowywać tureckie lahmacun z jagnięciną. Później popijając całkiem niezłe tureckie piwko zajadałem się nimi do woli opowiadając gospodarzom o Polsce.

___________________________________  

 

 

Dzień 8 – 23.11.2008 – Powrót

 

Rano ponownie obudził mnie Muezin zwołujący pieśnią lud na modlitwę. I tym razem bardzo mi się to podobało. Jak dzień wcześniej zjedliśmy tradycyjne tureckie śniadanie i udaliśmy się na dworzec autobusowy. Pożegnawszy się bardzo serdecznie z moimi gospodarzami wyruszyłem w drogę powrotną do Sofii (80 zł).

Opuszczając Turcję jestem pod wielkim wrażeniem. Można wręcz rzec, oniemiały jej sztandarowym miastem. Zdaję sobie sprawę z tego, iż w jej głębi panuje bieda, aczkolwiek celem wyprawy był Istambuł, który niesamowicie olśnił mnie swoim blaskiem. Nie ma się czemu dziwić, gdyż ten bardzo dobrze rozwinięty ośrodek przemysłowy i wielkie centrum finansowe wytwarza około ¼ produkcji całego kraju.

W autobusie poznałem Masaba, araba z Basry w Iraku. Cierpiał na alergię więc dałem mu polskie tabletki. Pomogło znakomicie i od tamtej pory przegadaliśmy resztę podróży. Irakijczyk, mieszkający w Bułgarii a wracający z delegacji w Iranie. Rozbawił mnie opowiadając o tym. Jak się później okazało inżynier projektujący słupy wysokiego napięcia a z racji tego, iż był Arabem często wysyłali go na kontrakty do Iraku i Iranu. Fajna praca.

Bardzo miły i kulturalny człowiek. Opowiadał mi wiele o Iraku, o tym jakim pięknym miastem jest Bagdad. Bolał jednak nad tym, iż obecnie kraj ten jest strasznie zniszczony. Może w przyszłości nadarzy się okazja aby go zobaczyć. Zachęcał bardzo do tego oferując nawet swoją pomoc, lecz podróż zalecał dopiero za kilka lat.

Zaszokował mnie jednak opisem Iranu. Jeździł tam często i wyrażał się bardzo dobrze o tym kraju. Religia religią, ale opisywał Iran jako przepiękny kraj. Czysty, bezpieczny i bardzo tani. Opowiadał mi o ich kulturze, traktowaniu turystów itd... Po raz kolejny przekonałem się, iż nasze (europejskie) zdanie o Iranie kreują media. Warto się nad tym zastanowić jak zapychają nam głowy dobranymi i wyselekcjowanymi informacjami. Zaintrygowało mnie to bardzo.

Zwrócił mi też uwagę no to, iż wyjeżdżając z Turcji zobaczę kolosalną różnicę (przy wjeździe niezauważalna) między państwami. Nigdy bym w to nie uwierzył, jednak to prawda. Zawsze wyobrażałem sobie Turcję jako biedny kraj – może i tak jest, ale nie w jej europejskiej części. Z całym szacunkiem dla Bułgarii jednak przekraczając jej granicę (granicę Unii zarazem) poczułem się jakbym wjeżdżał do trzeciego świata. Najdziwniejsze jest jednak to, że wszystko było tam takie normalne. Normalny krajobraz otaczający nas na co dzień. Podobny do tego w Polsce, Czechach a nawet w Niemczech. Nie można na to zwrócić uwagi, gdyż rzuca się to w oczy na każdym kroku. Uczucie niesamowite i nie do opisania.

Bezinteresowna pomoc Masaba na zawsze utkwi mi w pamięci. Chodził ze mną po dworcu autobusowym, stacji kolejowej i stanowiskach prywatnych przewoźników szukając najlepszego połączenia. Pokazał mi wiele miejsc w okolicach dworca, naszkicował mapę do dobrego i taniego hotelu w Sofii, dał wytyczne gdzie najlepiej wymienić walutę i aktualne kursy aby mnie nie oszukali. Zaoferował nawet, iż da mi trochę bułgarskich lewów na przysłowiową kawkę i kolację. Dał mi nawet numer telefonu jakby coś poszło nie tak. Od tamtej pory jeśli ktoś poprosi mnie o pomoc zawsze będę starał zachowywać się tak jak on.

Pożegnaliśmy się serdecznie po czym oddałem bagaże do przechowalni i poszedłem pozwiedzać Sofię nocą. Jedno doskwierało mi bardzo. Trochę ponad 500 km a różnica temperatur ponad 20°C. W Istambule było ok. 14 – 18 a tutaj – 8. Niby 4 dni ale człowiek bardzo się przyzwyczaja.

Po kilku godzinnym spacerze udałem się do małego ale przytulnego hotelu (50 zł).

___________________________________  

 

 

Dzień 9 – 24.11.2008 – Tranzytem przez Bałkany

 

Rano po śniadaniu odebrałem bagaż z przechowalni i wyruszyłem do Pragi (200 zł). W autobusie siedział obok mnie jakiś młody Bułgar lecz chyba denerwował się tym, iż ciągle o coś pytam bo przesiadł się do tyłu. No i w samotności podziwiałem sobie piękne bałkańskie widoki. Jedno trzeba im przyznać – góry mają prześliczne.

Na granicy bułgarsko – serbskiej to co zobaczyłem przypomniało mi dawne kontrole. Celnik wybrał sobie wyrywkowo ochotników (w tym mnie) – i rozpoczął bardzo wnikliwe trzepanko bagaży. Przy moim zdziwił się bardzo, a kiedy dowiedział się, że jestem turystą zawrócił mnie do autobusu. Po raz kolejny czułem się jak jakiś dyplomata.

Po przetrzepaniu bagaży wybrano jeszcze dwóch pasażerów do kontroli osobistej. Kontroli, która odbywała się w oszklonym pomieszczeniu naprzeciw autobusu. Serbowie zafundowali im taką kontrolę jakiej w życiu jeszcze nie widziałem. O czymś takim to jedynie opowiadała mi mama, która kiedyś przekraczała granicę z ZSRR.

Serbia bardzo mi się podobała. Góry przez które przejeżdżaliśmy w okolicach Ostrovicy były czymś wspaniałym. Nie dziwię się, że partyzanci chowali się w nich latami.

Belgrad także mile mnie zaskoczył. Niestety nie mieliśmy tam żadnego postoju więc jedyne co mi pozostało to podziwiać go z okien autobusu. Mimo tego pokuszę się o stwierdzenie, że jest bardzo ładny. Ładny i duży.

Zagadałem jednego z kontrolowanych szczęśliwców. Okazało się, iż jest Bułgarem studiującym w Budapeszcie i bardzo często jeździ tą trasą. Celnikom widocznie niezbyt to się podoba bo dają taki popis prawie zawsze. Niesamowite.

Pogadaliśmy chwilę na różne tematy. Dowiedziałem się, że jest studentem piątego roku medycyny. Opowiadał mi jak pięknym miastem jest Debreczyn, w którym mieszkał przez pewien czas. Muszę kiedyś tam pojechać. Opowiadał jak kiedyś także wybrał się na wyprawę do Istambułu ale z przyjaciółmi i pełen był podziwu, iż odważyłem się na to w pojedynkę. Bardzo miły człowiek – szkoda, że nie wymieniliśmy się kontaktami.

Popsuła się pogoda. Zaczął lać deszcz, później sypać śnieg a w końcu i jedno i drugie. Zrobiło się bardzo zimno i nieprzyjemnie, więc owinąłem się cieplutkie ciuszki i zasnąłem.

___________________________________  

 

 

Dzień 10 – 25.11.2008 Praga

 

Ranek przywitałem w Pradze. Było podobnie jak 10 dni temu w Przemyślu – zimno jak diabli. Wszędobylska wilgotność towarzysząca pierwszym opadom śniegu przy temperaturze +1ºC. Moim zdaniem w wiele gorsza od przymrozków.

Zagadałem pewnego turystę, który jechał ze mną w autokarze i ku mojemu zdziwieniu okazało się, iż jest Czechem. Milan podobnie jak ja także wracał z wyprawy. Był trzy tygodnie w Iranie. Podobnie jak dwa dni wcześniej Masab on także opowiadał z zachwytem jaki to piękny kraj. Widocznie bardzo chciał podzielić się z kimś informacjami na jego temat bo gadaliśmy ponad 2 godziny. Pokazywał mi przewodniki, mapy, trasę podróży czy irańskie pieniądze. Opowiadał o hotelach, ludziach, miastach oraz najróżniejszych przeżyciach. Musi być tam naprawdę bardzo ciekawie.

Pojechał ze mną do dworca Czarny Most pomagając znaleźć jakieś połączenie bliżej granicy. Pożegnaliśmy się i wyruszyłem do Harrachova (30 zł). W autobusie dał mi się chyba we znaki ostatni etap podróży bo przespałem prawie całą drogę.

Harrachov przywitał mnie jak zimowy kurort – całkiem nieźle zasypany śniegiem jak na tę porę roku. Tutaj niestety nie było już żadnego połączenia więc po raz pierwszy podczas całej wyprawy zdecydowałem się złapać „stopa” do Szklarskiej Poręby. Nie trwało to długo a mając szczęście zabrałem się z pewnym Czechem od razu do Jeleniej Góry.

Pogadaliśmy chwilę i nawet nie zorientowałem się jak musiałem już wysiąść. Cały szczęśliwy pomaszerowałem prosto do domu nie czekając na autobus miejski.

Wróciłem o 12:30 po dziesięciu dniach podróży. Minęło dziesięć dni a ja czułem się jakby nie było mnie w domu 10 tygodni.

 

 

Opis ten chciałbym dedykować wszystkim spotkanym osobom, które poświęcając swój wolny czas oferowały mi swoją bezinteresowną pomoc.

___________________________________  

 

 

 

 

 

 

Czytany 3455 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane