Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2015, Bałkany

Turystyczny Specnaz


 

 

Start: Ateny 

Meta: Podgorica

Cel:   Meteory & Ohrid & Shkodër

Czas: max. 200 godz.

 

 

Dzień 1 – 17.10.2015

 

Aparat, dokumenty, lekarstwa, komórka, e-reader, notatnik, termos, trochę ciuchów i takie tam. Waga na oko przekroczona. Mam tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy ważyć plecaka. Mały jest, więc będzie dobrze. Pakuję się do autobusu i odjeżdżam kilka minut po piętnastej.

Londyn Stansted. Nigdy jeszcze nie odleciałem z tego lotniska zgodnie z planem. Czasami jest to jedynie 10 minut, obecnie prawie półtorej godziny. W sumie to jest mi to trochę na rękę, gdyż planuję spędzić noc na świeżym powietrzu.

___________________________________ 

  

 

Dzień 2 – 18.10.2015

  

ήνα

  

 

Ateny, Grecja. Kolumna z posągiem Ateny
Kolumna z posągiem Ateny, Ateny, Grecja

 

W Atenach jestem o pierwszej nad ranem. Szybka odprawa, chociaż jak zwykle mój paszport ze specyficznym zdjęciem wzbudza lekkie zainteresowanie. Skąd? Dokąd? A po co? W jakim celu? A kim jestem? itd… Celnik pyta tylko mnie. Sprawdza wszystkie pieczątki i dokładnie mi się przygląda. Czasami mnie to bawi, a innym razem irytuje. A niech mu będzie. Przecież to Jego praca.

Dotarcie z odległego lotniska do centrum zajmuje mi około godzinę. Idę zobaczyć słynnych wartowników w sukienkach, pończochach i butach z pomponami. Fajnie wyglądają. Wrócę tutaj jednak w dzień, na uroczystą odprawę.

Znalazłem grecki fast food. Podoba mi się. W takim mógłbym jeść codziennie. Wybiera się wielki pojemnik sałaty. Są różne, jednego rodzaju i najróżniejsze miksy. To podstawa. Sprzedawczyni wsypuje ją do wielkiej misy. Następnie wybiera się z baru dodatki typu: pomidory, ogórki, papryka, oliwki, ser feta, itd… Wszystko ląduje w misie. Na koniec sos, także do wyboru lub oliwa z oliwek. Wszystko jest mieszane i wraca do wielkiego plastikowego pojemnika po sałacie. Fast food na wynos gotowy. Po wszystkim kawka i w miasto. Jest czwarta rano, noc w miarę ciepła, więc co mi tam.

Wszystko jest ładnie oświetlone. Kolumny, łuki i wszelkie inne zabytki. Dbają o to Grecy, trzeba im to przyznać. Puste ulice i cisza sprzyjają spacerom. Kiedy tylko pojawi się jakiś prześwit między budynkami od razu widać Akropol. Podziwiać go można praktycznie z każdego miejsca w centrum. Przepięknie oświetlony prezentuje się wspaniale. Wpadłem na pomysł, aby znaleźć jakieś wzgórze i z niego podziwiać widoki. Nie musiałem nawet długo szukać. Wzgórze filozofów – wybór wręcz idealny. Labirynty małych i wąskich chodniczków, oświetlonych żółtym światłem doprowadziły mnie na szczyt. Widoki, dla jakich zawsze warto się gdzieś wspiąć. Nie dość, że Akropol jak na dłoni, to jeszcze, w którą stronę nie spojrzeć, widać wielkie miasto. Miliony kolorowych świateł. Teren jest praktycznie płaski. Góry widać jedynie w oddali. Następnym razem muszę zabrać ze sobą statyw, bo nocne zdjęcia „z ręki” nie wychodzą dobrze.

Cieplutka noc, delikatny wiaterek no i ….. zasnąłem na skale. Szczęściem jedynie na godzinkę, gdyż za chwilę pojawiła się pewna ekipa. Zaczęli rozkładać sprzęt, statywy, kamery i ogólnie szykować się do zdjęć. Zrobiło się zbyt tłoczno. W sumie ciekawy byłem świtu, ale postanowiłem wrócić do centrum. Okrążyłem cały Akropol i wstąpiłem do Kościoła. Dzisiaj niedziela, więc wypada pójść na nabożeństwo. Jestem u Greków, ale co za różnica. Pan Bóg przecież się nie obrazi. Wstąpiłem do pierwszego napotkanego. Później okazało się, że jest to jeden z najstarszych w Atenach, Panagia Kapnikarea.

Obrządek w Kościele greckim to coś, czego wcześniej nie spotkałem. Nie wiadomo wręcz, o co chodzi. Kiedy należy usiąść, kiedy wstać, kiedy się przeżegnać, kiedy klęknąć itd… Dodatkowo wszystko po grecku, więc nie rozumiem nic a nic. Ksiądz pojawia się i znika. Dziwnie wygląda z długimi włosami zebranymi w kitę oraz równie długą brodą. Nie wiem nawet, jaka to część nabożeństwa. Po odczytaniu Ewangelii, wychodzi z oprawioną w złoto wielką księgą na środek. Wierni podchodzą i Ją całują, a następnie dłoń księdza. Krótka procesja i Księga odnoszona jest na specjalny stojak tuż przy wejściu do Kościoła. Co chwilę chórzystka wraz z dwoma księżmi śpiewa pieśni. Przepiękne, melodyjne, a jednak poważne. Śpiewają na dwa głosy. Siedzę i ich słucham, nie mogąc się oderwać. Istny magnes. Ksiądz gdzieś zniknął. Za chwilę pojawił się ponownie. Zaczął wszystko okadzać. Ludzi, obrazy i w ogóle cały Kościół. Kazania nie było. Komunii także. Wszystko bardzo dziwnie wyglądało. Mrocznie i tajemniczo, ale ciekawie. Ciekawe czy tak wyglądały nabożeństwa chrześcijan przed rozłamem? Muszę doczytać.

Sam Kościół to odrębna historia. Mały, oczywiście w naszym rozumieniu. Duży w greckim. O metr poniżej poziomu chodnika. Zaraz przy wejściu jest tylko mały przedsionek. W środku nie ma nawy głównej a jedynie jedno pomieszczenie, przedzielone kolumnami. Wszędzie na ścianach są malowidła i zdobienia. Nieliczne obrazy są w ramach i za szkłem. Ludzie często do nich podchodzą, całując w różne miejsca. Panuje półmrok. W głębi, praktycznie w niszy, jest ołtarz oddzielony o głównego pomieszczenia. Tam to przebywa Kapłan. Nie ma ministrantów, którzy nawet nie wiem, czy pomieściliby się razem z Księdzem. Na zewnątrz nie ma wieży a jedynie coś na kształt kopuły. Świątynie te można spotkać praktycznie co kilka ulic.

Poszedłem na śniadanie. Według zawsze stosowanej taktyki, w grę wchodzą wyłącznie lokalne produkty. Kupiłem coś w stylu placka z ciasta jak na chleb. W środku były kawałki mięsa i sera. Nawet dobre. Sprzedawca pokroił mi to nawet na małe kawałki. Tylko był trochę zdziwiony, że poprosiłem do tego o piwo. Bywa. Po wszystkim połaziłem jeszcze po targu staroci. Fajnie, bo znalazłem stare greckie monety. Ekstra pamiątka. Szkoda tylko, że sprzedawcy to młodzi Pakistańczycy. Targować się musiałem jak na arabskim targu. Przechodziłem przez to nie jeden raz, więc znałem już kilka zagrywek. Na koniec jeszcze młody chłopak raczył się na mnie pogniewać, bo zwróciłem mu uwagę, że nie wydał mi reszty. Nigdy nich nie zrozumiem.

 

 

Buty wartownika przy grobie Nieznanego Żołnierza, Ateny, Grecja

 

Czas na odprawę przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Tłum niemiłosierny, aż boje się pomyśleć, jaki jest w sezonie wakacyjnym. Upał zresztą także nieźle daje się we znaki. Wartownicy, postawni, wyprężeni i poważni stoją dumnie. Wszystko super, tylko te stroje. Ktoś miał kiedyś niezłe poczucie humoru. Szczerze to im współczuję, nie stroju oczywiście, bo jakkolwiek by nie wyglądały to zawsze są tradycją. I to jest tutaj najważniejsze. Współczuję im tej masy turystów, który mogą do nich bezkarnie podchodzić i robić sobie z nimi zdjęcia. Zasady są dwie: podchodzimy pojedynczo i nie dotykamy wartownika. Istne małpki w ogrodzie zoologicznym. Stoją dumnie wyprostowani i wpatrzeni w dal. 5 metrów przed nimi tłum nawala średnio jedno zdjęcie w ciągu sekundy. Co chwilę ktoś do nich podchodzi, aby mieć na pamiątkę zdjęcie z wartownikiem. Trwa to 10 minut. Niesamowicie długich minut. Następnie pilnujący porządku żołnierz karze cofnąć się tłumowi o około 10 - 15 metrów. Rozpoczyna się marsz. Głupio tak porównywać, ale widząc to wszystko na myśl przychodził mi jedynie „Instytut Głupich Kroków” Monty Python’a. Wygląda to bardzo wesoło, ale chłopaki muszą być niesamowicie wyszkoleni. Precyzja i sposób, w jaki „machają nóżkami” nie jest łatwizną. A robią to na marmurze śliskim jak lodowisko dodatkowo w butach gęsto podbitych gwoździami. Po zakończeniu żołnierz poprawia wszystkie falbanki i inne części garderoby. Czasami nawet cicho o coś pyta, ale wartownik odpowiada mrugnięciami. Jedno „Tak”, dwa „Nie”, trzy „Nie wiem”. Czas na zdjęcia: 10 minut. I tak na okrągło. Naprawdę muszą mieć stalowe nerwy. Jeśli czegoś chcą to mogą unieść nieznacznie karabin i uderzyć kolbą o ziemię. Byłem świadkiem jak jeden wartownik nie wytrzymał i wykonał taki ruch. Pilnujący porządku żołnierz zapytał o co chodzi, po czym zabronił robić jakichkolwiek zdjęć temu wartownikowi. Mija 10 minut i wszystko zaczyna się od nowa. Marsz, porządkowanie garderoby, zdjęcia. O 11:00 przychodzą zmiennicy i następni dzielni wartownicy sumiennie wypełniają swoje obowiązki. Na koniec zrobiłem jeszcze zdjęcia pocztu sztandarowego i poszedłem.

Południe. Plecak zaczyna mi trochę ciążyć. Jestem święcie przekonany, że waży dwukrotnie więcej niż wczoraj. Czas znaleźć hotel. Okolica ciekawa. Same biura przewozowe. Bułgaria, Macedonia, czasami Rumunia, króluje jednak Albania. Dosłownie kilkanaście. Można dostać się praktycznie do każdego dużego miasta. Znalazłem także jednego przewoźnika, mającego regularne połączenie z Bratysławą. Niesamowite. Autobus Bratysława – Ateny, szmat drogi. W hotelu szybki prysznic, chwila wytchnienia i dalej w miasto.

Poszedłem na skróty i znalazłem się gdzieś w pakistańskiej dzielnicy. Wypisz, wymaluj, kraj muzułmański. Nie ma ani jednego szyldu z reklamą czy cennika w języku greckim. Wszystko po arabsku. Ludzie rozmawiają także po arabsku. Kupiłem sobie coś do jedzenia na wynos i ledwo mogłem się dogadać ze sprzedawcą. Oby tego było mało, to na końcu ulicy pojawiła się, gęsto obstawiona policją, pakistańska manifestacja. Przeszli z flagami i transparentami, głośno skandując hasła… po arabsku oczywiście. Z tego, co wyczytałem, protestowali przeciwko temu, że źle im, jako imigrantom. Chcieli, aby jakiegoś tam Ministra ds. współpracy i uchodźctwa wtrącić do więzienia. Generalnie chyba źle im się wiedzie w Grecji.

Akropol sprawia niezłe wrażenie. Jak było kiedyś, w starożytności, aż boję się pomyśleć. Wielkie, górujące nad miastem wzgórze, z wielkim kompleksem świątyń. Inne starożytne świątynie, jakie widziałem były inaczej ulokowane. Jedna zaraz za domami, inna za skałami, a jeszcze inna na górze, ale tak daleko, że nic nie widać z jej podnóża. Akropol góruje na centrum Aten. Widać go niemalże z każdego miejsca. Nocą przepięknie oświetlony, a za dnia … po prostu pięknie się prezentuje. Wdrapuję się z szczyt i podziwiam go z bliska. Nie mogę sobie wyobrazić, że wybudowano coś takiego ponad 2000 lat temu. Ze wzgórza w każdym kierunku rozciąga się przepiękna panorama. Patrzę i przypominam sobie miejsca, które podziwiałem w nocy. Świątynia Zeusa, Brama Hadriana i wiele innych.

U podnóża wzgórza odwiedziłem Kościół Świętych Apostołów, Agorę i poszedłem zobaczyć świątynię Hefajstona. Chyba najlepiej zachowaną grecką świątynię. Znajdująca się w bardzo dobrym stanie, daje wyobrażenie, jak kiedyś wyglądały budowle wznoszone bóstwom.

Trafiłem do Katedry miejskiej. Wygląda jak typowa grecka świątynia, tyle, że jest wielka. Przypomina mi bardzo Hagię Sophię.

Poszedłem zobaczyć Hipodrom. Ten to dopiero jest ekstra. Odnowiony na olimpiadę w 2000 roku wygląda, jakby dopiero co, został wybudowany. Wielki stadion w kształcie podkowy. Wszystko kamienne, łącznie z siedziskami dla widowni. Jest tak duży, że ciężko zrobić zdjęcie całości.

Padam z nóg, ale jutro wyjeżdżam, więc kręcę się dalej w mieście. Im węższe i ciaśniejsze uliczki tym fajniejsze. Im mniej turystów tym lepiej. Sklepiki i stragany, gdzie większość to miejscowi. Zatrzymuję się nawet na chwilę w małej tawernie z muzyką na żywo.

Do hotelu docieram bardzo późno w nocy. Nawet nie czuję sprężyn materaca i nie przeszkadza mi ruch samochodów za oknem. Zasypiam kamiennym snem.

Szkoda mi Greków, a Aten w szczególności. Widać biedę na każdym kroku. W kraju, który był kiedyś centrum cywilizowanego świata, centrum kultury, sztuki i nauki. Wielkie marmurowe budowle świadczące o wielkim bogactwie. Obecnie średnio co druga w ścisłym centrum zieje pustką. Kryzys w Grecji widać w szczególny sposób. Jednak to już całkiem inna historia. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 3 – 19.10.2015

  

Καλαμπάκα

 

W hotelu bardzo mili Grecy przygotowali mi śniadanie 15 minut wcześniej. Bułka, jajko i kawa. Na ciasta nie mam ochoty.

Poszedłem na dworzec kolejowy. Bilety sprawdzane są przy wejściu na peron, co trochę mnie dziwi. A jakby ktoś mnie odprowadzał? Co kraj to obyczaj. O 8:27 odjeżdżam do Kalambaki. Czas podróży to jakieś 5 i pół godziny, więc poświęcam czas, aby bardziej wypocząć, podziwiając w międzyczasie widoki i psującą się pogodę. Oby na miejscu tylko nie padało, z resztą sobie poradzę. Na polach uprawnych królują tytoń i winogrona, dużo jest także dziko rosnących granatowców. Jednak bawełna? Nawet nie wiedziałem, że jest uprawiana w Grecji.

Kolej grecka prezentuje się dużo lepiej niż w Polsce. Stacje może są i podobne, jednak pociągi i to te zwykłe, pełna kultura, klimatyzowane. Miejsca wyłącznie siedzące i na dodatek numerowane. Konduktorka sprawdzając bilety ma wydrukowaną listę pasażerów i każe się przesiąść na swoje miejsce, jeśli ktoś przypadkiem zajął inne. Porządeczek nie do opisania.

W Kalambace jestem kilka minut przed 14-tą. Zaopatrzywszy się w mapę ruszam szybko w drogę. Można oczywiście dojechać na miejsce taksówką, jednak co to za atrakcja. Bardziej utrwali mi się w pamięci, jeśli dojdę do Klasztorów piechotą. Pierwszy, na górującej nad miastem skale widać z daleka.

 

 

Καστράκι Μετέωρα

 

Po około dwóch km marszu jestem w Kastraki. Wiele razy widziałem je na zdjęciach czy w telewizji, jednak z żywo sprawiają całkowicie inne wrażenie. Wysokie, samotne skały, a na ich szczytach klasztory. Coś niesamowitego. Dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, aby wybudować je w takich miejscach? Ponoć były bezpiecznym schronieniem podczas wojen Bizancjum z Serbią. Z czasem stały się centrum klasztornym greckiego kościoła prawosławnego.

 

 

Megalo Meteoro, Meteory, Grecja

 

Maszeruję ostro pod górę podziwiając te cudeńka. Pierwszy, jaki odwiedzam to Rusanu, klasztor żeński. 203 schody, a myślałem, że będzie ich dużo więcej. Widziałem Meteory nie jeden raz, jednak wyłącznie w książkach, tv lub internecie. Na żywo, to co innego. Z 24 do czasów obecnych dotrwało jedynie 6, za to są utrzymane w niemalże idealnych stanie. Nie szkoda wydać 3 Euro na wstęp. W środku obowiązuje całkowity zakaz fotografowania. A szkoda, bo tak samo wykonanie jak i zdobienia są przepiękne. Z drugiej strony może i dobrze. Jak przypomnę sobie niektórych turystów, co masowo trzaskają zdjęcia wszystkiego dookoła, to nawet się cieszę. W spokoju można wszystko podziwiać. Panuje lekki półmrok, co dodaje lekką nutę tajemniczości. W kościołach rzymsko-katolickich w duże mierze liczy się jedynie przepych i bogactwo, wszystko wręcz spływa złotem. Tutaj liczy się wyłącznie sztuka. Wszystko pokryte jest mozaikami lub freskami. Każdy centymetr ścian, podłóg czy kopuł. Motywy inne niż u nas. Króluje oczywiście Chrystus Pantokrator, lecz przedstawionych jest wiele motywów śmierci. Herod z obcięta głową Jana Chrzciciela, ludzi palonych na stosach czy Krzyżowców dokonujących krwawych mordów. Dużo później, w innej świątyni zapytałem o to przewodnika. Zaskoczyła mnie prostota Jego odpowiedzi: „Przecież tak w rzeczywistości było, a tutaj przedstawiana jest historia, aby wszyscy o niej pamiętali”.

Wyruszam na następnego. Przepięknie położony Varlaam, widoczny jest od kilku kilometrów. Spóźniłem się 5 minut. Drzwi zostały zamknięte. Co za pech. Podziwiam go, chociaż z zewnątrz i przyznaję szczerze, że warto było tutaj przyjść.

Megalo Meteoro jest chyba najczęściej odwiedzanym. To sztandarowy Klasztor. Największy spośród wszystkich innych. Utrzymany w idealnym stanie oraz przepięknie zdobiony. Wszystko oczywiście na styl grecki. Podobnie jak poprzednio, mozaiki, ikony i freski. Motywy podobne. Wszystkie klasztory prezentują się pod tym względem podobnie. Mimo tego ponownie jestem pod wielkim wrażeniem. Podziwiam panoramę z tarasu widokowego i robię przy okazji trochę zdjęć.

Zagaduję na parkingu pierwszego spotkanego kierowcę. Filip, jest z Australii i podobnie jak Ja przyjechał tutaj podziwiać te cuda. Bardzo miły i grzeczny, podwiózł mnie do Kastraki. Super, gdyż zamieniłem ponad dwugodzinny marsz powrotny, w 10 minut jazdy samochodem. Jeszcze tylko kawałek i jestem w Kalambace. Znalazłem starą bizantyjską świątynię. W przewodnikach napisane jest, iż pochodzi z XI wieku, jednak powstała w miejscu wcześniejszej, z IV wieku. Tuż po uznaniu chrześcijaństwa i jego wyborze na wiodącą religię Imperium. Jak na grecki rozmiary, jest wielka. Mroczna i tajemnicza. Na środku znajduje się wielka ambona, a prezbiterium oddzielone jest od reszty drzwiami. Wygląda całkowicie inaczej niż „nasze” kościoły. W środku jest nawet przewodnik, który doskonale o wszystkim opowiada.

Znalazłem w mieście jakąś lokalną jadłodajnię. Musaka i lokalne wino smakują wyśmienicie. Znalazłszy jakieś połączenie na jutrzejszy dzień poszedłem poszukać noclegu. Nie okazało się to zbyt trudne. W pierwszym lepszym hotelu, recepcjonista przyjął mnie „na czarno”. Cenę sam zaoferowałem, a On się po prostu zgodził. Nie potrzebowałem żadnego dokumentu, nie otrzymałem żadnego rachunku – jedynie pieniążki z rączki do rączki i podanie nazwiska. Kusiło mnie bardzo, aby powiedzieć Jason Bourne. Następnym razem. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 4 – 20.10.2015

  

Γρεβενά

 

Pobudka, kawa i kurs do Greweny. Co można robić w autobusie? Podziwiam widoki, a droga bez ustanku pnie się wysoko w górę. Grecja, a tutaj znaki, aby zimą używać łańcuchów przeciwśnieżnych. Normalnie Karkonosze, myślę sobie. Dalej jest jeszcze lepiej. Pojawiają się znaki: „Uwaga niedźwiedzie!”. Masakra. A jak przyszłoby podróżować autostopem? Mogłoby być naprawdę niewesoło. Znaki pojawiają się co pewien czas jednak przez kilkadziesiąt kilometrów. Dalej to nawet: „Uwaga niedźwiedzice z młodymi”.

Dojechałem do Greweny. Czasu niewiele, więc poszedłem jedynie zwiedzić centrum. Całkiem fajne miasteczko. Wąskie uliczki, sklepiki i stragany na chodnikach bardziej przypominały mi Turcję niż Grecję.

  

 

Κοζάνη

 

Krótka przerwa wyłącznie na kawę i przesiadkę.

 

 

Φλώρινα

 

Przypomniałem sobie, że jeszcze nic nie jadłem. Idę więc na całość. Kebap na pierwsze i souvlaki na drugie. Mają nawet wino w półlitrowych butelkach. Dlaczego nie? Ceny trzy razy niższe niż w Atenach, nie jest źle. Szkoda tylko, że do granicy można dostać się wyłącznie taksówką. Pozostał mi autostop, oby jedynie nie było niedźwiedzi. Około 20 km. Florina jest nawet ładna. Cicha i spokojna. Z daleka widać góry. A nad górami chmury. Ciężkie, sine i nieciekawe. Po paru kilometrach pogoda znacznie się pogorszyła. Zaczął wiać zimny wiatr i czuć było w powietrzu wilgoć. Będzie lało. Bez dwóch zdań.

 

Niki, Grecja

 

Co za czasy? Jacyś nieufni obecnie Ci ludzie. Przeszedłem prawie 10 km, kiedy zatrzymał się pierwszy samochód. Ojciec z synem, zatrzymali się raczej z ciekawości, bo miałem plecak. Całkiem mili jak okazało się później. Zamiast do granicy, podwieźli mnie do pierwszego miasta za nią. Oczywiście na granicy celnik zdziwiony niesamowicie? Zdjęcie z paszporcie ponownie robi lekką furorę, podobnie pieczątki.  Polak? Tutaj? Zabraliście go na stopa? Gdzie i po jedziesz? A dlaczego? A w jaki sposób? Papierosy? Alkohol? Itd… Odwykłem już od takich pytań na granicy. Irytuje mnie to już trochę. Jadę do Macedonii i tyle. A wcześniej byłem w Grecji, w Atenach. Pokręcił nosem, a jego koledzy zerknęli na plecak. Siup, kolejna pieczątka na pamiątkę i witamy w Macedonii.

  

 

Битола

 

Najdziwniejsza nazwa kraju, o jakiej słyszałem. Kto ją wymyślił? Nie mam pojęcia, ale widać, że widocznie bardzo zależało mu na Macedonii, a przy okazji za nic nie chciał obrazić Greków. FYROM w dosłownym tłumaczeniu to: Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. Niesamowite.

Pożegnałem się z alfabetem greckim i przywitałem z cyrylicą. Coś tam w głowie pozostało, więc staram się czytać wszystkie szyldy, reklamy i inne. Ciężko mi to idzie, ale jakoś daję radę. „Indianka”, nasza nauczycielka rosyjskiego z podstawówki, byłaby dumna. Po tylu latach.

Wysiadam przy przystanku autobusowym. Od razu spod ziemi wyrasta taksówkarz. Ci to są dosłownie wszędzie. 17 Euro do Ohrid. Trasa około 70 km, więc wygląda na przyzwoitą. Jednak to taksiarz i wiem, jakie mają przebitki. Idę jednak do kasy. Cena w dinarach, jednak po przeliczeniu, wychodzi coś w okolicy 4 Euro. He he, cwaniaki.

Centrum Bitoli przypomina mi trochę Sarajewo. Piękny, szeroki deptak. Mnóstwo restauracji i kafejek, a dookoła tzw. "ogródki". Restauracje, kawiarnie i takie zwykłe, knajpki. Wszystko czyste i schludne. Widać, że bardzo się starają. Miasto, a bynajmniej, jego centrum, w niczym nie odbiega od miast w zachodniej części Europy. Podoba mi się. Znalazłem kantor, gdzie zaopatrzyłem się w trochę dinarów. Mają bardzo ładne banknoty, a w szczególności 1000. Bardzo piękna pamiątka. Mimo sporej wartości od tej pory jeden a moich ulubionych w klaserze.

Wstąpiłem do Cerkwi Bogurodzicy. Zdobienia podobne do tych w Kalambace, jednak ta wygląda jak nowa. Pojawił się kustosz, Piotr. Ruszyło go bardzo, że wchodząc przyklęknąłem i przeżegnałem się.

- Dlaczego to zrobiłeś? - Zapytał.

- A dlaczego nie? Tak robimy w Polsce. Co z tego, że to cerkiew. Przecież to także jest Kościół i należy to uszanować. - Odpowiedziałem.

- A widzisz. Przed Tobą byli tutaj Francuzi. Weszli jak do sklepu. Nawet rąk z kieszeni nie wyciągnęli….

Był pod takim wrażeniem, że poszedł po księdza. Pozapalali wszędzie światła i oprowadzali mnie gdzie chciałem. Mile to wspominam. Na koniec Piotr przyniósł świecę. Zapal ją w domu jak wrócisz i pomódl się za mnie, poprosił. Nie mogłem odmówić. A świeca z cerkwi jest specyficzna. Gruba jak ołówek, długa natomiast jak dwa ołówki. Obym tylko jej na połamał.

Popsuła się pogoda i zaczęło padać. Nie pozostało nic innego jak znaleźć jakiś autobus do Ohrid.

  

 

Охрид

 

Późnym wieczorem docieram do Ohrid. Pierwszego z dwóch celów podróży. Zatrzymał mnie rowerzysta i zaproponował prywatną kwaterę. 8 euro. Dlaczego nie? Co mi więcej potrzeba skoro rano i tak jadę dalej. Przyzwoita cena. Zostawiam plecak i nie tracąc czasu idę na wieczorny obchód miasta.

Jestem pod wielkim wrażeniem. Ohrid to taka macedońska perełka. Często nazywane „Bałkańskim Jerusalem”, gdyż dawniej miał 365 kościołów. Po jednym na każdy dzień roku. Jest dla Macedonii tym, czym Dubrownik dla Chorwacji. Nie jest duży, ani tak bogaty, jednak ma w sobie to coś, co przyciąga jak magnes. Położony jakieś 700 m n.p.m ulokowany jest między wysokimi górami nad brzegiem dużego, żeglownego jeziora. Starówka przypomina mi architekturą stare angielskie miasta. Wszystkie budynki stare, ale pięknie odnowione i zadbane. Rośnie tutaj dużo kiwi. Coś takiego. Szkoda, że tak jest tylko w centrum. Reszta prezentuje się już dużo gorzej. Po prostu bieda.

Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo to chyba najbardziej znane miejsce w Ohrid. Na jej zdjęcie można natknąć się wszędzie, gdzie jest mowa o Macedonii. Stara, położona na małym cyplu, bizantyjsko – ormiańska cerkiew z XVI wieku. Pięknie odrestaurowana i utrzymana. Nie ma co więcej pisać. Wiele osób powie, iż tylko dla niej warto tutaj przyjechać. Kiedy Ją zobaczyłem, w pełni się z tym zgadzam. Przyjdę tutaj jutro, kiedy będzie jasno. Oby tylko nie padało.

W międzyczasie skosztowałem Skopie, macedońskiego piwa. A jaki zdziwiony był barman, kiedy powiedziałem: „żadnego Heinekena, poproszę coś Waszego”. Mina wyrażająca jednocześnie kilka emocji, jednak z dumą na czeleJ. Szkoda tylko, że świeże bułki, które kupiłem krótko przed północą prosto w piekarni, były z kozim serem.

___________________________________ 

  

 

Dzień 5 – 21.10.2015

 

 Od rana kręcę się po mieście, oglądając ponownie wszystko od początku, tylko za dnia. Jest bardzo ładne. Jednak za dnia, kiedy jest jasno, widać, nie tyle biedę, co brak bogactwa. Centrum jest bardzo ładne, odnowione i zadbane, jednak wystarczy przejść kilka ulic i wszystko znika. W dawnej Jugosławii była to odległa prowincja, może po części to jest przyczyną.

Standardowo odwiedzam dużą cerkiew w starej części miasta. Podobnie jak inne w tej części świata, jest inny. Na zewnątrz kopuły, w środku freski i mozaiki. Obowiązkowo Chrystus Pantorkator.

 

Cerkiew św. Jana Teologa, Ohrid, Macedonia

 

Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo za dnia, jak i poprzedniej nocy, cudo. Uroku dodaje miejsce gdzie został wybudowany. Szkoda tylko, że niebo jest zachmurzone. Latem widok musi być nieziemski. Malutki kościółek, ale dopieszczony do granic możliwości. Rozmawiam trochę z księdzem, którego spotkałem w środku. Tłumaczy mi, że to wszystko zostało pieczołowicie odbudowane i odrestaurowane, gdyż czas czasów Osmańskich, Turcy niszczyli wszystkie ośrodku kultu innego niż islam.

Czas ruszać dalej. Jakiś „podbieracz” pasażerów, zwija mnie z przystanku kilka minut przed planowanym odjazdem autobusu kursowego. Cena jest indywidualna dla każdego pasażera, jednak zabiłem mu przysłowiowego ćwieka. Zawołałem dwie starsze panie z przystanku i zapytałem czy cena, jaką oferuje kierowca jest uczciwa. Zapłaciłem dużo mniej i przejazd miałem pierwsza klasa. Starym mondeo, identycznym, jakim kiedyś jeździłem.

 

 

Струга

 

Wysiadłem gdzieś w mieście i poszedłem szukać przystanku. Na miejscu taksiarz namierzył mnie od razu. Przyszedł za mną do toalety. Tirana? 60 Euro. Lepszy jeszcze od tego z wczoraj. Około 120 km. Mówię mu, że zapytam o cenę biletu w kasie. 15 Euro. Nie było sensu dyskutować. Fajnie byłoby, bo i czas krótszy i w pewnym sensie komfort. Jednak za duża różnica i jak się później okazało przeżycia inne.

 

 

Struga - dworzec macedońskiego PKS
Dworzec autobusowy, Struga, Macedonia

 

Autobus powinien odjechać o 12:30. Skoro na dzień dobry spóźnił się o godzinę, to zapowiada się naprawdę wesoło. Jego stan pozostawiał wiele do życzenia. Takie jeździły w Polsce początkiem lat 90-tych na trasie Złotoryja – Wojcieszów. W środku cofnęło mnie od razu na schodach. Mieszanina tytoniu, potu i kóz. 90% pasażerów to albańskie cwaniaczki. Młode byczki, przesiąknięte wiejskimi zapachami. Mimo włączonego ogrzewania, siedzą w kurtkach pozapinanych po szyję. Każdy głośny i ciekawy. Wszyscy stosują zasadę: „Im głośniej rozmawiam, tym mam więcej racji”. Cwaniactwo pełną gębą. Wszystkie miejsca zajęte, więc siadam na samym końcu. Coś do mnie gadają, ale pokazuję, że nic nie rozumiem. Jak się później okazało, zająłem je pewnemu „filozofowi”. Przebolał to jednak i usiadł razem z kolegą. Drugim „filozofem”. Nazwałem Ich tak, gdyż przez całą drogę ostro gestykulując, gorliwie dyskutowali. Tłumaczyli sobie to i owo, wyjaśniali i objaśniali. Identycznie jak profesorowie na uniwersytecie. Od czasu do czasu odwracali się do mnie i uśmiechali od ucha do ucha, uśmiechem przyozdobionym kilkoma zębami. Mimo wszystko, jako nieliczni w autobusie byli bardzo mili i grzeczni. Szkoda tylko, że obaj wyglądali jakby tarzali się razem z kozami przez kilka dni w oborze.

Granica macedońsko – albańska nawet nie była taka straszna, tylko długo zeszło. Nikt nie sprawdzał bagażu, jedynie paszporty lub dowody. Tym razem większe zdziwienie wzbudziła moja narodowość. Na zdjęcie nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi. Przy Albańczykach wyglądałem po prostu jak ich rodak.

Albania przywitała mnie pięknym krajobrazem i … wszędobylskimi bunkrami. Są one dosłownie wszędzie. W takim małym kraju wybudowano ich ok. 750 tysięcy w obawie przed Wiecznie Wtykającą Nos w Nieswoje Sprawy Armią Czerwoną. Bali się inwazji i ktoś wpadł na taki ekstra pomysł. Skutkiem tego, obecnie, na każdym wzgórzu, pagórku czy plaży, skąd roztacza się znaczny widok stoi bunkier.  Jest to nieodłączny symbol Albańskich krajobrazów. Widziałem nawet bunkry w przydomowych ogródkach.

Drugą rzucającą się w oczy sprawą to bieda. Widać ją na każdym kroku. Budynki i ludzie. Drogi i samochody. Sklepy i artykuły. Pasterze na polach. Dwukołowe wózki ciągnięte przez muły. Dzieci podróżujące w dziwnych, własnej konstrukcji wehikułach, itd... Bieda, jednak od czasu do czas przeplatana bogactwem. I to bogactwem w takiej mierze, że ciężko to ogarnąć. Widząc wielką willę, wręcz mały pałacyk w zabitej dechami wsi, zawsze myślałem czy to sławetny albański gang.

W trakcie jazdy, mimo ponad dwugodzinnego opóźnienia, kierowca zrobił 20 minut przerwy na mycie autobusu. Wygonił wszystkich na zewnątrz i zamknął autobus.  Jakby nie patrzeć przecież jest to kurs międzynarodowy, a wjazd do stolicy zobowiązuje. Zresztą kierowca przez całą drogę robi co chce i kiedy tylko chce. Sam ustala przerwy. Informuje czy można na tej przerwie palić czy nie. Czasami w trakcie postoju nawet nie pozwala wysiąść z autobusu. Nie chce zatrzymać autobusu kiedy ktoś go o to prosi, innym razem natomiast zatrzymuje się na zjeździe z autostrady, aby wysadzić pasażerów. Potrafi mu się zapomnieć, że pasażerowie zapomnieli wyjąć bagaż, i wiele innych. Co kraj to obyczaj. Idę do pobliskiego baru. Skoro Albania to czas na baraninę. Nawet niezła.

 

 

Tiranë

 

Bardzo duże i ładne miasto. Nowoczesne, z wysokimi wieżowcami w centrum, całą masą knajp, dyskotek i innych rozrywek. Jedna wielka imprezownia. Wręcz oślepiająco oświetlone. Pokuszę się o stwierdzenie, że z powodzeniem może Ona konkurować o miano jednej z lepszych stolic europejskich. Wszędzie na zakorkowanych ulicach królują mercedesy. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze 25 lat temu, osoba prywatna nie mogła tutaj posiadać własnego samochodu. Przywilej ten miały jedynie firmy i aparat władzy. Co za kraj. Miałem zostać tutaj na noc, ale jednak rozsądek wziął górę i pojechałem dalej.

 

 

Durrës

 

Dużo przyjemniejsze portowe miasto. Centrum jak w niejednym egipskim kurorcie. Szerokie marmurowe chodniki, dookoła palmy i podświetlane fontanny.

Znalazłem hostel. Sto lat nie nocowałem w hostelu, dlaczego więc nie?  Bezsprzecznie jest to najlepszy, w jakim miałem przyjemność gościć. Miły, przytulny i jakiś taki swojski. Główny hall to zarazem pokój schadzek. Oddzielony od kuchni wielkim barem. Doskonale wyposażony i pierwszorzędnie utrzymany. Mają nawet komputer z dostępem do internetu dla wszystkich gości. I to całkowicie za darmo. Jak przyszedłem, to kilkoro gości, wspólnie przygotowywało kolację. Od razu zainteresowali się mną. Skąd? Gdzie? Czy jem z nimi? Czy chcę pomóc? Itd… Ekstra.

 

 

Durës, Albania

 

Poszedłem pokręcić się po mieście. To właśnie lubię najbardziej. Zobaczyć jak żyją ludzie. Ciekawe, ale Albania tutaj wygląda jak niejedno europejskie miasto. Czysta i zadbana, z nowoczesnymi, pięknie oświetlonymi budynkami, kwietnikami i fontannami. Istna przepaść w porównaniu z prowincjonalnymi miasteczkami. Jest tutaj wielki port, w którym przy nabrzeżu zakotwiczone są wielkie liniowce. Jednak wystarczy przejść kilka bocznych ulic, aby znaleźć się dosłownie w innym świecie. Brud, syf i wszędobylska ruina. Dopiero teraz widać, że odbudowa tak jak wszędzie, zaczyna się centrum.

Mimo późnej już pory jest dosyć ciepło. Prawie 20 stopni. Wstąpiłem do jakiegoś lokalnego baru. Sprzedają czerwone wino nalewane z kilkulitrowych kartonów. Dobre i tanie. Miejscowi oglądają mecz i jest tak swojsko. Do hostelu wracam bardzo późno. Jutro porobię jakieś zdjęcia. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 6 – 22.10.2015

  

 

Kiedy wstałem, okazało się, że pogoda jest do dupy. Od samego rana leje jak cebra. Leje, wieje i na dodatek jest zimno. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe, bo miałem w planach pojechać do Kruji.

Przy śniadaniu pogadałem trochę z miłą recepcjonistka hostelu. Ona to powiedziała mi coś niesamowitego. To, że w czasach głębokiej komuny, przeciętny Albańczyk nie mógł posiadać samochodu – wiedziałem. Jednak absolutny zakaz posiadania zwierzęcia domowego, wszystkim mieszkańcom miast, okazał się czystym absurdem. Zawołała nawet pewną starszą Panią, aby potwierdziła Jej słowa. Po prostu nie do uwierzenia. Z całym szacunkiem, ale z Hodżą nie było chyba wszystko w porządku.

Chodzę trochę po mieście, ale nic nie wskazuje na poprawę pogody. Ładnie wygląda stary bizantyjski targ. W sumie to pozostały z niego jedynie kolumny, ale w całkiem niezłym stanie. Teren jest ogrodzony i zadbany, obsadzony trawą. Jedynie urok psuje poprowadzona niemal przez sam środek duża rura kanalizacyjna. Ktoś miał naprawdę niezłe poczucie humoru. Amfiteatr - ruina. Odcinek murów z okazałą wieżą całkiem ciekawe. Poszedłem nawet nad morze, ale na miejscu daję za wygraną. Za mocno pada. Cały przemoczony idę na dworzec.

Pogoda ma się poprawić jutro, odpuszczam więc Kruję. Szkoda, ponoć jest bardzo ciekawa. Pojadę do Shkodër. Na stacji, kiedy zapytałem jak długo jedzie tam pociąg, kasjerka odpowiedziała, że 3 godziny i zaczęła się śmiać. Tyle przynajmniej powinien jechać. Tak, wiem, opóźnienia są znaczne. Mimo wielkich chęci przejechania się albańskimi kolejami, postawiłem na autobus. Znalazłem jakiś do Lezhë. Jest po drodze, więc będzie dobrze. Jednak jak to w tego typu krajach bywa, autobus odjeżdża jak ma komplet pasażerów. Byłem pierwszy, usiadłem więc na siedzeniu za kierowcą i uzbroiłem się w cierpliwość. Powolutku, co chwilę ktoś wsiadał. Godzina i odjechaliśmy. Podróż autobusem sama w sobie jest niezłym przeżyciem. Kierowca zatrzymuje się dosłownie wszędzie. Poza dużymi miastami nie istnieje pojęcie przystanku autobusowego. Chcesz wsiąść to po prostu machasz ręką gdziekolwiek jesteś. Chcesz wysiąść, to prosisz kierowcę, aby się zatrzymał. Nieważne gdzie. Jak jest miejsce to się zatrzyma. Płacisz i wysiadasz. To jest bardzo ciekawe. Za przejazd autobusem płaci się przy wysiadaniu. Do dzisiaj zastanawiam się, gdzie szli ludzie, którzy wysiadali na pasie awaryjnym, w szczerym polu na autostradzie. Widocznie tam, skąd przychodzili ludzie, którzy na tym pasie wsiadali do autobusu.

 

 

Lezhë

 

Cały czas leje i wieje. W dalszym ciągu jest zimno. Pogoda skutecznie zniechęca mnie do zwiedzania. Znajdę jakiś nocleg, wysuszę się i jutro pojadę dalej. Jednak nie zawsze wszystko przebiega tak jak powinno. Kierowca zwietrzył interes. Postanowił zawieść do granicy dwoje Niemców. Wcześniej dowiedział się od nich, gdzie jadą i postanowił sobie dorobić. Zatrzymał się gdzieś na poboczu i poszedł sobie. Po 15 minutach wrócił z chmarą dzieci. Rozwoził je po domach. Fajnie było to zorganizowane. Kiedy wszystkich nas została tylko dziewiątka, zajechał na stację benzynową. Tutaj czekał już samochód osobowy. Zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym. Ja znalazłem się tam po prostu przypadkiem. Przepakowano nasze plecaki i zaproszono do środka. Na kolana dostaliśmy po jednym brzdącu i dalej w drogę. Łącznie 10 osób w starym renault scenic. Teraz to dopiero zaczęła się objazdówka po okolicznych wsiach. Wąskie i dziurawe drogi. Lejący deszcz i praktycznie zakręt na zakręcie. Kierowca bez przerwy rozmawia przez telefon, ale mimo tego chce nam chyba coś udowodnić. Jedzie jak wariat. Po pewnym czasie zaczyna mnie to irytować. Kupiłem bilet do Lezhë, a w sumie nie mam pojęcia gdzie obecnie jestem, ani gdzie jedziemy. Jak próbujemy coś mu powiedzieć, to nic nie rozumie. Poza albańskim, zna jedynie trochę włoski. U nas z kolei kiepsko i z włoskim i z albańskim. Po godzinie mamy już dosyć.

W ogóle kwestia języka w Albanii jest bardzo ciekawa. Angielski jest językiem mało popularnym, za to z wieloma osobami można porozumieć się po włosku. Tak w podstawowych zwrotach, ale można. Albański za to jest nie do ogarnięcia. Dawniej, kiedy królowały magnetofony kasetowe bawiliśmy się w odtwarzanie piosenek od ich końca. Bełkot nie do zrozumienia i wręcz nie do powtórzenia, bez "połamania" sobie języka. I tak wpadłem w pewnym momencie na pewien pomysł. Wystarczy nagrać zdanie po polsku i odsłuchać je od końca. Będziemy mieli wówczas wypisz, wymaluj język albański. Według mnie nie do ogarnięcia. Pamiętam jedynie "I huaj". Obcokrajowiec. Oczywiście w wymowie brzmi to jak polskie "i chuja". Zapadło mi to szczególnie w pamięci, gdyż często je słyszałem.

 

  

Shkodër

 

Padło nagle z Jego ust i zaczął pokazywać jakieś budynki w oddali. Niemcy od razu zaczęli tłumaczyć, że chcą tam wysiąść. Zadzwonił do tłumacza i jakoś dogadaliśmy się wszyscy. W sumie i tak chciałem tutaj dojechać, więc nie jest źle. Drugi cel osiągnięty. Przestało nawet lać. Zaczął padać zwykły deszcz. Będzie dobrze, muszę jedynie porządnie wyschnąć.

1500 Lekë od osoby. O cholera. Trochę Go poniosło. Tego już za wiele. Miało być 400, a fakt, że z własnej inicjatywy, podwiózł nas jakieś 30 km swoim prywatnym samochodem, to nie powinno być naszą sprawą. Wiadomo, coś należało zapłacić, ale toż to rozbój w biały dzień. Wymęczeni i poirytowani nawet nie próbowaliśmy się zbytnio targować. Dostał połowę tego, co chciał i grzecznie podziękowaliśmy za wszystko.

Zziębnięty i przemoczony idę coś zjeść. Pierwsza próba znalezienia noclegu kończy się fiaskiem. 25 Euro. Bez przesady, drożej niż w Grecji. Chciwa kobieta nie chciała opuścić nic a nic. Kij jej w oko. Znalazłem coś innego. 12 Euro i to praktycznie w samym centrum. Zostawiam plecak i idę połazić po mieście. Pogoda w dalszym ciągu do dupy, wciąż zimno i co chwilę pada deszcz. Zdjęcia nie wyjdą, ale co zobaczę to moje. Ścisłe centrum jak w Durrës, jednak im dalej, tym widać większą biedę. Lubię chodzić po targach, jednak te w Albanii pozostają daleko za targami w krajach arabskich.

 

 

Tytoń na sprzedaż, Shkodër, Albania

 

Szkoda się robi człowiekowi, kiedy tak chodzi, patrzy i sobie myśli - Europa czy trzeci świat. Myślałem, że najbiedniejszym krajem na naszym kontynencie jest Bośnia i Herzegowina. Tutaj szybko człowiek zmienia zdanie. Wystarczy jednak przejść kilka ulic i nagle pojawiają się czterogwiazdkowe hotele, ekskluzywne sklepy i drogie samochody. Istna przepaść.

W jednym ze sklepów jubilerskich kupiłem pewną bransoletę. Pierwszy raz w życiu kupując biżuterię wg wagi. Cena na albańskie warunki bardzo wysoka. Widząc, z jakim namaszczeniem sprzedawca jak wyciąga, jak dotyka i trzyma, nie próbowałem się targować. Porównując z cenami w lokalnym sklepie, byłoby z 50 butelek wina, albo 200 kaw w restauracji. Sprzedawca, poczciwy chłopina, był wręcz wniebowzięty. Inny niż chciwi handlarze na targach. Wystarczy spojrzeć człowiekowi w oczy i widać to od razu. Tak trzęsły mu się ręce, że nie mógł się opanować. Ważył ją trzy razy, a cenę zapisywał na kartce i dodatkowo pokazywał na kalkulatorze. Gdzieś tam w środku, mam takie odczucie spełnienia dobrego uczynku. Przynajmniej w pewnym sensie. Podobnie jak dawno temu, kiedy kupiłem inną, ale to inna historia.

Zjadłem coś jeszcze i późno w nocy trafiłem do hotelu. Celem degustacji, kupiłem butelkę albańskiego, czerwonego wina. Nieklarowne, z lekkim osadem i całkiem dobre.

___________________________________ 

  

 

Dzień 7 – 23.10.2015

  

Pobudka. Obudził mnie muezin. Wbrew ostatnim nagonkom w mediach, mi akurat taka pobudka nie przeszkadza. Lubię sobie czasami posłuchać jak zwołują ludzi na modlitwę.

Szlag by to trafił. Wczoraj kierowca jakoś musiał odwrotnie położyć w samochodzie mój plecak. Skutkiem czego, wszystko wewnątrz mi przemokło. Nie mogę sobie darować, iż nie sprawdziłem tego wczoraj dokładnie. Trudno, świat się nie zawalił, chociaż nie mam w co się przebrać. Nieprzyjemnie chodzi się w wilgotnych, dwuznacznie pachnących ciuchach.

Zaczyna się rozpogadzać, więc i zwiedzanie miasta jest przyjemniejsze. W centrum widzę Katedrę katolicką, niedaleko niej cerkiew, a pomiędzy nimi wielki meczet. Brakuje jeszcze synagogi. Ludzie jakoś żyją. Każdy ma swoją wiarę, wszystko funkcjonuje, nikt nie ma do nikogo pretensji. Światowym mediom widocznie nie udało się jeszcze zrobić prania mózgu Albańczykom. Nie słyszałem nigdy o zamieszkach na tle religijnym w Albanii.

Zwiedzam miasto i w międzyczasie szukam jakiegoś transportu do granicy. Jedynie Taxi – 20 Euro. Zgłupieli, przecież to ok. 20 km. Pogoda znacznie się poprawiła. Zaczęło świecić słońce i zrobiło się nawet ciepło. Idę więc ulica prowadzącą w stronę granicy. Podoba mi się, gdyż przy okazji mam okazję poznać zewnętrzne dzielnice miasta. Dosyć dużego miasta. Ceny zdecydowanie niższe niż w centrum. Dwu, czasami nawet trzy krotnie. Piję kawę, kupuję jakąś bułkę z kozim serem i w drogę. Sceneria dookoła przypomina mi polskie miasta z filmów Bareji. Szare, odrapane budynki. Walające się śmieci i ludzi handlujących wszystkim, dosłownie w każdym miejscu. Na jednym z targów znalazłem nawet na sprzedaż polskie nowe 2 zł. Jest bardzo ciekawie i mimo tego całego rozgardiaszu, bardzo przyjemnie. Przynajmniej w pewnym sensie. Prawda to lub nie, ale ponoć Shkodër jest duszą Albanii.

 

 

Shkodër, Albania

 

Na północnych obrzeżach miasta jest wielki zamek. Nazwałem sobie go albańskim Krak des Chevaliers. Co prawda słynna twierdza krzyżowców w Syrii jest specyficzna, jednak tej, powiem szczerze nie wiele do niej brakuje. Wielka, usytuowana na wielkiej górze, z dojściem prawie identycznym. Widok z jej szczytu rozciąga się na wiele kilometrów w każdym kierunku. Krajobrazy, warte są wspinaczki, przyciągają oko jak magnes. Stąd dopiero widać jak naprawdę duży jest Shkodër i jak ciekawie ulokowany. Góry za nim wyglądają prawie jak Tatry.

Tak naprawdę jednak jest to Twierdza Rozafa. Wiąże się z nią bardzo ciekawa legenda. Troje braci postanowiło wybudować twierdzę. Budowali cały dzień, ale w nocy mury zawaliły się. Jakiś mędrzec doradził im wówczas, aby poświęcili ludzkie życie, jeśli chcą, żeby budowla przetrwała. Po długich rozmyślaniach i jeszcze dłuższych sporach postanowili, że poświęcą jedną ze swoich żon. Tę, która nazajutrz jako pierwsza przyniesie posiłek. Oczywiście jak to w życiu bywa, dwóch „cwaniaczków” poinformowało potajemnie o tym swoje małżonki. Tylko trzeci, uczciwy nic nie powiedział. Jego żona Rozafa, zgodziła się, by zamurowano ją żywcem w jednej ze ścian. Postawiła jednak warunek: Mając małego synka, zażyczyła sobie, aby tak otoczyć Ją murem, aby Jej prawe oko mogło Go widzieć, prawa ręka głaskać, prawa noga kołysać kołyskę, a prawa pierś karmić. Ponoć jest takie miejsce w murze, z którego w dalszym ciągu kapie mleko… Bardzo ciekawa historia. A co najciekawsze - gdzieś ją już kiedyś słyszałem.

Minąłem miasto i powędrowałem w stronę granicy.

  

 

Zus, Oblikë, Muriqan, Dodaj

 

Nic nie znaczące miejscowości. W sumie to wioski. Jednak zapadły mi bardzo w pamięci. Z każdą z nich coś się wiąże.

Pierwsza, do której doszedłem to Zus – wiadomo. Zakład Ubezpieczeń Społecznych. W życiu nie podejrzewałem, że jest na świecie taka miejscowość. Pozdrawiam tutaj dwie koleżanki, które pracują w tym molochu. Minąłem ją szybko.

W drugiej, Oblikë, przy drodze zobaczyłem wielką żmiję. Miała dużo ponad metr. Brrrr. W Oblikë także, w jedynym przydrożnym sklepie zrobiłem sobie króciutką przerwę na piwo. Sprzedawca poprosił, abym powiedział coś w swoim języku i zgadywał z jakiego jestem kraju. Nie udało mu się, ale był blisko. Poland? A… Holland. Powiedział uśmiechnięty na koniec.

Minąwszy Oblikë, udało mi się zatrzymać pewien samochód. W sumie to nie dokładnie zatrzymać, a jedynie doprowadzić do stanu, że jechał bardzo wolno. Pierwszy, a przeszedłem już prawie 10 km.

Montenegro? OK! 10 Euro - odpowiada kierowca. Przeszedłem połowę drogi, świeci słonko, jest ciepło, a krajobrazy przepiękne. Macham mu ręką, aby jechał sobie dalej, a On zaczyna się targować. 5 Euro – mówi. Trochę go poniosło, a mi lekko puściły nerwy. Przypomniałem sobie pewne powiedzenie mojego dziadka i dodałem jeszcze jedyne bałkańskie przekleństwo, jakie znam.

- Paszoł won, psubraty. W piczku materinu. - Wyszło, co wyszło, jednak samochód się zatrzymał.

- Skąd jesteś?

- Z Polski.

- Z Polski? Nie może być? Katolik?

- Oczywiście.

Kierowca i jego pasażer znali troszeczkę rosyjski, więc jakoś się dogadaliśmy. Jechali do Czarnogóry.

Muriqan. Trzecia miejscowość. Zrobiliśmy sobie przerwę na stacji benzynowej. Moi towarzysze byli tak przyjaźni, że postanowili zaprosić mnie, autostopowicza, na piwo. Byli naprawdę ekstra.

Dodaj. Ostatnia albańska wioska, z przejściem granicznym. Moi towarzysze uparli się, iż podwiozą mnie do Bar. Dlaczego nie? W sumie jest mi to po drodze.

Sama granica, bezstresowa. Kilkanaście samochodów i odprawa praktycznie na bieżąco. Mój paszport ponownie zrobił lekką furorę. Nie uwierzono mi, że jestem turystą. Skoro masz lustrzankę i tyle pieczątek w paszporcie, to jesteś reporterem. Nie udało mi się przekonać kogokolwiek, że jest inaczej. Dałem więc za wygraną. Niech sobie myślą, co chcą.

Jeśli miałbym napisać jedno zdanie o Albanii. Napisałbym: „Ostatni dziki kraj w Europie”.

Jeśli miałbym napisać dwa. Napisałbym: „Ostatni dziki kraj w Europie. Kraj z najpiękniejszymi kobietami w Europie”.

Bez dwóch zdań. Bieda, aż piszczy. Czasami dookoła istny syf, brud i kupa śmieci. A pośród tego wszystkiego kobiety. Wszystkie ładnie ubrane, pięknie pomalowane i ogólnie bardzo zadbane. Nigdzie nie widziałem takie kontrastu. Coś nie do opisania. Widać to dosłownie wszędzie. W turystycznych enklawach, małych miasteczkach i wioskach zabitych dechami. Może dlatego na granicy jest wiele banerów z telefonami alarmowymi dla kobiet. Ponoć to albańska plaga. Kto oglądał „Taken”, ten zna problem.

Po przekroczeniu granicy odczuwa się coś, co przypomina przejście do innego świata. Pierwsze to drogi, drugie to porządek. Taki mały skok cywilizacyjny. 

 

 

Bar

 

Mój znajomy za podwózkę chciał jedynie 1 zł. Polską monetę na pamiątkę. Nie miałem, ale obiecałem, że mu ją wyślę. Poszedłem poszukać informacji turystycznej.

Wszędzie panuje wzorowy porządek, jest czysto i jakoś inaczej. Samochody jeżdżą przepisowo i przepisowo są zaparkowane. To, co w pierwszej kolejności odczuwam to spokój. Bar położony jest u podnóża wysokich gór i jednocześnie nad morzem. Podobnie jak chorwackie miasteczka, jednak tutaj jest w wiele ciszej. Dawno jest już po sezonie.

 

 

Cerkiew Jovana Vladimira, Bar, Czarnogóra

 

Idąc do centrum nie można zauważyć cerkvi Jovana Vladimira. Jest gigantyczna. Jest piękny i słoneczny dzień, a jej kopuły tak mocno odbijają światło, iż nie można wręcz na nią patrzeć. Po co w takiej miejscowości coś tak wielkiego? Przypomniała mi się Bazylika w Licheniu. Mimo, iż swoją konstrukcją przypomina wschodni styl, całość prezentuje się podobnie.

W informacji turystycznej dostałem wszelkie wskazówki, co jak i gdzie. Dostałem nawet mapy. Jedną lokalną, a drugą całego kraju z zaznaczonymi miejscami wartymi odwiedzenia. Na moje pytanie czy jeżdżą tutaj jakieś autobusy, gdyż potrzebuję dostać się do Podgoricy, dziewczyna popatrzyła na mnie jak na kosmitę. Oczywiście, że jeżdżą tutaj autobusy. Przecież to jest Czarnogóra. I dała mi rozkład jazdy z dworca autobusowego. Super przygotowanie i zorganizowanie. Uśmiechnęła się dopiero jak powiedziałem, że przyjechałem z Albanii. Spędziłem tam jedynie 3 dni, a czułem się jakby to był miesiąc.

Pokręciłem się oczywiście trochę po mieście. Nadmorskiej promenadzie i porcie. Nawet nie wiedziałem, że Czarnogóra posiada okręty wojenne. Małe jednostki co prawda, ale są. Szkoda jedynie, że zamknięte są już wszystkie banki. Trudno, spróbuję wymienić pozostałe mi albańskie leki gdzie indziej.

Autobus jak w normalnym kraju. Bilet, normalna, stała godzina i odjazd. Mam trochę czasu, więc postanawiam odwiedzić jeszcze jedno miejsce. Podziwiając przepiękne widoki odpoczywam podczas jazdy. Wcześniej chciałem wysiąść w Św. Stefanie, lecz ponoć cała wyspa jest zamknięta z powodu trwających tam remontów. Szkoda, innym razem. Podziwiam ją więc z okien autobusu. Prezentuje się identycznie jak sobie ją wyobrażałem. Mała wysepka, zabudowana w specyficznym bałkańskim stylu w każdym calu, połączona wąską groblą ze stałym lądem.

  

 

Kotor

 

Do Kotoru dojeżdżam po zmroku. Znalazłem całkiem przyzwoity nocleg. Miła właścicielka, zdając sobie sprawę z faktu, która jest godzina, dała mi całkiem przyzwoity rabat. To się nazywa zdrowy rozsądek. Lubię takie podejście do sprawy. Lepiej zarobić mniej niż nic.

Okazało się, że miała Ona wolny, jedynie wielki apartament. Dobre 50 m2. Luksusowo wyposażony, na dodatek z wielkim balkonem. Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Super. Rozpakowałem cały plecak, aby wysuszyć swój dobytek i poszedłem na wieczorny obchód miasta.

Kotor jest przepiękny. Szczególnie jego stara część. Położony na wąskim skrawku lądu między górami i zatoką. Nie wielki, ale czarujący. Stare miasto przypomina Dubrownik. Zbudowany na podobnych zasadach i w identycznym stylu, z tym, że Dubrownik jest twierdzą nad morzem, a Kotor twierdzą, nad zatoką i jednocześnie na zboczach gór. Taki młodszy, mniejszy brat. Do zdobycia może i tak, jednak jedynie dolne miasto. Górującą nad całością, specyficznie położoną twierdzą, zdecydowanie nie.

 

 

Chodzę po starówce do późna w nocy. Mimo późnej pory i mocnego wiatru, jest dosyć ciepło. Jutro obejrzę wszystko w świetle dnia. Jeszcze tylko degustacja lokalnego wina, jakieś bułki ze szpinakiem i pora odpocząć.

___________________________________ 

 

 

Dzień 8 – 24.10.2015

  

Ta noc była zdecydowanie najlepsza. Wyspany i wypoczęty postanowiłem zjeść śniadanie u właścicielki. Miła była, więc dlaczego nie? Okazało się to bardzo dobrym pomysłem.

 

Wieża zegarowa, Kotor, Czarnogóra

 

Zwiedzam przepiękne stare miasto. Wszystkie budynki zbudowane są z wielkich jasnych kamieni. Bez dwóch zdań, Dubrownik w miniaturze. Jest bardzo ciepło i słonecznie. Jednym słowem uroczo. Szkoda tylko, że w żadnym banku nie chcą wymienić mi albańskich leków. W sumie dużo ich nie zostało, ale byłoby przynajmniej jeszcze na jakiś nocleg.

Idę do twierdzy. Po drodze spotykam turystów z Izraela. Wiesz przynajmniej gdzie to jest? Zapytał mnie jeden z nich? O Kur.. pomyślałem. Co za gbur. Pewnie, że wiem. Nawet kiedyś tam byłem. Wiem jak nazywa się Wasz premier, co to jest Kneset, a w albumie mam Szekle. Stolica, Tel Aviv, portowa Hajfa, Beersheba i oczywiście Jerozolima. Mosad, Merkava, a przede wszystkim Uzi. Wasz jest amerykański FED i macie ich w swojej kieszeni. Zainfekowaliście komputery w Busherze. Wygraliście wojny Sześciodniową i o Wzgórza Golan. A mur, który wybudowaliście, aby odgrodzić się od Palestyny, to ok. 1.000 $ za jeden metr. Ma on ponad 400 km długości. Wystarczy?  A Ty co wiesz o Polsce? A w ogóle, to z którego kibucu przyjechałeś? Karpia, jakiego strzelił, nie można opisać.

Sama twierdza nie jest duża, jednak zbudowana na zboczach góry, stykając się bezpośrednio z miastem. Mury ciągną się przez jej strome zbocza, aż do samego wierzchołka. Co kawałek są wieżyczki i łuki strzelnicze. Odwalili naprawdę kawał dobrej roboty. W połowie zbocza, na małej wolnej przestrzeni wybudowano mały kościółek. A na samym szczycie, zachowane w całkiem niezłym stanie ruiny. Widoki ze szczytu rekompensują trud prawie godzinnej wspinaczki. Kotor z całą zatoką mam jak na dłoni. Tak naprawdę zatoka kotorska to taki fiord. Długi, wąski i kręty. Chyba zresztą nazywają ją, najbardziej na południe wysuniętym fiordem Europy. Spotkałem trójkę turystów z Polski. Jaki ten świat mały. Odpoczywam trochę, robię zdjęcia i czas wracać.

Przyszła pora na Podgoricę. Autobusy odjeżdżają bardzo często, więc kupuję bilet i w drogę. Cofamy się do Budvy, dzięki czemu mam kolejną okazję podziwiać wyspę Św. Stefana. Przy pięknej pogodzie i bezchmurnym niebie, prezentuje się wspaniale. Sama droga wiedzie przez tak malownicze góry, iż nie mogę się napatrzeć. W bardzo krótkim czasie, od poziomu morza wjechaliśmy na wysokość niemalże dwóch kilometrów. Widoki zatoki są identyczne jak z podchodzącego do lądowania samolotu. Droga jest kręta nie do wyobrażenia. Chowają się wszystkie chorwackie i bośniackie bajkowe trasy. Przy niej malownicze, kręte drogi północnej Grecji wydają się niczym. Jak Oni ją wybudowali? Widok całości praktycznie zapiera dech. Jest tak pięknie, iż pokuszę się o stwierdzenie, że na starość chciałbym tutaj zamieszkać. Bez dwóch zdań.

  

 

Podgorica

 

W Podgoricy jestem późnym popołudniem. Co tu robić? Okazało się, że Podgorica jest mała, smutna i praktycznie nie ma co w niej zwiedzać. Wystarczy kilka godzin i po wszystkim. Meczet, kościół, most i wieża zegarowa. Na dodatek cena jaką wołają za nocleg jest wręcz niebotyczna. Nie podoba mi się tutaj. Mogłem zostać w Kotorze.

 

 

Zamieszki anty-NATO, Podgorica, Czarnogóra

 

Na dodatek zaczęły się demonstracje antyrządowe. Chyba coś poważnego, bo bierze w nich udział tysiące ludzi. Wszyscy wrzeszczą i skandują jakieś hasła. Wszędzie jest pełno policji i straży. W centrum pozamykano i obstawiono wiele ulic. Zaczyna robić się nieciekawie. Robię parę zdjęć szwadronowi policji szykującemu się do akcji. Uzbrojeni do rozpędzania demonstrantów, skupieni, stanowią istną oazę spokoju. Niezła odskocznia od panujących dookoła nastrojów. Kręcę się trochę obserwując sytuację. Na szczęście udało mi się znaleźć jakiś przyzwoity nocleg w normalnej cenie. Miałem jeszcze pójść przyjrzeć się wszystkiemu, ale wybuch petard, rac i strzały z broni ostatecznie mnie zniechęciły. Mam tylko nadzieję, że strzelali gumowymi kulami. Lepiej nie kusić losu. Zapytałem jeszcze jakąś dziennikarkę o co dokładnie chodzi. Protesty antyrządowe, a czarę goryczy przelała chęć przyłączenia się do NATO. Nie spodobało się to mieszkańcom no i zaczęło się. Kupiłem butelkę wina i oglądnąłem całość w hotelowej TV.

___________________________________ 

  

 

Dzień 9 – 25.10.2015

  

Okazało się, że przyzwoicie prezentujący się hotel był bardzo dziwny. Praca w recepcji rozpoczynała się od godziny 8, a do tego czasu był on zamknięty. Bardzo dziwne, bo nie wspomnieli o tym wczorajszego wieczoru. A co byłoby gdybym miał wcześniej odlot? Przepatrzyłem nawet przyciski pod blatem recepcjonisty. Drzwi zamknięte na klucz i koniec. Masakra. Usiadłem w recepcji i czekam.

Przyszła jakaś pracownica. Chyba do kuchni. Skorzystałem więc z okazji, oddałem jej klucze, dałem pieniądze i wyszedłem. Mając jedynie nadzieję, że coś zrozumiała. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem.

W mieście trochę zniszczeń. Jednak wszystko w dużej mierze wysprzątane, gdyż zaczyna się Maraton. Przyglądam się trochę szykującym się do startu zawodnikom. Zauważam nagle jak kilkoro z nich robi sobie zdjęcie przy albańskiej fladze i rodzi mi się w głowie pewien pomysł. Ale tak bezpośrednio do zawodnika? Co mi tam? Przecież głowy mi nie urwą. Ryzykuję i udało się. Wymieniłem wszystkie nadmiarowe leki. To się nazywa szczęście.

O tej porze trudno znaleźć coś do zjedzenia. Wszystko pozamykane. Jadę więc na lotnisko. Mam jeszcze trochę czasu, ale Ryanair czasami potrafi nieźle zaskoczyć. Wolę poczekać na miejscu. Na lotnisku przypomniałem sobie, że w termosie mam jeszcze lokalne wino. Ale byłby wstyd przy kontroli. Wypiłem je więc najnormalniej w świecie jak herbatę w poczekalni. Szkoda tylko, że niczego wcześniej nie zjadłem.

Odprawa na najmniejszym lotnisku, jakie miałem okazję odwiedzić, przebiegła bardzo szybko i sprawnie. Żadnych autobusów itd… do samolotu idzie się bezpośrednio z hali przez płytę lotniska. Fajnie. W samolocie stewardesa przywitała mnie czystą polszczyzną. Niby parę zdań, ale zrobiło mi się niezmiernie miło.

Lot, odprawa i szybki autobus. W domu jestem kilka minut przed siedemnastą. Całość zajęła mi 194 godziny i za wyjątkiem Kruji wykonana w całości. Szkoda tylko, że coś, co mnie kilka dni wcześniej ugryzło okazało się czymś jadowitym. Pozostało jeszcze tylko kilka dni kuracji i wszystko wróciło do normy.

Mimo wszystko, warto było pod każdym względem. Pieniądze wydasz czy stracisz, a wspomnienia na zawsze pozostaną w pamięci. Nikt nigdy ich nie ukradnie…

___________________________________ 

 

 

 

 

  

Czytany 3741 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane