Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2016, Peru

W Krainie Inków


 

 

Dzień 1 – 25.05.2016

 

199 dni od czasu kupienia biletu. Czas dłużył się i dłużył. Jakże długo wyczekiwany dzień w końcu nadszedł. Podobnie jak ostatnio. Aparat, dokumenty, lekarstwa, komórka, e-reader, notatnik, trochę ciuchów i takie tam. Waga 6.2 kg. Nie ma co, jestem coraz lepszy. Pamiętając historię koleżanki, która lecąc do Peru i straciła cały bagaż, postanowiłem spakować się jedynie w podręczny. Bynajmniej będę miał go zawsze przy sobie.

Autobus na dzień dobry opóźniony 20 min. Co mi tam. Mniej czekania na lotnisku. Niby Londyn za miedzą, ale dotarcie do Gatwick zajmuje mi 4 godziny. Lot oczywiście jest także opóźniony. Jak pomyślę, że mając do lotniska 160 km, musiałem wyjąć z domu po 8 rano, aby wylecieć po 18 to dostaję lekkich dreszczy. Co zrobić? Dla Peru jestem w stanie znieść wiele.

Dwie godziny z lekkim haczykiem, plus dodatkowa godzina z racji strefy czasowej i jestem w Madrycie. Barajas jest wielkie, ale super zorganizowane. Nie ma mowy o jakiejkolwiek dezorganizacji. Czas mija szybko i krótko po 23, startuję w swój najdłuższy jak do tej pory lot. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 2 – 26.05.2016

 

W Limie jestem o 5:15. Fajnie. Doliczając zmianę czasu wyszło na to, iż leciałem jedynie 6 godzin. Ekstra. Dlaczego tylko jestem taki zmęczony? W rzeczywistości 12. Wciąż jest ciemno. W głowie mi huczy, a nogi, aż proszą się o rozprostowanie. Drobne niedogranie organizacyjne skutkuje samodzielnym zwiedzaniem stolicy. Vargas zawsze wychwalał Miraflores, więc daję się skusić. Nie wiem czy pomysł był dobry. Dwie godziny w totalnych korkach, niesamowitym ścisku, smogu, nieustającym wyciu klaksonów. Docieram jednak do kosmopolitycznej dzielnicy Limy. Przyznam szczerze, że sprawia niezłe wrażenie. Palmy, kaktusy i wieżowce na wysokich klifach, brzegiem wije się Panamericana, a dalej tylko ocean. Jest dosyć chłodno. Wszystko zamglone, a o słońcu można jedynie pomarzyć. Nie wiem, do czego porównać ten krajobraz. Po prostu jest inny. Jakiś taki tajemniczy.

 

Brzeg Pacyfiku, Dzielnica Milaflores, Lima, Peru

 

 

Obawiając się podobnych korków, wracam trochę wcześniej na lotnisko. Tym razem spotykam kolegę i odprawiamy się na krajowy lot do Cusco. Wcześniej, rozważaliśmy, co prawda przejazd autobusem, ale doba, którą należy na to przeznaczyć w porównaniu do godzinnego lotu przegrała. Ponoć trasa malownicza, ale jeszcze się najeździmy. Pierwszy raz mamy za to okazję podziwiać Andy. Wielkie i rozległe, z rozsianymi w kotlinach małymi osadami. Droga wije się między górami jak wstążka. Alpy przy Andach to taki mały pikuś.

Kilka minut po 16 kołujemy nad Cusco. Gąszcz kamiennych budynków z czerwonymi dachówkami. Widziałem to wiele razy na zdjęciach. W rzeczywistości jednak prezentuje się znacznie lepiej. Mimo, iż miasto położone jest wysoko, znajduje się w pewnej niecce. Wszędzie dookoła widać wysokie góry. Sprzęt pokazuje 3.400 n.p.m. Pierwsze, co uderza po wyjściu z samolotu, to niesamowicie rześkie powietrze. Mimo tego jednak, bardzo ciężko się idzie. Lekkie wzniesienie i musimy się zatrzymywać, aby złapać oddech. Plecak ciąży jakby ważył dwa razy tyle. Każdy, kto planował wyjazd do Peru zetknął się z tym problemem. Na lotnisku mają jednak dla przyjezdnych, wielkie misy … z liśćmi koki. Chyba to coś w rodzaju jakiejś promocji, bo wszystko darmowe. Trzyma się je pod językiem i delikatnie ssie. Super. Próbujemy i przyznam szczerze, że na mnie działa. Nie czuję zadyszki, braku powietrza czy jakichkolwiek problemów z oddychaniem. Żadnego bólu głowy. Podoba mi się.

 

Liście koki, Cusco, Peru

 

 

Do centrum idziemy piechotą. Kilka km, więc będzie okazja zwiedzić trochę okolicę. Początkowo obawiałem się reakcji organizmu, ale niepotrzebnie. Mojego towarzysza trochę zatyka, u mnie jednak wszystko w porządeczku. Pierwszy kontakt z Cusco wywiera na mnie niezłe wrażenie. Jest inaczej. Ciekawie. Nawet nie wiedziałem, że jest ono takie duże. Pierwsza styczność ze sprzedawcami w sklepie gorzko uświadamia nas, że z angielskim to dużo tutaj nie zawojujemy. Trzeba będzie przywyknąć.

Na pierwszą południowo – amerykańską dezorganizację nie musimy długo czekać. Przy ulicy gdzie mamy zarezerwowany hotel nikt o nim nie słyszał. Co się dzieje? Okazało się, że w Cusco są dwie ulice o tej samej nazwie. Aby było weselej, to w dwóch różnych częściach miasta. Inny kraj inne obyczaje. Wymęczeni dotarliśmy w końcu na miejsce. Testujemy peruwiańskie wino i idziemy spać. 

___________________________________ 

 

 

Dzień 3 – 27.05.2016

 

W nocy jest bardzo zimno. Jedynie kilka stopni. Jakby nie patrzeć to jesteśmy wysoko w górach, chociaż patrząc na niebo zapowiada się całkiem ciepły dzień.

Peruwiańskie śniadanie kontynentalne to bułka z dżemem i herbatka z liści koki. Będzie dobrze, zjemy coś w mieście. Jak się później okazało, lokalnych, domowych garkuchni, jest co nie miara. Można się na nie natknąć praktycznie na każdym kroku.

W czasach swojej świetności, Imperium Inków można było porównać do europejskiego Imperium Rzymskiego. Było wielki, silne i bajecznie bogate. Cusco natomiast, było jego stolicą. „Pępek Świata” jak nazywali je Indianie. Szkoda jedynie, że do naszych czasów dotrwało w trochę odmiennym stanie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że do czasu przybycia na te tereny Europejczyków, nie znali koła. Coś nie do pomyślenia. Jak to wszystko funkcjonowało? Tysiące kilometrów dróg, a żadnego wozu. Dziwne. Tak samo jak koń. Tubylcy w pierwszych latach widzieli w odkrywcach Bogów. Dlatego chyba Hiszpanom udało się w podbić taki obszar a tak krótkim czasie. Czytając trochę o historii konkwisty, aż krew w żyłach tężeje. Robili, co chcieli i nie było na nich siły. 200 hiszpańskich, zakutych w zbroje jeźdźców, bez żadnych strat,  wycinało tysiące inkaskich wojowników. Resztę kończyły przywiezione choroby. Indianie umierali zarażeni np. katarem. Ciężko w to uwierzyć, ale Odra, do dzisiaj jest w tamtych rejonach epidemią. Tak czy inaczej, ludność Imperium Słońca zmniejszyła się o … 90%. Nie jeden raz zastanawiałem się, co czują widząc Europejczyków? Czy mają żal w sercu? Na pewno.

Dzień spędzamy na zwiedzaniu miasta. Jest inne, ciekawe. Przypomina mi trochę bałkańskie, gdzie wszystko budowano z bloczków skalnych. Jednak tutaj nie używano zaprawy. Wielkie kamienie zawsze było idealnie dopasowywane. Słyszałem o tym wcześniej, ale jeszcze nie widziałem. Bardzo ciekawie i za razem oryginalnie to wygląda.

Skoro Cusco, to oczywiście Huacaypata, czyli Plaza de Armas. Jak się później przekonaliśmy. W każdym większym peruwiańskim (i nie tylko) mieście, centralny plac nosi tę samą nazwę. W niedalekiej przyszłości, bardzo nam to ułatwiało poruszanie.

 

Pachacutec, Cusco, Peru 

 

 

Na środku palcu stoi pomnik Pachacuteca. A tłumacząc na nasz język: „Tego, który zmienia świat”. Pierwszy król Inków, który utworzył wielkie imperium, praktycznie z niczego. Taki peruwiański Romulus.

Większość zabudowań to hiszpańskie, powstałe po podboju. Prekolumbijskie spotykamy rzadziej. Katedra prezentuje się tak, jak zawsze wyobrażałem sobie Kościoły południowo – amerykańskie. Jest specyficzna. Inna. Wybudowano ją z kamieni uzyskanych z rozbiórki pałacu króla Inków. Patrząc na nią, człowiek czuje, że jest naprawdę daleko od domu. Wnętrze także bardzo różni się od tych znajomych. Bogato zdobione, wszędzie widać wielki przepych. Jednak to, co najbardziej przykuwa uwagę, to figury. Wielkie, kolorowe i w przepięknych szatach. Nie widziałem nigdy czegoś takiego. Niby figura, ale ubrana z takim przepychem, jakiego nie powstydziłby się niejeden szlachcic w średniowieczu. Wręcz bajecznie.

Na placu rozbierana jest konstrukcja po wczorajszych obchodach Bożego Ciała. Ciekawie musiały one wyglądać. Sam ołtarz miał 5 pięter wysokości.

Dzień spędzamy na kręceniu się po mieście i podziwianiu wszystkiego. Od wszelkiej maści budynków, po lokalne targi i bazary. Przyswajamy sobie także gorzką prawdę, jedyny i właściwy sposób komunikacji to niestety hiszpański. Jest jeszcze gorzej niż we Francji. Tam widać, że ludzie udają. Tutaj natomiast jest jeden obowiązujący język i koniec. W bankach czy kantorach nie przyjmują funtów. Inny świat. Mimo tego dla chcącego nic trudnego. Wyznając zasadę, że kiedy mi zależy dogadam się nawet z Chińczykiem, nie przejmuję się tym zbytnio. Testujemy lokalne specjały i chłoniemy lokalną atmosferą.

Po południu coś nas podkusiło i poszliśmy zobaczyć ruiny na pobliskich wzgórzach. Jednak cena za wejście, do tego, co oferowano, nie wydała nam się wysoce atrakcyjna, więc poprzestaliśmy wyłącznie na podziwianiu panoramy miasta. Ile razy widziałem zdjęcia Cusco, zawsze zwracałem uwagę na niezliczone płaskie dachy kryte czerwoną dachówką, a dookoła wysokie góry. Teraz miałem okazję przekonać się na własne oczy, jak to wygląda. Wielkie miasto w wielkiej niecce, otoczonej wzgórzami. Wszystko w kolorach wyblakłej czerwieni. Dodać do tego wysokość 1000 metrów wyżej niż Rysy, daje niezłe wyobrażenie.

Słońce grzeje niemiłosiernie. Rankiem było jedynie kilka stopni a teraz skwar jak w najgorętszy lipcowy dzień w Polsce. Zwiedzamy jednak dalej.

Do hotelu docieramy wieczorem. Wyczerpani do granic możliwości. Na początku planowaliśmy chwilę odpocząć i kontynuować zwiedzanie nocą. Zmęczenie wspierane obciążeniem przy zmianie czasu wygrało. Obudziłem się w miarę wypoczęty po sześciu godzinach snu. Szkoda tylko, że jest godzina 2 nad ranem.

___________________________________ 

 

   

Dzień 4 – 28.05.2016

 

W nocy jest jeszcze zimniej. Ciężko mi przywyknąć. Po śniadaniu wyruszamy na poszukiwania dworca autobusowego. Dzisiaj musimy dostać się do Aquas Calientes. Jako pierwsze natomiast: Ollantaytambo.

Na dworcu okazało się, że obsługują jedynie połączenia dalekobieżne. Musimy udać się w inne miejsce, skąd odjeżdżają tzw. Colectivo. Czyli lokalne busy, które wyruszają po uzbieraniu kompletu pasażerów. Bardzo miły Pan, powozi nas tam za kilka soli. Chyba zwietrzył interes, bo zaraz chciał nam sprzedać jakąś wycieczkę fakultatywną. Jednak zaskoczyliśmy go naszą organizacją trasy i szybko dał za wygraną.

Colectivo, pełen folklor. Sami jak Ich później nazywaliśmy: „lokalsi”. Kilkanaście minut oczekiwania i start. Odległość 72 km, cena: 10 soli od osoby. Jedziemy tak naprawdę pierwszy raz peruwiańskimi drogami. Wiją się serpentynami wysoko w górach. Dosyć często sprawdzam wysokościomierz. Nigdy poniżej 3000 metrów. Dziwne, ale krajobraz pełen jest roślinności. Zaczynają pojawiać się lamy.

Dwie godziny później jesteśmy na miejscu. Ollantaytambo jest chyba jedną z najlepiej zachowanych inkaskich osad. Taka perełka w samym środku malowniczej Świętej Doliny Inków. Odrestaurowana i zadbana. Czas płynie tutaj powoli. Wszędzie dookoła czuć spokój. Bardzo miłe i przyjemne miejsce na krótki trekking i relaks.

 

Ollantaytambo, Peru 

 

 

Pierwszy raz mamy okazję przyjrzeć się sławnym, inkaskim tarasom.

Ollantaytambo znane jest także, jako miejsce skąd odjeżdża sławetny pociąg do Machu Picchu. Sławetny, bo cena za bilet jest kolosalna. Ponad sto dolarów w jedną stronę i to w najtańszej opcji. Przy wejściu na peron należy nawet pokazać paszport. Zdzierstwo i w sumie podróż dla leniwych. My wolimy autobus.

Po małych perypetiach związanych ze znalezieniem miejsca gdzie się one zatrzymują oraz odrobiną stresu czy coś w końcu przyjedzie; wyruszamy dalej. W między czasie spotkaliśmy troje turystów: Duńczyka, Anglika i Kanadyjkę. Pierwszy znał hiszpański. Zdobył, więc trochę niezbędnych informacji i wszystko zaczęło nabierać kolorów. Jak się niestety później okazało, nie do końca tęczowych. Trasa jest bardzo długa i jest już za późno, aby dostać się do Aquas Calientes.

Pełni optymizmu jedziemy do Santa Maria. 120 km rozklekotanym autobusem, prowadzonym przez kierowcę popijającym cziczę i przez takie góry, że czasami człowiek musiał zaciskać zęby z wrażenia. Pierwszy raz przekroczyliśmy 4000 metrów. Plus na korzyść kierowcy był taki, że zaproponował nam miejsca w swojej kabinie. To dopiero ciekawostka. Autobusy w Peru mają w przodu specjalną kabinę dla kierowcy i „stewarda”.

Chyba za trochę przeginał na zakrętach, bo nagle ktoś strasznie zaczął walić w drzwi. Pewna kobieta strasznie zaczęła się na niego wydzierać. Z tego, co zrozumieliśmy, to jechał zbyt, nazwijmy to delikatnie: „mało bezpiecznie”. Pokazał Jej, że jest stuknięta, łyknął cziczy i w dalszym ciągu prowadził swój wehikuł w niezmienionym stylu.

Przyjemność ta kosztowała nas 15 soli i trwała 3,5 godzinny. Na przystanku nie minęło nawet 10 sekund jak dopadł nas „łapacz” pasażerów. 10 soli i zawiezie nas do Santa Teresa. Dlaczego nie? Zawsze bliżej. Z racji, iż prywatne samochody obowiązują także zasady colectivo, musieliśmy chwilę poczekać.

Sama droga do Santa Teresa to istny szutrowy galimatias zakrętów, podjazdów, zjazdów i innych ciekawostek. Czasami zdarzał się na ostrych zakrętach ostro rwący strumień, który nieźle tę drogę wypłukał. Godzina jazdy z całkowitych ciemnościach, skrajem przepaści (to akurat okazało się dopiero w drodze powrotnej) z kierowcą wypisz, wymaluj z peruwiańskich opowieści. Nie wiem, co chciał udowodnić, ale jechał jak wariat. Jedną z pasażerek była Hiszpanka, nie wytrzymała w pewnym momencie i ostro go opieprzyła. Pomogło na 10 min, po czym zaczął jechać identycznie. Daliśmy za wygraną.

W pewnym momencie Hiszpanka pyta, czy przetłumaczyć mi piosenkę, którą akurat słuchaliśmy w radiu. Dziwne, ale dlaczego nie. Tłumacz mówię: „… uważaj na drodze, bo wszędzie są przepaści, nie pędź jak szalony na zakrętach, bo możesz stoczyć się w dół…”. To dopiero zbieg okoliczności. Nie jeden raz zastanawiałem się, co by się stało, kiedy na jednym z tysięcy kamieni przebilibyśmy oponę? Wiedziałem, że po lewej stronie jest przepaść, ale jak głęboka? Było za ciemno.

Miła i kulturalna hiszpanka pomogła znaleźć na nocleg. Pomogła w targowaniu się i załatwieniu transportu następnego dnia do stacji Hydroelectrica. Chcieliśmy pójść na piechotę, ale jak dowiedzieliśmy się jak to wygląda daliśmy za wygraną. Właśnie straciliśmy jedną noc wcześniej zarezerwowanego noclegu w Aquas Calientes. Trudno, czasami nic nie można na to poradzić. Transport mamy załatwiony na 5:00. Zdążymy.

Idziemy jeszcze na nocne zwiedzanie Santa Teresa i kładziemy się spać. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 4 – 29.05.2016

 

W nocy jest przyjemnie chłodno. Pobudka o 4:30. Właścicielka hotelu zapewniała dzień wcześniej, że o 5:00 załatwiony będzie transport, a wyszło jak zwykle. Problemy, jakie to tylko kobiety potrafią wymyśleć. Szkoda tylko, że wyjaśniane są nam po hiszpańsku. Czas mija nieubłaganie, a nasza irytacja wzrasta coraz bardziej. W końcu odpuszczamy czekanie i idziemy do miasta. Jeszcze jest ciemno, ale ponoć znajduje się tutaj jakieś miejsce z kasą biletową PeruRail. Jak się okazało, kilka przecznic dalej – niecałe 5 minut drogi. Kolejne 5 i już jechaliśmy do stacji Hydroelectrica. Z racji, że nie czekaliśmy na colectivo, koszt wzrósł do 12,5 soli. Coś niesamowitego.

Droga jak dnia poprzedniego z tym wyjątkiem, że zrobiło się jasno i mogliśmy podziwiać widoki. Kręta szutrówka na zboczu gór. Z jednej strony wysoki stok, z drugiej przepaść. Kierowca należał jednak do tych spokojnych i po około godzinie jesteśmy u celu. Sławetna Hydroelectrica. Czyli miejsce, a raczej stacja kolejowa skąd odjeżdża pociąg do Sanktuarium Inków. Słynny pociąg, ze swoją zastraszającą ceną za bilet. Oczywiście wyłącznie dla nadzianych Europejczyków, Peruwiańczycy podróżują za przysłowiowe grosze. Nazwa pochodzi chyba od pobliskiej stacji wodociągowej. Nic więcej tutaj nie ma, no i zaczyna się dżungla.

Plecaki na plecy i marsz. Urządzenia elektroniczne pokazują 15 km. Trasa musi być popularna, gdyż wzdłuż torów jest przetarty i dobrze oznakowany szlak. Nie jest nawet tak źle, chłód poranka i cień sprawiają, że jest całkiem przyjemnie. Czasu mamy niewiele, ale wstępne wyliczenia trochę nas uspokajają. Dziwna jest dżungla w tych rejonach. Znajdujemy się w okolicach 2000 metrów, a dookoła gęsty las, masa roślinności i poranne mgły. Nawet nie zwracamy już uwagi na wilgotność, ale powietrze jest aż lepkie. Pamiętając Karkonosze, gdzie już dużo niżej występuje jedynie kosodrzewina, tutaj wydaje mi się to bardzo dziwne. Z pewnością wpływ na to ma bliskość równika.

 

Owoce kawy, Aquas Calientes, Peru

 

 

Podziwiamy bananowce i wszędobylskie krzewy z kawą, aż tutaj nagle… żołnierz z ostrą bronią. Stop. O cholera. Co jest? Ponoć oficjalnie nie można tędy chodzić, ale zaraz wojsko? Okazało się, że mieli niedaleko jakąś jednostkę i tory rozjeżdżały się w dwóch kierunkach. Ufff. Idziemy dalej. Dopiero do mnie dociera, co jest nie tak. Komary i inne latające „małe potworki”. Nie ma ich. Jaki spokój. Żadnej najmniejszej muszki. Ekstra. Szkoda także, że tak samo mało jest ptaków. Od czasu do czasu można zauważyć papugi i to wszystko. Las tropikalny, a jednak jakiś taki dziwny. Cisza i spokój. Jedynie szum Urubamby, opływającej góry. Jeden raz, co prawda, przebiegło nam drogę jakieś większe zwierzę, ale to wszystko. Oto, jaki wpływ na wszystko ma wysokość.

Po niecałych 3 godzinach marszu docieramy do Aquas Calientes. W miarę szybko udaje się nam znaleźć zarezerwowaną wcześniej kwaterę. Zostawiamy więc plecaki i decydujemy się na przejazd do wejścia autobusem. Szkoda, ale wspinaczka to kolejne dwie godziny, a bilet jest na konkretną godzinę. A z drugiej strony jak się później okazało, decyzja była jak najbardziej słuszna.

Aquas Calientes jest zamkniętą miejscowością w dżungli. Taką stacją wypadową dla turystów. Dojechać można tam wyłącznie koleją, dlatego jedyna komunikacja to małe państwowe autobusiki. Cały transport jest znacjonalizowany. Nie ma żadnej prywaty czy colectivo. Z jednej strony, fajnie, bo cisza, spokój i porządek, a z drugiej; ceny. Bilet kupuje się z paszportem. Obcokrajowiec płaci 12$ za przejazd około 5 km trasy. To dopiero jest biznes. Busy odjeżdżają jeden za drugim, praktycznie co 10 – 15 min. Coś nie do opisania. Kasy są oczywiście tylko dwie, a oby było weselej, jedna jest jeszcze zamknięta. Przy drugiej kolejka taka, że końca nie widać. Pytam więc, pierwszą „białą” osobę najbliżej okienka czy kupi mi bilety. Stęka, kwęka, że paszport należy pokazać, że ludzie będą kwękać itd… Ja na to, że dam Jej paszport, pieniądze i w ogóle, co za problem. A jak coś to stanę z Nią i kupię. Daje się przekonać, więc wołam kumpla. I nagle słyszę: „O, z Polski jesteście?” He he he. Dziewczyna, którą poprosiłem okazała się rodaczką. Co za spotkanie.

Kupuję jeszcze jakąś bułkę, butelkę wody i pakuję się do busa. Najdroższy przejazd w życiu. 12 minut – 12 $. Co zrobić. Czasami tak po prostu bywa.

 

„… Rok 1986. Szkoła Podstawowa w Świerzawie. Ostatnia sala na drugim piętrze. Lekcja geografii. T.B., nasza nauczycielka była wówczas zajęta. A my „coś tam” robiliśmy. Jak to w szkole na lekcjach. Nagle kolega, siedzący obok, pokazuje mi zdjęcie w książce. Ty! Popatrz! Ale ekstra! Widziałeś wcześniej coś takiego? Co to w ogóle jest?…”

 

Doskonale pamiętam naszą fascynację i to, co wówczas sobie postanowiłem: Choćby nie wiem ile miało to trwać, kiedyś na pewno zobaczę to miejsce na własne oczy.

Nasze drogi się rozeszły. Kolega założył dobrze zapowiadający się kabaret i stał się gwiazdą, a Ja powędrowałem własną drogą. Od tamtego dnia w mojej głowie zakwitło marzenie. A przez te wszystkie lata, nazwałem je sobie marzeniem Nr 1.

Machu Picchu. Najbardziej tajemnicze miasto świata.

Wiele istnieje teorii, co to za miejsce. Kto i w jakim celu je zbudował? Kto zamieszkiwał? No i oczywiście, dlaczego zostało opuszczone? Odkryto je stosunkowo, nie tak dawno temu, bo dopiero w 1911 roku. Pewien pasterz za 1 sola, przyprowadził tutaj  poszukiwacza – archeologa, Bingham’a. Ten oczywiście zdając sobie sprawę, co to jest, wywiózł stąd ponad 30 tysięcy eksponatów do USA. Tym to właśnie sposobem, nie byle, jaka kolekcja, a najcenniejsze inkaskie skarby wykonane ze złota, srebra, drewna czy kości, ceramiki i wiele, wiele innych, stały są własnością uniwersytetu w Yale. Jakie to przykre.

Samo miasto zlokalizowane jest na jednym z andyjskich szczytów, pośród wysokich gór w dżungli. Zajmuje powierzchnię ok. 5 km2. Z trzech stron otacza je rzeka Urubamba, a z czwartej osłania niesamowita, Huayana Picchu. Jego trudno dostępne położenie sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy go nie odkryli.

Według mnie Machu Picchu to najpiękniejsze, a zarazem najbardziej tajemnicze miasto świata. Wiadomo, że zostało wybudowane w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Prawdopodobnie liczyło około 1000 mieszkańców. Składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne (słynne inkaskie tarasy), które nawadniano specjalnym systemem kanałów. W miejskiej części mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Wszystko to zbudowane było z idealnie dopasowanych do siebie granitowych bloków i wkomponowane w górskie otoczenie. Wszystko to połączone jest gęstą siecią schodów. Zapewniały one wewnętrzną komunikację na różnych poziomach miasta. W niższej części miasta, po drugiej stronie przełęczy, znajdowała się świątynia, w której mieszkał władca.

Wyższe partie Machu Picchu zarezerwowane były dla kapłanów. Tam też znajdowało się obserwatorium, Słoneczna Wieża czy Świątynia Trzech Okien. To wszystko służyło kultowi Słońca, które dla Inków było największym bóstwem. W dzień zimowego przesilenia, kiedy dzień był coraz krótszy, zwyczajny człowiek, nie rozumiejąc astronomicznych subtelności, obawiał się, że wreszcie w ogóle zniknie. Wtedy kapłani w pewnym rytuale, złotym łańcuchem przywiązywali Słońce do specjalnie wyżłobionego kamienia, żeby nie uciekło. Rzeczywiście, od następnego dnia dzień się zaczynał robić dłuższy.

Tak naprawdę nie wiemy, czym było Machu Picchu. Naukowcy cały czas szukają odpowiedzi na nurtujące pytania: kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle opuścił miasto. Jego tajemnica nadal nie została odkryta.

W 2007 roku ruiny miasta zostały ogłoszone jednym z siedmiu cudów świata i jednocześnie wprowadzony został limit wejść. I o ile do miasta dziennie, może wejść 2500 zwiedzających, to do sanktuarium po drugiej stronie przełęczy, Huayana Picchu, gdzie mieszkał władca, wpuszczanych jest jedynie 400. W dwóch grupach po 200 osób. Ściśle przestrzega się godzin wejść oraz prowadzi dokładny, imienny rejestr wejść i wyjść, a bilety sprzedawane są z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Tutaj zdajemy sobie sprawę, że jest to niezbędne, gdyż samo podejście jest, i trudne, i czasami niebezpieczne. Kilkaset metrów ostrego podejścia i jakieś czas później (ponad godzinę) widok, wart każdego wysiłku. Całe Machu Picchu wraz z otaczającymi je górami i dolinami widziane z góry. Szczyt jednej przykryty jest nawet śniegiem. Wszystko jak na dłoni. Różnice wzniesień między szczytami są wielkie. Na pierwszy rzut oka, ponad kilometr. Jak nie więcej. Sama Huayana Picchu wznosi się na wysokość 2720 metrów. 360 ponad miastem. Ile musiał się ten Pachacuti nachodzić. Siadam na szczycie, podziwiam i próbuję uwierzyć, że spełniło się moje marzenie. Pstrykam trochę zdjęć i dalej podziwiam. Wewnątrz czuję pewne spełnienie. J

 

Machu Picchu, widok z Huayana Picchu, Peru 

 

 

O ile wejście na Huayana Picchu było ciężkie i trochę niebezpieczne o tyle zejście jest trochę ciężkie, a miejscami dosyć niebezpieczne. Szczególnie w partiach bliżej szczytu. Nogi niektórych trzęsą się jak galareta. Nie mam lęku wysokości, ale patrząc na niektórych szczerze im współczuję.

W samo południe słońce w dosyć brutalny sposób daje o sobie przypomnieć. Jak to w górach bywa, pali okrutnie, a cienia jak na lekarstwo. Cóż zrobić. Zwiedzam miasto, uliczka za uliczką, taras za tarasem. Bardzo mi się podoba. Inne pod każdym względem. Każdy budynek, ściana czy mur, nie przestaje mnie fascynować. Czy oni nie znali zaprawy? Wszystkie kamienie połączone są wręcz idealnie. Wielkie i małe, bez znaczenia. Istny majstersztyk. Bałem się trochę tłumów, o których naczytałem się wcześniej, ale nie potrzebnie. Jest, co prawda sporo zwiedzających, ale przy tym obszarze w sumie nie jest tak źle. Nawet nieźle mają to zorganizowane.

Po 4 godzinach postanawiamy wracać. Bus i kolejne 12$. Nic z tego, nawet jak kosztowałby 1 sola. Teraz nic nas już nie goni, schodzimy więc, schodami. Całe setki schodów. Godzinę albo i dłużej.

Późnym popołudniem, styrani i wyczerpani jesteśmy w hotelu. Krótki targ nt. wczorajszej rezerwacji, chwila odpoczynku i idziemy zwiedzać miasteczko. Jak się okazało, nie jest ono wcale takie małe. Standardowo omijamy czysto turystyczne restauracje ze stoliczkami z białymi obrusami, szybko znajdujemy lokal dla miejscowych. Folklor w pełnej krasie. Domowa garkuchnia na piętrze nad targiem, zorganizowana w stoiska z okafelkowanymi ladami. Przed nimi ławki i masa posilających się Peruwiańczyków. Bomba, kopiasty talerz lokalnych specjałów za kilka soli. Spotykamy nawet nasza znajomą Polkę.

Skoro gorące źródła to idziemy do term. Po całodziennych marszach, kurzu i skwarze, pokusa wydaje się godna uwagi. Przy wejściu masa stoisk wypożyczających ręczniki. Nawet fajnie jest to zorganizowane. W samych basenach woda musi zawierać jakieś minerały, bo trochę dziwnie pachnie. Daleko im, co prawda, do term europejskich, ale i tak relaks jest bardzo przyjemny. Można nawet zamówić piwo, ekstra do basenu.

Na zakończenie dnia pełnego wrażeń idziemy jeszcze pokręcić się po mieście. Rano wydawało się malutką i smętną mieścinką, a wieczorem okazało się tętniącym życiem małym kurortem. Masa sklepików, restauracji i innych atrakcji. Między tym wszystkim tłumy kręcących się turystów. Czasami panuje większy ścisk, niż wcześniej na Machu Picchu. Spotykamy nawet znajomą Hiszpankę. Jaki ten świat jest mały. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 5 – 30.05.2016

 

 

W nocy jest ciepło. A ranek wita nas przyjemnym i rześkim chłodem. Kontynentalne śniadanie peruwiańskie i wracamy. Tym razem marsz powrotny do stacji Hydroelectrica mija jakoś inaczej. Powoli, nie spiesząc się podziwiamy widoki. Kiedy minęły poranne mgły możemy dostrzec z dołu Machu Picchu, a pamiętając wczorajsze widoki, wiemy, że szlak, którym wędruje się wzdłuż Urubamby, okrąża całą górę. Teraz dopiero tak naprawdę zdajemy sobie sprawę z faktu, jaka jest ona niedostępna.

W pewnym momencie spotykamy starych znajomych z Ollantaytambo. Wędrują tym samym szlakiem co my. Świat naprawdę jest mały. Rozmawiamy chwilę i na pożegnanie życzymy sobie owocnych wrażeń.

Na stacji od razu pojawiają się naganiacze. 10 soli do Santa Maria, gdzie musimy czekać na autobus, albo 40 od razu do Cusco. Oferta jak najbardziej interesująca, jednak warunkiem jest komplet pasażerów. Trzy osoby, chyba nie będzie tak źle. Kilka minut i zaczepiliśmy pewne… Francuzki. Mamy komplet. Chwila przerwy w domowej garkuchni, praktycznie przy torach kolejowych i jedziemy.

W świetle dnia droga wypisz wymaluj z opowieści o Peru. Przepaść taka, że czasami człowiekowi zapiera dech, i kierowca jadący z nadmierną prędkością. Godzina takiej jazdy nieźle potrafi wymęczyć. Za to widoki rekompensowały wszystko z nawiązką. W Santa Maria okazało się, że mamy przesiadkę do innego, lepszego i w ogóle większego samochodu. Oczywiście z nowym kierowcą. Podejrzewając, że będą chcieli więcej soli, ostro protestujemy, ale okazało się, że nie. Po prostu taka organizacja. Wszystko w cenie. Widoki ponownie te same, co dwa dni temu.

 

Abra de Malaga, Peru

 

 

Z tym, że autobus ledwo zipiał, a terenówka radzi sobie wyśmienicie. Najwyższy punkt to 4330 metrów nad poziomem morza. Jedno trzeba przyznać, drogi, przynajmniej te główne, mają bardzo dobrej jakości. I tak to w dużo lepszych warunkach, komforcie i z kilkoma krótkimi przerwami, po 6 godzinach jazdy jesteśmy z powrotem w centrum Cusco.

O matko jak zimno. Po zmierzchu w Cusco jest niesamowicie zimno. Temperatura szybko spada jedynie do kilku stopni. A nam po skwarze dnia doskwiera to szczególnie. Ubieramy na siebie chyba wszystkie ciepłe ciuchy i idziemy na wieczorne zwiedzanie miasta. Ruch i tłok większy niż za dnia. Wszystko, aż tętni życiem. Na pierwszy strzał idzie oczywiście bazar, gdzie zawsze jest mnóstwo jedzenia. Później Plaza de Armas ze swoją Katedrą i okoliczne uliczki.

W okolicach 21 wyjeżdżamy nocnym autobusem do Puno. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 6 – 31.05.2016

 

 

W nocy jest strasznie zimno. Mróz. Autobus ma pozamarzane szyby a My wręcz trzęsiemy się z zimna. Musimy być wysoko w górach. Nagle spostrzegam na drodze wielkie kamienie. Co do cholery? Kierowca zatrzymuje autobus, a z pobliskich lepianek wybiegają jacyś ludzie. Od razu przypomniały mi się protesty w Mali. Po krótkich konsultacjach z pilotem i kilku telefonach, zawróciliśmy i jakimiś bocznymi drogami objechaliśmy blokadę. Nad ranem wysiadamy na dworcu w Puno. Jest tak cholernie zimno, że mimo wszystkich ciepłych ubrań nie możemy się rozgrzać. Wszystkie kałuże pozamarzane. Mróz i niesamowita wilgotność. Musimy przeczekać 2 godziny na dworcu, aby zrobiło się chociaż jasno.

W międzyczasie próbuję znaleźć jakieś połączenie do Arequipy na jutro. Nigdzie nie przejedziecie informują nas w kilku miejscach. Wszystkie drogi są zablokowane. Może uda się za jakieś, 2 – 3 dni. Co takiego?! Okazało się, że w całym regionie są protesty i zablokowano wszystkie drogi wyjazdowe z wszystkich większych miast. Stąd te kamienie. Cholera, ale dupa. Trzeba będzie iść na „stopa”, albo wymyśleć coś innego. Nie musieliśmy długo czekać. Zaraz pojawił się naganiacz: przeprawa łodzią przez jezioro do Boliwii. Cena – trochę wysoka, ale musimy decydować szybko, bo zaraz odpływa. Postanawiamy zaczekać, aż zwiedzimy pływające wyspy. Wykupujemy lokalną wycieczkę na Titicaca, następnie jemy coś ciepłego i idziemy rozprostować kości.

Kilka minut po 8 rano, a wciąż zimno jak w listopadowy poranek w Polsce. Mimo ostrego już słońca, w cieniu wszystkie kałuże wciąż zamarznięte. Ciężko przyzwyczaić się do tych skoków temperatur. Sprawdzam wysokościomierz: okolice 3900 metrów nad poziomem morza. Oj, wysoko, i to bardzo. Kręcimy się po mieście, ale wszędzie dookoła pustki, a na ulicach mnóstwo kamieni. Ruch uliczny praktycznie nie istnieje. Od czasu do czasu jakiś desperat, próbuje przejechać blokady motorykszą, ostro lawirując między kamieniami.

Centrum Puno to oczywiście Plaza de Armas.   Duży plac, trochę zieleni i typowy, w stylu kolonialnym, Kościół. Zawsze, kiedy widziałem tego typu sanktuaria na zdjęciach, kojarzyły mi się a Ameryką Południową. Są jakieś takie specyficzne i jedyne w swoim rodzaju.

Kiedy tylko pojawia się jakiś prześwit między budynkami, od razu widać jezioro. Wielkie, niebieskie jezioro Titicaca. Najwyżej położone żeglowne jezioro świata. Pięknie wygląda.

W centrum spotykamy szwadrony policji wraz wozami opancerzonymi.  Ewidentnie coś się szykuje. Umundurowanie lokalnych policjantek, wypisz wymaluj z serialu Texas Rangers kusi mnie, aby zrobić sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Nie ma problemu, panie nawet ładnie się uśmiechnęły.

 

Puno, Peru 

 

 

Blokady zaczynają nas trochę martwić. W trakcie jazdy motorykszą do portu, tłum zaczął rzucać w nas kamieniami. Zaczyna robić się niewesoło. Tym bardziej, że jechaliśmy boczną ulicą. O tym, co dzieje się na głównych, aż boję się pomyśleć.

W okolicach 9, zaczyna się nieznacznie ocieplać. Fajnie się rozgrzać po tak zimnym poranku i mroźnej nocy. Płyniemy zobaczyć pływające wyspy na Titicaca. Prezentują się bardzo interesująco, jednak, co z żalem muszę przyznać: komercja. Chyba największa, jaką do tej pory widziałem. Wyspy są ze sobą w pewien sposób powiązane, przez co tworzą bardzo duże obiekty. Mimo, że wciąż na jeziorze, ciężko nazwać je wyspami. Wpływając między nie, należy wykupić bilet wstępu, a wejść można jedynie na ściśle określone. Te kilka z nich jest specjalnie przygotowane dla turystów. Wszyscy pięknie wystrojeni w kolorowe lokalne stroje. Restauracje, sklepiki i stragany. Są nawet opcje przenocowania w specjalnie przygotowanych bungalowach. Na jednej z nich przewodnik opowiada i zarazem prezentuje, jak są budowane, jak wygląda codzienne życie itd… Oczywiście każdy później zachęcany jest do kupna najprzeróżniejszych pamiątek. Po tym względem, podobało mi się to, iż wszystkie były wykonane ręcznie przez peruwiańskich rzemieślników. Żadnych „Made in China”. Na wyspie cały czas, można odczuć lekkie falowanie, identycznie jak na wielkim łóżku wodnym. Ktoś z chorobą morską nie mógłby tutaj mieszkać.

Po krótkiej prezentacji, zainteresowani, za drobną opłatą mają szansę przepłynąć się inkaską łodzią z trzciny. My zostajemy. Oglądamy sobie wyspę. Temperatura szybko wzrasta i w słońcu jest niemalże 40 st. W południe skwar staje się nie do zniesienia. Stara Indianka uświadamia mnie o pełnej komercji, kiedy chcę przejść na drugą stronę wyspy. Nie, tutaj nie wolno. Aha, więc to tak. Mimo wszystko zaglądam jak wygląda. Brud, syf i ogólne rozgardiasz. Tak jak jakiejś zaniedbane gospodarstwo w zapyziałej wsi. Nie lubię takiego zwiedzania. Zawiozą człowieka gdzieś i pokażą jedynie to, co może zobaczyć. A cała reszta zamknięta.

 

Jezioro Titicaca, Peru

 

 

Mimo tego wszystkiego warto zobaczyć pływające wyspy. Przewodnik zarzekał się, że ludzie żyją tutaj cały czas. Nie przypływają jedynie dla turystów w sezonie. Ciekawe czy mówił prawdę?

Wracamy wczesnym popołudniem. W porcie od razu pojawia się wcześniej poznany naganiacz z dworca. Ciekawostka. Miał wypłynąć ponad 4 godziny temu. Trochę się targujemy i w końcu przystajemy na propozycję. Chciwy kapitan, zwlekał z odpłynięciem jeszcze dobrą godzinę. Pojawili się Francuzi, Chilijczyk i trochę innych nacji. I tak w zapełnionym w 90% jachcie, przypominającym połączenie wodolotu wraz ze statkiem wycieczkowym, wypłynęliśmy na jezioro.

Przepłynęliśmy między pływającymi wyspami i skierowaliśmy się na wschód. W stronę Boliwii. Przepiękne widoki, granatowa tafla wody, wysokie, ośnieżone góry z lewej, pustynia z prawej. Mimo, iż czuć chłód od jeziora, słońce przygrzewa okrutnie. Dobrze, że mamy krytą kabinę z wygodnymi fotelami. Podróż mija nam ciekawie i beztrosko. Po kilku godzinach krajobraz, mimo, iż wspaniały staje się wręcz monotonny. Całe szczęście mam e-reader, umilam sobie więc czas, lekturą. Zerkam od czasu do czasu na GPS i nie mogę uwierzyć, ile jeszcze pozostało do przepłynięcia. Niby cały czas widzimy linię brzegową, ale jest ona bardzo daleko. Szacunkowo, kilka km z jednej, kilkanaście z drugiej. Titicaca jest olbrzymie.

Im dalej od brzegu tym fale stają się większe. Coraz bardziej, zaczyna rzucać statkiem. Człowiekowi zawsze przychodzą do głowy wówczas głupie myśli. Rozglądam się za kamizelkami ratunkowymi. Tak na wszelki wypadek. Dziwne, ale nie mogę znaleźć ani jednej. Na pewno są gdzieś schowane, przecież to statek wycieczkowy. Wychodzę trochę na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza i pstryknąć trochę zdjęć. Przepięknie to wygląda, krajobraz jak ze snu.

Pomocnik „kapitana” także wyszedł na zewnątrz. Przeprosił mnie i otworzył klapę ładowni. O Kurwa! Pomyślałem i chyba nawet powiedziałem na głos. Pod pokładem było na oko dobre 30 centymetrów wody. A oby tego było mało, w wodzie tej, jakieś poskręcane kable z poprzepalaną tu i ówdzie izolacją. Pomocnik pobiegł szybko do kumpla, szybko coś zaczęli ustalać, po czym wrócił i wszedł pod pokład. Widocznie była tam jakaś pompa, bo po chwili dał się słyszeć warkot. Po parunastu minutach, woda była odpompowana. Uff… Ale pierwsze wrażenie było lekko stresujące.

 

Elektryka w łodzi, Titicaca, Peru

 

 

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Coraz rzadziej wychodziliśmy na zewnątrz, gdyż zaczęło się robić coraz chłodniej. Każdy zatopił się we własnych myślach, aż tutaj nagle krzyk. Ktoś z mną zaczął krzyczeć i coś pokazywać. Wszyscy oglądnęli się jak na komendę. W pewnym miejscu, pod stosem plecaków, pojawił się dym. Nie jakiś tam malutki, jaśniutki dymek, ale gęsty i drapiący w gardło, szary, śmierdzący plastikiem dym. Motorniczy zatrzymał statek. Ci co byli najbliżej zaczęli zdejmować szybko plecaki. Okazało się jednak, że dym wydobywa się spod pokładu. No to teraz zaczęło się naprawdę robić niewesoło. Jakaś dziewczyna z tyłu zaczęła się głośno modlić. Wszyscy pobledli w jednej chwili, a mi osobiście, poziom adrenaliny podskoczył w ułamku sekundy. Pomocnik „kapitana” w podskokach, pobiegł po jakiś pojemnik, napełnił go wodą, podniósł pokrywę i wlał do środka. Zahuczało, zaskwierczało, a na koniec zasyczało i … popłynęliśmy dalej.

Od tej pory każdy z nas chciał jak najszybciej dotrzeć na miejsce. GPS jednak uparcie pokazywał jeszcze daleką drogę. Przestałem już zwracać taką baczną uwagę na góry. Z niecierpliwością patrzyłem na wschód.

Późnym popołudniem, okazało się, że tak do końca, przeprawa ta nie jest legalna. Legalna oczywiście pod względem trasy, którą płyniemy. Kto z rybaków rozkłada sieci na trasie, którą pływają statki? Nikt. No i aby uatrakcyjnić nam wrażenia, wkręciliśmy się w sieci rybackie. Motor zawył, a turbina się zatrzymała. Teraz zrobiło się „wesoło”. Tym bardziej, że do zmierzchu było już niedaleko. Tym razem nasz dzielny pomocnik „kapitana” wygrzebał skądś wielki nóż.  Wychylił się za burtę i ile udało mu się złapać w garść, odcinał. Kilkanaście minut i popłynęliśmy dalej.

Zrobiło się ciemno. A my jak to na przemytników przystało, płynęliśmy bez świateł. Jak to się mówi: po omacku. Inaczej to brzmi jak się czyta, a inaczej jak doświadcza na własnej skórze. Odczucia są wówczas diametralnie odmienne. Bardzo już chciałem być na miejscu. GPS pokazał jakieś kilkanaście km. Nie jest więc już tak źle. Coraz bliżej i bliżej. Kilka km. 1 km, kilkaset metrów. Zaczęły pojawiać się jakieś trzciny, o które zaczęliśmy się ocierać. Uff. Daliśmy radę.

Coś łupnęło od dołu. Jeden raz, drugi. Motorniczy wyłączył silnik, a statek zwolnił. Kolejny ostry zgrzyt o dno i zatrzymaliśmy się na dobre. Tak to właśnie 200 metrów od brzegu utknęliśmy na mieliźnie. Ciemno jak w przysłowiowej du…, zimno jak cholera, a my po ciemku na statku i teraz nie wiadomo co. Na pokładzie nie było ani jednej szalupy. Radia nie użyją, bo cała eskapada nie była legalna. Dlatego też ominęliśmy przystań, i cwaniaki chcieli dobić gdzieś na dziko do brzegu.

W środku panika. Francuzi byli najlepsi. Telefony, wydzwanianie itd… W pewnym momencie jedna dziewczyna pyta czy ktoś ma adres e-mail jakiś służb ratunkowych. Kobieto. Myślę sobie, zastanów się trochę. Jakaś starsza kobieta wyszła na zewnątrz i zaczęła krzyczeć. Pomocnik „kapitana” albo i sam kapitan, popłynął do brzegu. Gdzieś w oddali migotały jakieś światła. Coś zaczęło się dziać i po około godzinie przypłynęła jakaś malutka łajba rybacka. Światła mieliśmy jedynie tyle ile dawały telefony komórkowe. Więc po kilka osób, wychodziliśmy ostrożnie do przybyłej szalupy ratunkowej, po czym miejscowi transportowali nas do brzegu.

2 soles, usłyszałem kiedy wysiadłem na brzeg. No to chyba go poniosło. I to nieźle. Pokazałem ręką na statek i powiedziałem, że niech się zwróci o zapłatę do przewoźników. Im zapłaciłem i Oni gwarantowali mi przeprawę. Wszystko miało trwać 4 godziny. Przeciągnęło się do 7 i jeszcze, jak się za chwilę okazało, nie byliśmy w Boliwii, ale w wciąż w Peru, niedaleko przejścia granicznego. Cwaniaki.

W całym tym zamieszaniu ktoś w nerwach wyciągnął kluczki ze stacyjki i wyrzucił w szuwary. Chyba będą mieli chłopaki problemy.

Granica była już zamknięta. Możecie iść powiedział żołnierz, jednak pamiętajcie, aby wrócić tutaj jutro rano po pieczątkę wyjazdową z Peru, bo inaczej będziecie mieli w przyszłości problem, aby ponownie tutaj wjechać. No i dupa. Część z nas poszła do Boliwii, część wróciła do pobliskiego oddalonego o kilka kilometrów miasteczka. Mimo, iż było dopiero w okolicach godziny 21, temperatura spadła znacznie poniżej zera. Przy tej wilgotności, ziąb naprawdę ciężki do wytrzymania.

Doszliśmy do Yunguyo. Jacyś miejscowi wskazali nam jakiś tani hostel. Zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy znaleźć coś do jedzenia. Niby nie było tak późno, ale wszystko już pozamykane. Jeden malutki sklepik z masą pijanych Peruwiańczyków, za wyjątkiem alkoholu oferował jedynie ciastka. Kupiliśmy jakieś i butelkę wina na poprawę humoru. W hostelu łazienka na zewnątrz i oczywiście zimna woda. Termometr wskazał –7oC, więc daliśmy sobie spokój. Nawet wyśmienite, peruwiańskie wino nie smakowało w tej temperaturze dobrze. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 7 – 01.06.2016

 

 

W nocy jest przeraźliwie zimno. Mróz i to niezły. W łazience pojawiła się letnia woda, więc nie zastanawiając się długo, trzeba było wykorzystać sytuację. Idę zwiedzić Yunguyo. Za dnia prezentuje się całkiem ciekawie. Mała i smętna mieścina, a przez to ciekawa. Praktycznie zero turystów. Standardowo Plaza de Armas, z fikuśnie przystrzyżonymi żywopłotami i Kościołem w stylu kolonialnym. Mimo, że niebo jest bezchmurne i ostro świeci słońce, mróz trzyma do 9.  Wstępuję do jakiejś lokalnej jadłodajni, dla miejscowych. Standardowo kopiasty talerz ryżu, na wierzchu jakieś mięso i warzywa. Obowiązkowo herbata z liści coca. Dziwne, ale jak człowiek jest najedzony to i od razu wszystko wydaje się lepsze.

Kręcę się jeszcze trochę po mieście, zaglądając tu i tam. Małe, kameralne miasteczko u brzegów Titicaca. Stara Indianka, siedząca przy plastikowym stoliku na rozklekotanym krześle, pod parasolem słonecznym wymienia pieniądze. Jednak z twardych walut w grę wchodzą jedynie dolary lub euro. Na funty nikt nawet nie chce patrzeć.

Budzę kumpla i wynajętą taksówką podjeżdżamy do granicy. Cena 3 sole. W międzyczasie widzimy wczorajszy statek wycieczkowy, który stoi w dalszym ciągu na mieliźnie. Oj, oberwie się szmuglerom. Na granicy szybko, sprawnie i bezproblemowo. Przysłowiowe 5 min i idziemy do Boliwijczyków. Tam jeszcze szybciej. Karteczka z pieczątką wjazdową i witamy w Boliwii.

Na przejściu od razu czekał naganiacz z colectivo. Za 4 boliviano podwozi nas do Copapagany. Jeszcze lepiej niż w Peru. 17 km za 1 zł od osoby. Pełen folklor, razem z nami, jadą także starsze Indianki z towarem na targ. Skrzynki owoców, warzyw i jakiś żywy inwentarz. Podoba mi się to. Zawsze będzie co powspominać.

Kręcimy się trochę po Copapaganie, standardowo odwiedzając targ. Mam wrażenie, że tutaj każdy chce coś sprzedać. Wszędzie stoiska z rozstawionym towarem. Jest dużo taniej niż w Peru. Ogólny misz – masz, a jednak w pewnym sensie bardzo ciekawie. No i oczywiście Indianki w kapeluszach. To akurat od razu rzuca się w oczy. Wyglądają dość ekscentrycznie. W końcu udaje mi się nawet wymienić funty.

 

Copapagana, Boliwia

 

 

Bilet autobusowy do La Paz – 20 boliviano. Konkurencja taka, że prawie kłócono się o to, kto ma nas zabrać. Transportu praktycznie do wyboru, do koloru. Rozsiedliśmy się w autobusie i ponownie podziwiając okoliczne widoki, wyruszyliśmy do stolicy. W międzyczasie mieliśmy nawet przeprawę barką przez jezioro. To się nazywa organizacja. Po niespełna czterech godzinach jazdy i kolejnych dwóch w korkach, dojechaliśmy na miejsce.

 

La Paz, Boliwia

 

 

La Paz. Najwyżej położona stolica świata. Prawie 4000 metrów n.p.m. Dziwne uczucie, ale człowiek ma tutaj wrażenie, że gdzie by się nie wybrał, zawsze jest pod górę. Czasami różnice wzniesień, jakie należy pokonać są znaczne. Przy tej wysokości jest to dosyć męczące. Nie mamy zresztą gdzie się spieszyć, więc do wieczora kręcimy się po mieście. Jest wielkie i zatłoczone. Wszędzie porozstawiane stragany, każdy czymś handluje. Niby stolica, a jednocześnie jeden wielki bazar. Mimo tego całego rozgardiaszu jest bardzo ciekawie. Tak swojsko. Przy Plaza de Armas, kordony policji i zasieki. Oj, coś będzie się działo. Chociaż praktycznie nikt nie zwraca na to uwagi. Dookoła tłumy ludzi.

W okolicach dworca autobusowego znajdujemy jakiś tani i przyzwoity nocleg. Jest nawet letnia woda i … wielka misa z liśćmi coca. Połączeń do Arici jest wiele; cena 80 – 100 boliviano. Międzynarodowe połączenie długości 500 km, luksusowym autobusem. Nieźle. Kupujemy u jednego z przewoźników bilet i do późnego wieczoru spędzamy czas w mieście.

___________________________________ 

  

 

Dzień 8 – 02.06.2016

 

 

W nocy ponownie jest bardzo zimno, – 6oC. Amplitudy takie jak na pustyni. Jak Oni tutaj żyją? Ciężko się przyzwyczaić.

Autobus pierwsza klasa. Poduszeczka i kocyk obowiązkowo dla każdego z pasażerów. Kierowca, steward i pani z kasy. Obsługa jak w samolocie. Szkoda tylko, że zapomnieli nas poinformować, że cena biletu nie zawiera jakiejś dziwnej opłaty. Opuszczenie dworca autobusowego. Przy wyjeździe szlaban, wchodzi kontroler do autobusu i sprawdza specjalne bileciki, kto nie ma, temu sprzedaje. To tylko 2 boliviano, mówi do nas. A my na to, że nie mamy. Nie mamy, bo przyjechaliśmy do Boliwii przypadkiem i właśnie stąd wyjeżdżamy. Wczoraj wydaliśmy wszystkie boliviano i nic nie mamy (mam oczywiście trochę lokalnej waluty, ale to do mojej kolekcji w albumie). Posiadamy jedynie peruwiańskie sole. Nie, muszą być boliviano. Zaczyna robić się nieprzyjemnie. Przychodzi bileterka i zaczyna nam coś tłumaczyć. Nikt nie mówi po angielsku, a z naszym hiszpańskim trochę kiepsko. Powiedziałem, że nie interesuje mnie to. Nikt mnie o tym wcześniej nie poinformował i tyle. Na odczepnego wyciągam całą garść monet z kieszeni. Pensy, funty, centavos, sole, złotówki, grosze, centy, euro – podsuwam Jej pod nos i mówię, aby sobie coś wybrała. Zdębiała i po chwili ku mojemu szczeremu zdziwieniu, znalazła tam 5 boliviano. Ale czad. Fajnie czasami mieć bałagan w kieszeni J.

Wczesna godzina poranna, więc wszelkie korki w La Paz pozostają jedynie wspomnieniem. Kończymy naszą krótką, wcześniej nieplanowaną wizytę w Boliwii i jedziemy do Chile. To dopiero coś. Autobus jak w Turcji. Steward dba o wygodę pasażerów. Częstuje gorącą herbatą, roznosi ciastka i napoje. Pierwsza klasa. A My podziwiając widoki podobne do peruwiańskich, jedziemy w nieznane. Wielkie góry, a pomiędzy nimi jeszcze większe przestrzenie z suchą trawą. Od czasu do czasu pasące się lamy i alpaki. Drogi wręcz zachwycają. Gładziutki i praktycznie idealny asfalt. Żadnych dziur czy kolein. Ciekawe, co na to nasi drogowcy? Deszcze, śniegi, mróz,  a temperatury maksymalnie skrajne w przeciągu jednej doby. Do tego wszędobylski piasek i wysokość dużo ponad 3000 m n.p.m. Jednak mimo tego wszystkiego jedzie się bardzo przyjemnie. Bliżej Chile zaczynają pojawiać się wulkany. Wielkie 6, 7 tysięczniki z wielkimi czapami śniegu na wierzchołkach. Imponujące, tym bardziej, że niektóre z nich nie znajdują się w łańcuchach górskich, ale zlokalizowane są samotnie na wielkich i płaskich równinach. Nevado Sajama – 6500 metrów, przykuwa spojrzenie na długo. Widok naprawdę niesamowity.

 

Granica Boliwia - Chile

 

 

4600 metrów nad poziomem morza. Na takiej wysokości znajduje się przejście graniczne Boliwia – Chile. Musimy wysiąść z autobusu. Oj, czuć coś w powietrzu. Jakieś Ono dziwne, takie rzadkie. Mimo głębokich oddechów człowiek ma wrażenie, że nie może właściwie dotlenić organizmu. Oddychamy jak po długim biegu, cały czas biorąc duże oddechy. Po pewnym czasie trochę się przyzwyczajamy.

Broń to oczywiste. Czasami mięso. Rzadziej ser. Jednak rośliny i nasiona. Dalej jeszcze lepiej: wszelkiego rodzaju owoce i warzywa. Obowiązuje kategoryczny zakaz wwozu tego wszystkiego do Chile. Każdy stoi ze swoim bagażem, a pogranicznik z wyszkolonym psem podchodzi do każdego z nas. Przy jednej babci pies zaczyna szczekać. Wystraszona kobiecina wyciąga z kieszeni niedojedzony kawałek sera. Zakaz i tyle. Ser leci do kosza.

– aa!@#$%^&*@#$%^” – pyta mnie celniczka.

– No hablo español – odpowiadam uśmiechając się do Niej.

– I don’t speak English and what now? – tamta odpowiada i powtarza swoje:

– aa!@#$%^&*@#$%^”

– Arica, Tacna – odpowiadam.

 

A Ona uśmiecha się pod nosem, mówi: „Bienvenido a Chile” i siup, kolejna pieczątka do paszportu.

 

Może o to Jej chodziło? Gdzie jadę? Do dzisiaj nie wiem. W sumie, o co może pytać celnik?

 

K'isi K'isini, Chile

 

 

Robimy sobie jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć na przejściu granicznym na tle ośnieżonych szczytów K'isi K'isini i dalej w drogę. Od tej pory droga prowadzi w dół. Powoli, lecz sukcesywnie zaczyna robić się gorąco. Strasznie gorąco. Steward częstuje nas zimną colą, a później roznosi obiad. Dwa dania do wyboru i to gorące. Naprawdę jestem pod wielkim wrażaniem.

Czasami na urwiskach widzimy wraki samochodów, które spadły w przepaść. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak może wyglądać ciężarówka, która stoczyła się kilkaset metrów w dół zbocza. Wrak to mało powiedziane. Powoli zanikają trawy i zaczyna się krajobraz pustynny. Widzimy coraz więcej wydm i od czasu do czasu prześwitujące między nimi w dolinach, oazy.

 

Poconchile, Chile

 

 

Poconchile. Takiej miejscowości jeszcze nie widziałem na oczy. Nie chodzi dokładnie o miejscowość, co o jej usytuowanie. Pustynia. Wielka, gorąca i piaszczysta pustynia, przez nią płynie sobie całkiem niemała Rio Lluta. A wzdłuż jej brzegów ciągnąca się kilometrami, zieleń. Nie jakaś tam zwykła, lecz tak jaskrawa, że aż kłująca w oczy. Sady i najróżniejsze pola uprawne a wśród tego wszystkie miasteczko. Wszystko wąskie, maksymalnie kilkaset metrów z lewej strony rzeki i dużo mniej z prawej. Wszystko idealnie zorganizowane i połączone kanałami irygacyjnymi. Po prawej zaraz za wąskim pasem zieleni, ciągnący się kilometrami, wielki pasm wydm. Wysokich na kilkaset metrów. Są wręcz gigantyczne. Jedna wielka burza piaskowa i są w stanie zasypać praktycznie wszystko, w mgnieniu oka.

Arica. Nie takie małe, lecz prowincjonalne chilijskie miasteczko. Różnicę widać od razu na każdym kroku. Porządek i ład sprawia, że jest wręcz miło i przyjemnie. Tak jak w europejskich krajach. W markecie jest nawet wielka półka z Polską Wyborową. Kręcimy się trochę po mieście, kosztując w międzyczasie jakiś lokalnych specjałów i wracamy na dworzec autobusowy. Musimy znaleźć jakieś połączenie do Tacny.

Jak się okazało, nie ma z tym najmniejszych problemów. Połączeń bez liku. Cena 2000 peso. Drożej niż w Peru, ale i taniej niż w Polsce. Pamiętając o incydencie w La Paz, zawczasu kupujemy za 350 peso, bilecik uprawniający do wyjazdu z dworca. I tak z całą masą handlarzy, wracamy autobusem do Peru. Krótki postój na granicy i wieczorem jesteśmy w Tacnie. No i wszystkie blokady w rejonie Puno zostały ominięte szerokim łukiem. Kosztowało Nas to, co prawda więcej czasu, ale zawsze jest co powspominać.

Krótki dylemat co robić? Nocować i jechać przez dzień, czy odwrotnie? Pada na to drugie, więc idziemy na nocne zwiedzanie miasta. Tacna jest jakaś inna. Spokojniejsza. Jest tutaj dużo czyściej i schludniej. Kierowcy częściej stosują się do respektowania przepisów ruchu drogowego. Powiedziałby nawet, że bardziej przypomina chilijską Arice, niż widziane wcześniej miasta peruwiańskie. Plaza de Armas jest miejscem, gdzie można w spokoju usiąść i oddać się relaksowi. Jesteśmy na nizinach, więc mimo wieczoru, jest przyjemnie ciepło.

Późno w nocy wyjeżdżamy do Arequipy.

 ___________________________________ 

  

 

Dzień 9 – 03.06.2016

 

  

W nocy jest zimno. Musieliśmy ponownie wrócić na wyżyny. Autobus jak poprzednie, pierwsza klasa, więc nocny przejazd nie męczy, a relaksuje. Rano jesteśmy w Arequipie. Taksówkarze jak to taksówkarze. Cwaniacy wszędzie tacy sami. Peru fajnie rozwiązało ten problem na dworcach i lotniskach. Przy wyjściu jest wielka tablica z ważniejszymi ulicami i cenami za przejazd taksówką do tych miejsc. Próbują oczywiście naciągać, ale niezorientowanych. I tak za 8 soli jedziemy dobre 5 km, aż do ścisłego centrum.

Ze znalezieniem noclegu nie ma najmniejszego problemu. 25 soli za noc. Zostawiamy plecaki i w miasto. Godzina co prawda wczesna, ale wcale to nam nie przeszkadza. Zwiedzamy Arequipę. Mija kilka godzin i zaczyna robić się mały tłok. Sprzedawcy otwierają sklepiki, inni rozkładają stragany, a kobiety, domowe garkuchnie. Jest gwarnie, ale mimo tego jakoś tak przyjemnie. Miasto jest duże, i inaczej zorganizowana niż Cusco. Komunikacja oczywiście podobna, wszyscy jeżdżą jak wariaci, ale mimo tego, inaczej. Może dlatego, że centrum? Może dlatego, że uliczki malutkie i wąskie? Nie mam pojęcia. W sumie jest bardzo dużo policji, która na każdym kroku pilnuje porządku. Chyba jednak przez to.

Kumpla rozłożyła gorączka, więc poszedł się kurować, a Ja standardowo poszedłem szukać targu. Najlepszy jaki miałem okazję odwiedzić w Peru. Duży, kryty z podziałem na sekcje. W jednej warzywa, w innej owoce, w innej, sery, mięso, dalej świeże mięso (z racji wysokości nie ma ani jednej muchy), gdzie indziej zioła i suszone głowy małych lam. Chińszczyzny praktycznie jak na lekarstwo. Wszystko lokalne. Targ, jaki uwielbiam. Samych ziemniaków jest kilkanaście gatunków. Patrząc na niektóre z nich, w życiu nie pomyślałbym, że tak może wyglądać ziemniak. Podobnie z kukurydzą. Mała, duża, rozumiem, ale czarna? I to widać, że świeża, bo aż błyszcząca, a jednak czarna jakby ktoś wysmarował ją pastą do butów. Na samym końcu targu zlokalizowano stoiska z domowym jedzeniem i kilkadziesiąt stoisk ze świeżo wyciskanym sokiem. Sok wyciskany jest z dziesiątków najprzeróżniejszych owoców. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Na podwyższeniu stoi sprzedawczyni, a dookoła jej pięknie poukładane w schludne stosiki masy owoców. Najprzeróżniejszych. Niektóre z nich widzę pierwszy raz na oczy. 30 rodzajów, może i więcej. Kupując, płaci się nie za szklankę, lecz za ilość wyciśniętego soku z porcji owoców. Dlatego zazwyczaj są to dwie wielkie szklanki świeżego soku. Czasami ciut więcej. Cherimoya, ten owoc najbardziej zapadł mi w pamięć. O przepysznych, domowych wyrobach kulinarnych, nawet nie ma, co wspominać. Czasami, aż bolą oczy.

 

Stoiska z sokami, Arequipa, Peru

 

 

Spędzam cały dzień kręcąc się ulicami Arequipy. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to najładniejsze peruwiańskie miasto. Hiszpańskie zabytki, utwierdzają w przekonaniu, jakie bogate kiedyś było to imperium. Panuje oczywiście rozgardiasz i harmider, kierowcy trąbią praktycznie bez przerwy, tłumy ludzi a z nieba leje się żar. Jednak jest inaczej, tak jakoś przyjemnie.

Idę na przedmieścia, aby dokładniej przyjrzeć się pobliskiemu, górującemu nad miastem wulkanowi. Niby wędrówka na przedmieścia, a droga wiję się w górę jak na niejednym szlaku w Karkonoszach. Misti, prawie 6000 metrów – ostatnia erupcja 1985 rok. Niesamowite. Cały czas nie mogę uwierzyć, że jest to rejon sejsmiczny. W hotelach czy restauracjach często wiszą tabliczki informacyjne, aby o tym pamiętać. Sam Misti jest imponujący. Wygląda dokładnie tak jak człowiek wyobraża sobie wulkan. Samotny, wielki i regularny stok, bez szczytu, lecz za to z kraterem, od góry przykrytym śniegiem. Góruje nad miastem i można go zobaczyć praktycznie z każdego miejsca.

Wieczór jest jeszcze przyjemniejszy. Chłodno, ale przyjemnie. Nie ma takiego skoku jak w innych miastach. W nocy jest oczywiście zimno, ale temperatura spada dużo wolniej. Plaza de Armas przyciąga masę ludzi. Na środku wielka fontanna, dookoła masa zieleni i oczywiście z jednej strony wielka i imponująca Katedra. Podobnie jak w dzień, tak i teraz pilnująca porządku policja. Panuje bardzo przyjemna atmosfera, dlatego w spokoju można spędzić tutaj cały wieczór.

___________________________________ 

  

 

Dzień 10 – 04.06.2016

 

 

W nocy jest jedynie zimno. Pobudka o 2:30 nad ranem. To dopiero jest ciekawostka, bo nie było chyba sensu w ogóle kłaść się spać. Jedziemy do Kanionu Colca. Z racji odległości i czasu, wykupiliśmy lokalną wycieczkę w jednym z licznych biur. Jak się później okazało, decyzja była jak najbardziej słuszna, jeśli człowiek planuje wybierać się tam na jeden dzień. Bus wraz z przewodnikiem i dodatkowo śniadanie. Obiad na własny koszt, w formie peruwiańskiego szwedzkiego stołu. Dodatkowa atrakcja.

Jest praktycznie środek nocy a do Kanionu mamy prawie 170 km, więc każdy z nas zasypia. Ranem zatrzymujemy się na śniadanie i krótkie odwiedziny targu przy starym, hiszpańskim kościele w Chivay. Stąd właśnie w 1981 roku, wyruszyła polska wyprawa kajakowa, której celem było po raz pierwszy, przepłynięcie Kanionu Colca. W centrum jest nawet tablica pamiątkowa upamiętniająca tamto wydarzenie. Wyprawa oczywiście zakończona sukcesem.

Kanion Colca jest jedyny w swoim rodzaju. Najgłębszy kanion świata. Dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu w Kolorado. Jego ściany wznoszą się na ponad 3 km z jednej i ponad 4 km z drugiej strony. Czas nam na to nie pozwala, ale istnieje opcja, aby zejść specjalnym szlakiem na sam dół. Spotkane wcześniej Francuzki o tym opowiadały. Tylko do tego wyczynu potrzeba minimum dwóch dni. Może kiedyś nadarzy się ku temu okazja. Tym razem jednak podziwiamy Kanion z góry. Sam widok zapiera dech. Dodatkową atrakcją są wielkie jak małe szybowce, szybujące kondory. Dziwnie latają, gdyż praktycznie nie machają skrzydłami, tylko wykorzystują ciepłe prądy powietrzne. Punkt widokowy pozwala nam obserwować je praktycznie z kilkunastu metrów. Przepiękne. Nawet nie wiedziałem, że żyją ok. 70 lat.

 

Kondor, Kanion Kolca, Peru

 

 

W drodze powrotnej powtórnie podziwiamy przepiękne krajobrazy. Kanion, dalej kolorowe tarasy z polami uprawnymi i góry. Wszystko to zlewa się w jeden wielki cud natury. Żadne zdjęcia nie odzwierciedlą tych krajobrazów, a ich widok na zawsze pozostaje w pamięci. Dodatkową atrakcją są gorące źródła. My jednak wolimy w zamian, krótką wspinaczkę na okoliczne góry. Tym bardziej, że ze szczytu mogliśmy podziwiać, czynny i nawet ostro dymiący, wulkan – Sabankaya. Sześciotysięcznik. Pierwszy raz widzę czynny wulkan, z którego krateru wydobywają się takie kłęby dymu. Widok jedyny w swoim rodzaju. W trakcie kolejnej przerwy, mamy okazję pobić rekord wysokości – 4922 metry nad poziomem morza. Wyżej niż Mont Blanc. Mój absolutny rekord. Oj, strasznie dziwnie się oddychało na tej wysokości.

Po południu docieramy do Arequipy, decydujemy się na jeszcze jeden nocleg. Ponownie idziemy na nocne zwiedzanie miasta. Obowiązkowo targ, następnie małe, wąskie i malownicze uliczki, a na koniec Plaza da Armas. Arequipa jest miastem, do którego zawsze warto przyjechać. Nawet jakby miałaby być jedynym odwiedzonym miastem w Peru. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 11 – 05.06.2016

 

 

W nocy jest ponownie jedynie zimno. Tym razem dajemy sobie czas, aby wypocząć. Plan na dzisiaj to spokojny i bezstresowy relaks w mieście. Śniadanie na targu i wędrówka w niezbadane jeszcze dzielnice. Znaleźliśmy wielki park, a co najdziwniejsze: wejście niego jest płatne. Kolejka strasznie długa, z czego wnioskujemy, że musi być ciekawie. Park jak park, ciekawy oczywiście, jednak czy warto pobierać opłatę za wejście? Co kraj to obyczaj. Peruwiańczycy muszą być spragnieni zieleni, gdyż mimo wszystko, bardzo mało jej mają w terenach górskich. Za wyjątkiem oczywiście wszystkich Plaza de Armas. Ciekawe, ale w parku przy ogrodzeniu rozłożonych było wiele lokalnych, domowych garkuchni. Śmiesznie trochę to wyglądało, gdyż kobiety siedząc na chodniku sprzedawały jedzenie klientom w parku. Pomiędzy nimi natomiast był wielki, metalowy płot. Zawsze znajdzie się sposób, aby obejść przepisy.

 

Sprzedaż 'zza płotu', Arequipa, Peru 

 

 

Dzień powoli mija nam na leniwym zwiedzaniu Arequipy. Niektóre miejsca odwiedzamy po raz kolejny inne po raz pierwszy. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Dalszy etap, przejazd do Pisco zaplanowaliśmy na wieczór.

Tym razem znakomita peruwiańska organizacja transportowa zaskoczyła nas niesamowicie. Każdy turysta wchodzący do autobusu nagrywany był poprzez ustawioną przy wejściu kamerę. Dodatkowo przy odjeździe, stewardesa robiła zdjęcie każdemu pasażerowi. To dopiero ciekawostka.

___________________________________ 

  

 

Dzień 12 – 06.06.2016

 

 

W nocy jest przyjemnie chłodno. Coś mnie podkusiło nas ranem, aby sprawdzić GPS. Kierowca zapomniał zatrzymać się w Pisco i minęliśmy je prawie godzinę temu. Skutkiem tego mieliśmy krótką przerwę w Chincha Alta i powrotne colectivo do Pisco. Godzina jazdy. No i po super organizacji. Niby zdjęcia przy wejściu do autobusu, ale to jednak wciąż Peru.

Krótko przed południem jesteśmy na miejscu. Tani nocleg w hotelu, oficjalnie jeszcze nie oddanym do użytku, ukazuje nam, jak to pracownicy świetnie sobie radzą. Obiad standardowo na lokalnym targu i szukamy jakiegoś transportu do Ica. Trochę okazało się to skomplikowane, gdyż musieliśmy cofnąć się kilka kilometrów do Cruce, gdzie przy głównej drodze znajdował się przystanek autobusowy. Zajęło nam to trochę czasu, ale po około 2 godzinach dotarliśmy do Ica. Krótki rekonesans i motoryksza dowiozła nas do pierwszych wydm.

 

Oaza Huacachina, Peru

 

 

Huacachina okazała się wypisz wymaluj pierwsza klasa, sztandarową pustynną oazą. Dookoła wysokie piaszczyste wydmy, a w dolinie małe jeziorko, otoczone palmami. Przepiękna sceneria, której widok psują jedynie stragany, ale cóż na to poradzić. Wspinam się na jedną z wydm. Ma z 50 metrów wysokości. Z jej szczytu widok ekstra, ale za nią, zobaczyłem kolejną jak to na pustyni, kolejną wyższą wydmę. Co mi tam. Postanowiłem wspiąć się i na nią. Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Piasek jak mąka, nogi zapadają się po kostki, a czasami nawet i głębiej. Na trzy, cztery kroki, jeden robi się do tyłu. Wejście na około 100 metrową wydmę zajmuje mi dobre pół godziny. Widoki rekompensują wszystko z nawiązką. Przede mną w oddali pustynia. Czy wielka? Nie wiem. Widać ją aż po horyzont, wydma za wydmą, a powietrze, aż faluje z gorąca. Mam okazję także podziwiać całą oazę z góry, wraz z otaczającymi ją piaskami.

Całość wspinaczki zajęła mi mniej więcej godzinę, a skutkowała poparzeniami skóry. Na rękach pojawiły mi się wielkie bąble. Faktycznie, jest krótko po południu, więc słońce pali niemiłosiernie. Trudno, nie pierwszy i nie ostatni raz. Krótka przerwa na piwo i wracamy do Ica. Zwiedzamy trochę miasteczko. Turystów jest jak na lekarstwo, w większości miejscowi, mimo tego jednak tłumy wielkie. Jak w jakiś dzień targowy.

Do Pisco wracamy wieczorem. Lekkie targi z pewnym naciągaczem, który chciał 10 razy więcej za podwiezienie nas z Cruce, zakończone pełnym sukcesem. Dlaczego na Europejczyków patrzy się zawsze jak na chodzące skarbonki? W Pisco tłumy podobne, wszędzie masa ludzi. Mieliśmy pójść nad ocean, ale ponoć po zmroku nie jest to za bardzo bezpieczne. Siadamy więc na Plaza de Armas i chłoniemy lokalne widoki. Grupa młodych Peruwiańczyków akurat ćwiczy jakiś dziwne techno – układy. Wieczór mija nam bardzo spokojnie. 

___________________________________ 

  

 

Dzień 13 – 07.06.2016

 

  

W nocy jest przyjemnie chłodno. Rankiem jedziemy do Paracras. A stamtąd statkiem płyniemy na Islas Ballestas, ponoć zwane są Małymi Galapagos. Ciekawe czy są żółwie? Tym razem wszystko jest tak jak powinno wyglądać podczas rejsu. Jako podstawa, każdy z nas przy wejściu na pokład otrzymuje kamizelkę ratunkową. Przez pierwsze kilka kilometrów rejsu płyną obok nas w delfiny. Piękne.

W pierwszej kolejności dopływany do brzegu półwyspu, na brzegach którego, dostrzegamy jeden z słynnych inkaskich znaków skalnych. Kandelabr. Wielki na kilkadziesiąt metrów, wykuty w skale znak. Nie planowałem zwiedzania Nazca, ten w zupełności mi wystarczył. Po co go wykonano? Podobnie jak te w Nazca. Do dzisiaj nikt tego nie wie. Ponoć były to jakieś tajemnicze znaki dla przybyszów z kosmosu...

 

Znak na skale, Paracras, Peru 

 

 

Trzy wyspy, będące rezerwatem narodowym, podziwiać można wyłącznie z pokładu statku. Przy pierwszej obserwujemy setki kormoranów i pelikanów oraz rodziny pingwinów. Nigdy nie przestaną mnie fascynować te ptaki. Identycznie jak w bajce „Pingwiny z Madagaskaru”, przyszły kołysząc się na boki, stanęły w rządku i gapiły się na nas. Tak do końca to w sumie nie wiem, kto dla kogo był atrakcją?

 

Pingwiny, National Islas Ballestas, Peru

 

 

Przy kolejnej wyspie natknęliśmy się na lwy morskie. Jedynie kilka, jednak poobserwowaliśmy je sobie z bardzo bliska. Kto widział wcześniej foki, przyzna, że są inne. Trzecia wyspa miała jakiś inny kolor. Niby skały, ale jakieś takie ciemne. Coś było nie tak. Dodatkowo ta ciemna warstwa lekko falowała. Po podpłynięciu bliżej, okazało się, że to ptaki. Tysiące, tysiące i jeszcze raz tysiące. Najróżniejsze; kormorany, flamingi, głuptaki, pelikany i oczywiście pingwiny Humboldta. Z daleka wyspa jest po prostu czarna. Kiedy natomiast podpłynie się bliżej, okazuje się, że siedzą na niej ptaki, jeden przy drugim. Pierwszy raz widziałem tyle ptaków w jednym miejscu.

Bardzo zadowoleni wracamy do hotelu po plecaki. Odwiedzamy jeszcze targ z jego domowymi garkuchniami i podjeżdżamy Cruse. Tam przesiadamy się do autobusu dalekobieżnego i po kilku godzinach jazdy jesteśmy w Limie. Wysiadamy na jakimś dworcu w centrum i idziemy pokręcić się po mieście.

Jedno trzeba przyznać: Lima jest wielka. Idziemy standardowo jak w każdym mieście na Plaza de Armas. Kupujemy jakieś lokalne, domowe przekąski i kręcimy się po okolicy. Trafiają się nawet jakieś protesty. Chyba coś będzie się działo, bo naprzeciw siebie stoją i skandują dwie wielkie grupy zwolenników „czegoś tam”. Pełno policji przygotowanej na tego typu imprezy, czyli uzbrojonej po zęby w pałki i pistolety gazowe. Głupio byłoby mieć jakiś nieprzyjemne przygody na sam koniec, więc robimy trochę zdjęć i idziemy dalej. Wszędzie panuje wielki ruch, samochód za samochodem, pieszy za pieszym i tak bez ustanku. Po kilku godzinach staje się to męczące.

W wielu źródłach podają, że Lima jest jedną z niebezpieczniejszych stolic. Potrafię w to uwierzyć, kiedy zobaczyłem nocą, pewne dzielnice w okolicach lotniska, gęsto obfitujące w transwestytów. Całe szczęście, że nocleg znaleźliśmy trochę dalej.  

___________________________________ 

  

 

Dzień 14 08.06.2016

 

  

W nocy jest nieprzyjemnie chłodno. Zachmurzone niebo, mgły i wilgoć. Jak dwa tygodnie temu. Rankiem idę jeszcze pokręcić się po targu. Później na lotnisko. Odprawa i wylot. Dwa tygodnie minęło jak z bicza strzelił. Nawet nie wiem, kiedy. Na koniec, wisienka na torcie w postaci podziwiania Amazonki z okien samolotu. Jedynym słowem nasuwającym się, aby jakoś Ją opisać to: Gigantyczna. Zawsze będę ja pamiętał, jako przeolbrzymią, brązową rzekę, wijącą się niezliczoną ilością meandrów wśród bezkresu zieleni.

 

Amazonka, Brazylia

 

 

Z bardzo krótkim czasem na przesiadkę w Madrycie, do Gatwick docieram po dziewiątej rano kolejnego dnia. W tę stronę nawet nie odczuwam tak drastycznie zmiany czasu jak w Cusco. Jestem po prostu bardzo zmęczony. Jeszcze tylko 4 godziny jazdy autobusem i z przedziwnym uczuciem wewnętrznego spełnienia, docieram do domu.

___________________________________ 

 

 

 

                                                                                                                                                                                                  --- Mojej żonie, Sylwii ---

 

 

Przejdź do galerii zdjęć

 

 

 

Czytany 3659 razy
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Artykuły powiązane

Najczęściej czytane