Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2018, Iran

Drugie podejście


 

Dzień 1 – 3.04.2018

Praga / Kijów

 

Nerwowa atmosfera daje się wyczuć od razu. Gdzie Oni jadą? Przecież tam jest niebezpiecznie. Arabscy terroryści. ISIS i w ogóle wojna. Nie ma co dyskutować. Jak ktoś jest niedouczony to jego problem. Kawa, śniadanie i w drogę.

Podziwiając ośnieżone Karkonosze, wjeżdżamy do Czech. Czas na pierwszy test karty Revolut. Koszt winiety 320 koron. Loguje się do aplikacji, wymieniam walutę na czeskie korony i płacę kartą. Od razu dostaję informację, o dokonaniu transakcji wraz detalami, takimi jak miejscem, adres i oczywiście kwota. Dla pewności wszystko dokładnie sprawdzam i faktycznie, pobrano jedynie lokalną walutę, bez jakichkolwiek prowizji. Podoba mi się to. Tym bardziej, że kursy są o wiele korzystniejsze niż w kantorach i brak jakichkolwiek prowizji.

Krótka przerwa w Pradze na kawę, skutkuje kolejnym testem Revolut. Podobnie jak późniejsza płatność za parking. Mam tylko nadzieją, że lista dostępnych walut będzie sukcesywnie rozszerzana.

Krótkie formalności, transfer z parkingu na lotnisko, odprawa i o 11:15 odlatujemy do Kijowa. Żadnej komercji jak w Ryanair i wciskania człowiekowi na siłę najróżniejszych dupereli. Pełna kultura. W Kijowie, mimo zapewnień, że Polacy mogą kupić wizę na lotnisku w Teheranie, poproszono mnie o jej okazanie. Całe szczęście, że postarałem się wcześniej o jej wersje elektroniczną. Zastanawiający jest fakt, dlaczego przyczepili się jedynie do mnie? Czyżby kolejny raz moje zdjęcie w paszporcie?

Lecimy w nieznane. W samolocie chyba chcieli przygotować nas na perskie temperatury, bo grzali niemiłosiernie. W pewnym momencie miałem już tego dosyć. Jak nie klimatyzacja to ogrzewanie. Nie ważne co, jednak zawsze bez żadnego umiaru.

___________________________________   

 

 

Dzień 2 – 4.04.2018 / 15.01.1397

Teheran

 

Proszę zapiąć pasy, za chwilę będziemy podchodzić do lądowania. Większość Iranek jak na komendę wkłada chusty a pozostali milkną i podziwiają światła Teheranu. Atmosfera jest jakaś inna, dziwna. Cisza, aż kłuje w uszy. Wielka metropolia, niczym nieróżniąca się od europejskich stolic. Przynajmniej z okien samolotu.

Wielki i nowoczesny Imam Khomeini Airport świeci pustkami. Idziemy powoli podziwiając podświetlane reklamy zabytków rodem z „Baśni 1001 nocy”. Ciężko uwierzyć gdzie jesteśmy. Sprawdzono nam ubezpieczenie i przepuszczono dalej, gdzie opłaciliśmy uzyskaną wcześniej eVisę i siup, kolejna pieczątka do paszportu. Odebraliśmy bagaże i po wszystkim. Całość nie trwała nawet godziny.

Wiza:

https://e_visa.mfa.ir/en/

 

Wiele można przeczytać w internecie na temat wiz do Iranu. Kilka lat temu wymagało to większego zachodu, jednak teraz sprawa została bardzo uproszczona. Wprowadzono tzw. eVizę. Wypełniamy oczywiście odpowiednie wnioski, załączamy skan zdjęcia oraz paszportu i czekamy. Po upływie dwóch tygodni mamy odpowiedź. Jakbyśmy z jakiegokolwiek względu otrzymali odpowiedź negatywną, składamy wniosek ponownie. Jestem tego klasycznym przykładem. Pierwszy odrzucono, w drugim jedynie minimalnie rozjaśniłem zdjęcie. Z wydrukowanym dokumentem na granicy wszelkie procedury imigracyjne to już tylko formalność. Urzędnik sprawdza jego autentyczność, a my musimy tylko uiścić opłatę w okienku obok. Jedyne co zniesmacza to kwota: 75€.

Spotkaliśmy jednak podróżnych z Polski, którzy wszelkie formalności wizowe załatwiali bezpośrednio na lotnisku. Także nie mieli jakichkolwiek problemów. Trwało to jedynie dłużej.

Mimo godziny 2 nad ranem, w głównej hali lotniska tłum, jak w dzień. Większość stanowią miejscowi, turystów można dostrzec niewielu. Iran? Nie może być. Żadnego wojska z karabinami czy morza kobiet w czadorach. Strefa czasowa: + 3.5 godziny i to, co zaskakuje najbardziej to data: 15.01.1397. Nieźle cofnęliśmy się w czasie. A jak to powiedział pewien mój kolega: za 13 lat Bitwa pod Grunwaldem.

Każdy wie, że na lotniskach kursy wymiany walut są iście złodziejskie i nigdy nie należy wymieniać tam pieniędzy. Jak to jednak w życiu bywa, od każdej reguły musi być wyjątek. Wiele osób potwierdziło to wcześniej i idąc za ciosem idziemy ich śladem. Jak się później przekonaliśmy bardzo słusznie. Nigdzie później nie spotkaliśmy się nawet ze zbliżonym kursem. Dodatkowo, żadnych cinkciarzy a oficjalny kantor, co bardziej wzbudza zaufanie.

£1 – 70.200 ﷼ (Irański Rial)

Ciekawe tylko, jaka jest jego wartość na miejscu? Decydujemy się wymienić £300 i od razu stajemy przed dylematem. Gdzie trzymać taką masę pieniędzy? 21 mln riali. Niby śmieszne, jednak problem istnieje, bo objętościowo było tego bardzo dużo.

Odbieramy bagaże i otaczają nas najbardziej znienawidzone lotniskowe mafie taksówkarskie. Od tego człowiek nigdy się nie opędzi. „Mister, Teheran. Only 20$”. Za kilka dni przekonamy się o tym, że cena ta była około 10 – to krotnie wyższa od obowiązujących cenników. Pierwszy pociąg metra odjeżdża o 6:50, więc idziemy do pobliskiego hotelu. Sieciowy Novotel, nie powinno być więc źle. I tutaj bardzo miłe zdziwienie: można wynająć pokój na 6 godzin. Taka opcja dla podróżnych. Drogo co prawda, ale co tam, 2.4 mln riali a człowiek się odświeży i prześpi w łóżku.

Rano idziemy na kawkę i jedziemy metrem do centrum. Bilet - 10.000 riali, czyli równowartość 0.14 pensów. Ciężko będzie ogarnąć te ceny.

 

Teheran, Iran

 

Teheran jest ogromny a skoro zostajemy tutaj jedynie kilka godziny ciężko się zdecydować co zobaczyć. Decydujemy się więc na oryginalny i niepowtarzalny most, Tabiat Bridge. Pierwsze zetknięcie ze spokojnym trybem życia Irańczyków wywołuje w nas mieszane uczucia. Wręcz dziwnie. Wszystko toczy się dużo wolniej, wręcz leniwie. W związku z tym dajemy się wciągnąć w lokalny rytm i spacerujemy po parkach, targach i skwerach. Pierwszy raz mamy okazję zjeść kebab z jogurtem miętowym. Dziwna kompozycja smakowa, jednak oboje przyznajemy, że bardzo trafna. Od tej pory nasz ulubiony.

Obserwujemy jak toczy się życie w stolicy tak znienawidzonego w świecie kraju. Zwykli ludzie zajęci codziennymi sprawami niczym nie różnią się od mieszkańców innych, europejskich miast. Wyjątkiem są oczywiście kobiety, wszystkie obowiązkowo w chustach. Dla małżonki szok kulturowy, dla mnie, kulturowa odwilż. Chusta chustą, jednak sposobów jej noszenia jest już wiele. Czasami zakrywają one jedynie niewielką część włosów. Coś, co było do pomyślenia podczas mojej pierwsze wizyty, teraz jest czymś normalnym. A minęło jedynie 8 lat. Drugie, to reklamy na bilbordach. Pojawiły się zachodnioeuropejskie koncerny, a na ulicach nowe samochody. Królujący lokalny Paykan, rywalizuje teraz z czołowymi niemieckimi markami.

Perskie dywany, piękne jak z zwykle zachwyciły nas bardzo. Ich niskie ceny jeszcze bardziej. Problem kuriozalny, jak je przewieźć do kraju? Powinienem przyjechać tutaj kiedyś samochodem.

Centralny dworzec kolejowy przypomina z zewnątrz trochę postsowieckiego molocha. Jedynie wielkie portrety przywódców religijnych psują nieco ten wizerunek. Wewnątrz jednak pełna kultura. Hol główny, z którego aby przejść do poczekalni należy okazać bilet. Wejścia jak w muzeum, oddzielone słupkami, z dywanem na marmurowej posadzce. Dodatkowo kontrolerzy, obojga płci na wszelki wypadek. Obcokrajowcy dodatkowo muszą potwierdzić bilet w zlokalizowanej niedaleko jednostce policji. Wejście na peron dopiero 20 min przed odjazdem pociągu. Tutaj podobnie jak poprzednio, złote słupki z przewieszkami przed każdym wejściem do wagonu. Dodatkowo każdy wagon ma konduktora, który przy wejściu do pociągu sprawdza bilety, paszporty i w ogóle tożsamość każdego podróżnego.

Fadak Train.

Pierwsze co pomyślałem: statek kosmiczny. Później nieco to skorygowałem. Nowoczesny Orient Express. Przestronne czteroosobowe przedziały. Siedzenia o niebo większe, wygodniejsze i funkcjonalniejsze niż w samolocie. Przy każdym przemyślnie wysuwany stolik. Obowiązkowo poduszka i koc. Podróżujący mają TV z systemem rozrywek, kinem i bogatą audioteką. Każdy ma pilota i słuchawki, aby nie zakłócać podróży innym. Ogrzewanie, klimatyzacja, światła, indywidualne lampki a nawet dzwonek wzywający konduktora. Podróżująca para może podróżować z inną parą, w każdym innym przypadku nie ma mowy o jakiejkolwiek koedukacji. Szyby od strony korytarza matowe a konduktor puka i grzecznie czeka, aż ktoś otworzy mu drzwi, lub oznajmi, że może wejść. Nigdy i pod żadnym pozorem nie zrobi tego bez pozwolenia. Żadnych wykładzin, czy chodników, wszędzie dywany. Obowiązkowo poczęstunek. Kawa, herbata, zimne napoje, ciasta itd… Wieczorem kolacja. Długo będę wspominał podróż tym pociągiem. I szczerze wątpię, aby kiedykolwiek trafiła się nam bardziej ekskluzywna przejażdżka kolejowa. Szybko zapada zmierzch, więc rozłożyliśmy przemyślnie skonstruowane fotele, zamieniając je w całkiem wygodne łóżka. Każdy z nas otrzymał oczywiście komplet pościeli. Niesamowicie wygodna, 14 godzinna podróż minęła nam niezmiernie szybko.

___________________________________

 

 

Dzień 3 – 5.04.2018 / 16.01.1397

Shiraz

 

Delikatne puk puk. Za pół godziny będziemy na miejscu a zaraz podamy śniadanie. Pomysł z podróżą pociągiem okazał się strzałem w przysłowiową 10-tkę.

Dworzec z Shiraz jest znacznie oddalony od centrum miasta, ale nie stanowi to najmniejszego problemu. Miejscowi tylko czekają na parkingu ze swoimi ofertami. Za równowartość niecałych £3 dojechaliśmy do hotelu. Cena całkiem przyzwoita jak na 25 km. Od tej pory przyjęliśmy ten przelicznik, jako pewien standard.

Niayesh Hotel zlokalizowany w ścisłym centrum, dobrze znany w środowisku podróżniczym, jest całkiem przyzwoity. Spotkać można tutaj kulturową mieszankę ze świata. Meldujemy się i w miasto.

Podziwiamy twierdzę Karim Khana i jej okolice. Dookoła pusto, cicho i dosyć chłodno. Nie tak pamiętam Shiraz. Za to pierwszy raz w życiu pijemy kawę z szafranem. Po prostu mistrzostwo świata. Od tej pory to nasza ulubiona kawa. Irańskie śniadanie, oliwki, dżem marchewkowy i białe sery w klimatycznej irańskiej restauracyjce dopełniają całości. Zaczyna robić się gwarniej, pojawia się więcej ludzi a słońce przygrzewa coraz mocniej.

Masdżed-e Nasir ol-Molk, czyli Różowy Meczet. To chyba jeden z najbardziej i najchętniej fotografowany meczet w Iranie. Najważniejsze to odwiedzić go w godzinach 9-10 kiedy światło słoneczne wpada do środka przez witraże. Człowiek może usiąść na dywanie i po prostu patrzeć. Magia kolorów jest wręcz bajeczna.

 

Galeria, Shiraz, Iran 

 

Na terenie Różowego Meczetu znajduje się mały sklepik z rękodziełami. Pióra ptaków, z namalowanymi na nich innymi ptakami, dają wyobrażenie trudu, jaki włożył w to artysta. Przepięknie wyglądają te prace. Jaka szkoda, że nie możemy tego kupić, gdyż szansa na dowiezienie pracy w całości jest niewielka.

Vakil Bazar w Shiraz jest ogromny. Zajmuje wielki obszar podzielony na sekcje. W jednej odzież, w drugiej owoce i warzywa, a w innej biżuteria. Dawno temu ekskluzywne sklepy jubilerskie w Wenecji wprawiły nas w osłupienie. Teraz z całą pewnością możemy przyznać, że nie dorastają one do pięt jubilerom z Shiraz. Nie będzie przesadnym, stwierdzenie, że jest tutaj tego na tony. Wszystko przepięknie wyeksponowane. Od różnorodności wzorów, motywów i typów, zwykłemu facetowi aż kręci się w głowie a kobiety dostają przysłowiowego oczopląsu. Nigdy z życiu nie wiedziałem tyle złota w jednym miejscu.

Abguszt, czyli duszona baranina z warzywami to bardzo popularne danie. Jednak to, co sprawia, iż jest ono niezwykłe to sposób konsumpcji. Klasyka sama w sobie. Z wysokiego naczynia przypominającego nieco kubek, odlewamy sos do miski a następnie za pomocą metalowego tłuczka ubijamy na papkę to co w nim zostało. Jak będzie za suche to możemy odrobinę podlać sosem. Wszystko wg gustu. Konsumujemy ową papkę na przemian z sosem, zagryzając marynowanymi warzywami. Bardziej wprawni, zamiast sztućców używają placków, podobnych do naszych podpłomyków.

W hostelu odprawiany jest jakiś rytuał upamiętniający zmarłego. Na małej scenie w odległości kilku metrów naprzeciw siebie zasiedli mężczyźni i kobiety, po czym zaczęli czytać wersy Koranu. Taka mała wzniosła uroczystość.

Po południu udaję się na dworzec autobusowy zorganizować jakiś transport do Yazd. Dwie firmy oferują przejazdy w opcjach, dzienny lub nocny. Kupuję bilet i wracam do hotelu.

Świecące pustkami poranne Shiraz, po południu przeistacza się w tętniącą życiem metropolie. Na ulicach pojawiają się istne tłumy a na drogach mnogość pojazdów. Sklepy do granic możliwości wypchane towarami, których typ i jakość bardzo często zostawia w tyle produkty europejskie. Nie możemy wprost wyjść z podziwu. Dziwnie musi czuć się człowiek, który zawsze wyobrażał sobie ten kraj tak jak wbiła mu do głowy telewizja: bieda, syf, kurz i wszechobecny terror. Do wieczora spędzamy czas spacerując po mieście oraz jego bazarach.

Przy hotelu zaczepia na pewien miły i kulturalny Pan. Po krótkiej i kulturalnej wymianie zdań pyta czy widzieliśmy Persepolis. Nie? Wybieracie się tam jutro? Zaproponował, że nas tam zawiezie. Zauważywszy nasze wahanie, wyciągnął notes z wpisami swoich klientów. Ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy kilka zapisków naszych rodaków. Lody zostały przełamane, dograliśmy szczegóły, ustaliliśmy cenę i umówiliśmy się na 9 rano dnia następnego.

___________________________________

 

 

Dzień 4 – 6.04.2018 / 17.01.1397

Persepolis

 

Jovan czekał na nas w umówionym miejscu. Przywitaliśmy się i wyruszyliśmy do Persepolis.

35 lat pracy albo ukończenie 50 lat. Takie warunki należy spełnić w Iranie, aby nabyć prawa do emerytury. Jednak czy średnio 10 mln riali (£150) wystarczy, aby godnie żyć? Tego akurat nie wiem. Jovan postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Po zakończeniu pracy w irańskim telecomie, kupił samochód i wozi turystów w okolicy. A z tego, co widzieliśmy w Jego notatniku, nie może żałować podjętej decyzji.

 

Persepolis, Iran

 

Dawna siedziba perskich królów, a mimo, iż obecnie są to jedynie ruiny, wciąż prezentuje się imponująco. Od prowadzącej do niej szerokiej i długiej na kilkaset metrów prostej alei począwszy. Dzisiaj możemy jedynie podziękować Aleksandrowi Wielkiemu za zniszczenie tego miejsca. Persepolis nigdy już nie odzyskało dawnej świetności. Mimo wszystko jest to bardzo ciekawe miejsce. Misternie zdobione kolumny, czy specyficzne płaskorzeźby dają przedsmak tego jak wyglądało kiedyś. Bogactwo i potęga w czasach, kiedy na naszych terenach tętnił życiem gród w Biskupinie. Bilet 200.000 riali.

W dalszej kolejności udaliśmy się do Nekropolii Naqsh-e Rustam. W wielkich wykutych w skale grobowcach pochowano czterech perskich królów. Dariusza I Wielkiego, Kserksesa I, Artakserksesa I i Dariusza II. Są one tak gigantyczne, iż dużo lepiej prezentują się z oddali.

Jovan wyciągnął przygotowaną wcześniej herbatę oraz ciastka. Przejazd obejmuje także poczęstunek oznajmił uśmiechając się serdecznie. Niby nic, ale jakże miło nam się zrobiło na sercu. Szkoda tylko, że wiejący od rana chłodny wiatr przywiał sine chmury, z których zaczął kropić deszcz. Dziwnie to wyglądało na terenach półpustynnych.

Nim dojechaliśmy do Shiraz, ulewa była w pełni. Niby deszcz nie jest tutaj rzadkością, niemniej jest to jakieś wydarzenie. Szczególnie dla kierowców, bo drobnych stłuczek było tyle ile w Anglii po opadach śniegu. Jovan odwiózł nas od razu na dworzec autobusowy. Uzupełniliśmy Jego notes kolejnym wpisem zadowolonych klientów i pożegnaliśmy się serdecznie. 20 Euro. Mimo, iż oboje wiedzieliśmy, że można było taniej, nie żal było zapłacić. Do dzisiaj bardzo ciepło wspominamy, miłego i kulturalnego, perskiego emeryta.

W czasie oczekiwania na autobus, kierując się starą zasada podróżniczą, odwiedzamy bar dworcowy. Taki zwykły, prosty bar z wielką garkuchnią na zapleczu. Wiadomo, gdzie najwięcej „lokalsów” tam będzie najlepiej. Za równowartość £3 dostajemy dwa kopiaste talerze ryżu z mięsem, warzywami oraz irańską colą. Takie bary są najlepsze.

Po obiedzie odwiedzamy jeszcze kawiarnię niedaleko dworca. Dookoła pustki, cisza i spokój. Jakież było zdziwienie młodego pracownika, kiedy nas zobaczył. Nie rozumiał ani słowa po angielsku, a my po persku. Dodatkowo, jedyny dostępny cennik był wyłącznie w farsi. Wybieramy więc kawę na chybił trafił, patrząc jedynie na ceny. Znajomość liczebników to podstawa, zawsze się ich uczę. Pracownik jeszcze szerzej otworzył oczy. Europejczyk a potrafi rozszyfrować ceny. Miło, przytulnie i kameralnie.

O 16:30 odjeżdżamy do Yazd. Autobus jak to w tych rejonach – pełna kultura. Poczęstunek i steward cały czas czuwający nad wszystkim. Do czasu nadejścia zmroku, podziwiamy pustynne krajobrazy.

Na miejscu jesteśmy o 22:30. Mimo mnogości taksówek, na dworcu w Yazd nie ma mafii taksówkarskiej. Wszyscy kierowcy czekają grzecznie w kolejce. Klient informuje kasjera w małej budce gdzie dokładnie chce jechać. Płaci ustaloną cenę i otrzymuje rachunek wraz z bilecikiem dla taksówkarza. A jednak można ukrócić tych krwiopijców. Żadnych oszustw i naciągactwa. Mimo późnej pory, Yazd tętni życiem.

___________________________________   

 

 

Dzień 5 – 7.04.2018 / 18.01.1397

Yazd

 

Jaskinia. Tak nazwaliśmy pokój, jaki otrzymaliśmy w hostelu. Mały, ciasny i spartański. A jednocześnie – przytulny i w pewnym stopniu specyficzny. Jakby go nie określać był w 100% perski. Nie było już wolnych miejsc a czas i pora skutecznie zniechęcały nas do poszukiwania czegoś innego. Wzięliśmy więc co było.

Rankiem zawsze wszystko wydaje się lepsze. Restauracja na dachu i fantastyczne perskie śniadanie utwierdziły nas w przekonaniu, że był to dobry wybór.

 

Yazd, Iran

 

 

Yazd jest specyficznym miastem. Zlokalizowany na styku dwóch pustyń. Nigdy nie zdobyty, nigdy nie podbity, nigdy nie złupiony. Bezpieczne z tego powodu, iż nikomu nigdy nie opłacało się zapuszczać tak daleko. Według wielu zapisków jest jednym z najstarszych miast na świecie. Zamieszkiwane przez ludzi bez przerwy od ponad 8000 lat. Stare miasto ze swymi piaskowymi budynkami, przypomina beduińską stację badawczą na jakiejś pustynnej planecie. Wszystkie budynki mają piaskowy kolor. Yazd to Iran inny niż w Shiraz. Inni ludzie, inne budynki, meczety, zdobienia. Inne targi, czy nawet towary. Yazd to pustynne krajobrazy i pustynie. Yazd to badgiry. Nie wiem skąd się wzięły ani kto je wynalazł. Może i swój początek miały właśnie tutaj. Jedno jest pewne, pradawne łapacze wiatru na stałe zagościły w lokalnym krajobrazie. Pełniły i najprawdopodobniej do chwili obecnej pełnią funkcję swojego rodzaju klimatyzatorów. Rozgrzane powietrze wędruje specjalnym kominem w dół do mieszkania, schładzając się przy okazji na tyle, aby dać domownikom chwilę wytchnienia.

Odwiedzamy nieodłącznie kojarzony z Yazd, Kompleks Amir Chakhmaq. Wybitna struktura symetrycznych, zatopionych wnęk. Obejmuje meczet, karawan seraj, studnie zimnej wody, łaźnie i sklepiki ze słodyczami. Nocą jest przepięknie oświetlony.

 

Pisanki, Świątynia Ognia, Yazd, Iran 

 

Zoroastriańska świątynia ognia. Wywodzący się ze starożytnej Persji, zoroastrianizm jest jedną z pierwszych religii monoteistycznych. Zwiedzając muzeum, można dowiedzieć się ile zasad zaczerpnęły od niej trzy największe religie. Islam swoje filary a chrześcijaństwo, między innymi tradycje wielkanocnych pisanek. Ogień w świątyni pali się nieprzerwanie od ponad 700 lat.

Khan Bazar jest jak wszystkie inne bazary w Iranie. Taki sam a jednocześnie inny. Specyficzny do danego obszaru. Wielki, murowany i zadaszony z masa przejść i zaułków. Mnogość i różnorodność towarów przyprawia o zawrót głowy. Kupić można tutaj wszystko. Od warzyw, poprzez tkaniny po złoto. Bazar żyjący własnym życiem. Właśnie to na Khan Bazar, odwiedziliśmy pewną mają restauracyjkę. Tak ot sobie, aby napić się kawy. Wszyscy naraz zamilkli i utkwili w nas swoje spojrzenia. Bardzo ciekawe przeżycie. Tym bardziej, iż wszystko to odbyło się z pewną nazwijmy to „klasą”. Pełna kultura i profesjonalizm. Kelnerka przyjęła zamówienie a rozmowy powróciły, jednak cały czas byliśmy lokalną atrakcją.

Nie wiem jak to robią mieszkańcy krajów muzułmańskich, ale kawa, jaką serwują jest fantastyczna. Może filiżanki, może specyficzny sposób parzenia a może jedynie jest to efekt psychologiczny. Na mnie jednak zawsze działa. Przepyszna.

Każdy zdaje sobie sprawę, iż mnogość dywanów dostępnych w Iranie jest wielka. Niestety coraz częściej tkane ze sztucznych materiałów. Jednak trafiają się perełki zwalające z nóg. Coś takiego znaleźliśmy nieopodal naszego hostelu. W malutkim i niepozornym sklepiku zebrane były same arcydzieła. Uśmiechnięta właścicielka sklepu zaczęła prezentować nam asortyment. Powiedzieliśmy Jej szczerze, że nie możemy niestety nic kupić, gdyż ograniczają nas linie lotnicze. Nie przejęła się tym zbytnio, po czym uśmiechając jeszcze szerzej z dumą rozwinęła dywan. Przepiękny i delikatny. Dywan niesamowicie cienki a jednocześnie bardzo mocny. Nie jestem znawcą, ale na mój gust wszystko w nim na pierwszy rzut oka było perfekcyjne. Od wzoru zaczynając a na jakości kończąc. Dywan miej więcej o wymiarach 1 x 2 metry, jednocześnie nieznacznie grubszy od przysłowiowej ściereczki kuchennej. A co w nim było takiego niesamowitego? Był to ręcznie tkany dywan z jedwabiu. Nawet jego cena w okolicach 900 Euro wydawał się niezbyt wygórowana jak za takie cudo.

Yazd. Miasto, które przetrwało kilka tysięcy lat, gdyż zlokalizowane było na takich peryferiach, iż nikomu nigdy nie opłacało się wyprawiać tak daleko. Miasto na styku dwóch pustyń, gdzie z tej racji wszędobylski piasek jest normą. To co fascynuje w Yazd to widok samego miasta. Wystarczy wejść na dach jednego z budynków, aby podziwiać fantastyczny krajobraz. Kwadratowe budynki w piaskowym kolorze z dachami w kształcie kopul.

Po południu niespodziewanie zaczął wiać silny wiatr a po nim nadszedł deszcz. Ulewa, jaką możemy doświadczyć latem w Polsce przyspieszyła nam znacznie zwiedzanie starego miasta. Z nieba runęła dosłownie ściana deszczu. Po niej z kolei spadla temperatura. Zrobiło się wręcz zimno.

___________________________________

 

 

Dzień 6 – 8.04.2018 / 19.01.1397

Isfahan

 

Obudzony nawoływaniami z pobliskiego meczetu wstałem wcześnie rano i udałem się na dach. Nad śpiącym jeszcze miastem z każdej ze stron dało się usłyszeć nawoływania. O dziwo, nie jakieś tam wrzaski nawiedzonego muezina, ale niezbyt głośne z uwagi na wczesną porę dnia. Z odpowiednio dobraną mocą i czystą barwą dźwięku. Usiadłem na murku i słuchałem. Za wyjątkiem pierwszych wersetów człowiek nie rozumie kompletnie nic, ale i tak jest to jakieś wciągające. Przyjemne dla ucha. I wbrew wszystkiemu, co pokazują w TV, przyjemnie się słucha śpiewanych wersów Koranu.

Śniadanie na dachu. Jajecznica z czarnuszką, chleb z ziołami i kawa szafranem. Standardowo dżem marchewkowy i nabiał. Chłoniemy ostatnie minuty, po czym jedziemy na dworzec autobusowy. Tam jak to już bywa w tych rejonach, człowiek ledwo co wysiądzie z taksówki a już zostaje „złowiony” przez naganiacza i zaprowadzony do odpowiedniego stanowiska.

Dla niektórych irytujące, dla mnie nie. Zamiast tracić czas na poszukiwania i analizy cen biletów firm przewozowych, poświęcamy na wszystko 10 min. Sprzedawca biletów nie ukrywał zdziwienia, kiedy sprawdziłem na bilecie cenę oraz miejscowość docelową. 400.000 riali za dwie osoby. Powinna się przecież zgadzać z cennikiem i zapewnieniem naganiacza.

Wczesnym popołudniem docieramy do Isfahanu. Amir Kabir – całkiem przyzwoity hostel rozczarował nas na dzień dobry swoja sztywna cena. Na dodatek od razu w Euro. Żadnej dyskusji itd... 25€ za noc i koniec. Jak to mawiał mój dziadek: „paszoł won”. Poszliśmy wiec do konkurencji, gdzie zapłaciliśmy dosłownie połowę tej kwoty. Później okazało się, iż właściciele obu hosteli to bracia.

Kto widział Isfahan to tak jakby zobaczył połowę świata. Tak głosi pewne perskie przysłowie. Z całym szacunkiem trzeba się z nim zgodzić. Każde z irańskich miast jest specyficzne w swoim rodzaju. Przemieszczając się miedzy nimi, czasami odnosi się wrażenie, iż odwiedziło się inny kraj. Jest to wręcz fascynujące. Jednak Isfahan jest istną perełką. Szczerze polecam zwiedzenie go zadufanym w sobie Europejczykom. Ludziom, mającym zdanie o Bliskim Wschodzie takie, jakie wykreowała im telewizja.

 

Katedra Zbawiciela, Isfahan, Iran 

 

300.000 riali. Jak na irańskie standardy, cena wręcz zawrotna. Jednak czy równowartość 20 zł to aż tak dużo? Katedra Zbawiciela bez wątpienia warta jest odwiedzenia. Stara armeńska świątynia. Przepiękna i kunsztownie zdobiona, utrzymana w idealnym wręcz stanie katolicka świątynia w środku islamskiego imperium. Na dodatek wręcz tłumnie odwiedzana. W budynku obok, muzeum z całą masą średniowiecznych wydań Biblii i Koranów, malowideł, rzeźb i innych dewocjonaliów. A wszystko to w sąsiadujących ze sobą gablotach. Każde równie zabezpieczone co i zadbane. Każde eksponowane z należnym mu szacunkiem. Dziwne, ale tutaj nikomu to nie przeszkadza.

Jak to w świecie bywa, czasami podczas podroży można trafić na Francuzów. Niestety nie mam miłych doświadczeń z tych spotkań. Podobnie było i tym razem. Jedna z turystek stała sobie w progu i paliła papierosa. Muzułmanie zwiedzający kościół katolicki zachowywali się o niebo lepiej. Francuska ignorancja, laicyzm czy po prostu brak kultury? Zgroza.

Do późnych godzin nocnych zwiedzamy miasto. Tutaj widać tak naprawdę przepych i bogactwo. Sklepy zaopatrzone do granic możliwości. Fakt, że produktów zachodnich koncernów jest jak na lekarstwo, ale po co to komu jak Chińczycy nic sobie nie robią z sankcji. Towarów jest wręcz od zatrzęsienia. Masa restauracji i kafejek. Od najzwyklejszych po ekskluzywne. Nie możemy się nadziwić, jak starannie połączona jest perska tradycja z nowoczesnością. Nie powstydziłaby się tego niejedna europejska stolica. Czas płynie wolno a nam przyjemnie spaceruje się pośród tego wszystkiego. Gdzie ci wszyscy terroryści, zahukane kobiety w hidżabach czy brodaci, fundamentalni muzułmanie? Telewizyjna hipokryzja.

Sztandarowy punkt turystyczny Most 33 Łuków trochę przypomina Most Karola z Pragi. Brak jedynie artystów. Mimo tego masa ludzi spędza tutaj czas. Takie miejsce schadzek. Dodając do tego przepięknie oświetlone łuki i zaułki, nie ma się czemu dziwić. Faktycznie, nocą most jest przepięknie oświetlony.

___________________________________

 

 

Dzień 7 – 9.04.2018 / 20.01.1397

Isfahan / Kashan

 

Po śniadaniu idziemy na Plac Imama. Jak to gdzieś kiedyś wyczytałem: połowa świata zamknięta w wielkiej kopule. Coś w tym musi być. Wielki i przepiękny skwer z fontannami i mnóstwem zieleni. Otoczony bazarami, kawiarniami i niezliczonymi sklepikami. Wszystko utrzymane w jak najlepszym porządku. Wręcz wzorcowo. Można spędzić tutaj większość dnia i się nie nudzić. Tutaj właśnie odwiedzamy pewien ekskluzywny sklep. Bardzo miła i sympatyczna sprzedawczyni wprowadza nas w zawiły świat szafranu. Uprawa jak uprawa, ale jego rodzaje, gatunki, wiek a przede wszystkim kształt i kolor. Ceny od kilkunastu do kilkuset euro za gram. Oglądając prezentowane produkty człowiek widzi jak wielce różnią sie od siebie.

Z bólem serca także uświadamia sobie, który z nich sprzedawany jest w europejskich sklepach. Nie próbowałem nawet liczyć, jaką w przybliżeniu wartość miały eksponowane tam towary. Założę się jednak o wszystko, że przekraczały wartość towarów niejednego sklepu jubilerskiego.

 

Meczet Szacha, Isfahan, Iran

 

Meczet Królewski czy Meczet Szacha. Meczet Imama. Nazwa zmieniała się w zależności od epoki i ustroju. Przekraczając próg podziwiamy absolutną perłę architektury. Ogromny meczet, przepięknie zdobiony kolorowymi, wypalanymi kaflami. Kunszt, z jakim został wybudowany zapiera dech. Wspomnieć wypada, iż po wejściu do głównego pomieszczenia, pod sklepieniem widać złotą łunę wskazującą Mekkę. Oczywiście, nie są to żadne lasery, ale zwykłe światło. Takie złudzenie optyczne, zastosowane przez architektów… w XVII wieku.

Świeżo wyciskany sok z pomarańczy z lodami szafranowymi oraz świeżo wyciskany sok z grapefruita z lodami szafranowymi. No i jak to bywa w naszym zwyczaju, każde z nas, używając swojej rurki, próbuje od drugiego. Obserwująca nas z zaciekawieniem, grupa irańskich kobiet, aż głośno syknęła z niesmakiem. Jedna z dziewcząt dodatkowo, aż się zakrztusiła. Oczy o mało nie wyskoczyły im z orbit. Coś, co u nas człowiek robi bez najmniejszego zastanowienia, tutaj uchodzi za coś nadzwyczaj niekulturalnego.

Wieczorem dojeżdżamy do Kashan. Po dłuższych poszukiwaniach znajdujemy bardzo przyjemny i niedrogi hotelik w starej części miasta. A jako, że życie tak naprawdę zaczyna się po zmroku, idziemy jeszcze na wieczorne zwiedzanie miasta.

___________________________________

 

 

Dzień 8 – 10.04.2018 / 21.01.1397

Kashan / Abyaneeh / Qom

 

Kashan. Mało kto o tym wie, ale to tutaj spotkali sie Biblijni Trzej Królowie, aby wspólnie wyruszyć do Betlejem.

 

Abyaneeh, Iran

 

Jedziemy do Abyaneeh. Położona wysoko w górach urocza wioska liczy ponad 1500 lat. Jednocześnie sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Mieszkańcy, przeważnie ludzie starsi, zachowując tradycje żyją własnym tempem. Utrzymując się między innymi ze sprzedaży rękodzieł. Wszystkie budynki wykonane są z czerwonej gliny. Dodatkowo, mają misternie zdobione drzwi i okna. Bardzo dodaje to uroku.

Kawałek prostej deski z napisem: Cafe. Pewna starsza Pani, widząc nasze zainteresowanie, prawie biegnąc dopadła do rozklekotanych drzwi glinianego domu. Nie mieliśmy sumienia odmówić. Ku naszemu zdziwieniu, skromne wnętrze było bardzo przytulnie urządzone. Stół z wielkiego drewnianego klocka, podobnie jak i siedziska. Jednak to, co przykuło naszą uwagę to ekspres. Delonghi Combo – ekspres tak rzadki, że ciężko go wręcz spotkać. Takie dwa w jednym: przelewowy i za razem ciśnieniowy. Identyczny, jaki od wielu już lat mamy w domu. Aż łezka zakręciła się w oku. Pani położyła przed nami notes, gdzie na każdej kartce zapisanych było kilka podstawowych zwrotów w farsi wraz tłumaczeniami na kilka najpopularniejszych języków. Szybko wytłumaczyłem, iż chcemy kupić kawę z „ciśnieniówki”. Była taka jak powinna, pyszna i mocna. Dodatkowo zostaliśmy poczęstowani sezamkami. Nie jakimiś tam małymi wafelkami z marketu, ale wielkimi kawałkami domowej roboty. Kosztowało to nas równowartość £1 od osoby a Pani za nic w świecie nie chciała przyjąć więcej. Jej szczera radość, mimo wszystko była bezcenna. Bardzo chętnie wracamy wspomnieniami do tamtej chwili.

 

Kawa w Abyaneeh,  Iran

 

W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Aran Bidgol. Meczet ze szczątkami syna Imama Alego. Święte miejsce szyitów. Z oddali mieniący się błękitem meczet, który na pierwszy rzut oka przypomina bajkowy pałac a nie miejsce modlitw.

W pobliskiej restauracji, do lokalnego posiłku dostajemy miętowy kefir. Nasz ulubiony w Iranie. Nikt nie mówi ani słowa po angielsku a jednak, do posiłku chcą nam sprzedać… wycieczkę. Takie gustowne połączenie w usług w handlu.

Pod wieczór dojeżdżamy do Qom. Dla mnie po prostu inne miasto, dla Sylwii natomiast coś więcej. Nie wiem czy to ma związek z miejscem gdzie wysiedliśmy czy z czasem, kiedy tutaj przyjechaliśmy. Każda dosłownie kobieta, aż wykręca głowę, kiedy ją mijamy. Każda szczelnie omotana w czador. Mamy wrażenie, że jesteśmy w Iranie krótko po rewolucji islamskiej. Brakuje tylko policji religijnej. Dotarliśmy do centrum, gdzie sprawy trochę się unormowały. Pojawili się nawet szczątkowi turyści. Widocznie wysiedliśmy w specyficznej dzielnicy.

Centrum Qom sprawia wrażenie jakby w całości zbudowane zostało z marmuru. Jasnego, niemalże białego, od którego odbijające się promienie słońca aż oślepiają. Wszystko jest w takim stanie jakby dopiero, co zostało wybudowane. Błękitne minarety i kopuły meczetów. Jeden wielki błysk. Z racji, iż miał to być nasz ostatni nocleg, poszliśmy na całość. Zatrzymaliśmy się więc, w czterogwiazdkowym hotelu samym centrum miasta. Cena €35. W Sheratonie obok €40. Do dzisiaj żałuję, że nie skorzystaliśmy z tej okazji.

Qom, niby drugie najświętsze miasto w Iranie, jednak to właśnie tam tak naprawdę można poczuć islam. Mauzoleum Fatimy, do którego pielgrzymują rzesze szyitów sprawia wręcz piorunujące wrażenie. Kiedyś zaryzykowałem i wszedłem do środka. Widoku nie zapomnę do końca życia. Pamiętam, że usiadłem pod ścianą i w skupieniu obserwowałem wszystko dookoła. Taka kwintesencja islamu w najczystszym wykonaniu. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Tym razem jednak byliśmy we dwójkę i o ile ja wszedłem bez problemu, to Sylwia w żadnej mierze nie przypominała muzułmanki. Zaproponowano nam grzecznie abyśmy przyszli rano, gdyż obecnie odbywają się wieczorne modlitwy.

 

Mauzoleum Fatimy, Qom, Iran

 

Główny plac przed mauzoleum wypełniały istne tłumy. Turyści, choć trafiali się od czasu do czasu, stanowili niezwykłą rzadkość. Wszystko przepięknie oświetlone i mimo nocy, aż lśniące. W pewnym momencie zaczepiły nas dwie Iranki. Lekarka wraz z siostrą. Zaciekawione widokiem dwojga zachodnich turystów. Miło się nam rozmawiało. Trochę o polityce, trochę o religii i ogólnie o ich podejściu do tego wszystkiego. Dowiadujemy się, dlaczego jest tak bardzo dużo pielgrzymów. Otóż, trwają przygotowania do uroczystości upamiętnienia wniebowstąpienia Mahometa.

Nie wiem, dlaczego, ale cały czas poprawiała chustę. Jednak sposób, w jaki to robiła był niecodzienny. Niby to przypadkiem, ale za każdym razem tak, abyśmy widzieli Jej odkrytą głowę. Jednocześnie zapewniając nas kilkukrotnie, że z całą pewnością jesteśmy przez kogoś obserwowani.

___________________________________

 

 

Dzień 9 – 11.04.2018 / 22.01.1397

Qom

 

Hotel pierwsza klasa. Restauracja jak na najwyższym poziomie. Wszystkiego do wyboru do koloru. Same orientalne przysmaki i smakołyki. Jednak, aby nie mieli kawy. Niewiarygodne. Po krótkich pertraktacjach przyniesiono nam w porcelanowych filiżankach… Nescafe.

 

Qom, Iran 

 

Całkiem przypadkowo trafiliśmy na bardzo dziwną procesję zmierzającą przez centrum. Była ona o tyle specyficzna, gdyż większość biorących w niej udział imitowała jakiś sposób umartwiania się. Przeważnie samobiczowania. Do tego wszystkiego w rytm specyficznej muzyki przywodzącej na myśl jakąś psychodeliczną mantrę rodem z mrocznych zakątków. Chyba było to popularne, bo zgromadził się tłum ludzi, którzy podążali za trupą aktorów.

Odwiedzamy Sanktuarium. Przydzielono nam przewodniczkę, która bardzo ciekawie opowiadając jego historie, oficjalnie nas po nim oprowadziła. Na zakończenie trochę nieśmiało pytając o nasze podejście do Ich religii i zwyczajów. Co ciekawe, każdy z Nas wymienił swoje spostrzeżenia, ale nikt nie próbował nikogo przekonywać czy coś jest lepsze czy gorsze. Wręcz zaskakujące było, z jakim szacunkiem i wysoką kulturą odnosiła się do naszej religii. Coś niesamowitego.

Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu Qom. Odwiedzamy targ i małe sklepiki z lokalnymi produktami. W jednym wywołaliśmy niemałe poruszenie, bo zeszli się wszyscy okoliczni sprzedawcy. Dziwna była ta rozmowa – prowadzona po angielsko-rosyjsku. A chcieliśmy jedynie kupić małe ziarenka czy nasionka „czegoś”, co po dodaniu do wody, jest tak chętnie popijane w Iranie. Sklepikarz pośredniczący w tłumaczeniu był tak zachwycony, że zaproponował nam kolację w domu. Do dzisiaj nie mogę tego przeżyć, że musieliśmy odmówić.

Qom nie ma dworca autobusowego. Wszystkie autobusy zatrzymują się przy autostradzie. A pośród tego wszystkiego koczuje banda krwiopijców taksówkarzy. Kiedy tylko zobaczą turystę to od razu chcą go maksymalnie oskubać. Każdy wie lepiej i każdy ma najlepszą ofertę. I niestety okazało się, że z przyczyn czysto logistycznych musimy zrezygnować z jazdy autobusem do Teheranu. Pewna pasażerka wytłumaczyła nam, iż czas przeznaczony na późniejsze dojazd do lotniska jest wyjątkowo długi. A w obecnej sytuacji najlepszym dla nas rozwiązaniem jest pojechać bezpośrednio z Qom na teherańskie lotnisko … taksówką. Zaoferowała pomoc i w tłumie przekrzykujących się taksówkarzy znalazła tego z najlepszą ofertą. 400.000 riali. Całkiem nieźle. Tyle co bilet PKP z Jeleniej Góry do Wrocławia. A mogliśmy pójść na kolację a po niej pojechać od razu na lotnisko. A to pech.

Kierowca rajdowiec chyba chciał pokazać na co go stać. W pewnym momencie myślałem, że stary Paykan po prostu rozsypie się w drobny mak. Prędkościomierz miał popsuty, ale prędkość dawało się odczuć w dosłownym tego słowa znaczeniu. 110 km przejechaliśmy w 40 min.

Na lotnisku oglądamy jeszcze ćwierćfinał Ligi Mistrzów i o 5:15 odlatujemy do Kijowa.

___________________________________

 

 

Dzień 10 – 12.04.2018

Kijów / Praga

 

W Kijowie jedynie krótki rekonesans i wczesnym popołudniem meldujemy się w Pradze. Dziwne to uczucie, ale człowiek czuje się jakby wrócił z innego wymiaru do rzeczywistości. Popołudnie i wieczór spędzamy w jakże to już przez nas znanej i lubianej Pradze.

___________________________________

 

 

Dzień 11 – 13.04.2018

Jelenia Góra

 

Niby kilkanaście dni a jednak tak bardzo długo. Kilka wielkich miast i każde inne praktycznie pod każdym względem. Wczesnym popołudniem nasza wyprawa dobiega końca.

___________________________________

 

 

 

 

 

Czytany 681 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Artykuły powiązane

Najczęściej czytane