Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobrażni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2021, Arabia Saudyjska Wyróżniony

Jądro Islamu


 

Lipiec 2009

 

Spędzając wakacje w egipskiej Tabie podziwiałem przepięknie oświetlone przeciwległe wybrzeże zatoki Akaba. Zastanawiałem się wówczas jak wygląda życie w jednym z najbardziej niedostępnych krajów świata. Oddalone o 10, może 15 km Al Haql wiele razy powracało we wspomnieniach.

Tymczasem minęło 12 lat...

 

Dzień 1 – 27.11.2021

 

الرياض

 

Al Riyadh

 

Kilka minut przed 15tą uśmiechnięta stewardesa British Airways nienaganną polszczyzną życzy mi miłej podróży i w drogę. Lot mija szybko, wręcz przyjemnie. Krótko po północy podchodząc do lądowania podziwiamy saudyjską stolicę. Jej rozmiar sprawia niesamowite wrażenie. Żadnych wzniesień, powierzchnia płaska jak stół z setkami przecinających się pod kątem prostym ulic. Mimo, że powstała na środku pustyni jest gigantyczna.

Wszystko wskazuje na to, że nawet tutaj rozpoczął się proces zaniku segregacji. Jest oczywiście osobne stanowisko dla kobiet ale przy stanowiskach dla wszystkich pracują także kobiety. Miły akcent na wstępie. Poza zdjęciem i standardowymi czynnościami, podczas kontroli granicznej pobierane są odciski palców od wszystkich przyjezdnych. Dodatków mam dobę na zarejestrowanie się w specjalnym systemie lokalizacyjnym. Nawiasem mówiąc, ciekawe czy to sprawdzają?

Zostawiam stolicę na koniec i udaję się do terminala lotów krajowych. Odprawa i krótka przerwa na kawę.

“Allah przyrzeka, że bezpiecznie dotrzemy do celu” – słyszymy z głośników a następnie recytowana jest sura Koranu. Krótko po trzeciej nad ranem startujemy. Tym razem jestem sam. Dookoła wyłącznie Saudyjczycy albo Azjaci. Steward zwracając się do mnie po imieniu (musiał zapamiętać z listy pasażerów) prosi o zmianę miejsca. Panuje pełna segregacja, włącznie z obsługa samolotu. Lot mija leniwie. Dookoła półmrok a większość pasażerów drzemie. Nagle nerwowe poruszenie. Pasażerka źle się poczuła. Zaczęła rozmawiać z mężem. Mąż ze stewardem. Steward z Nią, jednak za pośrednictwem męża. Wezwano stewardesy. One już zwracały się bezpośrednio. Nawet w takiej sytuacji steward musiał poprosić męża o zgodę na dotknięcie jego żony. Chyba coś poważnego, bo ułożono Panią na podłodze a po paru minutach przeniesiono do strefy biznes. Na szczęście rozpoczęło się już lądowanie. Później widziałem jedynie karetkę pogotowia, która zabrała Panią do szpitala. Mam nadzieję, że wszystko skończyło się dobrze.

___________________________________   

 

 

Dzień 2 – 28.11.2021

  

تَبُوْك

 

Tabuk

 

Fadżr - modlitwa o świcie

Zuhr - modlitwa w południe

Asr - modlitwa w środku popołudnia

Maghrib - modlitwa o zachodzie słońca

Isha - modlitwa nocna o zmierzchu

 

Od dzisiaj przez najbliższe dwa tygodnie rytm dnia będą wyznaczały modlitwy. Z małymi wyjątkami życie wówczas zamiera na około 20 minut. W małych miejscowościach celem określenia czasu ludzie wciąż posługują się terminem: "spotkamy się godzinę przed Zuhr, wyjedziemy godzinę po Asr lub wrócimy na Ishę". Podobnie jak u nas dawniej odniesienia do Sumy. Dziwne to i na początku ciężko przywyknąć.

Dla mnie delikatny i przyjemny chłodek. Dla opatulonych podbijanymi futrem kaftanach Saudyjczyków zima w pełnej krasie. Postanowiłem rozprostować kości i przejść się z lotniska do hotelu. Wszystko pięknie oświetlone i wysprzątane. Żadnych śmieci a dookoła pustka i cisza. Jedynie co zakłóca tę harmonię to przejeżdżający od czasu do czasu samochód.

Jak na komendę zewsząd dookoła dały słyszeć się nawoływania. Właśnie rozpoczęła się modlitwa. Tabuk przywitał mnie Fadżr.

Gdzie nie zerknę, wszędzie szerokie dwupasmowe ulice. Dodatkowo proste jak od linijki. Centrum prezentuje się okazale ale jakby było opuszczone. Jakby dopiero je wybudowano i czekano na zaludnienie. Poranek, myślę - zobaczymy jak będzie wieczorem. Odwiedzam kilka hoteli i wprost nie do uwierzenia, wszędzie mają komplet.

- "Tawakkalna", słyszę wchodząc do napotkanego sklepu. Aha, a jednak sprawdzają.

- "Nie mam" - odpowiadam zgodnie z prawdą.

- "Przykro mi, ale nie możesz wejść".

- "Jestem obcokrajowcem". - Nie daję za wygrana.

- "Tawakkalna albo potwierdzenie szczepienia. Inaczej nie można wejść. Takie mamy przepisy".

Dobrze, że jest chociaż jakaś alternatywa. Pokazuję certyfikat, mierzą mi temperaturę i spożywczak stoi dla mnie otworem. No cóż myślę, co kraj to obyczaj. Tutaj chyba nikt nie protestuje.

Muszę odpocząć. Chociaż kilka godzin. Cztery powinny wystarczyć. Melduję się w hotelu i dosłownie padam na łóżko.

W Arabii Saudyjskie nie ma komunikacji miejskiej. Pojawił się plan budowy metra, ale to tylko w stolicy i jak na chwilę obecną to tylko plan. W Jeddah ponoć są autobusy i rozwja się mafia taksówkowa. To wszystko. Słyszałem o tym wiele razy, ale słyszeć a przekonać się osobiście to coś całkowicie innego. Tabuk. Miasto wielkości Wrocławia, bez autobusów, tramwajów czy taksówek. Coś niesamowitego. Całe szczęście, że luka biznesowa szybko została wypełniona Uberem. A jak przekonałem się w najbliższych dniach, rozwinął się on w kraju Saudów nad wyraz dobrze.

Kierowca zabiera mnie spod hostelu dokładnie w południe. Jest trochę zdziwiony kiedy potwierdzam gdzie chcę jechać. Jeszcze bardziej, kiedy dowiaduje się, że jest to kurs jedynie w jedną stronę. Podróż zajmuje nam prawie 2 godziny. Po drodze robi mi nawet w prezencie niewielkie zakupy spożywcze. Na wszelkie próby protestu odpowiada uśmiechnięty: Witamy w Arabii Saudyjskiej. Bardzo miło z Jego strony.

Dookoła pustynny krajobraz z majaczącymi górami. Mars. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Tak właśnie musi wyglądać Mars. Nawet kolor przechodzący w czerwień się zgadza. W pewnym momencie kończy się droga i zaczyna pustynia. Dwa razy muszę potwierdzać, że to nie jest pomyłka i właśnie tutaj chciałem przyjechać. Jest bardzo rozgoryczony i wręcz wystraszony. Zapewniam Go, że wszystko się zgadza, więc rozliczamy się i w drogę.

 

Wadi al Disah, Tabuk, Arabia Saudyjska

 

Jest cieplutko, słonecznie i przyjemnie. Wędruję więc przez piaski kierując się na południowy zachód. Dookoła za wyjątkiem wielbłądów i wszędobyslkiego piasku  absolutnie nic. Jest mega odprężająco i nawet nie dopuszczam do siebie informacji o zgubieniu trasy. Dam radę i tyle. Mniej więcej po godzinie docieram do Wadi al Disah. Zaczęła się właściwa wędrówka przez pustynny wąwóz. Popołudniowe widoki wprawiają wręcz w osłupienie. Wysokie skały, czasami palmy a między nimi szeroki pustynny trakt. Wąwóz jest bajeczny. Jak to możliwe, że nikogo tutaj nie ma? Jest tak przepięknie a dookoła ani żywej duszy. Wędruję łapczywie chłonąc widoki, zatrzymując się czasami, aby zrobić zdjęcie. Mija kilometr za kilometrem. Nagle pojawił się chłód. Za chwilę wilgoć w powietrzu jak przed deszczem. Później dostrzec dało się plamy wilgoci na piasku. Dostrzegłem maluteńki strumyczek a miejsce palm zastąpiła trzcina. Na przestrzeni dwóch może trzech kilometrów klimat zmienił się z pustynnego w wilgotny. Temperatura znacznie spadła. A według moich standardów zrobiło się przyjemnie chłodno. Strumyczek zmienił się w rzeczkę, ta natomiast od czasu do czasu tworzyła zakola wodne. Większe i większe. Coraz większe. Zaczynam je obchodzić bo nie sposób już ich przeskoczyć. W pewnym momencie zatrzymuje mnie małe jeziorko. Na środku szlaku. Dookoła 4-5 metrowa trzcina tak gęsta, że nie ma najmniejszej szansy na obejście. Co robić?

Nie minęło kilka chwil a przyjechała stara, zdezelowana terenówka. Szczęście nie do opisania. Troje młodych Saudyjczyków zaproponowało podwózkę. Super, bo podobne jeziorka przytrafiły się jeszcze kilka razy. Wytłumaczyli mi, że ta woda spływa z gór i jest to o tej porze roku normą. Mówili, że zbliża się ochłodzenie i w nocy może być nawet przymrozek. Skwitowałem to jednak lekkim uśmiechem. Kilka dni później w lokalnych wiadomościach sensacją okazały się zdjęcia tego miejsca pokrytego śniegiem. Zmiany klimatyczne dotykają każdego zakątka planety.

Dwa, może trzy kilometry dalej pojawiła się droga asfaltowa. Z małą pomocą przeszedłem cały wąwóz Wadi al Disah z północy na południe. Kilkanaście kilometrów, więc całkiem nieźle. Jednak to co przysporzyło mi zmartwień to co dalej? Muszę znaleźć jakiś sposób aby wrócić do Tabuk. Wyszedłem z "tej drugiej" strony więc jest nieco dalej i chyba jestem w tak zwanej czarnej du..ie. Idę drogą i próbuję coś zatrzymać. Nie dość, że samochodów jak na lekarstwo to żaden nawet nie zwolni. Zaczyna być nieciekawie, przynajmniej przepiękne krajobrazy na tle zachodzącego słońca wprowadzają mnie w dobry nastrój. Skrzące się z słońcu rdzawe góry, na rudo - czerwonej pustyni. Bajka.

 

Wadi al Disah, Tabuk, Arabia Saudyjska

 

Dochodzę do wioski tak małej, że chyba nawet nie miała nazwy. W samym środku meczet i kilka nieopodal zaparkowanych samochodów. Właśnie skończyła się Isha i pojawiło się kilku miejscowych. Po krótkich pertraktacjach znalazł się uczynny człowiek, który zaoferował mi transport. Zabiorę tylko żonę i dzieci z domu i pojedziemy wszyscy razem.

Wielka jak czołg terenowa honda zapiernicza 140 km pustynną drogą. Całe szczęście, że asfaltową. Mały, na oko 4 letni chłopiec na zmianę z ciut młodszą siostrą siadają na podłokietniku kierowcy. Zaczepiają mnie ale widać, że bardzo się wstydzą. Na tylnym siedzeniu całkowicie opatulona w czerń Saudyjka trzyma na kolanach niespełna roczne dzieciątko. Muzyka z radia jest tak głośna, że praktycznie nie słychać pracy silnika. Dzieci podekscytowane nieplanowaną przejażdżka coś tam od czasu do czasu krzyczą. Kierowca oczywiście prowadzi jedną ręką, bo drugą bezustannie coś grzebie w telefonie i bezustannie gdzieś dzwoni. Pasy bezpieczeństwa? Jakie pasy? Po drodze mijamy rozbitą terenówkę. Kraksa z wielbłądem, z którego na drodze zostały jedynie nogi. Natomiast wielki terenowy samochód do niczego już się nie nada. Jest rozbity doszczętnie. Trochę niebezpiecznie tak pędzić, ale na moim kierowcy nie sprawia to wielkiego wrażenia. Inshallah, skwitował krótko, czyli wszystko w rękach Boga. Pędzimy dalej jakby gonił nas sam Shaitan.

Czuję się obserwowany. Coś jakby wkręcało mi się w kark. Odwracam się dyskretnie kilka razy ale dostrzegam w ciemności jedynie jasny, nieosłonięty dookoła oczu skrawek twarzy. Nieruchome oczy zawsze wpatrzone gdzieś tam w jeden niewidoczny punkt przed sobą. Jednak kiedy tylko patrzę przed siebie czuję na sobie wzrok. Aż mnie ciarki przechodzą. Przez całą podróż żona wypowiada jedynie kilka zdań. Nigdy sama od siebie, zawsze jeśli została wcześniej o coś zapytana przez męża. Szok i niedowierzanie.

Prędkość stała i niezmienna 140 km/h, aż tutaj nagle kierowca otwiera wszystkie cztery okna. Gorąco, więc trzeba przewietrzyć. W środku podmuch taki, że zmiotło dziecko z podłokietnika na tylne siedzenie. Niewzruszona i cicha żona poprawiła jedynie okrycie i mocniej przytrzymała dzieciątko. Nie powiedziała ani słowa. Za chwilę zamknięto okna, ale ogrzewanie wciąż ustawione na maksimum. Kilkanaśnie minut później procedura z oknami powtarza się. I tak bez przerwy przez całą podróż. Nieocenione wrażenia z 2.5 godzinnej podróży na zawsze zostają w mojej pamięci.

W Tabuk jesteśmy po 21 a przejechaliśmy około 250 km. Płacę umówioną kwotę i widząc zadowolenie kierowcy jakoś lżej mi na sercu. Wręcz bezinteresowna pomoc jaką mi okazał była czymś niesamowitym. Wyszedł się pomodlić a tutaj nagle pojawił się niespodziewany kurs. Oby Allah otoczył opieką Jego oraz całą Jego rodzinę.

Nie to samo miasto co rankiem, teraz tętni życiem. Idę jeszcze coś zjeść w małej lokalnej jadłodajni. Wielka misa ryżu z szafranem i rozbita jak kotlet schabowy połówka grillowanego kurczaka. Żadnych krzeseł, stołu czy nawet sztućców. Jedynie podłoga zaścielona dywanem i celem prywatności, mały oddzielony murkiem boks. Restauracja dla lokalsów, pełen folklor czyli taka jakie lubię najbardziej. Po dniu pełnym wrażeń potrawa smakuje wyśmienicie.

 Na zakończenie dnia odwiedzam jeszcze pobliski sklep z telefonami. Dwie uśmiechnięte (mam nadzieję, bo widzę tylko oczy) Saudyjki pomagają mi skonfigurować internet w telefonie. Dziwne z jaką swobodą ze mną rozmawiały, aż miło się zrobiło. Powiało wiatrem zmian. Jedynie co, to wciąż należy się pilnować, aby nie patrzeć w oczy. Wbrew pozorom, Europejczykowi naprawdę bardzo trudno się do tego przyzwyczaić.

Kompletnie wyczerpany, do pokoju wracam przed 23. To był dzień pełen wrażeń.

___________________________________   

 

 

Dzień 3 – 29.11.2021

  

تَبُوْك

 

Tabuk

 

Szybko przekonuję się, że do przemieszczania najlepiej korzystać z Ubera. W Arabii Saudyjskiej jest on naprawdę fantastycznie rozwinięty. Średnia cena to 1 Rial za km, więc całkiem przyzwoicie. Przy cenie paliwa 2.38 za benzynę i 0.52 za diesel nawet nieźle na tym zarabiają. Kiedyś było dwa razy taniej, ale ostatnio wszystko podrożało. Kwituję to uśmiechem.

Zwiedzam stare miasto. Dziwny jest Tabuk. Galimatias jak w kraju arabskim, ale jednocześnie jest bardzo spokojnie. Życie toczy się powoli, rzekłbym leniwie. Nie ma tej gonitwy, nagabywania, krzyków i wszędobylskich targów znanych z krajów Marghebu. Dookoła lokalne sklepy przemieszane ze sklepami oferującymi ekskluzywne produkty znanych marek. Żadnego embarga, żadnych ograniczeń. Każdy chce handlować z Saudami. Mimo prowincji, podoba mi się.

Na dworcu autobusowym niezaprzeczalnie najważnijeszą osobistością jest cieć. On to decyduje kogo wpuścić do poczekalni a komu tego przywileju odmówić. Czujnym okiem pilnuje porządku i przestrzegania segregacji płci. Odprowadza pasażerów na miejsce i wszystkim zarządza. Porządek pierwszorzędny. Wszędzie dookoła panuje niezmącona cisza i spokój. W autobusie pełna segregacja. Panie z przodu, jeden rząd pusty, na wszelki wypadek zagrodzony pasami a następnie Panowie. Nie ma mowy o odstępstwach. Kierowca jest władcą absolutnym a jego słowo jest prawem. Potwierdza listę pasażerów z dowodami tożsamości i od tej pory jesteśmy oddani pod jego opiekę. Pasażerowie poproszeni o zmianę miejsca wykonują polecenie bez zbędnych pytań. Nikt nie protestuje, nikt bez sensu się nie przesiada, nie spaceruje, nie zmienia bagażu. Porządek jeszcze lepszy niż w poczekalni.

Fajnie jedzie się autobusem dalekobieżnym po Arabii Saudyjskiej. Dookoła zmieniająca kolory pustynia. Losowo przechodząca z piaskowej w żwirową, aby następnie zmienić kolor i wielkość ziaren piasku. Czasami w tym bezkresie zamajaczą jakieś pojedyncze palmy czy wyschnięte krzaki. Pojawi się wielbłąd lub ich gromada. Od czasu do czasu mignie gdzieś w oddali namiot pasterzy. A co kilkadziesiąt kilometrów stacja benzynowa z obowiązkowym meczetem. I tak bezustannie, jedynie w różnych kolejnościach. Mimo wszystko tak zmieniający się krajobraz ma coś takiego w sobie co przyciąga wzrok. Można wpatrywać się w niego godzinami. Magia czy hipnoza? A może obie.

 

Droga Tabuk - Al Ula, Arabia Saudyjska

 

Maghrib. Autobus zatrzymał się przy małej stacji benzynowej i większość pasażerów wyszła na modlitwę. Inny kraj, inne obyczaje, inne tradycje, inna religia ale jedno trzeba przyznać. Nikt się tego nie wstydzi, nikt się nie śmieje. Nikt nie próbuje schować się przed czyimś wzrokiem bojąc kpin czy drwin. Naprawdę godne podziwu. Szczerze polecam wszystkim pseudo-katolikom, aby brali przykład z takiej postawy.

Krótko po zmierzchu dojeżdżamy do małego, ale bardzo ciekawego Al Ula. Zatrzymuję się na mały rekonesans w centrum. Szybka przekąska w pobliskim barze uświadamia mnie, że o czymś zapomniałem. Panuje lekki pośpiech a wszyscy szybko starają się zakończyć konsumpcję. Drzwi otwierane są jedynie dla wychodzących ale nikt nie może wejść do środka. Miejscowi zdają się tego nie zauważać jednak mnie bardzo to zastanawia. Nagle gasną światła, bez wyjątku i ociągania wszyscy opuszczają lokal. Dookoła słychać jedynie trzask zamykanych drzwi i opuszczanych rolet. Chodniki jeszcze nie tak dawno tętniące życiem pustoszeją w parę chwil. Miasteczko wygląda niemal jak opuszczone. Nadszedł czas na Ishę.

Wszystko trwało około 20 minut. Nagle jakby znikąd pojawili się ludzie, otworzono sklepy a na ulicy znacznie zwiększył się ruch samochodów. I o ile w większych miastach nie jest to już tak bardzo widoczne, tak w mniejszych wciąż działa to jak za dawnych czasów. Bardzo ciekawe doświadczenie.

Jadę na przedmieścia, gdzie znalazłem nocleg. Jedyny raz podczas całej podróży w Arabii Saudyjskiej spotkałem człowieka ponad wszelką miarę chciwego. Nie mogę powiedzieć, że mnie oszukał czy okradł. Nic z tych rzeczy. Jedynie bez żadnych skrupułów czy zahamowań wykorzystał sytuację. Bardzo grzeczny, kulturalny i na swój sposób pomocny, ale niestety chciwość przyćmiła te wszystkie atuty. A ja do bagażu doświadczeń życiowych dołożyłem kolejny: "najdroższy nocleg w życiu". Chociaż warunki w jakich przyszło mi przenocować ciut poprawiły mi humor. 

___________________________________   

 

 

Dzień 4 – 30.11.2021

  

ٱلْعُلَا

 

Al Ula

 

Wyspany i wypoczęty wybaczam sąsiadom, że imprezowali do późna w nocy. Imprezowali tzn. bardzo głośno rozmawiali. Chociaż "darli mordy" byłoby bardziej na miejscu. Przysypiałem już nawet ale dzieci zaczęły grać w piłkę. Nie byłoby to nawet takie złe. Każdy był kiedyś dzieckiem i spał poza domem. Jednak postanowili, że drzwi do mojej sypialni będą bramką. Bramkarz nie obronił i po celnym strzale aż wszystko się zatrzęsło. Poszedłem zwrócić im uwagę, ale oby nakreślić powagę sytuacji zaprosiłem do siebie ich tatę. I właśnie w tym momencie bramkarz ponownie nie obronił a drzwi mało nie wypadły z framugi. Przerażony jedynie skulił się ze strachu i zaczął przepraszać. Nastała wzorowa cisza.

Mimo wczesnej pory słońce świeci bardzo ostro. Jednak lekki orzeźwiający wiaterek doskonale redukuje temperaturę. Zapowiada się piękny dzień. Wczoraj wieczorem widziałem w okolicy ciekawie prezentującą się kawiarnię. Przyszedł więc czas na prawdziwą kawę po arabsku.

Parzona ze świeżo prażonych zielonych ziaren kawy. Kolorem nie przypomina tej, którą pojemy w Europie. Lekko brązowa, jakby dolano do niej bardzo dużo mleka. W smaku dosyć cierpka, mocno gorzka i lekko kwaśna. Zawsze z kardamonem lub innymi przyprawami. Serwowana w dużych, metalowych, pięknie zdobionych dzbankach. Nalewana do filiżanek bez uszek. Cukier zastępują daktyle. Przy pierwszym łyku niedobra. Wręcz paskudna. Co to jest myślę sobie? Przecież tego nie da się pić. Zmuszam się i biorę drugi łyk. Trzeci, czwarty. I tak jak po pierwszej w życiu próbie espresso, coś się w człowieku zmienia. Nie interesuje mnie czy dodają czegoś aby uzależnić pijącego. Od tej pory jest to jedna z moich ulubionych. Do ostatniego dnia piję tylko i wyłącznie tę.

W wypożyczalni niestety braki albo do wynajęcia wyłącznie wielkie Land Cruisery za niemałe pieniądze. Spotykam kilkoro chińczyków, mających ten sam problem. Muszę znaleźć jakiś transport. Idąc od wypożyczalni do wypożyczalni całkiem przypadkiem trafiam na chciwego właściciela apartamentu. Oddaj mi 100 Riali, oznajmiam krótko. Bardzo mi przykro, ale nie było ciepłej wody. Ku mojemu zdziwieniu nawet się nie targował, oddał tyle ile powiedziałem. Może myślał, że zostanę na kolejną noc?

Bezskutecznie próbując znaleźć jakiś transport spotykam tatę niedoszłych piłkarzy. Chyba było mu trochę głupio bo jeszcze raz przeprosił za wczoraj i zamówił mi taksówkę. Cena jak Tabuk więc przyjmuję ją jako średnią, której będę się trzymał w przyszłości.

Dojazd do Madain'in Salih zajmuje nam prawie godzinę. Dookoła szczera pustynia, jedynie teren zabytków został ogrodzony a przy bramie wjazdowej pilnujący tego wszystkiego strażnik. Nawet parking jest pusty. Nie ma dosłownie nikogo. Tutaj nie można kupić biletu, musicie pojechać do Centrum Informacji w Al Ula. Co za porażka. Tym bardziej, że coś mi wówczas błysnęło w głowie. Taki nagły flash. Faktycznie, przecież kiedyś gdzieś chyba o tym czytałem. Taką mają zasadę i jest ona nie do obejścia. Wracam więc. Na miejscu jak grom z jasnego nieba spada na mnie wiadomość: wszystkie bilety zostały wyprzedane. Teraz dopiero jak fajerwerk rozbłysło w mojej głowie światło. Tak, faktycznie czytałem o tym jakiś czas temu. O całej tej niepojętej procedurze. Tylko jak mogłem o tym zapomnieć? Na wszelkie moje prośby, że przyjechałem z tak daleka słyszę jedynie "jak bardzo im przykro". Autobus przewożący turystów jest niemalże pusty ale pracownice pozostają nieugięte: mamy limitowaną liczbę biletów i nic nie możemy na to poradzić. Najbliższy możliwy termin to za dwa dni. W międzyczasie pojawiają się mający ten sam problem inni zainteresowani. Chwila zastanowienia i mimo wszystko decyduję się na zakup. Trudno, trzeba będzie pozmieniać plany. Miło uśmiechnięta Pani (tak zakładam bo widzę jedynie oczy), zaczęła powoli wstukiwać moje dane do komputera. Kilka razy potwierdzając imię, nazwisko i email szczególnie. Zawołała nawet do pomocy koleżankę. Po dłuższej chwili słyszę: Przykro mi, ale bilety na ten dzień są już niedostępne. ?!?!?! Próbuję dyskutować ale widzę, że nie ma to najmniejszego sensu. One przy sprzedaży biletów używają tej samej strony internetowej co klienci. Ktoś był po prostu szybszy i kupił je w międzyczasie. Proszę więc o bilet na dzień kolejny. Trzy dni później. Niestety wówczas dowiaduję się, że system nie przyjmuje mojego emaila. Został użyty poprzednio. A co to ma do rzeczy, przecież teoretycznie mogę sobie kupić bilety na różne dni. Tak, wiemy o tym, ale musimy zarejestrować każdy bilet w systemie a system na to nie pozwala. Podaję więc inny, awaryjny jedynie po to aby dowiedzieć się, że właśnie mają aktualizację systemu. Potrwa około godziny i nie mogą w tym czasie sprzedawać biletów. Co za bajzel. Mimo, że widzę jedynie oczy, cztery pracownice nie wiedzą gdzie podziać wzrok. To dopiero pech. Siadam i myślę co dalej. Przychodzi do mnie pani manager i oferuje pomoc. Kupi mi bilet i wyśle mailem. Zostawiam więc pieniądze, biorę na wszelki wypadek potwierdzenie i wracam do centrum Al Ula. Postanawiam się przejść aby trochę ochłonąć. Nagle zatrzymał się obok mnie wielki, terenowy samochód i kierowca zaoferował podwózkę. Miły akcent na koniec.

W samym centrum znajduję hotel gdzie za nocleg w identycznych warunkach + ciepłą wodę płacę trzy razy niższą cenę. Podróże kształcą i dodają bagażu doświadczeń. Chciwców natomiast po prostu czasami nie da się uniknąć. Uruchamiam internet w telefonie i reorganizuję swój plan. Okazuje się, że nie wszystko wygląda tak źle jak jeszcze kilka godzin temu. Będzie więc dobrze. Idę pozwiedzać miasteczko. Małe położone na środku pustyni i umiejscowione między wysokimi górami. Wydaje się senne, jednak będzie to kiedyś jedno z ważniejszych centrów turystycznych Arabii Saudyjskiej.

Zatrzymuję się na kawę w jednej z lokalnych kawiarni. Na zewnątrz przy stoliku jest tylko jeden klient. Chyba wzbudziłem jego zainteresowanie bo przywitał się ze mną i zaprosił do stolika. Brat właściciela jak okazało się po chwili. Nie minęło kilka chwil a pojawiło się kilkoro znajomych. Popołudniowa kawa z tubylcami czyli coś bardzo interesującego. Jak usłyszeli, że rozmawiam trochę po arabsku, nie mogli wyjść z podziwu. Przy okazji oberwało się barmanowi, że skasował mnie za kawę. Uszanowałem ich zwyczaj ale naprawdę podobał mi się. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy po czym jeden z nich zawiózł mnie do Starego Miasta. Obowiązkowo oprowadził wszędzie i wytłumaczył to i owo. Poprosił następnie abym pozwiedzał sobie kramy samemu a On mnie za chwilę znajdzie. Zewsząd rozległy się nawoływania na modlitwę. Nadszedł czas na Maghrib. 

 

Stare Miasto, Al Ula, Arabia Saudyjska

 

Kontynuowałem zwiedzanie. Stare miasto w Al Ulah jest turystycznym miejscem. Taką wizytówką prężnie rozwijającego się miasteczka. Przepięknie odrestaurowany i odnowiony w niemalże każdym detalu. Masa sklepików z lokalnym rękodziełem aż cieszy oczy. Nie jest wielkie ale na swój sposób urocze. Spotkać tutaj można co najciekawsze wielu turystów. Do późnych godzin nocnych wszystko aż tętni życiem. Jest bardzo miło i przyjemnie a mimo znacznego tłumu cicho, wręcz tajemniczo. Bardzo miło mija tutaj czas. Pojawił się mój przewodnik, Ahmed. Pospacerowaliśmy wśród kramów. Jakie było moje zdziwienie jak stanowczo odmówił bakszyszu. Może chociaż wypijemy kawę? Także podziękował, ale zaproponował abym coś zjadł i zaczekał na niego. Wymieniliśmy się numerami telefonów i odszedł. Nagle zewsząd rozległy się nawoływania na modlitwę. Rytm życia dyktowany przez Koran. Nadszedł czas na Ishę. 

Po wieczornej modlitwie odwiózł mnie do centrum.

Wieczorem dzwoni do mnie Pani z Informacji turystcznej. Bilet gotowy, wysłany mailem i na wszelki wypadek What's up. Coś jednak z tego będzie, szkoda jedynie jednego dnia. Chociaż czy tak naprawdę szkoda. Po prostu potoczył się inaczej.

W TV wszystkie programy są zablokowane, a na jedynym właściwym recytowane są sury Koranu. Słucham trochę i idę spać.  

___________________________________   

  

 

Dzień 5 – 1.12.2021

  

المدينة 

 

Al Medinah

 

Rano umawiam się z recepcjonistą, że wrócę tutaj jutro wieczorem i chciałbym zarezerwować pokój. Super, przynajmniej jeden problem z głowy. Idę na przystanek autobusowy. Po reorganizacji planu jadę do Medyny.

SAPTCO, czyli jedyny i właściwy saudyjski przewoźnik. Taki odpowiednik dawniejszego PKS, jednak to tylko jedno i jedyne podobieństwo. O ile w miastach nie ma komunikacji publicznej, o tyle siatka połączeń między nimi jest wręcz fantastyczna. Wszystko bardzo dobrze zorganizowane, zaplanowane i zarządzane. Dworce autobusowe niczym nieodbiegające od europejskich. Duże, przestronne i obowiązkowo klimatyzowane. W każdym z nich ktoś z obsługi dbający o porządek, ktoś inny o pasażerów, w każdym kasy biletowe. Tablice świetlne z rozkładem jazdy albo osoba ekstra informująca o tym podróżnych. Obowiązkowo dwie poczekalnie, mały sklepik oferujący nawet ciepłe jedzenie i tak ogólnie jakiś dziwny spokój. Odwiedziłem ich wiele i wszędzie schemat był identyczny. Porządek godny pozazdroszczenia. O komforcie autobusów i nawet nie ma co wspominać.

Cztery godziny jazdy przez pustynię i obserwacja fantastycznych widoków mija nad wyraz szybko. W południe docieram do Medyny, czyli drugiego najświętszego miasta islamu. Nocleg znalazłem w ścisłym centrum, 5 minut spacerem od Wielkiego Meczetu. Początkowo miałem trochę obaw czy oby ktoś nie będzie chciał mnie sprawdzić, jednak nic z tych rzeczy. Pomimo tego co można wyczytać w internecie, innowiercy mogą odwiedzać Medynę nie mogą jedynie wchodzić do Wielkiego Meczetu. Oglądam go z zewnątrz. Liczę minarety: dziesięć. Im więcej tym lepiej, tym ważniej, bardziej święto. Spaceruję wzdłuż ogrodzenia i próbuję uzmysłowić sobie gdzie jestem. W Jerozolimie jest Kopuła na Skale, czyli meczet w miejscu skąd Mahomet wstąpił do Nieba, ale wiemy jak jest. To właśnie w Medynie Mahomet dokończył żywota i to właśnie stąd Islam rozszerzył sie na świat. Meczet jest gigantyczny, przepięknie zdobiony, udekorowany i utrzymany. Na placu dookoła setki gigantycznych parasoli chroniących wiernych przed słońcem a na posadzce obowiązkowe dywany. Wiernych są dziesiątki tysięcy. Tłum zdaje się nie mieć końca. Przy każdym z wielu wejść policja sprawdzająca testy Covid i obowiązkowo maseczki. Wbrew pozorom wszystko jest bardzo sprawnie zorganizowane. Nigdzie nie ma większych kolejek, tłum zdaje się płynąć. Kusi mnie aby wejść do środka, jednak po chwili zastanowienia rezygnuję. Skoro sobie tego nie życzą to wypada to uszanować. Tym bardziej, że cały kompleks ogrodzony jest bardziej do ozdoby niż aby coś zasłonić. Wszystko widać doskonale, łącznie z wnętrzem. Dodatkowo dookoła biegnie bardzo szeroki deptak, po którym spacerują pielgrzymi.

Niedaleko spotykam dwóch sprzedawców daktyli. Oferują ich ze trzydzieści albo i więcej gatunków. Od niemalże świeżych i żółtych, poprzez lekko podsuszone brunatno - czerwono, do wręcz czarnych, pomarszczonych i nieźle zasuszonych. Do wyboru i koloru. Identycznie jak pistacje w Iranie. Rozmawiam z nimi chwilę, pytam które są najlepsze i proszę po jednej sztuce z kilkunastu rodzajów. Bardzo zdziwieni, że turysta, że ekspata, że chrześcijanin a rozmawia po arabsku. Proszą mnie więc abym przyjął je w prezencie. Kategorycznie wręcz odmawiając zapłaty. Witaj w Arabii i niech Allah ma Cię w opiece. Jak miło.        

Nadszedł czas Asr. Piękny i melodyjny głos rozniósł się dookoła a spóźnialscy przyśpieszyli kroku. Usiadłem na schodkach w cieniu aby poobserwować. Dziesiątki tysięcy wiernych modlących się w Wielkim Meczecie w Medynie. Jako Sanktuaria, miejsca z grobami Jezusa i Mahometa prezentują się diametralnie inaczej. Nie można tego nawet porównywać, gdyż jest to przepaść. Mimo, że inna religia a jednak szacunek i respekt, a w niektórych aspektach wręcz godne naśladowania.

Wiele razy widziałem turystyczne autobusy Sightseeing, ale zawsze omijałem je szerokim łukiem. Postanowiłem po raz pierwszy skorzystać z okazji. Kupuję bilet, siadam na odkrytym górnym poziomie i w drogę. Muszę przyznać, że jest to bardzo ciekawa opcja poznania miasta. Każdy pasażer dostaje słuchawki i może wybrać sobie opcję językową. Autobus objeżdża najciekawsze miejsca w mieście a lektor z detalami wszystko opowiada i tłumaczy. Dowiaduję się między innymi, że pewien mały niepozorny wydawałoby się meczet nieopodal centrum był domem Mahometa. A jako Jego dom był to pierwszy meczet na świecie.

 

Meczet Proroka, Medyna, Arabia Saudyjska

 

Wracam idealnie na Maghrib. Modlitwa z całą oprawą wygląda identycznie. Podoba mi się, tym bardziej, że wszystko jest już pięknie oświetlone. Zostaję tutaj aż do Ishy. Na ostatnie modły przybywa jeszcze więcej ludzi. Główna aleja prowadząca do Meczetu w całości wypełniona jest wiernymi. Jest ich dużo więcej niż za dnia. W którą stronę nie spojrzę, widzę tłumy ludzi. Non stop podjeżdżają wypełnione autobusy i samochody prywatne. Tłum wydaje się nie mieć końca. Co mnie zastanawia najbardziej? Porządek. Przy takiej ilości ludzi panuje niesamowity porządek. Dodatkowo cisza, słychać oczywiście dookoła rozmowy, jednak przypomina to jedynie wielkie buczenie jak w gigantycznym ulu. Nie ma żadnych wrzasków czy krzyków. Dziwnie to zabrzmi, ale naprawdę bardzo miło i przyjemnie spędza się tutaj czas. Taki w pewnym w pewnym sensie relaks.

___________________________________   

  

 

Dzień 6 – 2.12.2021

  

المدينة 

 

Al Medinah

 

Przestawiam się całkowicie na Ubera. Nigdy nie czekałem na samochód dłużej niż 10 minut, nikt nie próbował mnie oszukać a wielu kierowców dodatkowo zapraszało na kawę lub poczęstunek. Tutejsze okolice obfitują w wygasłe wulkany. Zamawiam więc kurs i jadę w pobliskie góry.

Ponownie bardzo zdziwiony kierowca nie może uwierzyć gdzie chcę wysiąść. Umawiam się z nim jednak, że za małą dopłatą zaczeka tutaj na mnie. Zbliża się Zuhr, więc nawet mu to pasuje. Ja natomiast ruszam w pobliskie góry. Staram się wypatrzeć jakiś szlak ale mogę o tym zapomnieć. Za pierwszym wzgórzem idę po pumeksowych kamieniach. Ciekawe czy są tutaj węże? Myślę za każdym razem kiedy przeskakuję z jakiegoś dużego głazu na kolejny. Dookoła kompletne odludzie. Mijam 3 wzgórza i wspinam się na kolejne, najwyższe w okolicy. Ciekawe czy to tutaj czy ktoś zrobił sobie żart? Docieram na szczyt i ... Jest !!!

Nie mogłem znaleźć nigdzie jego nazwy więc nazwałem go sobie: Saghir Harrat Rahat. Dlaczego akurat tak? Saghir to mały a Harrar Rahat to jeden z najpopularniejszych wygasłych wulkanów w Arabii Saudyjskiej. W sumie spodziewałem się takiego widoku oglądając wcześniej zdjęcia. Jednak który to już raz przekonuję się, że między zdjęciem a rzeczywistością jest kolosalna różnica. Góry całkowicie pokryte pumeksem. Czarnym, wypalonym po zastygłej lawie. A na szczycie krater o średnicy około 200 metrów. Idealnie równy z idealnie płaskim dnem, idealnie wypełniony żółciutkim piaskiem. Kolor aż kłuje w oczy. Skąd na tym czarno-pumeksowym odludziu tak jasny piasek? Ewidentnie musi być nanoszony przez wiatr. Dlaczego natomiast osiada jedynie w kraterze? I to tworząc wręcz idealne koło jedynie w jego środku? Cud natury albo jakieś prawa fizyki. Krater wulkanu. Coś niesamowitego. Sceneria i krajobraz dodatkowo dodają swoje. Łącznie z krajobrazem całość wygląda jak inna planeta. Nie byłbym oczywiście sobą jakbym nie wszedł do środka... Dziwne uczucie być na środku krateru wygasłego wulkanu. Śmieję się pod nosem, ale idąc łapię się na tym, że idę bardzo ostrożnie. Boję się mocno tupać. Mimo, że płaska, wysypana piaskiem powierzchnia człowiek zadaje sobie pytanie: Skąd wiemy, że jest wygasły? Może jedynie uśpiony? Dochodzę do samego środka. Niestety nie wybuchł, muszę więc jeszcze wyjść. Ale jeszcze trochę poskaczę, może chociaż się zatrzęsie...  

 

Saghir Harrat Rahat, Medina, Arabia Saudyjska

 

Kierowca pomodlił się i wracamy. Pokazałem zdjęcia i nie mógł uwierzyć, że niecałe 50 km od Medyny jest coś takiego. Miasta w którym mieszka całe życie. Po powrocie zaprosił mnie na kawę. Nescafe? Dlaczego za granicą wszyscy pytają turysty czy chce pić to świństwo? Kawę arabską i żadnej innej. Oboje ze sprzedawcą zdziwieni zapatrzyli się na mnie. Dostałem kawę i darmowe śniadanie. Witamy w Arabii Saudyjskiej.

Chwila relaksu w King Fadh Central Park a następnie idę do centrum. Mniej więcej w połowie drogi podziwiam Meczet Masjed Quba. Wielki plac przed wejściem z mnóstwem gołębi do złudzenia przypomina nie jedno miejsce w Polsce. Tylko ten meczet. Wielki a zarazem prosty. Z mineretami jakby wyciosanymi z kwadratowych bloków. W tym słońcu wręcz oślepiająco lśni bielą. Podobnie jak w wielu innych miejscach tak i tutaj, mimo wielkiego tłumu panuje spokój. Mam szczęście, rozpoczyna sie Asr. Zawołania i modlitwy z minaretów kiedy stoi się bezpośrednio przy nich aż na wskroś przeszywają człowieka. I co najdziwniejsze, nie jest to jakieś przerażające ale na swój sposób odprężające. Dziwne uczucie.

Po południu wracam do Centrum i spędzam ostatnie chwile przy Wielkim Meczecie. Dawno temu babcia wiele razy mi powtarzała: "Góra z górą się nie zejdzie ale człowiek z człowiekiem zawsze." I tak siedząc sobie przed wejściem głównym, wśród tysięcy pielgrzymów spotykam znajomego Saudyjczyka. Ojca rozwrzeszczanych dzieci, który zamówił mi taksówkę w Al Ula. Początkowe niedowierzanie szybko przeszło w miłą pogawędkę. Jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.

Wracam do Al Ula. W autobusie ten sam kierowca Pan i Władca co poprzednio. Co ciekawe, zauważył mnie jeszcze w poczekalni i przywitał ze mną jak ze starym znajomym. Jak miło. W autobusie spotykam... Argentyńczyka. Niezła szansa aby podszlifować hiszpański. Zakrawa to na niezły żart: nauka hiszpańskiego z native speakerem w Arabii Saudyjskiej. A jednak. Życie potrafi nieźle czasami zaskoczyć. Tym sposobem podróż mija szybko i krótko po 22:00 jesteśmy na miejscu. Szkoda tylko, że w hotelu zamiast obiecanej rezerwacji słyszę jedynie, że ktoś o tym zapomniał. Szok i niedowierzanie, ale idę na poszukiwania. Z dużej chmury mały deszcz i szybko znajduję pokój w czymś co bardzo przypomina Dom Podróżnego czy pewien rodzaj noclegowni. Skromnie, jednak czysto i przestronnie. Czteroosobowy pokój na moją wyłączność. Cena: za dwa noclegi cztery razy taniej niż za jeden u chciwca sprzed trzech dni.  

___________________________________   

  

 

Dzień 7 – 3.12.2021

  

ٱلْعُلَا

 

Al Ula

 

Na chodniku podchodzi do mnie turysta i pyta jak dojechać do Madain Salih. Hiszpan jak się po chwili okazało. Niedaleko dostrzegam kolejnego z wielkim plecakiem. Idzie do jakiegoś auta więc pytam gdzie jedzie i czy ma wolne miejsce. Znajdują się nawet dwa, więc Hiszpan jedzie z nami. Prowadzi Anglik a turysta z plecakiem to Niemiec. To dopiero multi kultur. Przedstawiamy się, wymieniamy grzecznościami a Anglik do mnie po Polsku. "Cześć kolego. Jak się masz? Mam nadzieję, że dobrze?" Niby kilka słów ale jak miło.

Tym razem mam bilet, więc nie będzie problemu. Szkoda tylko moich współpasażerów, gdyż zaliczyli podobną przygodę jak ja kilka dni wcześniej. Wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Sprzed centrum informacji odjeżdżamy autokarem do Medain Salih. Ku mojemu szczeremu zdziwieniu jest nas jedynie 5 osób. Co za organizacja? Wprost nie mogę w to uwierzyć.

Na miejscu na wszystkich czeka poczęstunek oraz przewodnik. Po krótkim wstępie przesiadamy się do terenowego jeep'a i w drogę. Fajnie było to wszystko zorganizowane ale dlaczego tak bardzo ograniczono liczbę wpuszczanych osób?

Mada'in Salih bez wątpienia jest miejscem dla którego wyłącznie można przyjechać do Arabii Saudyjskiej. Chyba najbardziej charakterystyczne miejsce historyczne w całym kraju. Tajemnicza i zarazem ekscytująca zagadka.

 

Qabr al-Farid, Mada'in Salih, Al Ula, Arabia Saudyjska

 

W czasach starożytnych było to drugie co do wielkości miasto Królestwa Nabatejskiego. Zaraz po osławionej Petrze jego druga stolica. A z racji bardzo rozwiniętego handlu kadzidłem z Jemenu, bardzo ważna i bogata. Mada'in Salih nie ma tylu grobowców co Petra, jednak tutaj większość z nich zachowana jest w doskonałym stanie. Muzułmanie traktują słowa Koranu bardzo dosłownie, dlatego święcie wierzą, że ruiny faktycznie są przeklęte i nie powinno się ich ruszać. Owe zabobony mają dobrą stronę – omijali je szerokim łukiem, a to z kolei wpłynęło na ich doskonały stan. Dzięki temu wciąż posiadają kunsztowne zdobienia. Natomiast z czasów podbojów rzymskich na fasadach wciąż widnieją łacińskie bądź greckie inskrypcje. Przysłowiową wisienkę na torcie jest Qabr al-Farid, czyli Samotny Pałac. Nieco na uboczu, na małym wzgórzu, ale obowiązkowy punkt programu. Mimo, iż niedokończony, bardzo wyróżnia się od wszystkich dookoła. Wielka na ponad 20 metrów bryła kamienia pośrodku niczego, z wykutą fasadą. Nikt nie wie, można jedynie spekulować: przeznaczony dla kogoś z rodziny królewskiej, a może dla któregoś z duchownych? Nikt już tego nie pamięta, nikt nie wie. Każdy odwiedzający nie może ukryć zachwytu. 

Centrum Informacji znajduje się w parku. Masa zieleni, trochę drzewek i krzewów. Podlewane są obficie wodą więc i czuć przyjemną wilgoć w powietrzu. Miła odmiana po pustynnym słońcu. Popijam kawę kupioną w barze nieopodal i obserwuję trójkę młodych Saudyjczyków. Dwóch chłopaków i dziewczyna. Ona, roześmiana od ucha do ucha. Czarne, rozpuszczone włosy powiewające na wietrze. Ubrana po Europejsku z kolorową chustą narzuconą na ramiona. Oni podobnie uśmiechnięci. Jeansy i t-shirty. Stojąc w kolejce, rozmawiają, żartują, śmiejąc się przy tym serdecznie. Ona czasami klepnie któregoś w plecy, któryś z Nich czasami Ją. Ot, grupa przyjaciół. Kupili kawę, pączki i pojechali. Czy jestem w tej Arabii, o której tyle czytałem?

Jest piękny, słoneczny dzień, więc do Starego Miasta wracam piechotą. Udaje mi się kupić nawet pocztówki. Co za szczęście. Najwyraźniej ta tradycja jeszcze tutaj nie dotarła.

Po Asr spotykam się z Ahmedem i jedziemy jak to ujął ... na rodzinną farmę. Inaczej sobie ją wyobrażałem. W rzeczywistości jest to wielki, prawie 5 hektarowy sad. Na pustyni, otoczonej pobliskimi górami, w towarzystwie kilku podobnych. Obowiązkowo ogrodzony wysokim murem ukrywającym wszystko przed ciekawskim wzrokiem. Tylko przed jakim? W środku dwa wielkie, oddalone od siebie budynki. Miejsce rodzinnych spotkań. Ahmed wyjaśnia, że cała rodzina spotyka się tutaj co piątek (odpowiednik naszej niedzieli). Od kiedy pamięta w każdą, bez wyjątku. Mężczyźni w pierwszym, kobiety w drugim, tym większym. Nie ma żadnej opcji, aby odwiedzić dom płci przeciwnej. Widziałem go od wewnątrz tylko kiedy był budowany, oznajmia. Odwiedzam oczywiście ten, do którego tradycja pozwala mi wstąpić. W środku przyjemny chłód i schludny porządek. Przepiękny wystrój z obowiązkowymi grubymi dywanami zaścielającymi każdy centymetr podłogi. Jest jakoś tak tajemniczo, ale bardzo przyjemnie, odprężająco.  

Sadu pilnuje tylko jeden pracownik, egipski emigrant zarobkowy. Pracuje tam, mieszka i wszystkiego dogląda. Pomarańcze, mandarynki, grapefruity, granaty, limonki, cytryny no i oczywiście daktyle. Do wyboru, do koloru. I tylko jeden człowiek. Dodatkowi zatrudniani są jedynie do zbiorów. Jakkolwiek by o tym nie myśleć, wygląda to na niezły wyzysk.

Po obejściu wszystkiego i oczywiście obowiązkowej degustacji lokalnych eco - produktów usiedliśmy przy herbacie. Spędziliśmy całkiem miłe popołudnie i wieczór rozmawiając, żartując i opowiadając sobie o tradycjach panujących w naszych krajach. Ahmed w międzyczasie przeprosił mnie na chwilę, gdyż nadeszła pora Maghrib. Uświadamiam sobie, że trzeba byłoby się tutaj urodzić i wychować, aby przywyknąć do takiego podziału dnia przy jednoczesnym codziennym funkcjonowaniu. A jak wyglądało tutaj życie kilkadziesiąt lat temu?

" ... Wiesz, Arabia się zmienia. Mam siedem sióstr i odkąd stały się kobietami, nigdy nie widziałem ich włosów. Nie wiem czy są długie, czy krótkie, ani jakiego koloru. Jak siostrę odwiedza koleżanka to nie mam prawa nawet zapytać jak ma na imię. Jeśli bym tak zrobił, dostałbym w twarz. A wiesz, że dzisiaj widziałem dziewczynę i dwóch chłopaków (??? czyżby Ci sami, myślę). Żadnego pokrewieństwa, obcy sobie ludzie, ale Saudyjczycy. Ona w jeansach, z gołą szyją i odkrytą głową. Każdy mógł widzieć Jej włosy, a jeden z chłopaków złapał Ją nawet za rękę. I to publicznie przy ludziach. Co się dzieje? Jeszcze kilka lat temu obcięliby mu tę rękę a Ją rodzina by wychłostała. W najlepszej opcji wsadzili by ich na jakiś czas do więzienia. Co za czasy nastały? Co to teraz będzie?... "

Nie wiedziałem czy mu współczuć czy cieszyć się gdzieś tam w głębi duszy. Ludzie praktycznie odcięci od cywilizacji w kategoriach równouprawnienia. Wychowywani tak przez pokolenia, nagle przeżywają szok. W wielkich miastach zmiany następują szybciej, ale na prowincji? Coś co dla nas jest normalne i nie zwracamy na to uwagi, dla przeciętnego Saudyjczyka jest nie do pomyślenia. Istna przepaść.

___________________________________   

  

 

Dzień 8 – 4.12.2021

  

جِدَّة

 

Jeddah

 

- "Pamiętaj, że tutaj każde auto jest potencjalną taksówką."

Kierując się radą poznanego wczoraj Hiszpana, pytam pierwszego napotkanego kierowcę czy zawiezie mnie na lotnisko. Ku mojemu zdziwieniu, bardzo chętnie przystał na propozycję. Dostarczymy jedynie jedzenie dla kogoś tam po drodze i jedziemy. Młody, ciekawy świata chłopak zasypywał mnie muzyką z youtube. Jeszcze do niedawna zakazaną. Kiedy powiedział, że chciałby posłuchać jakiejś polskiej piosenki, puściłem mu teledysk Donatan & Cleo "Brać". Mało się nie rozbił z wrażenia. Idę o zakład, że później jeszcze nie raz go oglądał.

Na lotnisku spotykam Andreasa, Argentyńczyka poznanego dwa dni wcześniej. System przydzielił nam nawet miejsca obok siebie w samolocie. Cóż za zbieg okoliczności. Za nic w świecie nie może przyswoić sobie podstaw arabskiego więc przechodzimy do szlifowania hiszpańskiego.

“Allah przyrzeka, że bezpiecznie dotrzemy do celu” – słyszymy z głośników. Następnie słyszymy recytowaną surę Koranu i startujemy. Skądś już to znam. Lot mija szybko i o 11 jesteśmy na miejscu. Pierwsze co uderza po wyjściu z samolotu to skwar. Mamy grudzień a temperatura przekracza 30 stopni. Drugie, trochę dalej bo już w hali przylotów to ... akwarium. Nie jakieś tam małe, zwykłe ale wielkie na dwa piętra w centralnej części. Akwarium dookoła którego są ruchome schody. Każdy przystaje aby podziwiać rafę koralową w miniaturze.

Jeddah, czyli babcia po arabsku. Według religii nazwa miasta wywodzi się od miejsca pochówku Ewy. Babci wszystkich ludzi. Ciężkie to do udowodnienia, ale dlaczego w to nie wierzyć? Jeddah jest wielka. Jeddah jest inna. W Jeddah zawsze było luźniej. Nie przypomina jednak stolicy. W Jeddah na każdym kroku mieszają się kultury. Jeddah od zawsze była saudyjską bramą na świat. To tutaj przypływały statki z pielgrzymami do oddalonej niecałe 100 km Mekki. Do dzisiaj jest to kosmopolityczne miasto. W Jeddah jak nigdzie indziej turyści nie są rzadkością. To właśnie tutaj zmiany zachodzą najszybciej, po czym rozlewają na cały kraj. Jest nawet komunikacja publiczna. Szczątkowa co prawda i nikt nie wie według jakiego schematu jeżdżą autobusy, ale jeżdżą. Trafiłem akurat na 1 Red Sea Film Festival. Dziwnie to brzmi w kraju, gdzie jeszcze kilka lat temu nie było ani jednego kina. Zmiany można dostrzec na każdym kroku.

 

Al Balad, Jeddah, Arabia Saudyjska

 

Al Balad, czyli stare miasto to według mnie najciekawsze miejsce. Stare budynki ze swoimi charakterystycznymi drewnianymi balkonami odrestaurowywane z wielkim rozmachem. Fundusze przeznaczone na ten cel przyprawiają o zawrót głowy. Trafiam na transmisję na żywo Al Arabiya. "... Król przeznaczył na renowację Al Balad miliard Riali...", powiedział reporter. Nie, chyba mój arabski nie jest tak dobry. Podpytuję więc członka ekipy czy dobrze zrozumiałem. Tak, przyjacielu, dobrze zrozumiałeś. To prawda, 1 miliard Riali. Odrestaurujemy Al Balad i rozwiniemy Red Sea Film Festival. To będzie takie nasze Arabskie Cannes. Zobaczysz za kilka lat. 1 Rial to mniej więcej 1 zł. Cóż, szczęka mi opadła. 

Al Balad mnie urzekło. Czuję jakbym przeniósł się w czasie. Spędzam tutaj czas do późnych godzin nocnych. Moje nadzieje na odrobinę chłodu odchodzą do lamusa. O północy wciąż jest 31 stopni.

___________________________________   

  

 

Dzień 9 – 5.12.2021

  

جِدَّة

 

Jeddah

 

O tym jak leniwie toczy się życie w krajach arabskich przekonałem się już nie jeden raz. A przygoda w urzędzie pocztowym tylko to ugruntowała. I to bardzo mocno. Natknąłem się na urząd pocztowy więc postanowiłem wysłać z pocztówki. Zresztą z wielkim trudem zdobyte kilka dni wcześniej. 

Tawakkalna i na wszelki wypadek sprawdzenie szczepień. Czyli ochroniarz pokazujący swoją władzę i chcący za wszelką cenę zademonstrować jaki jest ważny. Poproszono mnie abym usiadł i poczekał. Przy okienku kasjer poinformował mnie, żebym ponownie usiadł i poczekał. No cóż, na zewnątrz niemiłosierny skwar a tutaj przyjemna klimatyzacja. Siedzę więc czekam. Obserwuję wielki urząd pocztowy od środka. Takie trochę dawne zboczenie zawodowe. Kilkoro klientów i sennie poruszających się pracowników. Nie mogę uwierzyć, że tak można pracować. Niesamowita cisza i spokój. Wszystko to bardziej przypomina muzeum. Miły Pan zaprosił mnie do biura i wskazując wielką i wygodną sofę, zaoferował herbatę. Nie omieszkał przy tym przeprosić, że nie ma nic słodkiego. Po krótkiej kurtuazyjnej rozmowie, skąd przyjechałem, dokąd jadę, jakie mam wrażenia podczas zwiedzania Arabii itd... Poruszyliśmy temat znaczków pocztowych. Ah, tak. Zapomniałem, proszę zaczekaj chwilę. Poszedł do sąsiedniego biura, otworzył wielki sejf i rozpoczął przeszukiwanie stosu dokumentów. Po kilkunastu minutach wrócił z kilkoma teczkami, prezentując mi gotowe zestawy dla kolekcjonerów. Przepiękne ale ja potrzebuję jedynie cztery znaczki na kartki pocztowe, oświadczam. Ah, czy mógłbyś więc usiąść i zaczekać jeszcze chwilę? Po czym powrócił do przerzucania skoroszytów w sejfie, aby po kolejnych kilku minutach zaoferować inne zestawy. Wybrałem jeden z czterema znaczkami, moim zdaniem najciekawszy. Aby wszystko przebiegło jak najbardziej profesjonalnie, znaczki zapakowano do jedwabno-papierowej, zdobionej wytłoczonym złoto - zielonym logo Saudi Post koperty. Zapłaciłem i wróciliśmy do głównego holu, gdzie od razu zaproszono mnie do okienka. Oczywiście poza kolejnością. Miły kasjer zarejestrował w systemie jedną kartkę pocztową, w tym dokładne dane adresata, drugą podobnie, po czym oświadczył, że te do Polski nie mogą być wysłane. Z racji obostrzeń COVID-19 chwilowo zawiesiliśmy wymianę pocztową z Polska. Poinformowano mnie, że mogą być wysłane jedynie jako specjalne przesyłki kurierskie. Cena to 150 Riali za sztukę. Trochę wygórowana jak za pocztówkę, więc zabieram je ze sobą. Na koniec bardzo dziękuję uprzejmemu urzędnikowi Saudi Post w Jeddah za okazaną pomoc i w pełni usatysfakcjonowany wychodzę na zewnątrz. Cała procedura zajęła mi prawie godzinę.

Jeddah jest za duże aby zwiedzić je w dzień lub dwa. Spędzam go więc w centrum spacerując bez końca wąskimi uliczkami. Mimo niesamowitego wręcz skwaru jest miło i przyjemnie. Jakże to wszystko różni się od innych arabskich krajów. Nikt nie wciąga człowieka do sklepu ani nie chce czegoś na siłę sprzedać. Wszędzie jest kasa fiskalna. Jest gwar, rozgardiasz, mnóstwo samochodów ale działa to w pewnym cywilizowany porządku. Kierowcy respektują przepisy ruchu drogowego. Co już samo w sobie jest czymś niesamowitym. Jak nigdzie spotykam wielu turystów. Dwie Francuzki, z których jedna trochę mówi po polsku. Włoszkę, ubraną jakby wybierała się na Riwierę. Libańczyka, który przyjechał w interesach. Zamknięta na świat Arabia, otwiera się na świat. 

W jednej z przytulnych tradycyjnych kawiarni w Al Balad wdaję się z rozmowę z pewną Saudyjką. Już samo to zakrawa na zdziwienie. Samotna młoda kobieta bez jakichkolwiek oporów rozmawia z obcym mężczyzną. Opowiada mi jak bardzo zmienił się kraj odkąd stery przejął Książę Mohammed. (Później, już po powrocie znalazłem informacje, iż wg Forbs jest to 8 najbardziej wpływowa osoba na świecie). Teraz wszystko zależy od ludzi, ich przyzwyczajeń, mentalności i szerokorozumianej akceptacji. Wiesz, że jak chcę to nawet nie muszę nawet zakrywać włosów? Mówi z uśmiechem. Teraz to już jest tylko i wyłącznie moja decyzja. Kiedyś było to podyktowane prawem, a teraz jest to jedynie podtrzymanie naszej kultury i tradycji. I wierz mi na słowo, ciężko z tego zrezygnować. Wyobraź sobie, że nie mamy już policji religijnej. Dla wielu przyzwyczajonych do tego od pokoleń Saudyjczyków jest to istny szok. To wszystko dzieje się za szybko i musi minąć trochę czasu. Zapewnia mnie, że już sama swoboda takiej rozmowy jest czymś, co jeszcze nie tak dawno było nie do wyobrażenia.

___________________________________   

  

 

Dzień 10 – 6.12.2021

  

اَلطَّائِفُ

 

Al Taif

 

Jadę do Taif. Ponownie góry w pustynnym krajobrazie. Jest wysoko i dużo chłodniej. Dwa dni skwaru wystarczyły mi w zupełności. Za duży skok temperatury w przeciągu jednego dnia szybko daje o sobie znać. Teraz jest znacznie przyjemniej. Obwodnicą mijamy Mekkę. Oh, jak mnie kusi aby tam pojechać. To jedynie kilka kilometrów. Jednak rozsądek zwycięża. W południe jestem na miejscu. Śniadanie, kawa i od razu jadę w góry.

 

Al Huda, Taif, Arabia Saudyjska

 

Al Huda jest małą miejscowością położoną wysoko w górach. A jej największą atrakcją za wyjątkiem krajobrazów jest droga. Każdy wie, że w obecnych czasach jest to wykonalne i w dużej mierze zależy wyłącznie od pieniędzy. A tych akurat Saudom nie brakuje. Jednak sposób w jaki i gdzie ją wybudowano wzbudza zachwyt. Szeroka, dwupasmowa wijąca się serpentynami dookoła wzgórz i nad przepaściami. Miejsce musi być bardzo popularne wśród miejscowych bo w punktach widokowych od czasu do czasu pojawiają się jacyś przyjezdni. Dookoła jak okiem sięgnąć góry i pustynne krajobrazy. Na jedynym z tarasów spotkałem młodych, ciekawych świata Saudyjczyków. Porozmawialiśmy chwilę. Na kolejnym spotkałem gromadę makaków. Nieopodal natomiast bezpańskie psy. Ciekawie wyglądała rywalizacja między nimi. Całkiem nieźle zorganizowanie stado małp ostro przeciwstawiało się stadu psów.

Bardzo przyjemne widoki rekompensują chwilowe wyłączenie z użytku kolejki linowej. Ah ten COVID, czasami wydaje mi się, że ogłupia on społeczeństwo. Po południu przypadkowy kierowca, żołnierz na przepustce jak się później okazało, proponuje mi podwózkę do Taif. Z grzeczności pytam o cenę. Nie wiem ile ale tyle co zapłaciłeś za dojazd tutaj. Który to już raz przekonałem się, że to ja bardziej jestem atrakcją a cena to jedynie pewnego rodzaju bakszysz.

   Zostawiam bagaż w hotelu i idę na zwiedzanie miasta. Dosyć szybko przekonuję się, że położone na wysokości ok. 2.000 metrów n.p.m. bardzo różni się klimatem od nadmorskiego Jeddah. Jest dosyć chłodno, nawet zimno. Miasto nie zachwyca mnie początkowo. Takie jakieś wielkie i na wpół puste. Mają wielką galerię handlową z lodowiskiem w samym jej środku. Jak moje Panie idą na ciucho - zakupy to idę na kawę, tutaj za to mógłbym i wypić kawę i pojeździć na łyżwach. Jak szaleć to szaleć. Dochodzę do centrum i diametralnie zmieniam zdanie. Przepięknie odrestaurowana i dopieszczona niemalże w każdym detalu starówka. Z mnóstwem sklepików, straganów i kafejek. Całkowicie zamknięta dla ruchu kołowego. Po zmroku aż tętni życiem. Najładniejsza jaką przyszło mi podziwiać podczas całej podróży. Ciekawy jestem jak będzie wyglądał Al Balad za kilka lat? Pochłonięty bez reszty urokiem miejsca spaceruję do późna w nocy. Na koniec znajduję na chodniku czyjąś kartę visa.

___________________________________   

  

 

Dzień 11 – 7.12.2021

  

ٱلْبَاحَة 

 

Al Bahah

 

Pierwsza zimna noc. Rankiem jeszcze raz idę do centrum. Nie jest tak tłoczno a większość sklepów jeszcze jest zamknięta, ale i tak miło ponownie pospacerować w tak przyjemnym miejscu. Na śniadanie kawa po arabsku i idę do banku oddać znalezioną wczoraj kartę. Ktoś będzie miło zaskoczony.

Jadę do Al Bahah. Pustynna droga wije się wysoko w górach. Momentami jesteśmy wyżej niż polskie Rysy. Nie zdawałem sobie sprawy, że są aż tak wysokie. Mimo tego krajobraz nie przestaje zachwycać. Krótko po 14 jesteśmy na miejscu. Na dworcu spotykam Hiszpana poznanego w Al Ula. Rozmawiamy chwilę. Mówi, że zaryzykował i odwiedził Mekkę. Trochę żal mnie ogarnął ale wcześniej postanowiłem tam nie jechać więc trudno. Trzeba to uszanować.

Łapię Ubera i jadę do wioski Thee Ain. Około 30 km droga jest istnym inżynieryjnym majstersztykiem. Wiele jest takowych w saudyjskich górach, jednak ta bezapelacyjnie jest na pierwszym miejscu. Z wysokich na 3.000 metrów gór, wijąc się serpentynami opada prawie 2.000 metrów niżej. Jak to się mówi, zakręt na zakręcie, a to wszystko na moście. Pół godziny jazdy podczas której nie mogłem się nadziwić jak można było wybudować coś takiego. Jakim nakładem kosztów?

Thee Ain Ancient Village. Kierowca zaproponował że odwiedzi znajomego w pobliżu i jak chcę to po mnie wróci. Super. Idę więc zwiedzić wioskę. Przypomina ona bardziej ufortyfikowane miasteczko. Na niewielkim wzgórzu, nad doliną z potokiem tubylcy wybudowali sobie w VIII wieku wioskę. Z trzech stron chroniły ją góry, mimo to dla większego bezpieczeństwa wszystko obwarowali wysokim murem. Wg tablicy informacyjnej mieściło się tam prawie 50 domów, więc jak na tamte czasy posiadała sporo mieszkańców. Całość odrestaurowano z najdrobniejszymi detalami. A to co najbardziej przykuwa uwagę to budulec. Płaski kamień przypominający łupek. Żadnych cegieł, głazów czy wielkich kamieni. Całość z daleka przypomina średniowieczną fortecę i wszystko zbudowano z takiego łupka. Zastanawiam się ile nakładu pracy musiało to kosztować i ilu ludzi było do tego zatrudnionych. Naprawdę wykonali kawał dobrej roboty.

 

Thee Ain, Al Bahah, Arabia Saudyjska

 

W środku nie ma kompletnie nikogo. Zima a skwar nie do zniesienia. Spaceruję wewnątrz sam, odwiedzając co ciekawsze budynki. W bardzo fajny i dobrze przemyślany sposób wszystko zaprojektowano. Do życia i do obrony. Wspinam się na samą górę do budynku z całą pewnością pełniącego funkcję wieży obserwacyjnej. Widok rozpościera się na wiele kilometrów w głąb doliny. Dopiero teraz widzę jak na dłoni inżynieryjne cudo w postaci drogi, którą przed chwilą jechałem. Niemożliwe, myślę. A jednak.

  Wracam do Al Bahah. Miasto nie zachwyca, ale i tak warto je zwiedzić.

___________________________________   

  

 

Dzień 12 – 8.12.2021

  

ٱلْبَاحَة 

 

Al Bahah

 

Wielkie wygodne łóżko i świeże, zimne powietrze. Spało się nad wyraz przyjemnie. Idę zwiedzić miasto za dnia.

Jest dosyć zimno, jedynie 10 stopni ale za to bardzo słonecznie. Al Bahah położona jest na szczytach malowniczych gór. Wszędzie dookoła gdzie tylko zerknę roztaczają się przepiękne widoki. Wspaniała baza wypadowa dla lubiących górskie wyprawy.

O 14 wyjeżdżam do Abhy. Droga podobnie jak dnia poprzedniego wije się serpentynami wśród wysokich gór. Lubię jeździć i podziwiać przesuwające się za szybą widoki. Za każdym razem inne. Na miejsce dojeżdżamy przed 20. Życie tętni w najlepsze, więc po szybkim zameldowaniu idę na nocne zwiedzanie miasta. Abha jest bardzo ciekawa, chociaż mam wrażenie, że jest tutaj zdecydowanie więcej emigrantów z Azji.  

___________________________________   

  

 

Dzień 13 – 9.12.2021

  

أَبْهَا

 

Abha

 

Śniadanie, w kameralnej greckiej restauracyjce. Strasznie mnie poniosło, ale tak cudownie się prezentowała, że nie mogłem oprzeć się pokusie. No i niby greckie, ale z nutami arabskimi, czyli taki trochę mix.

Jeśli Abha to oczywiście góry Al Soudah. Jadę oczywiście Uberem. Pogoda przepiękna i mimo chłodu dzień jest bardzo słoneczny. Wędruję po parku krajobrazowym podziwiając widoki. Jest dosyć wysoko, prawie 3.000 m n.p.m. Ładnie, bardzo ładnie. Dookoła niby pustynia góry są zalesione. Nie ma dosłownie nikogo. Jak to możliwe, że wśród mieszkańców nikogo to nie interesuje. Spotykam makaki i obserwuję ich hierarchię w stadzie, jak dostały kawałek chleba. Obowiązuje prawo silniejszego i nic innego. W innym miejscu znalazłem igłę jeżozwierza. Żyją tutaj na wolności. Jest wręcz gigantyczna, 30 cm długości i w najgrubszym miejscu gruba na prawie pół centymetra. Ile takich ma jeżozwierz?

Dochodzę do głównej drogi i wędrując nią kilka kilometrów dotarłem do stacji benzynowej. Mieli nawet lokalną restaurację. Kurczak z grilla rozbity wcześniej tłuczkiem do schabowych, ryż z szafranem i cola. Dywan pośrodku, buty obok i oczywiście żadnych sztućców. Czyli pełen folklor. Fajnie ugniata się kulkę ryżu w garści po to, aby zaraz włożyć ją do ust. Resztki ryżu pozostałe na dłoni można najnormalniej zlizać. Tutaj każdy tak robi. Podoba mi się to.

Po posiłku rozmawiam z Saudyjczkiem i pytam gdzie jedzie. Oferuje, że bez najmniejszego problemu podwiezie mnie do centrum. Super. Wczesnym popołudniem jestem w hotelu. Chwila reorganizacji i idę zwiedzić Abhę. Ładna jest. Tak daleko na południu, pośród gór i pustyni a jednak dużo tutaj zieleni. Szkoda tylko, że kolejka linowa na wzgóże górujące na miastem jest nieczynna. Trochę mam już dosyć tych obostrzeń COVID'owych. Spaceruję więc zwiedzając okolice. Poznaję pewną Syryjkę, uchodźccę z kraju ogarniętego wojną domową. Sama z dwójką dzieci. Nie pytam o męża bo nie wypada, ale widzę smutek w oczach. Szkoda mi jej bardzo.

 

Tradycyjna kolacja, Abha, Arabia Saudyjska

 

Kolacja w lokalnej jadłodajni gdzie czuję się jak eksponat w muzeum. Każdy z wielkim zainteresowaniem mnie obserwuje. Mimo tego jest bardzo miło i swojsko. Nie spotkałem się ani raz z jakimkolwiek przejawem niechęci, niezadowolenia czy wrogości. Nie ważne czy targ, restauracja czy sklep ze złotem. Wszędzie ludzie są naprawdę bardzo mili.

Trzask, zamknęli mi spożywczak niemalże przed samym nosem. Nie po złości oczywiście. Nadszedł czas na Ishę. Widzę, że obok czeka grupa młodych Saudyjek. Pytam więc czy jeszcze go otworzą czy już nie. Tylko jedna była na tyle odważna, aby odpowiedzieć, pozostałe odwróciły się i rozeszły. Każda w innym kierunku. Jakbym był jakiś trędowaty. Nie ma co, prowincja i tradycja wciąż obowiązuje.

___________________________________   

  

 

Dzień 14 – 10.12.2021

 

الرياض

 

Al Riyadh

 

Wychodzę po piątej rano przed hotel mając wielką nadzieję, że jakiś nadgorliwy kierowca Ubera nie będzie mógł spać. Widzę jednak samochód i młodego kierowcę nieopodal. Z jego wyjątkiem dookoła pustki. Pytam więc czy będzie jechał w kierunku lotniska. W pierwszym momencie zdziwienie z niedowierzaniem, ale trwało to jedynie chwilę. Pewnie, że tak. Jak chcesz to Cię podwiozę oferuje bez zastanowienia. Zszokowany, że turysta, ekspata i to w takim miejscu i o tej godzinie. Jak dowiedział się gdzie lecę zaoferował nawet, że zabierze mnie bo właśnie jedzie do Riyadh'u. Ale niesamowite. W innych okolicznościach dałbym się skusić ale nie tym razem. Jestem umówiony na 14 tą więc się nie wyrobimy. Co za szkoda. Pyta mnie nawet czy może nagrać sobie ze mną krótki filmik na pamiątkę. Młody inżynier firmy telekomunikacyjnej, którego wysłano w kilkudniową delegację do Abhy. Wymieniliśmy się nawet detalami i jesteśmy znajomymi.

Poł godziny i jesteśmy na lotnisku. Tym razem na pytanie o Tawakkalne mówię, że jestem obcokrajowcem i pokazuję szczepienia. Odprawa przebiega szybko i bezproblemowo.

“Allah przyrzeka, że bezpiecznie dotrzemy do celu” – po raz trzeci słyszę tę formułę. Za chwilę recytowana jest oczywiście sura Koranu. Parę minut po ósmej startujemy. I po raz kolejny podziwiam pustynie z okna samolotu. Akurat tę najbardziej piaszczystą na całym półwyspie. Wydmy jak z filmów National Geographics, tylko karawan brakuje. Dopiero z tej wysokości człowiek zdaje sobie sprawę jaki to bezkres piasku. Od czasu do czasu widać prostą jak od linijki drogę, gdzie nie gdzie prawie w całości zasypaną. Jak oni to ogarniają?

Lubię loty krajowe. Żadnych kolejek czy kontroli. Wysiada człowiek z samolotu jak z autobusu i idzie gdzie chce. Chociaż w tym akurat przypadku COVID trochę namieszał. Czyli negatywny PCR test bo inaczej nie wpuszczą mnie do UK. Szczęściem dla mnie mają na lotnisku punkt gdzie mogę to zrobić. Cena zbija z nóg ale co począć? Robię test a wynik mam dostać SMS za 4 godziny. Zobaczymy. Nie powiem, że nie stresowałem się przez ten czas. Co zrobię jak będzie pozytywny? Niby mam ubezpieczenie ale co dalej?

Jadę do hotelu, oczywiście Uberem. Lotnisko zlokalizowane jest zaraz za miastem, a mimo przejechanych 23 km wciąż jestem na przedmieściach. Riyadh jest olbrzymi. Z wielopasmowymi prostymi, wydawać się bez końca ulicami. Mimo gigantycznego wręcz ruchu, przepustowość i niesamowita. Praktycznie nie ma korków. Oczywiście o jakiejkolwiek komunikacji publicznej można tylko pomarzyć. Budują co prawda metro ale to dopiero przyszłość.

Rozgaszczam się w hotelu i idę do pobliskiej galerii handlowej. Obok wielki Hilton, z którego na wysokości pierwszego piętra wybudowano kilkusetmetrowy tunel prosto do tej galerii. Wprawia mnie w pewne osłupienie. Po co coś takiego jeśli można przejść się normalnie chodnikiem? Chwila zastanowienia i odpowiedź gotowa. Bo mogliśmy. Bo nas stać. Bo goście hotelowi mogą sobie od razu pójść na zakupy klimatyzowanym tunelem do klimatyzowanej galerii kiedy na zewnątrz się skwar.

Jest już tak bardziej cywilizowanie. Sklepiki, których nie powstydziło by się Champs Elysees w Paryżu. Niemalże same ekskluzywne butiki a przepych widać na każdym kroku. Są nawet turyści. Wszędzie niby segregacja ale chyba bardziej dla podtrzymania tradycji niż z nakazu. Przynajmniej takie jest moje odczucie. Utwierdzam się bardziej w swoim przekonaniu kiedy odbieram zamówione jedzenie przy stanowisku dla kobiet. A jednak, zmiany. Dostaję wiadomość, że mój COVID test jest negatywny. Jednak nie będzie mi dane zostać w Arabii dłużej.

O czternastej wyjeżdżamy na Edge of The Worls trip. Lokalny, wcześniej zaplanowany i zorganizowany trip. Dwa wielkie samochody terenowe z małą grupą ciekawych arabskiej pustyni turystów. Niemiec, Hiszpan i ja w pierwszym, Jemenka, Emiratka, Libanka i kolejnych dwoje w drugim. Jazda GMC gabarytami przypominającego czołg to czysta przyjemność. Nie może uwierzyć ile jest tutaj miejsca. Takim autem można podróżować zamiast kamperem. A Saudowie uwielbiają te samochody. Wielkie amerykańskie wersje terenowych krążowników szos. W dodatku w najnowszych wydaniach. Z 6 - cio litrowymi silnikami benzynowymi w automacie. Po czteropasmowej autostradzie przez bezkresną pustynie takim samochodem się nie jedzie. Cały czas mam wrażenie, że płyniemy. Dwie godziny jazdy to czysta przyjemność.

 

Jebel Fihrayn, Riyadh, Arabia Saudyjska

 

Jebel Fihrayn czyli Edge of The World, lub jak kto woli Krawędź Świata. To nic innego jak wielki, wręcz gigantyczny uskok tektoniczny na skalistej pustyni niedaleko Riyadhu. Długie na niemalże 700 km pasmo górskie rozciągające się od Jordanii do centrum Arabii Saudyjskiej. Nazwa najprawdopodobniej utrwalona za sprawą wręcz niewyobrażalnego widoku rozpościerającego się na horyzont. Można opisywać go bez końca, ale w żaden sposób nie odzwierciedli to wrażenia jakie człowiek odczuwa stojąc nad przepaścią. Widok rozpościera się na dziesiątki kilometrów a ograniczony jest jedynie przejrzystością powietrza. Wręcz nie można nasycić nim wzroku. 

 

Jebel Fihrayn, Riyadh, Arabia Saudyjska

 

Spacerując bez końca brzegiem uskoku spędzamy tam całe popołudnie i wieczór. Zachód słońca jest iście spektakularny. Fajnie było by mieć na tyle czasu aby przyjechać tutaj namiotem i zostać do wschodu. Wieczorem urządzono nam poczęstunek w lokalnym kameralnym stylu. Ognisko, grill, słodkości i arabska kawa. Oczywiście wszystko to na środku pustyni na rozścielonych dywanach. Bardzo miło upłynął nam czas na pogawędkach. Zastanawiałem się czy tak właśnie wyglądało setki lat temu, kiedy tereny te przemierzały karawany. Wieczór przy ognisku i mimo, iż różnic kulturowych a językowych szczególnie, ludzie spędzali wspólnie czas. Zrobiło się bardzo zimno, wręcz lodowato. Dodatkowo zerwał się chłodny wiatr. Nadszedł czas na powrót.

___________________________________   

  

 

Dzień 15 – 11.12.2021

 

الرياض

 

Al Riyadh

 

Do hotelu dotarłem po północy. Dzisiaj w planach zwiedzenie stolicy ale po pierwsze muszę się wyspać. Dodatkowo dowiedziałem się, że mój lot powrotny został przesunięty o 5 godzin do przodu. Muszę być więc na lotnisku o 5 nad ranem. Bez sensu przedłużać pobyt w hotelu i zostać jedynie kilka godzin. Ponownie mała korekta planów.

Riyadh jest ogromnym i bardzo rozległym miastem. Wszędzie jest daleko. Co można robić tutaj jeden dzień? Miałem w planach odwiedzić bardzo popularną Ad-Dirijja, ale okazało się, że jest w remoncie. Meczetów mam już przesyt, decyduję się więc na twierdzę Al Masmak. Łapię Ubera i jadę. Na miejscu okazuje się jednak, że twierdza jest zamknięta. Pozostaje mi więc podziwianie z zewnątrz. Niestety nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Ot cztery wielkie kamienne baszty połączone murem tworząc pewnego rodzaju fortecę na kształt kwadratu. Niby ciekawe jednak nic spektakularnego.

W stolicy jest inaczej. Niby sklepy są zamykane na czas modlitwy jednak kiedy przychodzi jej czas ruch nie zamiera. Po odwiedzonych wcześniej miejscach jest to bardzo zadziwiające. Zdecydowanie decydujący wpływ na taki stan ma duża ilość obcokrajowców. Żyje tutaj bardzo dużo emigrantów zarobkowych z azjatyckich krajów, a tam widocznie tak restrykcyjnie nie podchodzi się spraw religijnych. Skutkiem tego w stolicy ten się kto się modli, reszta żyje własnym życiem.

Jadę zobaczyć Kingdom Tower. Przez złośliwych nazywaną otwieraczem do butelek. Muszę przyznać, że ta druga nazwa bardzo do niego pasuje. Najwyższy budynek w stolicy i taka wizytówka miasta. 302 metry wysokości (2 metry wyższy od Wieży Eiffla) z mostem widokowym na samym szczycie. Szklany, odbijający pod każdym kątem promienie słoneczne. Błyszczący jak mocno oświetlone gigantyczne lustro. Kiedy ją ukończono był to najwyższy budynek na Bliskim Wschodzie. Dobudowano do niego wielką galerię handlową, Kingdom Center. Najbardziej luksusowe centrum handlowe w Riyadh'e. Mają nawet kino. Sprawdzam repertuar i decyduję się na jeden z ostatnich seansów.

 

Kingdom Tower, Riyadh, Arabia Saudyjska

 

Początkowo nie mogę znaleźć wejścia na most widokowy. Okazało się, że dostać się tam można z pierwszego piętra galerii handlowej. Winda na 99 piętro. Nie wiem czy z racji wysokości czy jako udogodnienie dla Rodziny Królewskiej Winda na 77 piętrze jest przesiadka. Dlaczego akurat tam? A bo akurat tutaj zbudowano Królowi Meczet. To dopiero ekstrawagancja. Natomiast pomost widokowy na samym szczycie to dopiero dzieło. Zabezpieczony oczywiście szkłem jednak skonstruowany jak część ścieżki dla pieszych. Cena niemała 60 Riali jednak jak już wjedziemy do góry nie ma ograniczeń czasowych. Wcześniej wyliczyłem wszystko tak aby podziwiać panoramę Riyadh'u za dnia i również nocą. Nie oglądałem w życiu lepszej panoramy miasta. Płaska, poprzecinana siatką przecinających się pod kątem prostym ulic z tysiącami budynków między nimi. Na wprost niej druga, nieco niższa i całkowicie innego kształtu, Al Faisaliyah Center. Wydawać by się mogło, że ledwie na wyciągnięcie ręki a dzieli je 6 km. Dwie wieże górujące na stolicą. Saudyjskie wizytówki, które widać z każdego punktu stolicy. O ile widok za dnia był fantastyczny, to po zmroku, kiedy wszystko dookoła rozbłysnęło milionami kolorowych świateł jest przepiękny. Mimo fotografa oferującego swoje usługi na szczycie, żadne zdjęcie nie odda tego co widzę. Istna hipnoza.

 

Panorama z mostu widokowego, Kingdom Tower, Riyadh, Arabia Saudyjska

 

Odwiedziłem kawiarnię na zewnątrz skąd dodatkowo mogłem podziwiać Kingdom Tower nocą. Co pewien czas zmienia się kolor oświetlenia dookoła pustej na samej górze. Siedzę, piję arabską kawę i delektuję się lokalnym deserem. Cena z racji miejsca nie jest mała, jednak muszę przyznać, że warto. Pod każdym względem. Spaceruję jeszcze arterią między dwiema wieżami i idę do kina.

VOX Cinema w Kingdom Tower. Czyli najbardziej ekskluzywne kino w najbardziej luksusowej galerii miasta. Już samo pojęcie kina w kraju, gdzie jeszcze kilka lat temu były one zakazane, jest czymś niesamowitym. A co dopiero coś takiego. Siedząc w kinowym lounge zastanawiam się jak wygląda sala. Kupując bilet i wybierając miejsce zauważyłem, że sala ma jedynie 24 miejsca. Miałem pewne wyrzuty sumienia bo 150 Riali to najdroższy bilet w życiu ale też nie codziennie ma się okazję oglądnąć film w królewskim kinie. Za chwilę wszystko się okaże. W międzyczasie kelner przyniósł mi poczęstunek i schłodzony sok owocowy. Jest to wliczone w cenę biletu oznajmił po chwili. Oh, jak miło mi się zrobiło. Za chwilę zaproszono nas do środka. Sala nie za duża, powiedziałbym, że nawet mała, kameralna i faktycznie tylko z 24 miejscami. Najwygodniejszymi fotelami w jakich siedziałem w życiu. Wielkie, szerokie, z regulowanym oparciem z wysuwanymi podnóżkami. Każdy zaopatrzony w specjalny panel nawigacyjny i małą lampkę. Do czego jest jednak kod kreskowy? Skanuję z ciekawości i widzę całe menu z restauracji. Nic zwykłego czy pospolitego a wyłącznie same wykwintne specjały. Ceny też specjalne, ale nie porażająco. Jaka szkoda, że wcześniej coś zjadłem. Rozglądam się dookoła i widzę, że mamy komplet. Ups, siedzę koło Saudyjki, w kinie. A Ona jedynie z koleżanką. Żadnego męskiego członka rodziny. Naprawdę Arabia się zmienia.

Rozpoczął się seans. "King Richard. Zwycięska rodzina." Bardzo ciekawy film biograficzny o siostrach Williams. Nie wyłączono całkowicie świateł a jedynie je przyciemniono. Wszystko jednak tak gustownie, że bardzo miło ogląda się film. Nagle otwierają się drzwi i wchodzi kelner z tacą. Ktoś zamówił coś do jedzenia. Oglądamy dalej. Po chwili ktoś inny zamówił coś innego. I tak co pewien czas do końca filmu. Kelner co chwilę donosił czy to jedzenie czy coś do picia. Jednocześnie wszystko było fantastycznie zorganizowane i zaplanowane. Miejsce dostępne pomiędzy fotelami wystarczyłoby dla rowerzysty a co dopiero dla dyskretnie poruszającego się kelnera. W takich warunkach mógłbym zawsze oglądać film.

 ___________________________________   

 

Dzień 16 – 12.12.2021

 

الرياض

 

Al Riyadh

 

Seans zakończył się po północy. Zamawiam więc Ubera i jadę na lotnisko. Ruch jest zdecydowanie mniejszy i mimo, że do lotniska jest prawie 40 km podróż mija bardzo szybko. Odprawa i nuda. Jedno z największych lotnisk świata i tylko dwa małe sklepiki. Oferta ciut większa niż na lotnisku we Wrocławiu. Bardzo jestem tym zaskoczony. W związku z tym czas mija bardzo, bardzo powoli. O 7 rano wylatujemy do Londynu i po uwzględnieniu stref czasowych na miejscu jesteśmy w południe. Oh jak zimno. Wręcz lodowato. Przesiadam się szybko na kurs autobusem do Stansted skąd odbiera mnie już żona. W domu jestem na późnym obiedzie.

 

Wiele osób pytało mnie jak radziłem sobie z komunikacją w Arabii Saudyjskiej? Otóż, wyszedłem na przeciw wyzwaniu i ukończyłem podstawowy kurs arabskiego. Zajęło mi to mniej więcej rok. Czy był trudny? Tak, nawet bardzo. Jednak tylko w jego podstawowej formie bardzo mi się przydał i ułatwił podróżowanie. A poza tym jest naprawdę bardzo ciekawy.

___________________________________   

 

 

 

              Wystarczy bardzo w coś wierzyć, bardzo czegoś chcieć a zawsze się uda. Marzenia nie są po to, aby tylko je mieć. Marzenia przede wszytkim są po to, aby je spełniać. A tym razem coś ze ścisłej czołówki.

Czytany 202 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane