Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobraźni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2022, Argentyna

Argentum, czyli legenda o Sierra del Plata


 

 

Dzień 1 – 28.04.2022

 

Jak bardzo nie chce mi się jechać. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego. Za dużo organizowania, za dużo opcji, które będą miały wpływ na całość. Bilety, wejściówki. Zbyt sztywno zbudowałem cały plan i chyba to najbardziej mnie martwi. W południe Sylwia odwozi mnie na Stansted, gdzie przesiadam się do autobusu na Heathrow. Odjazd o 13:00 a na drodze żadnych korków więc o 14:10 jestem na miejscu. Czasu mam aż nadto, ale cóż począć. Odprawa, piwko, książka i o 18:45 wylatuję do Madrytu.

Iberia Airlines. Kolejna regularna linia lotnicza, z której usług przyszło mi skorzystać. Czysto, ładnie i profesjonalnie pod każdym względem. Jedynie nowy samolot i miejsca jakby mniej. Ciekawy jestem czy w innych samolotach mają podobnie. Strefa czasowa +1 i na Madrid Barajas jesteśmy po dziesiątej. Minęło sześć lat kiedy byłem tutaj po raz ostatni a jednak dużo pamiętam. Spokojnie i bez pośpiechu idę do swojego gate. 23:55 startujemy. Moje obawy potwierdziły się, nowy samolot, nowe standardy a miejsca jest zdecydowanie mniej. Przesypiam prawie cały lot, więc nie jest aż tak źle. 

___________________________________   

 

 

Dzień 2 – 29.04.2022

 

Przed siódmą rano lądujemy w jak to śpiewała Kora w boskim Buenos Aires. Nie było aż tak źle a lot minął nad wyraz szybko. Standardowa kontrola graniczna, w jakim celu i na jak długo. Zdjęcie, ale to już chyba standard wszędzie. Pytam o pieczątkę do paszportu, ale celnik oznajmia, że już ich nie dają. Teraz wszystko mamy w komputerze: witamy w Argentynie, życzę miłego pobytu. Prawie natychmiast dostaję SMS z potwierdzeniem przejścia argentyńskiej kontroli granicznej. Za chwilę także email o podobnej treści z dodatkowym potwierdzeniem, że mam 3 szczepionki COVID. Faktycznie, wszystko mają w komputerze.

Jedyną i chyba najlepszą opcją transportu z lotniska Ezeiza Pistarini do centrum to taxi. Widzę co prawda biuro jakiegoś lokalnego przewoźnika ale przelicznik jest wręcz złodziejski. Zamawiam Ubera i jedziemy. Buenos Aires jest wielkie, z lotniska na obrzeżach miasta tylko do centrum jest 30 km. Dobrze, że płacę za kurs z góry ustaloną kwotę, 20$ więc nie przejmuję się korkami. Ruch wbrew pozorom przebiega dosyć płynnie i do hotelu dojeżdżamy w okolicach 10.

 

Obelisk Rewolucji Majowej, Buenos Aires, Argentyna

 

Znalazłam hotel w ścisłym centrum, przy Avenue 9 de Julio niedaleko Obelisku. W hotelu formalności, wymieniam pieniądze 1$=190 Ars. (oficjalny kurs bankowy to 135 Ars.), zostawiam plecak i idę zwiedzać boskie Buenos Aires. O Matko, jakież ono wielkie! Zwiedzę jedynie centrum, ale pierwsze to śniadanie. Rozglądam się za jakąś miłą lokalną miejscóweczką i zamawiam najbardziej odjechany zestaw śniadaniowy z listy. Omlet, sałatka, pieczywo, sok, kawa. Wszystko świeże i przyrządzane na bieżąco pod zamówienie. Kosztuje mnie to trochę więcej niż kawa latte w Anglii, 1.100 Ars. Oj, jeśli chodzi o ceny żywności zapowiada się, że będzie fajnie.

 Jest tak bardzo słonecznie, że nie można obejść się bez okularów. Jednocześnie dosyć chłodno, czasami ubieram nawet czapkę. Zaopatrzony w mapę z hotelu idę w pierwszej kolejności do Pałacu Barolo i na Plac Kongresowy. Na każdym wręcz kroku widać, że Argentyna do biednych krajów raczej się nie zaliczała. Nieźle Hiszpanie to wszystko zorganizowali. A to, że kosztem grabieży i bezwzględnego wyzysku to już inna sprawa. Odwiedzam kilka następnych atrakcji, Muzeum Wody, Teatr Colon ale jednak najbardziej przypada mi do gustu spacer uliczkami Buenos. Jest tak przyjemnie, ciekawie i interesująco. Wtopić się tłum miejscowych i spacerować bez końca. Przy promenadzie zwiedzam fregatę ARA Sarmiento. W 1897 roku, była to jedna z najnowocześniejszych i najbardziej zaawansowana fregata na świecie. Minęło 125 lat i człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo rozwinęła się technologia.

W hotelu poznałem fanów Metallica z Cordoby. A kiedy powiedziałem, że także wybieram się na koncert zaprosili mnie na wieczorne Metallica party. Dlaczego nie? Biorę na wszelki wypadek adres i idę dalej zwiedzać miasto. W Movistar kupuję lokalną kartę SIM i uruchamiam internet. I tak jak w Arabii Saudyjskiej pobrano ode mnie odciski palców na tę okoliczność, tak tutaj musiałem udostępnić zdjęcie paszportu. Bez niego nic z tego. Czyli Wielki Brat obserwuje. Gdzie te czasy kiedy kupowało się i uruchamiało kartę bezimiennie?

Wieczorem idę do klubu. Maseczka, bez niej nie wejdziesz. OK, zakładam więc, ale w środku setki osób i tylko ja w maseczce, chowam więc ją do kieszeni. Pytam później ochroniarza o tę maseczkę a On najspokojniej w świecie oznajmia mi: maseczka jest wymagana aby wejść a środku co nas to interesuje. COVID? Jaki COVID? Przy przysłowiowym piwku i muzyce przypominam sobie lata 90 - te w Polsce. Zakaz palenia? A co to takiego? Szok z niedowierzaniem jak szybko człowiek zapomina jaka atmosfera panowała kiedyś. Odnajduję znajomych z hotelu i spędzamy naprawdę miły wieczór przy ostrzejszej muzyce. Lekcje hiszpańskiego na żywo są dużo, dużo lepsze niż w domu. 

___________________________________   

 

 

Dzień 3 – 30.04.2022

 

Fajnie zmienia się strefy czasowe ze wschodu na zachód. Człowiek budzi się o 6 rano kompletnie wyspany. Idę zwiedzać Buenos Aires. Jest tak wielkie, iż można byłoby spędzić tutaj tydzień i człowiek miałby co robić. Idę do Wieży Zegarowej czy Monumental Tower. Nawet nie wiedziałem wcześniej, ale był to dar Brytyjczyków z okazji 100 rewolucji. Jednak po wojnie o Falklandy jej dotychczasowa nazwa Wieża Anglików, była nie na miejscu i ją zmieniono.

 

Wieża Zegarowa, Buenos Aires, Argentyna

 

Buenos Aires pod względem urbanistycznym jest bardzo dobrze rozplanowane, przynajmniej jego centrum. Ulice przecinają się pod kątem prostym a całość podzielona jest na kwadraty. Mieszkańcy szybko orientują się w lokalizacjach i bardzo często posługują sformułowaniami, że coś jest np.: 3 kwadraty dalej. Ulice są bardzo szerokie. Kiedyś myślałem, że nic nie przebije tych z Istambułu, później tych z Riyadhu, jednak tutaj przekonuję się, jak bardzo się myliłem. Avenida 9 de Julio przy której mam hotel jest najszerszą ulicą świata. Łącznie w obu kierunkach ma 18 pasów a samo tylko przejście z jednej jej strony na drugą to prawie 150 metrów. Wręcz kolos a jednak pięknie rozplanowany i zagospodarowany, jak przystało na nowoczesną metropolię. Dookoła mnóstwo drzew i zieleni a człowiek tak do końca nie odczuwa tego gigantycznego ruchu. W centrum jeśli jakaś ulica ma 3-4 pasy to  jest już jedno kierunkową. Ruch oczywiście wielki.

Dochodzę do Plazza Dorego, gdzie akurat mają bardzo ciekawy markecie uliczny z rękodziełem. Dookoła mnóstwo fantastycznych wyrobów skórzanych w naprawdę okazyjnych cenach. Niedaleko zaczyna się owiana złą opinią dzielnica La Boca, zamawiam więc Ubera i jadę do jej ścisłego centrum. 680 Ars. Jakie to śmieszne zrządzenie losu, iż jedno z ciekawszych miejsc w Buenos Aires zlokalizowane jest w samym środku dzielnicy znanej z bardzo wysokiej przestępczości. A kradzieży i rabunków w szczególności. La Boca, dzielnica, gdzie nie zapuszczają się nawet miejscowi a w jej centrum Caminito, czyli dzielnica artystów, fanów piłki nożnej i tanga. Zawsze tłumnie odwiedzana. Miejscowi dobrze wiedzą, że właśnie to miejsce przyciąga  niezliczone masy turystów więc można czuć się bezpiecznie. Oczywiście mając oczy dookoła głowy, bo wiele jest historii jak to ktoś został tutaj okradziony.

 

Diego Maradona graffiti, La Boca, Buenos Aires, Argentyna

 

Samo Caminito jest bardzo interesujące i można miło spędzić tutaj popołudnie. Wśród bezustannie dobiegającej zewsząd muzyki rodem ze stadionów piłkarskich, niczym szczególnym są pary tancerzy tango. Przepięknie wystrojeni tańczą na chodnikach, aby później pozować do zdjęć albo uczyć tańca zainteresowanych. Wiadomo, że wszystko zorganizowane jest pod publikę, ale i tak bardzo ciekawie się prezentuje. Strzelam sobie oczywiście fotkę z jedną z tancerek. A co mi tam, będzie na pamiątkę.

Być w Argentynie i nie zjeść steka to tak jak w odwiedzić Paryż i nie widzieć wieży Eiffla. To właśnie tutaj mają najlepsze steki na świecie. Zamawiam najbardziej ekstrawaganckiego z menu, 800 gram. Pieczony na grillu opalanym węglem, dodatkowo z grillowanymi warzywami, ziemniakami, sosami i przystawkami. Cena jak na Argentynę zawrotna, ale i miejsce ekskluzywne, 2500 Ars. Pod względem jakościowo - kulinarnym w żadnej mierze nie można tego porównać do angielskich. Po prostu przepaść. Jak to mawiał Makłowicz: poezja. Oczywiście piwo podobnie jak i na Bawarii tutaj także litrowe jest standardem. Jeszcze tego nie wiem, ale kolejny posiłek zjem dopiero kolejnego dnia wieczorem. 

Do centrum wracam autobusem miejskim. Bilet 21 Ars. a płatność wyłącznie specjalną kartą, więc kupił mi go pewien Argentyńczyk. Nawet nie chciał słyszeć abym oddał mu pieniądze. Bardzo miło z Jego strony. Chwila reorganizacji w pokoju hotelowym i jadę do Hipodromo de Palermo. Ponownie ktoś kupił mi bilet i podobnie nie chciał pieniędzy. 21 Ars. to tutaj nic, usłyszałem. Baw się dobrze i miłego pobytu w Argentynie. Szybko przeliczam w myślach i uśmiecham się pod nosem z niedowierzeniem - 8 pensów, czy 50 groszy jak kto woli. Czyż nie tak powinno być?

Hipodromo de Palermo, czyli koncert na który czekałem dwa lata. COVID pokrzyżował trochę plany ale wszystko skończyło się dobrze. Po dwóch grupach supportu, które darcie tzw. mordy obrały sobie chyba za priorytet przyszedł czas na wisienkę na torcie.

 

Metallica koncert, Buenos Aires, Argentyna

 

Metallica. Stare wygi pokazały prawdziwą klasę. Koncert był bezapelacyjnie najlepszym na jakim byłem w życiu. Profesjonalizm i klasa pod każdym względem. Warto było tyle czekać.

___________________________________   

 

 

Dzień 4 – 01.05.2022

 

Po koncercie tłum był tak wielki, że mogłem zapomnieć o dopchaniu się do komunikacji miejskiej. Idę w stronę centrum próbując zamówić Ubera. Niestety, popyt znacznie przewyższył podaż i całą drogę z dzielnicy Palermo pokonuję piechotą. Około 8 km. Po całodziennych wędrówkach jestem wykończony. Do hotelu docieram o 1:30 nad ranem. Całe szczęście, że sklep obok czynny jest 24 godziny na dobę. Chwila odpoczynku, prysznic i coś do picia przede wszystkim. O 2:30 telefon z recepcji, że zamówiona wcześniej taksówka już czeka. Jadę na pobliskie lotnisko Jorge Newbery. Szybka i bezproblemowa odprawa, chwila odpoczynku podczas, której z całych sił staram się nie zasnąć i o 5:00 wylatuję do Ushuaia. Operator Smart Jet. Lot 3 godziny 40 minut przesypiam prawie cały.

 

Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna

 

Tierra del Fuego czyli Ziemia Ognista. Widnieć zaczęło tuż przed lądowaniem, a sine, zachmurzone niebo dodało swoje do krajobrazu. Widoki z okna samolotu jakich nie dane jeszcze było mi oglądać. Szare, ciemne, wręcz czarne góry, z których większość pokryta śniegiem. Wydają się być niedostępne. Dookoła nie widać żadnych dróg czy szlaków, tylko morze, śnieg i skały. Samolot zniżył lot i lecimy między nimi. Za wyjątkiem warkotu silników słychać jedynie mocne podmuchy wiatru. Wieje coraz mocniej, aż rzuca samolotem jak zabawką. Zbliżamy się coraz bliżej wody, cos bliżej. Mam głupie wrażenie, że będziemy na niej lądować. Będąc jeszcze kilka, może kilkanaście metrów nad ziemią nagle znienacka pojawiła się płyta lotniska. Pisk opon i stop. Wylądowaliśmy. Za kilka dni wylatując z stąd za dnia, miałem okazję oglądać z okna samolotu gdzie i jak zlokalizowane jest lotnisko. Do złudzenia przypomina to lądowanie na lotniskowcu. Bez wątpienia jedno z najniebezpieczniejeszych lotnisk na świecie.

Chilijczycy wciąż spierają się z Argentyńczykami o to czyje miasto jest najbardziej wysunięte na południe. No i wydawać by się mogło, że Puerto Williams, jednak to tylko mała osada, bez żadnej miejskiej infrastruktury. Dlatego to właśnie palmę pierwszeństwa przyznano Ushuai. Szerokość geograficzna podobna do naszego Gdańska, jednak południowa półkula jest zimniejsza. Najbardziej wysunięte na południe miasto świata. Dalej nie ma już nic, około 1000 km oceanu i zaczyna się Antarktyda. Jeszcze kilka godzin temu spacerowałem w koszulce a teraz wkładam co mam najcieplejsze i opatulam się szczelnie. Mimo, że nie ma mrozu czuć ziąb w powietrzu. Powietrze jest jednak niesamowicie rześkie, tak czyste, aż przyjemnie się oddycha. Dookoła, aż pachnie śniegiem. Jak w Polsce zimą. Łapię się na tym, że myślę o Bożym Narodzeniu...

Zbyt szybko zmieniłem klimat i muszę uważać aby się nie przeziębić. Mimo tego czekając na transport robię trochę zdjęć. Jeśli wymazałbym z krajobrazu kanał Beagle, wymienił drzewa porastające okoliczne góry na sosny, świerki i inne choinki, widoki przypominałyby trochę Karkonosze w listopadzie po pierwszych opadach śniegu. Pod warunkiem oczywiście, że dzień byłby równie pochmurny. Dochodzi 9 rano a tutaj dopiero zrobiło się jasno. Tajemniczo, ale bardzo interesująco.

Taksówkarz zawozi mnie do hostelu. Chwila na formalności po czym zostawiam plecak i idę do miasta poszukać jakiegoś transportu do parku. Zwiedzanie zostawiam na później. Kupuję w przydrożnym sklepie bułkę, dalej wypijam kawkę i jadę busem colectivo do Parku Narodowego Ziemi Ognistej. Fajnie, że załapałem się jeszcze na dzisiejszy kurs. Mamy szczęście, bo od dzisiaj nie ma już biletów wstępu, gdyż właśnie zakończył się sezon turystyczny. Zawsze trochę grosza w kieszeni. Zostawia nas nad zatoką Zaratiegui, daje mapy i wyjaśnia, gdzie będzie czekał. Odjazd o 17 odjazd, czyli niecałe 5 godzin w sam raz na przyzwoity czas na trekking.

Całkiem nieźle się rozpogodziło i nawet wyszło słońce. Maszeruję wzdłuż kanału Beagle, raz przez las nieco dalej przez pustkowia. Nawet nie wiem jak prawidłowo je nazwać, może step? Ale tutaj? W sumie trochę takowy przypomina, wyschnięte połacie traw, trochę kolorów ale podłoże jakieś inne. Trochę piasku jak to nad morzem, jednak przeważają kamienie. Drzewa też jakieś takie inne, bardziej karłowate, przypominające nasze Karkonosze. Jak człowiek przyjrzy się dokładniej widzi różnice w roślinności. Zauważyłem to już kilka lat wcześniej w Torres del Pain. Wówczas jednak kończyło się lato, teraz jest jesień w pełnej krasie. Przyjemnie się wędruje i nawet nie odczuwam zmęczenia po nieprzespanej nocy. Wiatr, kiedy tylko zawieje od razu czuć ziąb. Zresztą tutaj zawsze wieje i wszyscy są do tego przyzwyczajeni. Wiatry te mają nawet specjalną nazwę: Ryczące czterdziestki. Gdzie czterdzieści to nie ich prędkość, ale szerokość geograficzne gdzie występują. Są bardzo silne i niebezpieczne.

Po mniej więcej 4 godzinach i niespełna 20 km marszu docieram do Fin del Mundo. Dalej już nie można. Kilkadziesiąt km dalej kończy się otoczona ośnieżonymi górami zatoka Beagle i jest otwarty ocean. Niecałe 1.000 km i zaczyna się Antarktyda. Faktycznie jest to prawdziwy Koniec Świata. Stoję i podziwiam bajkowe widoki. Mój Boże, gdzie dojechałem? Tutaj kończy się sławna droga nr 3, biegnąca od Alaski. Ruta 3. Ciekawe czy kiedykolwiek był tutaj ktoś ze Świerzawy?

 

"Koniec Świata", Ziemia Ognista, Argentyna

 

Wracam samochodem z pewną argentyńską rodziną. Zaproponowali, że podwiozą mnie do Ushuaia więc korzystam z okazji. Przyjechali na urlop z Buenos Aires bo nigdy nie byli tak daleko na południu. Jak powiedziałem skąd jestem to byłem dla nich większą atrakcją niż krajobrazy dookoła.

W centrum jestem przed 17-tą. Jeszcze jest jasno i jakoś bardziej żywo w porównaniu z tym co widziałem rano. Sklepy w większości pozamykane z racji niedzieli ale dookoła jest wiele czynnych restauracji. Dopiero do mnie dociera jak bardzo jestem zmęczony. Za wyjątkiem krótkiej drzemki w samolocie nie spałem od wczoraj. Za wyjątkiem bułki także nie jadłem od wczoraj. Wchodzę do pierwszej lepszej restauracyjki i zamawiam empanadas i piwo. Płacę od razu za cztery porcje. Przy sąsiednim stoliku spotykam czwórkę Polaków, wydają się być nie mniej zdziwieni niż ja. Rozmawiamy chwilę co, gdzie i jak. Jakie wrażenia itd... Myślałem, że podobnie jak ja są turystami ale okazało się, że mieszkają i pracują w Ushuiai. Nie ma co? Daleko ich wywiało.

Do hostelu wracam wieczorem. Mimo wielu wolnych miejsc, świeci pustą. Jedynie trójka gości co to przyjechało popracować za wikt i opierunek na sezon zimowy. Po gorącym prysznicu dosłownie padam ze zmęczenia. Krótko przed zaśnięciem liczę na szybko, dystanse w Buenos Aires, La Boca, Palermo, Fin del Mundo. Przeszedłem ponad 60 km. Szkoda, że nie mam apki do zliczania kroków bo byłyby to absolutny rekord. I co z tego, że całość rozłożyła się na dwa dni? Jak nie spałem w nocy.

___________________________________   

 

 

Dzień 5 – 02.05.2022

 

Nad ranem zaczęło padać. Zimny, niemalże marznący deszcz. Jak pomyślę o planie na dzień dzisiejszy to nie mam najmniejszej ochoty nigdzie wychodzić. Na początek śniadanie i kawa, a później na pewno się rozpogodzi. Świtać zaczęło dopiero przed dziewiątą jednak deszcz jakby zelżał. Jeszcze będzie ładnie. Wymieniam trochę $$ u właściciela hostelu po kursie 195 Ars. i wychodzę.

Poniedziałek rano, Ushuaia budzi się do życia. Nie tak sobie ją wyobrażałem. Myślałem zawsze, że miasto to jest ponure, smutne i w pewnym sensie zapuszczone. A tutaj istny tętniący życiem turystyczny kurort i to po sezonie. Chociaż między sezonami jest trafniejszym określeniem. Pomijam oczywiście południowo - amerykański klimat ale ścisłe centrum nie wiele odbiega od Karpacza czy Szklarskiej Poręby. Cała masa sklepów z lokalnym arcydziełem przeplata się z restauracyjkami, kafejkami czy normalnymi sklepami. Jest naprawdę miło i sympatycznie. Miasto nad zatoką, czy raczej kanałem otoczone wysokimi górami. Świeży śnieg uświadamia mnie, że zima coraz bliżej. Jest zimno, jedynie kilka stopni powyżej zera a wiatr podobnie jak wczoraj nie pozwala ani na moment zapomnieć gdzie jesteśmy.

Podobnie jak wczoraj jadę kilkanaście km busem colectivo tym razem do Valle de Lobos. Powrót do wyboru o 13 lub 17. Dzisiaj nie jest tak daleko, 5 może 6 kilometrów w jedną stronę a czasu aż nadto. Poznaję dwójkę Francuzów, z którymi jechałem wczoraj busem. Po studiach trzy lata ostro oszczędzali tylko po to aby spełnić marzenie życia. Wyjechać w podróż dookoła świata. Laura i Gwenn, młodzi Francuzi, rozmawiający po angielsku, to już samo w sobie jest niebywałe. Miło się rozmawia więc wędrujemy razem.

 

W drodze do Laguny Esmeraldy, Ziemia Ognista, Argentyna

 

Za wyjątkiem zatok, sceneria podobna do wczorajszej, ścieżka przez las i karłowate drzewa, tylko błota więcej. Miejscami wychodzimy na otwartą przestrzeń i od razu oczom pokazują się ośnieżone szczyty gór. Jest zimniej niż wczoraj ale pięknie się rozpogodziło i wszystko aż błyszczy w słońcu. Jeszcze kilka dni i mróz zmrozi ziemię, będzie się wówczas przyjemniej wędrować, gdyż błota jest coraz więcej. Kluczymy niejednokrotnie wybierając co dogodniejsze przejścia, czasami niestety zapadamy się powyżej kostek. Nikomu to jednak nie przeszkadza, panuje wesoły nastrój. Po niespełna trzech godzinach docieramy do celu. 

 

Laguna Esmeralda, Ziemia Ognista, Argentyna

 

Laguna Esmeralda. Za plecami otwarta przestrzeń a przed nami małe wzniesienie, w natomiast środku nicka z jeziorem. Całość w 3/4 otoczonym ośnieżonymi górami. Wszystko aż skrzy się w słońcu, błękitna tafla wody jedynie z delikatnymi zmarszczkami. Niesamowite, ale nawet wiatr dzisiaj jest bardzo słaby. Widok jak z bajki. Robimy sobie przerwę i wędrujemy po okolicy. Aby tego było mało, przychodzi do nas srebrny lis. Niestety turyści nauczyli go jak łatwo zdobyć jedzenie i teraz cóż począć. Możemy tylko się przyglądać i nie powtarzać głupich zachować innych. Nie mogę nasycić oczu widokiem jak rozpościera sie dookoła. Mimo, że jest dosyć chłodno a w zacienionych miejscach ziemia już zaczyna zamarzać, dzień jest iście przepiękny. Patagońska jesień.

Wracając pogoda przyroda płata nam niespodziankę. Zaczyna się chmurzyć a ciemne i sine chmury z minuty na minutę zasłaniają coraz to większe połacie nieba. Kiedy przechodzimy po tych podmokłych, bagnistych ścieżkach słyszymy tylko odgłos chrzęstu na wpół zamarzniętej trawy. W pewnym momencie do tego wszystkiego dołącza śnieg z deszczem. Całe szczęście, że jedynie tylko przez chwilę. Pogoda zmieniła się diametralnie w przeciągu kilku chwil.

Nie czekamy na bus colectivo, do miasta podwozi nas pewien uczynny kierowca. Idę coś zjeść i przeczekać deszcze, później pozwiedzam trochę miasto. Późnym popołudniem niebo się rozjaśniło, to znaczy rozwiało jedynie chmury bo nastała już noc. Mimo przeszywającego wręcz zimna, temperatura odczuwalna -7°C, powietrze jest bardzo przyjemne. Mam wrażenie, że jest jakieś takie krystalicznie czyste, rześkie. Oddycha się wręcz wspaniale. Spaceruję do późna zwiedzając miasto i tereny przy zatoce.

___________________________________   

 

 

Dzień 6 – 03.05.2022

 

Ushuaia. Fajnie przyjechać w tak odległy zakątek świata. A dodatkowo fajnie, odwiedzić je w przededniu zimy. Bardzo mile zaskoczyła mnie ta miejscowość i chętnie przyjechałbym tutaj na dłużej. Dla wielbicieli górskich wędrówek jest bez wątpienia bardzo ciekawym miejscem, gdzie aktywny człowiek nie nudziłby się tygodniami. W nocy w okolicznych górach spadł świeży śnieg, co tylko dodaje uroku. Jego poziom jest jak od linijki, jakby natura niewidzialnym pędzlem nakreśliła linię do której ma sięgać. Cóż za widowiskowe zjawisko. Śniadanie i jadę na lotnisko. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć i pora wracać. Jaka szkoda, że tak strasznie krótko. A oby nie było bardziej ciekawie to w hostelu przez przypadek zostawiłem przejściówkę elektryczną. Jak to możliwe?

Spotykam Laurę i Gwenn'a, który podobnie jak ja także lecą do El Calafate. Miło było ich poznać. Zdecydowanie jest to najfajniejsza para Francuzów jakich spotkałem w życiu. Startujemy 11:00 i już po godzinie lądujemy El Calafate. Z okien samolotu widzę jak na dłoni cieśninę Magellana z jej niesamowicie wąskim odcinkiem gdzie jest przeprawa promowa.

Na lotnisku kupuję bilet i jadę do El Chalten. 2:40 podróży przez bezkresną niesamowitą patagońską prerię. Bez końca można wgapiać się w takie widoki i nigdy się nie znudzą. Od czasu do czasu pasące się Lamy czy Alpaki, mnóstwo drapieżnych ptaków i przestrzeń, która wydaje się nie mieć końca.

 

Droga do El Chalten, Patagonia, Argentyna

 

W El Chalten jestem późnym popołudniem. Hostel del Lago z czystym sumieniem mogę polecić każdemu. Za 18 USD mam najlepszy i najprzyjemniejszy nocleg podczas całego wyjazdu. Klimatyczny, czyściutki i bardzo przytulny pokój i to wyłącznie dla siebie. Dodatkowo, dziewczyna w recepcji dała mi oryginalną ładowarkę do Motoroli w argentyńskiej wersji. Cóż za szczęście. Szkoda tylko, że zaczęła psuć się pogoda. Idę zwiedzić miasto. Wcześniej wydawało mi się duże, jednak nic z tego. Mała aczkolwiek dobrze utrzymana mieścinka będąca bazą wypadową w pobliskie góry. 

Korzystam z warunków, robię pranie i idę spać.

___________________________________   

 

 

Dzień 7 – 04.05.2022

 

Ależ wiało w nocy, momentami myślałem, że zerwie dach. Chyba było zbyt ostro, bo odcięto prąd i śniadanie muszę przygotowywać przy latarce. Szczęście, że całem pranie wyschło mi na popiół, nawet najgrubsza bluza. Ubieram się więc ciepło i o 7:20 wychodzę. Wiatr nie ustał ani na chwilę.

 Dookoła jak to mawiał Smoleń: Ciemno jak w Rumunii. Wszystko pozamykane i ni żywej duszy. ldąc zgodnie z mapą do wejścia na szlak docieram kilka minut po 8. W mieście od czasu do czasu przyświecała chociaż jakaś latarnia, tutaj natomiast ciemno choć oko wykol. Jest informacja, że to początek, więc idę. Do celu 10 km. Spotykam dalej dwóch zdezorientowanych czy dobrze idą Włochów. Wspólnie sprawdzamy oznaczenia i okazuje się, że wszystko jest w porządku. Przez pierwszy kilometr, do pierwszego punktu widokowego idziemy nawet razem. Jednak chłopcy chyba potraktowali to wyjście jako wyścig, więc dalej maszeruję swoim tempem. Widnieć zaczęło dopiero przed 9 - tą. Niebo jednak zaścielają grube, sine chmury. Mam mieszane uczucia tym bardziej, że po około 3 kilometrach zaczęło mżyć. Na szlaku jestem zupełnie sam i mimo zacinającego miejscami deszczu całkiem przyjemnie się idzie. Krajobraz ekstra, trochę ponure, ale przez to w pewnym sensie ekscytujące. Takie tajemnicze. Deszcz zmienił się w marznące igiełki od czasu do czasu pomieszane z drobnym śniegiem. Muszę dokładnie zasłaniać twarze bo kłują niemiłosiernie. Ależ wieje, na otwartej przestrzeni podmuchy w regularnych porywach potrafią zatrzymać mnie w miejscu. Spotykam Włochów, zgubili szlak ale mimo to i tak poszli gdzieś na skróty. Dlaczego ludzie są tacy dziwni. Ktoś napracował się aby wytyczyć szlak, aby o niego dbać itd... A zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie szedł na skróty. Nigdy tego nie zrozumiem.

 

Droga do Fitz Roy, El Chalten, Patagonia, Argentyna

 

Krótka przerwa przed ostatnim podejściem. Szopa z nie za bardzo dopasowanych desek chroni jedynie przed deszczem, wiatr hula w niej w najlepsze. Spędzam w niej jedynie kilka minut aby coś zjeść, bo uczucie przeszywającego zimna jak człowiek usiądzie jest nie do zniesienia. Ostatnie 2 kilometry i podejście ponad 400 metrów wyżej. W normalnych warunkach mocno dające w kość a przy dzisiejszej pogodzie? Błoto, przeszło w chlapę, ta natomiast gęściejąc coraz bardziej zmieniała się w śnieg. Deszcz podobnie, w deszcz ze śniegiem a później już tylko w śnieg. Fajnie, że nie ma już tych igiełek. Wiatr jest jedynie ten sam. Śniegu jest coraz więcej i więcej, a nagromadzony w zakolach szlaku nierzadko sięga kolan. O Matko jak ciężko się idzie. Co pewien czasu muszę przystanąć na chwilę aby złapać oddech. Mimo pogody i słabej widoczności i tak jest wspaniale. Mijam nawet od czasu do czasu innych turystów. Musieli przyjść tutaj jakimi skrótami bo wcześniej nikogo nie mijałem.

O 12:40 docieram na szczyt. Chociaż na szczyt punktu widokowego byłoby lepszym określeniem. Spotykam poznanych rano Włochów, którzy to właśnie zebrali się do powrotu. Rozmawiamy chwilę i ostrzegają mnie, że chwilami jest bardzo duży wiatr i zamieć śnieżna. Niestety widać tylko jezioro, Fitz Roy czyli sztandarowy szczyt Patagonii jest za chmurami. Jaka szkoda, taki kawał drogi i tyle wysiłku. Chociaż spoglądając na to innej perspektywy i tak jest wspaniale a wszystko dookoła wygląda fantastycznie. U góry jest taka zamieć, że ludzie momentami kulą się za głazami albo wręcz siadają na ziemi aby ich nie zwiało. Temperatura odczuwalna -18°C więc pół godziny podziwiania i czas wracać.

 

Fitz Roy, Patagonia, Argentyna

 

Ten kto powiedział, że schodzenie górskim szlakiem jest dużo trudniejsze niż wejście na pewno miał do czynienia z podobną pogodą. Kiedy na drodze był wyłącznie śnieg, nie było tak źle. Jednak w pewnym momencie przeszedł on w chlapę i to taką najpaskudniejszą jaką mogłem sobie wyobrazić. Co w połączeniu z mokrymi i śliskimi kamieniami dawało wręcz ekstremalne doświadczenie. Śnieg ponownie przeszedł w śnieg z deszczem a następnie w deszcz. Chlapy zrobiło się jeszcze więcej i więcej, a miejscami szlakiem zaczął płynąć mały strumień. Maszerując po kostki w tej mazi przemaczam buty ale jakoś mało mnie to interesuje. Dopóki maszeruję nie jest mi zimno. Szkoda jedynie, że trafiam na mało rozgarniętą turystkę w adidasach, która za punkt honoru wzięła sobie fakt aby nikt jej nie wyprzedził. Zablokowała wszystkich na szlaku. Jakiekolwiek próby przeproszenia nie przyniosły oczekiwanego skutku. Co ludzie mają w głowach? Kiedy nadarzyła się okazja aby Ja wyminąć, chwila nieuwagi, jeden zły krok i pośliznąłem się niefortunie. Całe szczęście nie upadłem a podparłem się o pobliski kamień. Impet jednak był za duży i dłoń razem z nadgarstkiem spuchła w mgnieniu oka. Na przemian klnąc i modląc się w myślach zastanawiam się czy to złamanie czy zwichnięcie. Opamiętała się nagle jakby wybudzona z transu i zaczęła przepraszać, ale co mi po tym? Oh, jaki ból.

Na dole deszcz ustąpił, chmury ruszyły a ja zobaczyłem Fitz Roy'a. Wśród rozstępujących się szarych chmur, wielki jak gigantyczny menhir. Nie taki co prawda był plan, ale zawsze to coś. W drodze powrotnej okazało się, że wchodziłem na szczyt w najgorszych warunkach jakie wystąpiły tego dnia. Mimo to cały trekking i tak był wspaniały. Do hostelu wracam o 16:40 wyczerpany do granic możliwości. 24 km, biorąc po uwagę warunki, całkiem nieźle. Przebieram się w suche ciuchy i odpoczywam chwilę rozmawiając z pracownicą recepcji. Teraz to już po sezonie, za tydzień, może dwa zamykamy, bo zimą prawie nikt tutaj nie przyjeżdża. Nie mogę uwierzyć w coś takiego. Przecież amatorów zimowych górskich wędrówek jest wielu. Jednak co kraj to obyczaj. Została mi jeszcze kanapka a piwo smakuje jak ambrozja.

 

Fitz Roy dwa dni później, Patagonia, Argentyna. fot. Gwenn M.

 

Czas pożegać się z El Chalten. Podobnie jak wczoraj w Ushuaia i tutaj bardzo chętnie zostałbym na dłużej. O 18:00 odjeżdżam jednak do El Calafate. Ciemno już, więc przesypiam prawie całą drogę. Na miejscu jestem o 21:00. Nie mam kompletnie siły więc jadę prosto to hostelu. Trafiło mi się nieźle, podgrzewana podłoga i całkiem niezły pokój, 2.100 Ars. Proszę jeszcze panią w recepcji aby zarezerwowała mi miejsce w jednej z grup jadących jutro do Perito Moreno. 4.500 Ars., gotówką 4.000. Jestem tak zmęczony, że nie mam nawet ochoty na kolację.

___________________________________   

 

 

Dzień 8 – 05.05.2022

 

Rankiem jakby nie bardzo spuchnięty nadgarstek nie byłoby tak źle. Całą noc spałem jak zabity. Całkiem przyzwoite śniadanie w cenie noclegu i pyszna kawa postawiły mnie na nogi. Dzisiaj jadę zobaczyć Perito Moreno. Niecałe 80 km na tych przestrzeniach to praktycznie za rogiem. Jak zwykle bus colectivo i w drogę.

Podziwiałem kiedyś olbrzymi lodowiec Grey więc wiedziałem czego się spodziewać. Rzeczywistość jednak jak to ma w zwyczaju trochę to skorygowała. Tamten podziwiałem z góry, wędrując wzdłuż niego przez dwa dni miałem wielki jęzor jak na dłoni. Oba podobnej wielkości, 250-270 km2, oba także mimo, że w inych krajach, nie tak daleko oddalone od siebie. Kto wie, może nawet czasami zimą łączą się ze sobą? Zobaczyć jednak coś z perspektywy lotu ptaka a podejść do jego czoła robi wielką różnicę. Kolosalną.

Lodowiec Perito Moreno, czyli lodowiec będący trzecią co do wielkości rezerwą wody pitnej na świecie. Gigantyczny, 30 kilometrowy jęzor lodu wijący się między górami. Jeden z nielicznych na świecie, który mimo ocieplania klimatu wciąż się rozrasta. Samo szerokie na ponad 3 km czoło ma 74 metry wysokości a jest ponad dwa razy cieńsze niż jego średnia grubość. Kiedy odrywa się tylko mała część, taka drobinka, huk przypomina burzowy grzmot. Mimo pochmurnego dnia błyszczy błękitem a jak tylko spomiędzy chmur wyjrzy słońce, skrzy się tak bardzo, że ciężko na niego patrzeć bez okularów. Fantastyczny pod każdym względem.

 

Lodowiec Perito Moreno, Patagonia, Argentyna

 

Bardzo fajnie i ciekawie przygotowano ścieżki z tarasami widokowymi. Całość została podzielona na trzy trasy i tak rozplanowana, aby spacerując specjalnymi pomostami wzdłuż czoła podziwiać lodowiec z różnych perspektyw. Oferowane są opcje trekkinku po lodowcu czy krótkich wycieczek statkiem do jego czoła. Ceny trochę wysokie, ale nie nazbyt wygórowane, jednak trzeba je rezerwować z wyprzedzeniem. Czy warto? Nie wiem, to akurat zależy od  indywidualnych upodobań, mi wystarczył ten sposób zwiedzania. Uważam, że jest w zupełności wystarczający, gdyż teren jest bardzo rozległy i przeznaczenie godziny na każdą z tras nie jest niczym wygórowanym. Spaceruję spokojnie podziwiając to cudo natury. Dzień pochmurny i dosyć chłodny, ale mimo to jest przyjemnie. Czasami przez chmury przebija się słońce a całość wygląda wówczas imponująco. Mimo, że nie ma praktycznie żadnego wiatru czuć zimne powietrze bijące od lodowca. Taki specyficzny chłód jak zimą kiedy usiądziemy przy oknie. Spędzam tam prawie 4 godziny. Pod koniec jednak zaczął padać deszcz, więc idę na kawkę i wracam do El Calafate.    

Centrum jest bardzo przyjemne. Ponownie taka turystyczna baza wypadowa do lodowca i w okoliczne tereny. Przypomina mi trochę centrum z Ushuaia, ale jest wydawać by się mogło tak bardziej ekskluzywniej. W sumie chyba to właśnie tutaj przyjeżdża więcej turystów więc dlatego wszystko tak ciekawie się rozwinęło. Mimo, że sezon praktycznie już się zakończył, ludzi i tak jest znacznie więcej niż w El Chalten. Zwiedzam miasto a na koniec delektuję się stekiem z guanaco i o 19:30 jadę na lotnisko.

Szybka, bezproblemowa odprawa i z lekkim opóźnieniem o 22:30 wylatuję do Buenos Aires. Prawie 3 godzinny lot mija mi bardzo szybko na pogaduchach ze współpasażerką. Melisa, przez całą drogę uczy mnie hiszpańskiego i próbuje przekonać do Yerba Mate. Pierwsze nawet nieźle mi wychodzi, ale co do drugiego, zdecydowanie jestem zwolennikiem kawy.

___________________________________   

 

 

Dzień 9 – 06.05.2022

 

Podobnie jak poprzednio, lot krajowy więc po wyjściu żadnej kontroli. Łapię Ubera i jadę na drugie lotnisko, Ezeiza Pistarini. Do przejechania 45 km, praktycznie całe miasto, jednak w nocy nie jest to aż tak wielkim problemem. Zajmuje nam to mniej więcej godzinę. Umawiam się z kierowcą na 20$ i następny, identyczny kurs za tydzień. Mam nadzieję, że będzie pamiętał. Szybka i bezproblemowa odprawa a następnie ostatkiem woli staram się nie zasnąć.

Zaobserwowałem jak Argentyńczycy wchodzą do samolotu. Nigdy jeszcze i nigdzie wcześniej nie widziałem takiego ślamazarstwa. Nie zrozumie tego nikt na podstawie jakiegokolwiek opisu, to po prostu trzeba przeżyć. Wchodzą jak w transie, rozmyślają gdzie włożyć walizki, czy się zmieszczą, proszą o pomoc pobliskie osoby, po czym oboje dyskutują. Czasami podejdzie stewardesa i przyłącza się do dyskusji. Jak już usiądą to po pewnym czasie wstają i idą coś z tych walizek wziąć, czasami sprawdzić, a innym razem tylko przesunąć albo wyciągnąć i spróbować włożyć w innym miejscu. Nie rzadko zawiązuje się nowa dyskusja. Nigdy wejście czy wyjście nie trwało krócej niż godzinę. Po pewnym czasie miałem już tego dosyć i starałem się zarezerwować siedzenie jak najbliżej wyjścia.  

O 6:20 odlatuję do Trelew. Lot dwie godziny, które w całości przesypiam i o 8:20 jestem na miejscu.  Podobają mi się loty wewnątrzkrajowe, człowiek wychodzi z samolotu i to wszystko. Żadnej kontroli, kolejek czy sprawdzania. Jeśli nie ma się bagażu rejestrowanego to po prostu wychodzi się z lotniska jak z dworca autobusowego.

Jadę busem colectivo do Puerto Madryn. Trochę zdzierstwo z biletem, ale takie już uroki przedstawicieli firm transportowych na lotniskach. 1.750 Ars. W hotelu jestem przed 11:00 i za 40$ płatne gotówką bez rachunku dostaję pokój tylko dla siebie na dwie noce ze śniadaniem. Idę zwiedzić miasto.

O Matko, jak w Argentynie ciężko wymienić brytyjskie funty. Jedyna waluta, która wzbudza zainteresowanie to dollares lub euros, reszta jakby praktycznie nie istniała i to nawet na czarnym rynku. Znalazłem jakiś kantor, z którego kasjerka jak zwykle odesłała mnie do któregoś z banków. Jest piątek, południe, jutro wszystko zamknięte a oficjalny kurs bankowy jest prawie dwa razy niższy. Uparłem się, że chcę porozmawiać z właścicielem a nie z Nią. No i przyniosło oczekiwany skutek. Upewnili się jedynie czy mam nowe, polimerowe banknoty i zaprosili mnie do prywatnego biura. Dlaczego tak? A bo jak ktoś zobaczy jak dużo masz gotówki przy sobie to na pewno Cię okradną.... Ups, a to ciekawe. Zapamiętałem sobie to więc dobrze aby mieć się bardziej na baczności. Kurs: £1 = 250 Ars. A idąc za ciosem wymieniłem wszystko co miałem, czyli £200. Półtoramiesięczny zarobek statystycznego Argentyńczyka. Ależ to smutne.

Zwiedzam Puerto Madryn. Jak jest przyjemnie ciepło, temperatura w okolicach 20°C. Po chłodzie południa chłonę promienie słońca jak jaszczurka. Jest bardzo miło i przyjemnie pospacerować plażą czy promenadą nad brzegiem Atlantyku. Podoba mi się tutaj. Miasto jest między innymi bazą wypadową na Penisula Valdez. Szkoda tylko, że spóźniłem się o 3 miesiące bo tutaj właśnie można podziwiać orki i wieloryby. Niby wciąż jest tam jakaś szansa, ale nikt o tej porze tego nie zagwarantuje. Z racji tego postanawiam zrezygnować z Puerto Piramides i zostać tutaj.

 

W oczekiwaniu na wieloryby, Trelew, Argentyna

 

___________________________________   

 

 

Dzień 10 – 07.05.2022

 

Wynajmuję rower w hotelu i jadę do Punta Loma, pobliskiego Rezerwatu Przyrody zobaczyć lwy morskie. Podziwiać je można ze specjalnego punktu widokowego na klifie, mimo odległości bardzo ciekawie to wygląda. Uroczymi wijącymi się wśród wzgórz drogami, od czasu do czasu ukazując ocean w obie strony wyszło prawie 20 km. W południe zrobiło się gorąco a temperatura sięgnęła prawie 30°C. Po jeszcze nie tak dawnych chłodach trochę to doskwiera.

 

Lwy Morskie, Punta Loma, Trelew, Argentyna

 

Na plaży spotykam Davida, Brazylijczyka na stałe mieszkającego w Argentynie. Opowiada jak to mieszkał kiedyś w Buenos Aires, ale włamali mu się do domu. Na nieszczęście był wówczas w mieszkaniu to dostał nożem w brzuch. Ledwo z tego wyszedłem i co miałem zrobić? Spakowaliśmy się i wyjechaliśmy całą rodziną tutaj. Przynajmniej jest bezpiecznie, córki chodzą do szkoły a ja nie musze się martwić, że coś się im stanie. Co niedzielę przyjeżdżamy na tę plażę a w styczniu i w lutym dodatkowo oglądamy wieloryby dokładnie w tym miejscu. Po prostu żyjemy jak normalni ludzie i jesteśmy szczęśliwi. Ja jak zwykle poćwiczyłem hiszpański a Jego córka angielski. 

Wieczorem w centrum jest wielka fiesta. Zamknięto ulice i wszyscy świętują wygraną lokalnego klubu piłkarskiego, Deportivo Madryn. Cóż za emocje, bębny, werble i setki ludzi z flagami śpiewa piosenki przed klubem gdzie świętują zawodnicy. Chciałbym zobaczyć jak wyglądały argentyńskie miasta po zdobyciu Mistrzostwa Świata w 1986. Co się tutaj działo?

W hotelu na dachu urządzono dla gości hotelowych gilla, w cenie pobytu oczywiście. Wielki, w przybliżeniu 10 kg kawał wołowiny miło skwierczał nad paleniskiem. Było nas 10 osób ale kto tutaj bawi się w jakieś małe kawałeczki? Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że taki wielki kawał mięsa tak doskonale się upiecze. Do tego świeże pieczywo, sałatka i wyśmienite czerwone argentyńskie wino. Za wyjątkiem jednej rodziny z Brazylii i Maoryski z Nowej Zelandii sami Argentyńczyczy. Dla nich wszystkich byłem pewnego rodzaju okazem. Co najdziwniejsze tylko Maoryska spotkała kiedyś kogoś z Polski, reszta nigdy. Fantastycznie spędzony wieczór podczas, którego nauczyłem się więcej hiszpańskiego niż przez miesiąc na kursie.  

___________________________________   

 

 

Dzień 11 – 08.05.2022

 

Śniadanie i jadę autobusem na pobliskie lotnisko Trelew. Zwykłym kursem dla miejscowych, 450 Ars. Na hali lotniska wielkości połowy ścisłego Rynku Świerzawy pustki. Są dwa czy trzy sklepiki, kilka kas biletowych i mała kawiarnia, podróżnych natomiast jak na lekarstwo. O 12:10 odlatuję do Cordoby.

Lot 1:30 najmniejszym samolotem rejsowym jakim dane było mi  lecieć. Stary i wiekowy Boening z naprawdę wielkimi, skórzanymi siedzeniami jedynie po dwa rzędy po każdej każdej stronie. Stąd chyba fani motoryzacji zaczerpnęli pojęcie "lotniczych siedzeń", które to całkowicie straciło na znaczeniu w tanich liniach lotniczych. Dziwny lot relacji Trelew - Buenos Aires z międzylądowaniem w Cordobie. Jedni pasażerowie wysiadają inni się dosiadają i samolot leci dalej. Niby normalne, ale rzadko spotykane.

Czekając na Ubera pracownik ochrony lotniska proponuje mi podwózkę do centrum. Cena taka sama więc dlaczego nie? Wczesnym popołudniem jestem już zameldowany i idę zwiedzać Cordobę. Muszę przyznać, że nie przypada mi do gustu. Cordoba jest wielka i według mnie mało ciekawa. Oczywiście ścisłe centrum godne aby poświęcić mu dzień może nawet dwa, ale nie więcej. Plaza San Martin z La Catedral de Cordoba na jego obrzeżach pięknie się prezentuje, podobnie jak uliczki dookoła. Jednak mam wrażenie, że poza tym jest jakoś tak chaotycznie, wszędzie wszyscy coś chcą sprzedać.

Wieczorem Plaza San Martin jakby wymarło. Od czasu do czasu można spotkać kogoś spieszącego w sobie tylko znanym kierunku. Co się dzieje? Zaczynam wątpić czy to wciąż Argentyna.

___________________________________   

 

 

Dzień 12 – 09.05.2022

 

Po śniadaniu trzepoczę rzęsami recepcjonistce i zostawiam plecak w hotelu. Ciekawie jak toczy się życie w mieście wraz z rozpoczynającym się tygodniem?

Inaczej, dużo bardziej inaczej. Tak jakby wróciło życie i wszyscy, którzy wyjechali na weekend właśnie wrócili i od razu wyszli na zewnątrz. Niedaleko hotelu występ jakiejś lokalnej grupy propagującej ... kulturę muzułmańską. Ale ciekawie się porobiło.

Plaza San Martin praktycznie nie do poznania. Zatłoczona w każdym jej skrawku z mnóstwem ludzi w jednej z przyległych ulic. W pierwszym momencie nie wiem co się dzieje i próbuję znaleźć przyczynę. Czyżby to była kolejka? Jednak długa na kilkaset metrów? Idę wzdłuż niej chodnikiem i dochodzę do punktu gdzie wydają darmową żywność. Przykro mi się strasznie zrobiło, kiedy zdałem sobie sprawę jaka była długa. 300, 400 metrów a jest południe. A jak wyglądało to rano? Od tej pory inaczej zerknąłem na Cordobę i dostrzegłem, że Jej lata świetności dawno przeminęły.

 

Katedra Matki Bożej Wniebowziętej, Cordoba, Argentyna

 

Spędzam dzień w centrum, które jakże się odmieniło w przeciągu jednego dnia. Tłumy ludzi, sklepy i stragany. Czasami jakiś uliczny artysta. Ludzie wychodząc na przeciw losowi po prostu żyją i co najciekawsze wydają się szczęśliwi. Po prostu muszą sobie dać radę.

Po południu zamawiam Ubera i jadę na lotnisko. O 19:40 żegnam się z Cordobą a po godzinie witam z Saltą.

Znalazłem całkiem przyjemny i niedrogi hotel niedaleko centrum. Tym razem Pani kierowca taxi przywozi mnie pod same drzwi i od razu oferuje jakąś wycieczkę na jutro. Cena jaką zaśpiewała wprawiła mnie w lekkie osłupienie. 14.000 Ars? Chyba trochę Ją poniosło.

Mimo późnej pory zwiedzam trochę miasto po czym robię jakieś zakupy i wracam do hotelu.

W bardzo przyjemnej i ekskluzywnej restauracji hotelowej jem kolację. 800 Ars. za pysznego steka z frytkami i warzywami. W pierwszej kolejności myślałem, że się pomylili, ale nie, takie mieli ceny. Jedna kawa w Anglii. Postanowiłem, że jutro też tutaj przyjdę.

___________________________________   

 

 

Dzień 13 – 10.05.2022

 

Zapomniałem zamknąć okna na noc, może ostatnio zbyt mocno się przemęczyłem, a może każdego po trochu? W nocy był przymrozek i nieźle zmarzłem, a rano dodatkowo dostałem gorączki, krwotoku i ogólnie poczułem jakby mnie walec przejechał. A to pech. Nie ma co narzekać, biorę tabletki, witaminy i na śniadanie. Później na wszelki wypadek odwiedzam aptekę i dokupuję coś ekstra. Przy okazji wykupuję w pobliskiej agencji turystycznej jednodniową wycieczkę do Jujuy na jutro. Cena 2.500 Ars. Faktycznie bardzo wczoraj poniosło tę kobietę. Idę zwiedzać Saltę.  

Przy kolejce linowej rozpoczynają się protesty, ale wszędzie dookoła powiewają wyłącznie flagi Sri Lanki. Ciekawe o co chodzi? Jakiś protest mniejszości albo wyrażenie dezaprobaty na jakieś aktualne wydarzenia w ich kraju. Wyjeżdżam wagonikiem na punkt widokowy. Nie zdawałem sobie sprawy z faktu jaka Salta jest wielka. Zabudowania rozciągając się między wzgórzami wypełniają całą dolinę. Zrobiło się nieco cieplej więc spędzam tu trochę czasu.

 

Salta, Argentyna

 

Powoli, niespiesznie wracam do centrum gdzie spędzam czas do wieczora, spacerując klimatycznymi uliczkami. Mimo, że mniejsza jest znacznie ciekawsza niż Cordoba. Lokalne sklepiki czy małe klimatyczne restauracje a zarazem całe życie towarzyskie i kulturalne toczy się w jej centralnym miejscu, Plaza 9 de Julio. Co najciekawsze, jest bardzo dużo turystów.

Pośród gąszczu uliczek natrafiam na Katedrę św. Franciszka. Piękna jakby dopiero co oddano ją do użytku i wymalowana na różowo z żółtymi wstawkami. Pod wieloma względami bardzo odbiegająca od otaczających ją budynków. Taki w pewnym sensie ewenement pośród południowo-amerykańskich standardów architektonicznych.

 Bardzo podoba mi się w Salcie. Spaceruję do bardzo późna i mogę zapomnieć o kolacji w restauracji hotelowej. Trudno, przyjdę jutro. 

___________________________________   

 

 

Dzień 14 – 11.05.2022

 

Najwyraźniej najbardziej potrzebowałem odpoczynku bo dzisiaj jest już dużo lepiej. Śniadanie przygotowano mi wcześniej bo przed 7 wyjeżdżam do Jujuy. Kiedy tylko słyszę tę nazwę uśmiecham się pod nosem bo wymawia się ją "chuchuj". Taki dziwny przypadek językowy.

Jedziemy około dwóch godzin pośród gór, coś nagle zatrzepotało. Jakby niewidzialnym wiaduktem przejechał nam nad głowami jakimś gigantyczny, niewidzialny pociąg. Trwało to kilka sekund. Dziwne odczucie, na które prawie nikt nie zwrócił uwagi. Później całkiem przez przypadek zauważyłem w Google Maps, że byliśymy niedaleko epicentrum trzęsienia ziemi o sile 6.8 stopni. Zrozumiałem wówczas to dziwne wcześniejsze zdarzenie, a gdyby nie mapa to do dzisiaj nie zdawałbym sobie z tego sprawy.

Jak na tego typu zorganizowanych wyjazdach obowiązkowo zatrzymujemy się w jakimś przydrożnym turystycznym centrum handlowym. Kawa, herbata i stoiska z całą masą przedziwnych towarów. Uodporniłem się już na tego typu miejsca, więc spokojnie spacerując przyglądam się jedynie co niektórym z nich. Rozumiem, że należy wspierać lokalną produkcję i dosyć często to robię, ale tutaj akurat nie mogę się przemóc. Kupuję jedynie kawę i podziwiam okoliczne góry.

Droga wije się serpentynami poprzez malownicze góry, coraz wyżej i wyżej. Od czasu do czasu aż zatyka mi uszy. Jedziemy jakimś kanionem i wciąż coraz wyżej. Dookoła jedynie trawy lub malutkie krzewy, czasami kaktusy wielkie niemal jak drzewa. Jak w filmach o dzikim zachodzie. Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy z wysokości na jakiej się znajduje. Cały czas staram się bardzo dużo wody aby nie nabawić się bólu głowy. Nie mam za to żadnych problemów z oddychaniem co bardzo mile mnie zaskakuje. Zatrzymujemy się na krótką sesję fotograficzną na szczycie przełęczy. Jujuy Altura, 4.170 metrów nad poziomem morza. W Alpach na tej wysokości są już lodowce, tutaj natomiast jedynie morze pożółkłych traw.

Dokładnie w południe dojeżdżamy do położonego na płaskowyżu Puna de Atacama, Salinas Grandes. Jest dosyć zimno, wysokość niemalże 3.500 metrów. Na niebie jasny błękit a po horyzont biała jak śnieg, płaska tafla soli. Odbijające się od tego słońce jest tak oślepiające, że bez okularów nie sposób normalnie patrzeć. Moja trzecia w życiu solna pustynia. Każda odwiedzona w innej porze roku, o innej porze dnia, w innych warunkach pogodowych, każda inna. A jednak coś je łączy. Powietrze, mimo że tak czyste i przejrzyste, tak mocno nasycone solą, iż na ustach bardzo szybko pojawia się warstwa soli. Kiedy tylko próbuję dotknąć ich czubkiem języka czuję sól. Niemalże jakbym dotykał otwartej solniczki. Spędzamy tutaj mniej więcej godzinę, co przy tej wysokości i prażącym wręcz słońcu wydaje się wręcz wyczerpujące. Wszyscy w busie wyglądają jakby przynajmniej przez pół dnia chodzili po górach. 

 

Salinas Grandes, Punta de Atacama, Argentyna

 

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w małej wiosce, Purmamarca. W samym jej centrum ma głównym placu jest lokalny targ z rękodziełami. Ręcznie tkane wyroby, obrusy w szczególności są prześliczne. Skórzane paski z misternie wplatanymi kawałkami włóczki jakich nie sposób kupić w Europie do dzisiaj wspominam z wyrzutem sumienia. Dlaczego nie kupiłem jednego? Z okolicznych wzgórz widać jak na dłoni kolorowe skały. Ułożone na wzór tęczy warstwy, od różowych, poprzez jasno niebieskie, po zielone. Różne rodzaje skał wypchnięte w procesie górotwórczym przez miliony lat. Na niektórych nawet 12 kolorowych warstw, jakby celowo pomalowane w jakimś niewiadomym celu. Natura bywa niesamowita.

 

Purmamarca, Punta de Atacama, Argentyna

 

Do Salty wracamy wieczorem. Zbyt duże różnice wzniesień w tak krótkim czasie nie są zbyt dobre. Wysiadam niedaleko wyciągu na punkt widokowy z zamiarem spaceru do centrum. Miasto jak zwykle o tej porze, aż tętni życiem. W jednym ze sklepów natykam się na fantastyczne poncha w 100 % z wełny alpak. Cena 12.000 Ars. Jak na realia argentyńskie zaporowa, europejskie 1/4 wartości. Najdziwniejsze jednak, że nie mogę zapłacić dolarami. Peso lub karta kredytowa wyłącznie. Oh, nie mogę wręcz uwierzyć, że ta kochana wszędzie waluta nie jest akceptowana akurat w tym sklepie. Postanawiam wrócić jutro z pesos.  

Podobnie jak dwa dni wcześniej jem kolację w hotelowej restauracji. I tak jak poprzednio 800 Ars. za wyszukanego steka z frytkami oraz 80 Ars. ekstra za przystawki. Proszę także o kieliszek czerwonego wina a kelner prosi wówczas o numer pokoju. Cena jest za butelkę, piszemy na niej numer pokoju gościa i przechowujemy na następny dzień lub dni. Szkoda, że jutro już nie przyjdę - mimo to kupuję. Cena 700 Ars. - mała kawa latte w Europie. Z jednej strony jakie to fantastyczne, z drugiej natomiast co za niesprawiedliwość.

___________________________________   

 

 

Dzień 15 – 12.05.2022

 

Przeziębienie odeszło i wszystko wróciło do normy. Niespieszne śniadanie, podczas którego postanowiłem spróbować chyba wszystkich serwowanych specjałów. Mimo, iż większość z nich była na słodko, swoją różnorodnością przebijały niejedną francuską czy włoską restaurację. Palce lizać.

Idę do centrum poszukać jakiegoś "konika". W najbardziej ruchliwym miejscu centralnego placu Salty pewien starszy jegomość proponuje wymianę. Pamiętając film Sztos zwiększam czujność o 1000% i bacznie rozglądając się dookoła ustalam kurs wymiany. Pan nie zwracając uwagi na tłum odlicza umówioną kwotę z wielkiego pliku pieniędzy i spokojnie czeka, aż je sprawdzę i spokojnie przeliczę. Wszystko się zgadza więc zamykamy transakcję. Mimo, że nie majątek ale schowałem pieniądze głęboko, głęboko a i tak czułem na sobie wzrok. Nawet przez moment nie zastanawiałem się czy to przewrażliwienie czy jakiś 6 zmysł. Dobrze, że jestem w centrum.

Przy Plaza 9 de Julio zwiedzam Museo Historico del Norte. Bardzo ciekawe i interesujące przedstawiające osadników wraz z historią kolonizowania terenów północnej Argentyny. Początkowo nie mieli łatwo, ale jak już stanęli na nogi to ich życie było na dużo lepszym poziomi niż w Europie. 

Na koniec wracam do sklepu odwiedzonego wczoraj i kupuję 3 fantastyczne poncza. Peso i gotówka więc cena od razu spada o 20% a ja zostaję obsłużony jak klient VIP. Jadę Uberem na lotnisko i po 14 wylatuję do Puerto Iguazu. Będę pamiętał ten lot. Taki specjalny z racji tego, że to mój 100 - tny lot samolotem.

Po niespełna dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Dookoła morze zieleni z błękitem powyżej. Jedynie tafla lotniska rdzawo czerwonawa od naniesionego wiatrem piasku. Pierwsze co odczuwam po wyjściu z samolotu to temperatura, jak przyjemnie ciepło. Drugie to ten bezustanny dziwny dźwięk jaki dane jest słyszeć w dżungli. Cykanie, świergot, skrzeczenie, trele i inne tego typu. No stop bez jakiejkolwiek przerwy. Mimo wszystko jakieś to uspokajające, miłe dla ucha.

Transfer lotniskowy wg standardów południowo-amerykańskich, czyli szybki, sprawny, bezproblemowy i z podwózką pod drzwi hotelu gdzie pasażer zarezerwował nocleg. Godne pozazdroszczenia. Po zameldowaniu zostawiam plecak i jadę na drugi koniec miasta do Hito tres Fronteras. Koniec Argentyny i miejsce gdzie łączy się ona z Brazylią i Paragwajem. Stoję w punkcie widokowym i obserwuję zachód słońca nad brzegiem rzek Parana i Iguazu. Styk trzech granic. Zastanawiam się ileż to kilometrów przebyłem tym razem? 5 a może 6 tysięcy. Mimo, że było inaczej, bo większość samolotem to i tak spory dystans. Praktycznie wszystkie strefy klimatyczne.

 

Granica Argentyna - Brazylia - Paragwaj, Puerto Iguazu, Argentyna

 

Puerto Iguazu jest małym, ale za to bardzo popularnym turystycznym miasteczkiem. Większość przyjezdnych zatrzymuje się jedynie po to aby odwiedzić pobliskie wodospady. Zostaję tutaj do późnego wieczora. W jednej z ekskluzywnych restauracji zamawiam rybę z sercem palmy duszoną w jakimś lokalnym sosie, 2.700 Ars. Dodatkowo 450 Ars. za kieliszek białego wina. Biorąc pod uwagę poprzedni wieczór, rozpusta na całego. Jednak jest to moja pożegnalna kolacja więc dlaczego nie?

Do hotelu wracam piechotą.

___________________________________   

 

 

Dzień 16 – 13.05.2022

 

W nocy było dosyć chłodno z wilgotnością rzędu 100%. Ciuchy wyciągnięte wcześniej z plecaka i pozostawione na noc w pokoju przeszły wilgocią. Dosłownie wszystko. Jem śniadanie i nie tracąc czasu na szukanie autobusu jadę taksówką nad wodospady. Niecałe 20 km pośród niekończącej się zieleni. Lubię las tropikalny.

Wodospady Iguazu. Ani najwyższe, ani najszersze na świecie, jednak zdecydowanie jedne z najpiękniejszych. To co zobaczyłem tak wysoko podniosło poprzeczkę, że ciężko będzie teraz o większe emocje. Przynajmniej w tej dziedzinie, chyba już żaden wodospad mnie nie zaskoczy. Płynąca po płaskowyżu Iguazu przelewa się na przestrzeni blisko 3 km, tworząc kompleks 275 kaskad, z których najwyższa, Gardziel Diabła ma aż 82 metry. Wyczytałem w internecie, że przelewa się tutaj 1756 m3 wody na sekundę. 1,7 mln litrów wody na sekundę. Nawet nie mogę potrafię sobie wyobrazić jak to dużo. Widoki są wręcz fenomenalne, dodatkowo przy tych większych widać tęcze. Wybudowano kilka kilometrów kładek widokowych wchodzących jakby w głąb wodospadów. Co samo w sobie jest już niebywałe. Spacerując nimi czasami jestem cały przemoczony od rozbryzgującej się wody. Żadne zdjęcie w pełni nie odzwierciedli tych widoków.

 

Wodospady Iguazu, Puerto Iguazu, Argentyna

 

Wodospady Iguazu, jeden z Nowych Siedmiu Cudów Świata. Nie jedna osoba przyzna, że tylko dla nich warto przylecieć do Argentyny. Nawet jakby miało się wrócić na drugi dzień.

Nastał czas powrotu. O 14:35 wylatuję z pobliskiego lotniska do Buenos Aires.

Tak jak umówiliśmy się tydzień temu, Ezequiel nie zawiódł i czekał w umówionym miejscu przy Jorge Newbery. Dokładnie o 17:05 wyjechaliśmy do oddalonego o 45 km Ezeiza. Poprzednio nie było tak źle i zajęło nam to około godzinę. Poprzednim razem było to w nocy, teraz jest piątkowe popołudnie, godziny szczytu. Mam cztery godziny więc czuję się pewnie. Do czasu jak aż utknęliśmy w korku na Avenida 9 de Julio. Najszersza ulica świata, łącznie 18 pasów i największy korek jaki kiedykolwiek widziałem. Wszystko w pewnym momencie stanęło. Pojawił się stres i niepewność, ale w pewnym momencie powoli, powoli zaczęliśmy się poruszać.

Transfer zajął nam prawie 3 godziny więc udało się i wszystko pod kontrolą. Odprawa, porządne trzepanie plecaka + obmacywanie jakbym coś chciał przemycić. Celniczka znalazła przewodnik o Argentynie i chyba załapałem jakiegoś plusa, bo uśmiechnięta od ucha do ucha na spokojnie zaczęła sobie go oglądać. Nie ważne, że kolejka do kontroli była całkiem spora. Przeszedłem, wszystko, spakowałem się ponownie i znalazłem nawet chwilę na kolację.

Jeszcze tylko kolejne zdziwienie i trzepotanie rzęsami kiedy przed wejściem do samolotu poproszono o Status Osiedleńca w UK. Zdziwienie z niedowierzaniem ale uparli się, że muszę w jakiś sposób udowodnić fakt, że mieszkam w UK. Pokazuję numer ubezpieczenia zdrowotnego: akceptacja. O 22:00 odlatuję do Madrytu. 

___________________________________   

 

 

Dzień 17 – 14.05.2022

 

W Madrycie jestem parę minut po 14:00. Dwanaście godzin lotu, strefy czasowe i zmęczenie dają o sobie znać. Przy kontroli kolejne sprawdzenie całej trasy lotu, skąd, dokąd plus trzepanie plecaka. Szczęściem obmacywanie już bezdotykowe. Trzy godziny przerwy mija jednak szybko o 16:50 odlatuję do Londynu Heathrow.

Kolejna, tym razem ostatnia korekta czasu i o 18:00 jestem na miejscu. Jeszcze tylko półtoragodzinny transfer autobusem na lotnisko Stansted, gdzie już czeka na mnie Sylwia. W domu jestem o 22:30. Powrót z Puerto Iguazu do Braintree zajął mi 29 godzin i 15 minut.

___________________________________   

 

              Wystarczy bardzo w coś wierzyć, bardzo czegoś chcieć a zawsze się uda. Marzenia nie są po to, aby tylko je mieć. Marzenia są po to, aby je spełniać. A ta wyprawa pod wieloma względami była NAJ 

Czytany 212 razy
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Artykuły powiązane

Najczęściej czytane