Witaj - w moim zakątku internetu

Polish English French Russian Spanish
  • Dubrownik

    Przepiękny widok na stare miasto
  • El Mina

    Afrykańskie porty - jakże inne niż europejskie
  • Istambuł

    Złoty Róg z Pałacem Topkapi prezentuje się okazale o każdej porze roku
  • Luzerna

    Piękna, cicha i spokojna
  • Mostar

    Symbol pojednania wschodu z zachodem
  • Porto

    Ratusz miejski ze swoją okazałą wieżą ratuszową
  • Portree

    Port Królewski - największe miasto na wyspie Skye
  • Wenecja

    Gondole - jedyny właściwy rodzaj komunikacji
  • Wiedeń

    Katedra św. Szczepana - duma i jeden z symboli miasta
  • Yazd

    Jedno z najstarszych miast świata
prev next

Motto

Słodycz triumfu i gorycz porażki…             Obie są gilotyną marzeń

Cytat

"Przyszłość należy do wyobraźni"             Albert Einstain

Mądrość

Chciałbym wiedzieć tyle, aby zdać sobie sprawę z tego ile nie wiem.....

Coś ciekawego

św. Mikołaj tak naprawdę pochodził z Myre w Turcji

2022, Tour du Mont Blanc Wyróżniony

Jeden z najpopularniejszych szlaków długodystansowych 


 

 

Dzień 1 – 26.08.2022 - Start

 

Podobnie jak poprzednio i tym razem mam mieszane uczucia czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Chyba za bardzo spodobały mi się wyjazdy kiedy jest on jedynie szczątkowy. Taki jak to się czasami mawia, "mniej więcej". Plecak jak zwykle ciężki jak diabli, ale za to zaopatrzenie zdecydowanie lepsze. Już wcześniej rozdzieliłem wszystko tak aby osobno nadać bagaż rejestrowany. Przepakuję wszytko na miejscu i wówczas się okaże. 15:40 wyjeżdżamy z domu. 

Z niemalże godzinnym opóźnieniem, o 19:15 wylatuję z londyńskiego Stansted do Milanu Malpensa. Ryanair bez zmian, taka nowoczesna taksówka. Ludzie narzekają ale latają, bo któż zaoferuje takie tanie przeloty. W sumie to chyba właśnie im należy podziękować za cenową rewolucje europejskich lotów. Lot mija szybko, korekta czasu i na miejscu jesteśmy o 22:00. Podwójne espresso i profesjonalne przepakowanie dwóch bagaży w jeden. O Matko, waga wyświetliła 26 kg więc zapowiada się spora dawka wysiłku. A gdzie jeszcze woda?

FLiXBUS w ostatniej chwili bez podania przyczyny odwołał kurs. Trochę mnie to zdezorganizowało, ale od czego mamy internet? Dwóch angielskich pasjonatów kolarstwa wysokogórskiego ogłosiło się, że mają wolne miejsce w samochodzie. Korzystam więc z oferty i krótko po północy wyjeżdżamy. Odbierają mnie nawet z lotniska więc wszystko ułożyło się trochę lepiej niż pierwotnie.

___________________________________   

  

 

Dzień 2 – 27.08.2022

 

Nadkładając trochę drogi jedziemy przez Szwajcarię aby ominąć tunel pod Mont Blanc. Dla mnie to bez znaczenia, ale chłopaki nie chcą dodatkowo płacić za przejazd. Podróż mija szybko i bardzo sprawnie. Szkoda tylko, że wcześniejsze espresso daje o sobie znać bo o jakiejkolwiek drzemce mogę tylko pomarzyć.

O 3:50 jesteśmy w Chamonix. Ciemno, zimno, ale nad wyraz tłoczono. Właśnie odbywa się Ultra Maraton i przy akompaniamencie wiwatów i oklasków akurat zaczęli przybiegać zawodnicy. Jak przekonam się w najbliższych dniach to naprawdę prawdziwi twardziele.

Wyruszam o 4:20.  

 

Tour du Mont Blanc zaczyna się w Les Houches, 1.008 metrów, jednak jest to miejsce bardziej umowne. Szlak tworzy zamknięte koło i nie jest istotne skąd tak naprawdę wyruszymy, ważne abyśmy wrócili do tego samego miejsca. Plan na dzisiaj to tak naprawdę przejście dwóch etapów, co na pierwszy dzień będzie niezłą rozgrzewką.

Jest jedynie kilka stopni, jednak zimno w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza przeszywa do szpiku kości. Postanawiam rozgrzać się w trakcie marszu i idę wzdłuż rzeki do oddalonego o 8 km Les Houches. Dwie godziny później zaczęło świtać i od razu zrobiło się raźniej. Cieplej przede wszystkim. W jednym ze sklepów kupuję wodę i wchodzę na właściwy szlak. Od tej pory jakże dobrze znany mi kolor biało - czerwony będzie wyznacznikiem mojego marszu. Tak właśnie oznaczony jest szlak Tour du Mont Blanc.

Słońce wzeszło na tyle, że z powodzeniem można zrobić sobie przerwę. Rozkładam sprzęt i gotuję zupkę instant. Jakie to dziwne, że gdzieś w górach zawsze smakuje ona wyśmienicie. Dodatkowo herbata do termosu i po krótkim odpoczynku w drogę. Rozpogodziło się i zrobiło przyjemnie ciepło, zapowiada się wspaniała pogoda. Szlak pnie się coraz wyżej i wyżej odsłaniając coraz więcej. Alpejskie krajobrazy są wspaniałe, jak malowane. Gdzie nie spojrzeć dominuje zieleń stykająca się błękitem. Od czasu do czasu pojawiają się jasno - szare szczyty z płatami śniegu. Idzie człowiek szlakiem i nie może nasycić się tym widokiem. Im wyżej tym lepiej, tym więcej może zobaczyć.

W południe docieram na przełęcz Col de Voza, 1.657 metrów. Przepiękny punkt widokowy z małą stacyjką skąd pociągiem turystycznym można dojechać na punkt widokowy pod Mont Blanc. Miejsce to musi być bardzo popularne bo jest tutaj nawet całkiem pokaźnych rozmiarów hotel, Chalet du Delevred. Kupuję dwa lokalne piwa Brasserie du Mont Blanc, La Blonde i La Rousse i upajam się widokami. Istna bajka. W sumie gdzie tylko nie spojrzę dookoła wszędzie są trasy zjazdowe dla narciarzy. Ciekawe jak to wszystko wygląda zimą?

 

Przełęcz Col de Voza, 1.657 metrów, Alpy, Francja

 

Szlak przez dłuższą chwilę prowadzi ostro w dół kamienistą drogą. Po południu słońce zaczęło dosyć mocno przygrzewać i kiedy droga skręciła między drzewa idąc wzdłuż górskiego potoku, poczułem znaczną ulgę. Do czasu, bo za moment ostre podejście wycisnęło ze mnie resztki energii. Dała o sobie znać nieprzespana noc. Chwila przerwy i spokojnie wędrując mijam po kolei małe francuskie wioseczki: La Champel, następnie La Villette i La Gruvaz. W każdej z nich ani żywej duszy, jakby wszyscy mieszkańcy gdzieś wyjechali. Nieco dalej w Les Hoches spotykam jednego mieszkańca. Pytam o wodę a On prowadzi mnie za dom, gdzie ma ujęcie prosto z górskiego potoku. Woda świeża, krystalicznie czysta i niemiłosiernie zimna. Wystarczy dodać trochę gazu i z powodzeniem można sprzedawać. Rozmawiamy chwilę, a raczej próbujemy gdyż mój francuski pozostawia wiele do życzenia. Mimo wszystko chwila odpoczynku i wędruję dalej.

Przed 18-tą kompletnie wyczerpany dochodzę do Les Contamines, 1.164 metry. Plecak ciąży mi coraz bardziej. Jeszcze kilka lat temu nieprzespana noc nie miała na mnie takiego wpływu, jednak lata przemijają. Muszę na przyszłość zacząć to uwzględniać i trochę skorygować planowanie. W Carrefour kupuję pieczywo, wodę, colę i butelkę różowego wina. Cole wypijam od razu zaraz po wyjściu ze sklepu. Darmowy bus podwozi turystów na pobliskie pole namiotowe, gdzie po krótkich formalnościach szybko rozbijam namiot i korzystam z dobrodziejstw prysznica. Coś takiego plus świeża bagietka z pasztetem prochowickim zapijana tanim, ale pysznym francuskim różowym winem potrafi zdziałać cuda. Za nocleg z prysznicem wliczonym w cenę płacę 11 euro.

Na koniec delikatnie zaczął kropić deszcz. Mam jednak przeczucie, że jutro też będzie ładna pogoda. To był wyjątkowo ciężki dzień, który zdecydowanie należało podzielić na dwa. Mimo, iż patrzę na to z pewnym przymrużeniem oka, apka pokazuje mi, że spaliłem 9.943 kalorii cool.

 

 

 

___________________________________  

 

 

Dzień 3 – 28.08.2022

 

  

Bardzo dobrze mi się spało, prawie jak w łóżku. Rankiem spokojnie bez pośpiechu przyrządzam sobie zupkę instant i gotuję wodę na herbatę. W międzyczasie doładowuję telefon. Camping jest całkiem przyzwoity i naprawdę nie ma się czego przyczepić. Zaczyna się rozpogadzać a o deszczu, który wczoraj troszeczkę popadał można zapomnieć. Pakuję ekwipunek i o 10:30 wyruszam w drogę. Kawę wypiję gdzieś po drodze.

Zapowiada się ładny dzień. Idąc przez las wzdłuż górskiego potoku po mniej więcej godzinie docieram do Refuge de Nant Borrant, 1.459 metrów. Mimo, że przeszedłem niecałe 4 km sporo podszedłem. Daleko mi jeszcze do planu na dzisiaj ale gdzie mi się spieszy. Popijając Cafe Viennois podziwiam alpejskie pejzaże. Pełen relaks i chwila rozmyślań jak przyjemnie byłoby tutaj mieszkać.

Szlak przeszedł w otwartą przestrzeń ukazując przepiękną, malowniczą dolinę. A na jej końcu widać kolejne schronisko. Droga, mimo iż delikatnie, wciąż bezustannie pnie się do góry. Spotykam Torę i Chrisa i gawędząc trochę idziemy razem. Słonko przygrzewa coraz mocniej więc kiedy po godzinie z okładem dochodzę do widzianego wcześniej w oddali schroniska, do kawy kupuję jeszcze litrową butelkę wody. Cena 10 euro. Europa zachodnia a do tego turystyczne miejsce, trzeba będzie przywyknąć. Refuge de la Balme, 1.706 metrów, całkiem nieźle.

Po południu zaczęły pojawiać się chmury. Coraz więcej szarych zwiastujących deszcz. Mijam śpiących na skraju łąki Torę i Chrisa, ciekawe czy spotkamy się jeszcze na szlaku. Wciąż wspinam się wyżej i wyżej. Na wysokości 2.135 metrów dochodzę do lodowca, którego czoło schodząc z gór kończy się kilkadziesiąt metrów przed szlakiem. Niektórzy nawet na chwilę zbaczają z trasy i idą, aby go dotknąć. O 17:30 postanawiam chwilę odpocząć i wykorzystać chwilę na ubranie czegoś ciepłego. 2.265 metrów a przeszedłem dopiero 10 km. Zrobiło się naprawdę zimno i zaczęło padać, na dodatek ciemne chmury zasłoniły większość krajobrazu. A jednak ta godzina porannego lenistwa zemściła się właśnie teraz. Na pobliskiej przełęczy Col du Bonhomme 2.329 metrów widoczność spadła poniżej 100 metrów. Przynajmniej to tylko chmury, deszcz minął tak szybko jak się pojawił.

Mimo, że przełęcz, szlak którym idę odbija w lewo i wciąż pnie się wyżej. Pojawiły się nawet krótkie eksponowane odcinki. Muszę uważać bo kamienie są bardzo śliskie. Wiatr już dawno rozwiał chmury i odsłonił okoliczne szczyty. Za wyjątkiem kozic jestem sam na szlaku. Pierwszy raz podczas tej wędrówki przekraczam 2.500 metrów. Dokładnie o 19:15 dochodzę do Refuge de la Croix du Bonhomme, 2.443 metry. Schronisko, któremu bardzo daleko do jakiegokolwiek w Karkonoszach, jednak tak wysoko w górach witam je z entuzjazmem. Zrobiło się bardzo zimno i aż miło posiedzieć w przyjemnym cieple. Nawet jeśli jest to przy świecach. Energię elektryczną pozyskują wyłącznie z paneli więc muszą oszczędzać.

 

Refuge de la Croix du Bonhomme, 2.443 metry, Alpy, Francja

 

Panuje dowolność jeśli chodzi o spanie w namiotach, jedyny warunek to rozbić je dozwolonych miejscach. Jest to darmowe. Gotuję coś ciepłego i kręcę się po okolicznych wzgórzach podziwiając zachód słońca. Niebo z wcześniejszego błękitu zamieniło się niemalże w krwiście czerwone, dodatkowo upstrzone ciężkimi chmurami przypominającymi ołów. Niesamowity widok przyciągnął chyba większość turystów ze schroniska.

 

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 4 – 29.08.2022

 

 

Ta noc była bardzo zimna. Jedynie kilka stopni przy bardzo wysokiej wilgotności sprawia, że człowiek nie ma najmniejszej ochoty wychodzić z ciepłego śpiwora. Byle tylko w jakiś sposób się rozgrzać. Gotuję podwójną owsiankę i uzupełniam zapas wody z potoku za schroniskiem. Woda jest tak czysta, że można ją pić nieprzegotowaną. Słońce wschodzi bardzo szybko rozgrzewając powietrze dosłownie z minuty na minutę a mokry jak po ulewie namiot schnie w mgnieniu oka. Zapowiada się kolejny piękny dzień. Wychodzę parę minut po 9 - tej.

Pierwszy etap to długie, miejscami wręcz strome zejście do Les Chapieux, 1.540 metrów. Im niżej tym krajobraz zmienia się diametralnie. Z szarego, czasami wręcz ponurego w zielony. Słońce wzeszło już na tyle, że z nieba począł się lać istny żar. Mniej więcej po dwóch godzinach marszu jestem w Les Chapieux gdzie robię sobie przerwę na kawę. Dodatkowo woda. Chyba uzależniłem się od wody gazowanej, mimo, że ta z górskich lodowców jest pyszna, wciąż brakuje mi bąbelków. Spotykam Finki - przyleciały taki kawał drogi aby przejść kawałek Tour du Mont Blanc. Grupa sześciu nie pierwszej młodości koleżanek. Jedynie 3 dni, a mimo to widać jakie są szczęśliwe. Dziwne jak człowiek zaczyna korzystać z życia po przysłowiowej czterdziestce. Chwilę rozmawiamy a jak słyszą, że potrafię powiedzieć parę słów po fińsku to od razu jestem dla nich kolejną lokalną atrakcją.

Idę wielką doliną otoczoną ośnieżonymi górami. Środkiem płynie górski potok a dokładnie na wprost, daleko w oddali Aiguille des Glaciers. Pierwszy szczyt masywu Mont Blanc, 3.816 metrów. Wysoki, szary ze śnieżną czapą na szczycie. Sprawdzam odległość na mapie i wychodzi, że mam do niego w linii prostej jakieś 12 km. Pogoda jest przepiękna a wszystko dookoła wygląda jak z jakiegoś kolorowego katalogu. Lodowce aż lśnią w słońcu. Nie wiem kto ustalał czasy na drogowskazach, ale czasami mam podejrzenia, że są one dla uczestników Ultra Maratonu. Z Les Chapieux do Les Mottets szedłem 4 godziny zamiast sugerowanych 2. Chyba kondycja już nie ta, ale z drugiej strony człowiek nie jest na wyścigach. Na miejscu jestem kilka minut po 16-tej. W planach był marsz dalej ale jest tak przyjemnie, że postanawiam przenocować tutaj.

 

Droga do Refuge Les Mottets, 1.870 metrów, Alpy, Francja

 

Les Mottets, 1.870 metrów. Malutkie i przytulne schronisko z na samym końcu wielkiej doliny. W ofercie mają nawet miejsca noclegowe, jednak wymagana jest wcześniejsza rezerwacja. Jedyne właściwe w tych okolicach piwo, Brasserie du Mont Blanc, smakuje wyśmienicie. Podobnie jak wczoraj, pole namiotowe jest darmowe. Oddalone jedynie 5 minut drogi od schroniska za to zaraz przy rwącym potoku. Jest piękne, wczesne popołudnie więc oddaję sie relaksowi. Jak miło zanurzyć stopy w lodowatym, górskim strumieniu. Na stokach dookoła biegają świstaki. Istna sielanka. Wieczorem gotuje zupkę i gawędzę trochę z Florianem, Francuzem, który rozbił obok namiot. Jak ten świat się zmienia, po raz kolejny przekonuję się, że Francuzi rozmawiają po angielsku.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 5 – 30.08.2022

 

 

 

Noc bardzo przyjemna, rano idę na kawę do schroniska ale daję się skusić na śniadanie. 9 euro z kawą w cenie, więc całkiem przyzwoicie. Wyruszam zaraz po ósmej. Po drodze spotykam Melindę, ona to dopiero pokonała kawał drogi aby tutaj dotrzeć. Brazylijka, która zapragnęła pochodzić po Alpach. Szlak wijąc się serpentynami od samego początku wiedzie ostro pod górę. Wchodzę non stop skrajem Aiguille des Glaciers wyżej i wyżej. Po niespełna trzygodzinnym marszu wychodzę na przełęcz Col de la Seigne, 2.512 metrów, gdzie jest granica. Witamy we Włoszech. Widoki roztaczające się dookoła są wręcz nieziemskie. Mimo przepięknej pogody wieje bardzo zimny wiatr, robię sobie jedynie krótką przerwę. Baton energetyczny i ciepła herbata smakują przepysznie.

 

Przełęcz Col de la Seigne, widok na stronę południową, 2.512 metrów, Alpy, Francja

 

 

 

Przełęcz Col de la Seigne, widok na stronę północną, 2.512 metrów, Alpy, Włochy

 

Szlak wiedzie w dół drugą stroną doliny. Zieleń okolicznych traw płynnie zmieniła się w kolor brunatno - żółty. Strona północna masywu i co za tym idzie chłodniejszy klimat. Dodatkowo chłodniejsze wiatry i całość trochę przypomina trochę Szkocję. Mijam Rifugio Elisabetta, 2.195 metrów, schronisko przepięknie usytuowane na stoku tuż nieopodal wielkiego lodowca. Szkoda tylko, że pogoda zaczęła się psuć i za chwilę zaczął padać deszcz.

Jak to bywa w górach, pół godziny i wiatr rozgonił chmury. Wyszło słońce i powrócił przepiękny dzień. Szlak w kierunku północnym za Rifugio Elisabetta jest jednym z piękniejszych na całym Tour du Mont Blanc. Wielka dolina otoczona szarymi, gdzieniegdzie przykrytymi śniegiem szczytami. W samym jej środku turkusowy górski potok, w niektórych miejscach tworząc rozlewiska przypominające trzęsawiska. Całość otoczona żółcią i zielenią a nad tym wszystkim białe chmury z prześwitującym błękitem nieba. W oddali jak na dłoni gigantyczny żleb, w którym zimą jest lodowiec. Wyraźnie widać granicę dokąd sięga jego jęzor, gdzie łupki zdruzgotanych skał w niemalże równej linii łączą się ze świerkami. Żadne zdjęcie nie odzwierciedli tych widoków.

 

Dolina Val Veny, 1.968 metrów, Alpy, Włochy

 

W dolinie Val Veny jest opcja przenocowania w Rifugio Combal, 1.968 metrów, ale jest zdecydowanie za wcześnie. Wybieram szlak wznoszący się ostro w górę prawym stokiem aby wyjść z doliny. Podejście jest długie i dosyć ciężkie. Chociaż to już drugie tego dnia i zmęczenie wyraźnie daje o sobie znać. Dodatkowo plecak ciąży niemiłosiernie. Widoki rozpościerają się na niemalże całą dolinę, którą przyszedłem od poprzedniej przełęczy. Nie mogę się nadziwić jak jest fantastycznie. Na całym szlaku jestem praktycznie sam, gdzieś tam daleko widzę samotnego turystę. Brazylijka Melinda, co za spotkanie. Chwilę rozmawiamy, ale każdy z nas ma swoje tempo. Fajnie się idzie. Mijam chatkę pasterzy, jak się okazuje zamieszkaną. A Vieille Sur, 2.302 metry. Mały, solidny, zbudowany z ułożonych łupków bez jakiejkolwiek zaprawy. Dach porośnięty pożółkłą trawą. Jak pomyślę, że muszą być samowystarczalni to uzmysławiam sobie jakie mają ciężkie życie. Jak pogoda jest ładna nie jest źle, ale jak jest odwrotnie?

O 16 - tej wychodzę na kolejną przełęcz, 2.483 metry. Nie wiem czy ma jakąś nazwę bo brak jakichkolwiek oznaczeń. Widok jak i poprzednio, nieziemski. Szeroka zielona dolina otoczona wysokimi górami z turkusowym potokiem w jej najgłębszym miejscu. Spotykam akurat turystkę, którą proszę o zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Rozmawiamy chwilę i aż otwieram oczy ze zdumienia. Przyleciała tutaj specjalnie aż z Nowej Zelandii tylko po to, aby przejść Tour du Mont Blanc. To się nazywa pasja.

 

Bezimienna przełęcz w drodze do Rifugio Maison Vieille, 2.483 metry, Alpy, Włochy

 

Podczas schodzenia ponownie się zachmurzyło i zaczęło padać. Dodatkowo po tej stronie przełęczy zaczął wiać przeszywający zimny wiatr. Ciężkie deszczowe chmury dodają specyficznego uroku całej scenerii. Jest trochę ponuro, ale w pewnym sensie uroczo, trochę tak tajemniczo. Spotykam Floriana, Francuza który poprzedniej nocy rozbił namiot obok mojego. Rozmawiamy jak jacyś starzy znajomi. Jak miło. 

Deszcz minął tak szybko jak się pojawił i nie minęła nawet godzina jak ponownie zaświeciło słońce. Kiedy zmęczenie coraz więcej zaczęło dawać się we znaki z jednego ze wzgórz dostrzegłem w dolinie nieopodal schronisko. Rifugio Maison Vieille, 1.956 metrów, na dzień dobry przywitało mnie włoskimi przepisami. Namiot można rozbić powyżej 2.500 metrów, poniżej jedynie w specjalnie wyznaczonych miejscach. Trudno, 25 euro ale za to perspektywa noclegu w łóżku, dodatkowo możliwość zrobienia prania i oczywiście gorący prysznic, brzmią bardzo zachęcająco.

Jeśli Włochy to oczywiście poczciwe Birra Moretti i zupka instant z dodatkowym makaronem na kolację. Jakiś czas później siedząc już na zewnątrz i delektując się kieliszkiem czerwonego wina ponownie podziwiam zachód słońca i wcale nie mam ochoty iść spać. Dzisiejszy dzień był bardzo wymagający, ale za to widoki z nawiązką zrekompensowały cały wysiłek.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 6 – 31.08.2022

 

 

 

W nocy była burza z piorunami, a lało jak z przysłowiowego cebra. Co za szczęście, że spałem w schronisku. 12 euro za bardzo dobre śniadanie i podobnie jak wczoraj, wyruszam kilka minut po ósmej. Od razu na dzień dobry długie, momentami wręcz strome zejście. Dolina całkowicie inna niż wczoraj. Szare, ośnieżone szczyty ustąpiły miejsca zielonym, zalesionym wzgórzom. Jakże typowym dla alpejskich krajobrazów. 

Zejście zajęło mi 2 godziny. Włoskie urokliwe Cormayeur, 1.223 metry, które to tunel pod Mont Blanc łączy z francuskim Chamonix. Drugie najpopularniejsze miejsce dla rozpoczynających wędrówkę, albo meta dla tych który idą tylko połowę. Przerwa na standardowe włoskie cappuccino, małe zakupy w Carrefour i rozpoczynam wspinaczkę. Pierwsze 1,5 km chodnikiem wzdłuż drogi, mimo że pod górę nie męczy tak bardzo jak upał. Słońce zaczęło nieźle przygrzewać i z pewną ulgą wszedłem na zalesiony szlak. Była to jednak zmyłka, bo kosztem cienia nachylenie ścieżki znacznie się zwiększyło. Szlak nie był trudny technicznie, ale w takich momentach plecak nie daje o sobie zapomnieć.

Podejście do 1.880 metrów zajmuje mi dwie godziny. W punkcie widokowym robię sobie przerwę i podziwiam panoramę Courmayeur. Otwieram puszkę tuńczyka i pogryzam świeżą bagietkę, całość popijam zimnym piwem. Kupiłem je wcześniej w sklepie i widzę jakie oczy wytrzeszczają mijający mnie turyści. Coś mi się zdaje, że zapłaciliby mi za te piwo naprawdę duże pieniądze. Dzień jest naprawdę przepiękny.

Jeszcze tylko kawałek podejścia i na wysokości 2.030 metrów na rozwidleniu wchodzę na szlak Variante de la Tete Bernarda. Od tego miejsca idę na mniej więcej tej samej wysokości, mając po lewej stronie Mount Blanc i najwyższe szczyty jego masywu. Pogody lepszej nie mógłbym sobie wyobrazić. Błękitne niebo z od czasu do czasu białymi jak śnieg chmurami. Dosyć mocny, ale orzeźwiający wiatr i słońce prawie za plecami. Wędruję niespiesznie zatrzymując się od czasu do czasu na krótkie sesje fotograficzne. Czasami na szlaku mijam czarne pasące się krowy. Cóż za zdziwienie, kiedy w pewnym momencie było ich aż tyle, że zablokowały całą trasę.

 

Szlak do Rifugio Bonatti, 1.857 metrów, Alpy, Włochy

 

O 18:35 docieram do Rifugio Bonatti, 2.025 metrów. W samą porę bo zaczęło się już robić chłodno. Chyba jedno z najlepiej położonych schronisk jakie do tej pory minąłem. Na skraju stoku nad wielką doliną, z wielkim, ale naturalnym tarasem widokowym. Prawie na wprost, bo lekko z lewej strony widok na Mont Blanc. Można przesiedzieć tutaj cały dzień wpatrując się tylko w góry. Podobnie jak wczoraj tak i tutaj nie można rozbić namiotu, ale mają dostępne wolne miejsca noclegowe. Cena wyłącznie w opcji z kolacją i śniadaniem 60 euro, cóż zrobić. W sumie biorąc pod uwagę cały pakiet nie jest zbyt wygórowana. Zasady takie jak we wcześniejszych schroniskach. Kolacja jest taka sama dla wszystkich, dwudaniowa plus deser i rozpoczyna się o 19:30 we wspólnej sali. Krótki rzut oka, z powodzeniem ponad 100 osób, siedzących wspólnie przy długich stołach. Panuje niesamowita atmosfera.

Już dawno po zachodzie słońca, ale i tak popijając piwo jeszcze długo podziwiam Mount Blanc.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 7 – 1.09.2022

 

 

Fajnie było po raz kolejny przespać się w łóżku. Śniadanie we wspólnej sali i o 8 wyruszam w trasę. Jest dosyć zimno, a wiejący od lodowców wiatr dodatkowo to potęguje. Maszerując skrajem stoku staram się jak najszybciej rozgrzać. Pierwszy odcinek nie opada poniżej 2.000 metrów, jednak mimo zakoli prawie w ogóle się nie wznosi.  Góry o tej porze dnia prezentują się wspaniale, wręcz majestatycznie w zacienionych miejscach trochę ponuro, ale to tylko kwestia czasu. Czekam aż zza gór wyjrzy słońce, rozgrzeje trochę to zimne, wilgotne powietrze co z pewnością poprawi widoczność. Dwugodzinny marsz mija bardzo szybko, na koniec tylko 250 metrowe zejście i jestem w Chalet Val Ferret, 1.779 metrów, gdzie robię sobie przerwę na kawę.

Drogowskaz informuje, że do La Fouly jest 5 godzin marszu, sprawdzimy więc. Biorę oczywiście poprawkę na bagaż oraz kondycję i dodaję 50%. Słońce przyświeca już w całej okazałości a z racji, że jest to druga część stoku nawet wiatr trochę umilkł. Zapowiada się kolejny ładny dzień. Rozpoczynam wspinaczkę pod przełęcz i w południe jestem w Rifugio Elena, 2.061 metrów. Kolejne fantastyczne schronisko w bajecznym wręcz miejscu. Taras widokowy praktycznie nad samą przepaścią. Ciekawe jak wygląda tutaj zimą? Słońce przygrzewa coraz mocniej, ale powrócił zimny, wręcz lodowany wiatr. Chwila przerwy na ostatnie włoskie cappuccino i kontynuuję wspinaczkę.

Kilkanaście minut przede mną wyszli Finowie. Jak to faceci i na dodatek Finowie, prawie wcale nie rozmawiając. Milczący i poważni. Słychać tylko stukot kijków o kamienie. Stoję chwilę i nie mogąc wyjść z podziwu obserwuję jak idą. Wszyscy równo, idealnie jak jakieś roboty, nawet kijkami przebierają idealnie jakby ktoś dyktował im tempo. Lewy, prawy, lewy, prawy. Zatrzymali się jeden raz jak na komendę, ale po krótkiej chwili jakby byli ze sobą powiązani ponownie rozpoczęli idealnie równo przebierać kijkami. Nawet odstępy między sobą mieli idealne. Nie za duże, nie za małe i wciąż takie same. Żołnierze, pierwsze co pomyślałem, albo jacyś zapaleni miłośnicy górskich wędrówek, skorygowałem trochę porównanie.      

 Im jestem wyżej tym zimniejszy wieje wiatr, mimo bardzo ostrego słońca muszę przeprosić się z polarem i czapką. O 14:30 jestem na przełęczy Grand Col Ferret, 2.543 metry. Granica włosko - szwajcarska. Lodowiec od tak dawna widziany gdzieś tam daleko i wysoko na końcu doliny wydaje się być teraz na wyciągnięcie ręki. Jestem tak wysoko, iż mam wrażenie, że patrzę na wszystko z góry. Jedynie mały krok dzieli mnie o poziomu otaczających przełęcz szczytów. Z pewnością to pewnego rodzaju złudzenie, ale tak właśnie się czuję.

 

Przełęcz Grand Col Ferret, 2.543 metry, Alpy, Francja

 

Bardzo długie i przyjemne zejście skrajem wzgórza dodatkowo z widokiem na dolinę. Wiatr pozostał po drugiej stronie przełęczy a przyświecające słońce całkiem nieźle zaczęło przygrzewać. Jestem sam na szlaku, od czasu do czasu słychać jedynie dzwonki pasących się krów. Rozglądam się wówczas uważnie próbując je znaleźć. Czasami widzę jedynie małe, czarne punkciki gdzieś tam daleko, daleko nad płynącym w dolinie strumieniem. Akustyka tutaj jest niesamowita. Mniej więcej po godzinie marszu widzę Fully. Rozciągające się prawie po horyzont i wypełniające niemalże całą wielką dolinę miasto. Po obu stronach otoczone wysokimi górami. Połączenie przyrody i urbanistyki, ciężko mi ocenić czy jest to piękne czy nie, aczkolwiek prezentuje się okazale.

Kilka minut po 16 - tej jestem przy schronisku Alpage de la Peule, 2.050 metrów. Zmęczenie daje mi się już we znaki i mam trochę mieszane odczucia czy nie zatrzymać się tutaj. Trochę to kuszące, ale jednak jeszcze za wcześnie, dodatkowo nie można rozbić namiotu a Szwajcaria swoimi cenami trochę odstrasza. Trzymam się więc pierwotnego planu i idę dalej.

 

La Fouly, 1.662 metrów, Alpy, Szwajcaria

 

Na dystansie mniej więcej 2 km, schodzę ponad 300 metrów niżej. Szlak z racji całej masy dużych luźnych kamieni jest ciężki do wędrówki. Całe szczęście, że mam kijki, które to już po raz nie wiadomo który tak bardzo mi się przydały. Mimo wkładanego wysiłku, chyba lepiej podchodziło się pod przełęcz przed południem. Taki krótki etap a chyba wykrzesałem na niego resztki energii, pod koniec prawie nie mam już sił. W La Fouly jestem o 18:30, odwiedzam sklep i kupuję 3 lokalne piwa w puszcze, ser, kiełbasę, chleb, czekoladę, banana oraz colę - cena: 28 franków. Co przy aktualnym kursie wyszło 28.50 euro. Lekkie osłupienie ale to Szwajcaria. 

Camping des Glaciers, 1.600 metrów i cena 13.50 franków. Najlepszy camping na jakim kiedykolwiek nocowałem. Duży, dobrze zorganizowany i rozplanowany. Nad potokiem u podnóża gór z widokiem na zwisający z nich lodowiec. Prysznice, pralnia, zaplecze kuchenne, sala gdzie można wspólnie coś zjeść. Klasa w każdym calu. Nawet internet. Wszystko oczywiście w cenie. Brakowało chyba tylko basenu. Rozbijam namiot, robię pranie i czas na zasłużony odpoczynek. Dzisiaj nie gotuję, ale jem suchy a jednak świeży prowiant. Spotykam poznaną wcześniej Brazylijkę, Melindę i rozmawiamy chwilę przy kolacji.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 8 – 2.09.2022

 

 

 

Noc nad rwącą górską rzeką u podnóża lodowca jest bardzo zimna. Rankiem po raz kolejny człowiek nie ma ochoty wychodzić z ciepłego śpiwora. Powoli zbieram się jednak w sobie, rozkładam kuchenkę i wstawiam wodę. Wszystko mnie boli i muszę się trochę rozruszać. W nocy wilgotność była tak duża, że to co podeschło wczoraj, na powrót jest mokre. Słońce dopiero co zaczęło prześwitywać przez drzewa, mam nadzieję, że chociaż namiot trochę podeschnie. Jem to co zostało z wczorajszego suchego prowiantu i o 9:30 wyruszam.

 

Leśny trakt z La Fouly do Champex, 1.726 metrów, Alpy, Szwajcaria

 

Droga w miarę prosta, czasami lekkie spadki lub podejścia. Idzie się przyjemnie wzdłuż rzeki a następnie skrajem urwiska w lesie. Po pewnym czasie tuż przy rzece jest bardzo kamienista, jednak po chwili w lesie zmienia się w istny bajkowy trakt. Jest kilka ekspozycji, jednak na tyle szerokich, że nie zwracam nawet uwagi na łańcuchy przytwierdzone do skały. W sumie, chwila nieuwagi i skończyłyby się człowiekowi wszelkie problemy i zmartwienia.

Wczesnym popołudniem przechodzę przez wioskę Les Arlaches, 1.120 metrów. Mała, malownicza szwajcarska wioska w sercu Alp. Wszystko pięknie odrestaurowane, zadbane i dopieszczone. Jednym słowem idealne, dopięte na ostatni guzik. Jednak do tego wszystkiego brakuje ludzi. Gdzie się wszyscy podziali? Dookoła nie ma ani żywej duszy? Dziwne uczucie.

 

Radosna twórczość, warchlak, gdzieś między La Fouly i Champex, Alpy, Szwajcaria

 

Przy leśnej ścieżce widzę warchlaka dzika, podchodzę bliżej i okazuje się, że to rzeźba na pniu ściętego drzewa. Idę dalej i dostrzegam kozicę, dalej lisa, wiewiórki itd.. Leśna twórczość artystyczna, której wcześniej nie widziałem. Mniej więcej w połowie dnia zaczyna się podejście i to całkiem niezłe. Na niektórych odcinkach nawet ciężkie. Do tego zaczyna psuć się pogoda i zaczyna padać deszcz. Kiedy doszedłem do Champex rozpadło się na dobre. Wszedłem do pierwszego napotkanego baru na piwo aby przeczekać.

W jednym ze sklepów kupuję pieczywo, ser, salami i coś do picia, 22 franki. Na camping Les Rocailles, 1.490 metrów, przychodzę przed 18 - tą. Standard podobny jak wczoraj z tym, że powierzchnia duża mniejsza. Cena 18.50 franków. Szwajcarskie ceny porażają, nawet jak się mieszka w Anglii. Rozbijam namiot, gotuję zupkę instant z dodatkową porcją makaronu i rozwieszam to co nie doschło podczas całodziennej wędrówki. Poznaję pewną rodzinę z Polski i ponownie spotykam Melindę. Jemy wspólnie kolację i spędzamy wieczór na pogawędce.

FliXBUS odwołał mi kurs Chamonix - Milan. To już drugi. Co za draństwo? Tak fantastycznie wszystko miałem rozplanowane a tutaj coś takiego. Kiedy zakończę całą trasę muszę w jakiś sposób dostać się na lotnisko. Może znajdę jakieś prywatne ogłoszenie? Jeśli nie, zabraknie mi jednego dnia. Za bardzo jednak jestem zmęczony, przemyślę i przeliczę to wszystko jutro.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 9 – 3.09.2022

 

 

Ależ była ulewa w nocy. Lało jak diabli praktycznie przez całą noc i namiot w końcu zdał egzamin. Zapomniałem zebrać moje mini pranie i to co miało doschnąć jest bardziej mokre niż wczoraj. Niby nie pada, jednak jest taka paskudna pogoda, że nie mam ochoty rozkładać się z moją turystyczną mini kuchnią. Szczęściem mam jeszcze zakupy z wczoraj, jem więc kanapki, batony energetyczne i o 8:20 wyruszam w drogę.

Pogoda zapowiada się dziwnie. Wszędzie dookoła niebo zasnuwają ciemne, deszczowe chmury. Szczęściem kręcą się tylko dookoła, ale deszcz nie pada. Chyba wszystko co w nich było wylało się w nocy. W pewnym momencie widzę w oddali fantastyczną tęczę, to dobry znak. Po niespełna godzinie zatrzymuję się w Plan de L'Au, 1.330 metrów. Małej lokalnej restauracyjce umiejscowionej w fantastycznym miejscu widokowym. Dobra pora na poranną kawę i obserwacje jak wiatr przegania sine chmury za kolejny łańcuch górski. Zaczyna się pięknie rozpogadzać.

 

Tęcza w Champex, 1.490 metrów, Alpy, Szwajcaria

 

 Wędruję pięknym leśnym traktem. Nawet wspinaczka nie jest taka ciążka jak na ścieżce nie ma kamieni a miękkie podłoże wygląda jakby ktoś dopiero co je odnowił lub wysprzątał. Na wysokości 1.840 metrów wychodzę na otwartą przestrzeń i od razu słońce zaczęło miło przygrzewać. Ponownie wędruję skrajem wzgórza do kolejnej przełęczy. Dookoła jest dużo turystów, jedni wchodzą inni schodzą. Ruch jakiego jeszcze nie doświadczyłem od początku wyprawy. W południe przychodzę do restauracji Bovine, 1.987 metrów, ale tłum jest nie do opisania. Nie mogę wręcz uwierzyć skąd wzięło się tutaj tyle ludzi. Odpoczywam chwilę, uzupełniam jedynie zapas wody i kontynuuję wspinaczkę. O 12:45 staję na przełęczy, 2.050 metrów. Widoki jakże inne niż te podziwiane poprzednio. Zalesione wzgórza i doliny, między nimi łąki z gdzieniegdzie pasącymi się krowami. Dookoła aż kipi od zieleni. Gdzieś tam daleko, daleko, dopiero w drugiej, trzeciej linii, wysokie szare szczyty z białymi płatami śniegu.

Ponownie dziękuję kijkom za niesamowite wsparcie bo nachylenie trasy jest znaczne. Dwie godziny zajmuje mi zejście do następnej przełęczy, Col de la Forclaz, 1.527 metrów. Powrót do cywilizacji, hotel, sklep i w ogóle droga z przystankiem autobusowym czyli popularne miejsce turystyczne niedaleko francuskiej granicy. W pobliskim sklepie wolnocłowym kupuję najdroższą w życiu czekoladę, Villars Laur Amandes and Spéculoos, 6.50 franków. Delektując się nią popijam kawkę na hotelowym tarasie. Jednym słowem mówiąc, przepyszna. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie ten zimny wiatr.

Droga od przełęczy rozpoczyna się fantastycznym mostem widokowym przytwierdzonym do pionowej kilkusetmetrowej ściany. Roztacza się z niego przepiękny widok na Trient, który z tej wysokości wyglądem przypomina mi makietę. Wszystko takie małe i idealne. Dalej droga ponownie drastycznie zmienia nachylenie dzięki czemu w niecałe pół godziny schodzę ponad 200 metrów w dół. Coraz bardziej bolą mnie kolana. Idę i myślę jak na przyszłość zoptymalizować wagę plecaka.

 

Trient, 1.300 metrów, Alpy, Szwajcaria

 

Do Refuge Le Peuty w Trient, 1.320 metrów przychodzę o 17:15. Chyba najmniejsze pole namiotowe na całej trasie, dodatkowo zlokalizowane między dwoma ulicami. Szczęściem ruch jaki na nich panuje jest dużo mniejszy niż na pustyni. Przez cały wieczór przejechał jeden, może dwa samochody. Rozbijam namiot i gotuję zupę instant obowiązkowo z dodatkowym makaronem. Camping mimo swoich rozmiarów okazał się bardzo przyzwoity. Szwajcarzy postarali się nawet o przenośne kabiny prysznicowe,  wzorcowo czyste i wyposażone, w których miałem najgorętszą wodę podczas całej wyprawy. Płatne ekstra 2 euro, ale przy 6 euro za nocleg w namiocie całość i tak prezentowała się nieźle.

Wypijam piwko z poznanym kilka dni wcześniej Holendrem a później spędzam wieczór na pogawędkach z rodziną z Polski, która poznałem wczoraj. Wieczorem psuje się pogoda i zaczyna padać deszcz. Znowu nic mi nie wyschnie. Całe szczęście, że namiot przeszedł wczoraj test szczelności.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 10 – 4.09.2022

 

 

W nocy znowu lało a ranek przywitał wszystkich ponurą pogodą z maksymalnie przesiąkniętym wilgocią powietrzem. Gotuję na śniadanie owsiankę, pakuję namiot i o 8:20 w drogę. Wielka szkoda, ale muszę dzisiaj przejść dwa etapy. Dziękuję za to przewoźnikowi FLiXBUS.

Podejście leśnym traktem jest dosyć strome a błotnista droga wcale tego nie ułatwia, do tego powietrze jest aż gęste od wilgoci. Muszę uważać na pojawiających się od czasu do czasu kamieniach. Wszystko dookoła zdaje się parować. Bardzo ciężko się idzie a na dodatek otaczający zamglony las wszystko zasłania. Pierwsze 400 metrów wspinaczki kosztuje dużo wysiłku. Sytuacja poprawia się diametralnie powyżej 1.800 metrów, odkryta przestrzeń i normalne nachylenie szlaku. Chmury przegonił gdzieś wiatr kiedy byłem jeszcze w lesie i powróciły alpejskie krajobrazy. Wspinam się powoli do góry, wciąż wyżej i wyżej. Powróciły fantastyczne krajobrazy sprzed kilku dni.

O 11:30 jestem na przełęczy Col de Balme, 2.210 metrów. Granica szwajcarsko - francuska z bardzo przyjemnym i klimatycznym schroniskiem na samym szczycie. Miejscowi Szwajcarzy powiedzieli mi, że dawno temu był to szpital. Dziwne miejsce sobie wybrali. Przy tak pięknej pogodzie jaka mi się trafiła fajnie byłoby tutaj przenocować. Może kiedyś będzie mi jeszcze dane? Od rana podszedłem 900 metrów, czyli całkiem niezły wyczyn. Kupuję cappuccino oraz Brasserie du Mont Blanc Sylvanus Triple i siadam na jednym z wielu pagórków obserwując niemalże cały masyw Mont Blanc. Dziesiątki osób podobnie jak ja rozsiadły się dookoła i oddały emocjonalnej ekstazie. Widok jest wręcz obłędny.

 

Przełęcz Col de Balme, 2.210 metrów, Alpy, Francja

 

Wszystko pięknie i ładnie ale ten wiatr, mimo przepięknego słonecznego dnia, przeszywa niemiłosierne. Niechętnie wyruszam dalej, chociaż schodząc w dół doliny wciąż widzę pasmo górskie. Im niżej tym słabiej wieje. Całkiem przyjemnie się idzie, tylko gdzie się wszyscy podziali. Za wyjątkiem małej zorganizowanej grupy i kogoś oddalonego gdzieś tam daleko jestem sam. Półtorej godziny później jestem już ponad 700 metrów niżej. Wiatr gdzieś przepadł a słońce zaczęło bardzo mocno przygrzewać. Jest wręcz upalnie. O 14:00 jestem w małej mieścince, Le Tour, 1.466 metrów. Chyba jest to jakiś punkt zborny części turystów bo na parkingu stoi trochę autokarów, a wśród nich Sindbad, biuro turystyczne z Opola. Ale miło. Zmęczony nie tyle marszem co skwarem, chociaż tak po prawdzie każdym po trochu, robię sobie przerwę w restauracji. Muszę bardziej odpocząć, bo przede mną kolejne podejście. Standardowo, cappuccino a później chłodny Grimbergen Blonde w fantastycznej firmowej szklance, od tej pory moje ulubione francuskie piwo i relaks. Przyszła zorganizowana grupa, którą wyprzedziłem na szlaku.... Polacy. Ależ to dziwne, że nie poznałem wcześniej. Może z racji, że mieli lokalnego przewodnika i rozmawiali po angielsku?

Mijam Le Tour i o 14:40 zaczynam kolejne podejście z wysokości 1.330 metrów. Czasu trochę mało, ale niestety mogę być za to wdzięczny FLiXBUS. Ten etap jest inny, na początku nic nie zapowiada zmian, marsz po górę leśnym traktem w kierunku masywu górskiego. Nachylenie nie jest duże co sprawia, że idzie się dosyć przyjemnie. Podobnie jak poprzednio im jestem wyżej tym szersze krajobrazy wyłaniają się zza moich pleców. Jest wczesne popołudnie i słońce przestało już przypiekać. Od czasu do czasu mijam schodzących w dół, obwieszonych linami pasjonatów wspinaczek. Zbliżając się do ściany skalnej sprawdzam co jakiś czas na jakiej jestem wysokości i zastanawiam jak z podejściem.

Dokładnie o 17:30 staję przed pierwszą drabiną w przy Aiguillette d'Argentiere, 1.910 metrów. Czytałem kiedyś relację przejścia tej trasy podczas ulewnego deszczu. Przyznam szczerze, że od teraz podczas wspinaczki na każdej drabinie myślę o tamtych ludziach. Nie jest to niebezpieczne ale sam fakt drabin nad przepaścią, czy niemalże na pionowej ścianie nieźle działa na wyobraźnię. Duży i ciężki plecak dodaje swoje. Zerkam parę razy za siebie i zastanawiam się czy upadając dałbym radę zatrzymać się gdzieś po drodze. Czasami kiedy skały na to pozwalają pojawiają się stopnie, z grubych drewnianych jak podkłady kolejowe belek. Niektóre z nich lata swojej świetności mają już dawno za sobą i zdecydowanie nadają się do wymiany. W niektórych miejscach kilku nawet brakuje. Kilometry, jakie dzisiaj wydreptałem przypominają o sobie bardzo w szczególności na odcinkach eksponowanych. Dobrze, że są łańcuchy. Cała trasa to ok. 250 metrów wspinaczki, ciężkiej wspinaczki, chociaż to raczej przez zmęczenie no i plecak. Ah, znowu ten plecak.

 

Tete aux Vents, 2.140 metrów, Alpy, Francja

 

O 18:35 jestem na szczycie. Tete aux Vents, 2.140 metrów. Oglądam się za siebie i nie mogę wyjść z podziwu jak tutaj podszedłem. Dalej rozciąga się cała dolina, aż do zamykającej ją na horyzoncie przełęczy Col de Balme. Skąd właśnie przyszedłem. Ja przyszedłem stamtąd i to nawet nie był początek dzisiejszego dnia. Naprawdę spory odcinek. Zachodzące słońce oświetla już jedynie centralny masyw Mont Blanc widziany w całej swojej okazałości z przodu po lewej stronie. Na niebie jedynie kilka chmur zatrzymało się na najwyższych szczytach, mocno kontrastując z zalegającym niżej śniegiem. Góry zmieniły kolor na rdzawo rudy i aż lśnią w słońcu, tylko w ich połowie jak od linijki cień wyznacza strefę mroku. Kontrast koloru idealny na sesje fotograficzne. 

 

Masyw Mont Blanc, Refuge de la Flegere, 1.862 metry, Alpy, Francja

 

Zejście mimo, że nie tak długie czy strome, przez to, że bardzo kamieniste jest po prostu ciężkie. Pod koniec po prostu wlokę się z mozołem. Wysiłek rekompensują bajeczne widoki masywu, który mam przed sobą. Wciąż patrzę na Mont Blanc, no i trochę pod nogi. Do Refuge de la Flegere, 1.862 metry przychodzę o 20:10. Ciężko było dzisiaj bardzo. Kupuję Brasserie du Mont Blanc la Rouse i Blanche i po chwili wytchnienia idę nad pobliskie jezioro szybko rozbić namiot. Niestety robię to już przy świetle latarki a w międzyczasie gotuję wodę na coś ciepłego. Obok mnie namiot rozbili Polacy, Kasia i Bartek. Rozmawiamy trochę ale po zmroku temperatura szybko zaczęła spadać i zrobiło się nieprzyjemnie zimno.

Szkoda, że musiałem połączyć dzisiaj dwa etapy. Ależ jestem zmęczony, postanawiam spać do bólu, aż się wyśpię.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 11 – 5.09.2022 - Refuge La Flegere - Chamonix

 

 

 

Bardzo źle spałem. Chyba przez wczorajsze przemęczenie, albo przez brak prysznica. Boli mnie chyba każda część ciała. Gotuję na śniadanie podwójną porcję ryżu z warzywami i piję poczwórną kawę w schronisku. Mam szczęście, bo jutro będzie ostatni taki piękny dzień. Pojutrze pogoda ma się diametralnie zmienić a powyżej 2.000 metrów zapowiadane są już opady śniegu. W sumie mogłoby być ciekawie, ale nie mam odpowiednich ubrań więc może innym razem.

 Modyfikując trochę trasę dzisiejszego marszu powoli z pewnym ociąganiem wyruszam o 10:45. Mniej więcej 2 km dalej postanawiam nie schodzić do Chamonix a kontynuować wędrówkę do wyciągu. Chcę wykorzystać do końca ostatnie chwile w górach. O ile trasa do tego miejsca była łatwa i przyjemna, zaraz za rozwidleniem jakby chcąc mnie pożegnać z przytupem, zmieniła się diametralnie. Cała pokryta wielkimi, luźnymi kamieniami, po których bardzo ciężko się idzie. Cóż zrobić, myślę, bywało gorzej. Dwie i pół godziny później piję kawę na tarasie widokowym restauracji Altitude 2000. Nazwa nawiązuje oczywiście do wysokości na jakiej ją zbudowano. Chyba jedna z najdroższych w moim życiu, ale warto chociażby dla samych widoków.

 

Masyw Aiguilles Rouges, widok z Col du Brévent, 2.368 metrów, Alpy, Francja

 

O 14 - tej koniec przerwy i rozpoczynam ostatnie podejście. Szlak wiedzie ostro pod górę od samego początku. Pogody lepszej nie mógłbym sobie wymarzyć, przepiękny słoneczny dzień, nie za ciepły, nie za zimny z lekkim i przyjemnym wiaterkiem. Z widokiem na Mont Blanc po przeciwległej stronie doliny. Momentami jest bardzo ciężko, szlak nie jest bardzo trudny ale po prostu jestem już zmęczony. Godzinę przed końcem w Col du Brévent, 2.368 metrów spotykam dwóch turystów z Finlandii. Rozmawiamy chwilę. Pod sam koniec, aby bardziej utrwalić w pamięci poprzedni dzień mam jeszcze kilka drabin i łańcuchów.

W punkcie widokowym przy szczycie La Brévent, 2.528 metrów jestem dokładnie o 16:25. W sam raz aby trochę odpocząć i po raz ostatni nacieszyć się widokiem na cały masyw Mont Blanc. Widok jest oszałamiający a satysfakcja nieziemska. Do Chamonix zjeżdżam ostatnim kursem kolejki gondolowej. A na dole, jako bonus, popsuła się maszyna i nie musiałem płacić za przejazd. Fajnie, bo zaoszczędziłem 26 euro i w związku z tym postanowiłem zrobić sobie uroczystą kolację.

 

Uroczysta kolacja z okazji przejścia Tour du Mont Blanc, Chamonix, Francja

 

Pospacerowałem trochę po Chamonix, zrobiłem zakupy i poszedłem do hostelu. Dzisiaj nie śpię w namiocie.

 

 

___________________________________   

  

 

Dzień 12 – 6.09.2022 - Chamonix - Courmayeur - Milano

 

Gorący prysznic i wygodne łóżko potrafią zdziałać cuda. Mimo tego budzę się nad ranem i nie mogę zasnąć. Wychodzę na taras widokowy przed hostelem i popijając od tej pory moje ulubione Grimbergen Blonde, czekam na wschód słońca.

Po śniadaniu zwiedzam Chamonix. Podoba mi się bardzo i decyduję, że chciałbym przyjechać tutaj zimą. W sumie to chyba jeden ze sztandarowych francuskich kurortów alpejskich. Szkoda, że nie mam czasu bo jest możliwość wyjechania kolejką gondolową do stacji widokowej pod samym Mont Blanc. Wysokość coś w okolicach 4.000 metrów. Ze zdjęć widzę, że jest to wielki kompleks gdzie można spędzić cały dzień. Mam więc wyzwanie na przyszłość.

Spotykam dwoje Finów poznanych wczoraj wysoko w górach. Gawędzimy trochę jak starzy znajomi. Jak miło. O 14 -tej jadę autobusem do Cormayeur gdzie mam akurat trochę czasu na obiad i zwiedzenie centrum. Także mi się podoba i to jeszcze bardziej. Podobnie jak i we Francji tak i ten musi być bardzo popularny we Włoszech. Idąc przez centrum wydaje mi się, że byłem tutaj tak bardzo dawno temu, a minął dokładnie tydzień.

Wcześniej znalazłem ogłoszenie w internecie o wolnym miejscu na przejazd do Milanu. Wyjeżdżamy o 17 - tej i po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Nie mam już ochoty ale i siły na nocne zwiedzanie miasta. Próbuję znaleźć jakiś nocleg, ale wydaje się to niemożliwe. Decyduję się więc pojechać prosto na lotnisko, gdzie jestem przed 23 - cią.

___________________________________   

  

 

Dzień 13 – 7.09.2022 - Milan Malpensa 

 

Pierwszy raz w życiu spędziłem noc na lotnisku i przyznam, że nie było w sumie tak źle. Po niespełna dwutygodniowej górskiej tułaczce brakowało mi do szczęścia jedynie rozłożonego namiotu.

Piję kawę i z lekkim opóźnieniem po dziesiątej wylatuję do Londynu. Lot, szybki i bezproblemowy. Na miejscu korekta czasu i przed dwunastą Sylwia odbiera mnie z lotniska. 

___________________________________   

 

 

 

Podsumowanie

 

Tour du Mont Blanc jest jednym z najpopularniejszych szlaków długodystansowych w Europie. Bardzo dobrze przygotowany, profesjonalnie oznaczony z wręcz fantastycznym zapleczem turystycznym. Mimo, iż start jest w Les Houches to tak naprawdę wędrówkę można zacząć i skończyć w dowolnym miejscu. Większość przyjezdnych robi to we francuskim Chamonix lub włoskim Courmayeur. To takie dwa specjalne miejsca umowne.

Mimo wcześniejszego, wręcz fantastycznego przygotowania całego planu, zabrakło mi jednego dnia. FLiXBUS zawiódł na całej linii. Mimo, iż z obecną wiedzą zmodyfikowałbym pewne odcinki to i tak było fantastycznie.

A statystyki trasy którą przeszedłem wciąż napawają mnie zdumieniem przemieszanym razem z dumą.

  

 

  

Natomiast Katalończyk, Kilian Jornet Burgada, zwycięzca tegorocznego Ultra Mataronu Tour du Mont Blanc całą tę trasę przebiegł w 19 godzin 49 minut i 30 sekund...

___________________________________   

 

 

 

 

              Wystarczy bardzo w coś wierzyć, bardzo czegoś chcieć a zawsze się uda. Marzenia nie są po to, aby tylko je mieć, są po to, aby je spełniać.

Czytany 297 razy
Oceń ten artykuł
(1 głos)

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Najczęściej czytane